Miłość istnieje, to pewne. Ale czy małżeństwo jest tym, czego poszukujemy?

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
26 czerwca 2016
Fot. iStock /  momcilog
Fot. iStock / momcilog
 

Przyjęły się takie normy, oczekiwania. Owszem wiara, tradycja, rodzina jest ważna, i tym powinniśmy się w życiu kierować. Ale zadajmy sobie pytanie dlaczego chce wyjść za mąż? Dlaczego chce ją poślubić? Czasami mimo, że jesteśmy pewni, że kochamy, to ślub dla Nas nie jest tak emocjonalnym przeżyciem, spełnieniem jak powinien, według mnie to bardzo przykre, wiedzieć, że ślub to tylko formalność, przyjęcia – na pokaz, na jedną noc zabawy, zaspokojenie swojej próżności (bo przecież nasze wesele ma zostać zapamiętane, ma być jak z bajki!).

Żyjemy szybko i często powierzchownie, nie na 100 % . Cieszymy się z wielu rzeczy, osiągamy wyznaczone sobie cele, spełniamy marzenia, ale nie doszukujemy się głębszego sensu naszej egzystencji. Przebywamy w towarzystwie znajomych małżeństw, co dzień na portalach społecznościowych, czy też w gazetach widzimy czyjeś fotografie ze ślubu, z przyjęcia, z zakupów przez co dążymy do tego co mają wszyscy w koło Nas, wyimaginowany szczęśliwy świat.

Może nie wszyscy biorą ślub, ale większość. Nie jedni z Nas często dążą do tego, ponieważ po części zazdroszczą innym, czy też my zazdrościmy, ale też mamy swoje lata, tak wypada, rodzina naciska, wiara skłania, tradycja nakazuje, a my decydujemy się na wypowiedzenie naszego najważniejszego w  życiu ‚TAK’, ale bez wewnętrznej przemiany, nie czujemy tej magii, nie tak do końca, nie jest to dla Nas taką ponadczasową, solidną wartością jak za dawnych lat dla naszych mam, czy też ojców lub babć. Ok, ktoś powie Oni byli swatani, nie mieli nic do powiedzenia, ale jednak to chyba jeszcze nie te czasy, nasze babcie, dziadkowie czy mamy pamiętają więcej prawdziwych chwil szczęścia niż my! Ponieważ Oni żyli, bardziej chwilą, cieszyli się nią, byli w niej bardziej obecni, a my mamy chwile, cieszymy się, ale zamiast skupić się na tej chwili i trwać w niej jak najdłużej być obecnym myślami, myślimy jak tu zapozować do zdjęcia żeby najpiękniej wyglądać, czym zaskoczyć gości?  Czego, ktoś nie miał jeszcze na swoim ślubie? To My to będziemy mieć.. musimy, i tak ciągniemy to błędne koło na każdej płaszczyźnie naszego życia, a przy ślubie mamy nasze przysłowiowe ślubne szaleństwo, szaleństwo do zwariowania, bo to wszystko jest ok, to staranie i nawet chęć wystawienia najwspanialszej imprezy ever, ale jeśli w tym wszystkim sam ślub byłby dla Nas całkowicie emocjonalnym przeżyciem, ze względu na wartości duchowe, a nie stres związany z samym przyjęciem. Stres i pogoń za najcudowniejszym weselem, w otoczeniu, w towarzystwie, w dzielnicy, w klasie, czy też  już wyżej wspomnianych portalach społecznościowych.

Nasz cel? Pokazać się. Zabłysnąć, w oczach wszystkich. Bo co w takim wypadku się zmienia w naszym życiu? Bez przeżycia duchowego, zmienia się czasami nazwisko, czasami wspólne konto w banku, a czasami wspólny kredyt… chyba tyle.

Tak, cieszymy się z naszego ślubu, mamy zdjęcia, pamiątkę, wspomnienia. Tylko jak często wracamy do tych wspomnień? Jak często je pielęgnujemy? Czy na co dzień pamiętamy co Nas skłoniło do zostania jego żoną? Do zostania jej mężem? Chyba nie, nawet się nad tym nie zastanawiamy. Spotkałam już wiele osób które po ślubie mówią: ‚Nic się nie zmieniło’ ; ‚Jest tak jak było’ ; albo ‚Po ślubie się wszystko zmienia, już nic nie jest tak jak było’ ; ‚Jest gorzej, niż myślałem’ ; ‚Przestała o siebie dbać’ ; ‚On się zapuścił’ , małżonków którzy tak mówią jest masa, według ankiet więcej po ślubie widzimy tego złego niż dobrego. Owszem euforia trwa czasami przez miesiąc, czasami rok, a czasami pięć, ale kiedyś pojawia się kryzys i pytanie najgorsze z najgorszych, jakie? Co mnie przy Nim/Niej trzyma? Co Jego/Ją przy mnie trzyma? Czy aby na pewno już nie tylko formalność? Czy ja Ją naprawdę kocham? Czy Ona mnie kocha? Czym właściwie jest miłość? Tak, pojawią się zaraz głosy, że w związku niemałżeńskim też pojawiają się dylematy, problemy, kryzysy, ale jednak w związku partnerskim wiesz na tysiąc procent, że jesteś w nim, ponieważ chcesz. W każdym momencie możesz spakować swoje rzeczy i wyjść. Czasami może ktoś tkwi w czymś, chociaż jest nieszczęśliwy, albo ze względu na dzieci, ale wydaje mi się, że takich ludzi jest coraz mniej, co raz częściej są też bardziej szczęśliwi ludzie którzy żyją ze sobą bez ślubu, ponieważ wiedzą, że chcą, a nie muszą. Oni też na co dzień doszukują się w sobie więcej dobra i wartości niż Ci co tkwią w małżeństwach, przynajmniej mi się tak coraz częściej wydaje.

Odpowiadając na pytania, które możliwie, że ktoś chciałby mi zadać:

Tak, chce wyjść za mąż.
Tak, kocham.
Tak, boję się. Czego?
Że wszystko zmieni się, jak w wielu przypadkach, i niestety zawsze na gorsze,
chociażby po 50 – latach małżeństwa, ale zmieni.
Tak, wszystko zależy od Nas, ale w związku jednak chyba nie do końca jest to wszystko zależne właśnie od Nas.
Czas przemija, ludzie się przyzwyczajają, przywiązują, ale i czasami zmieniają.
Jedno jest pewne, że w pewnym momencie potrzebują pewności,
że  są pod każdym względem dla Nas idealni, idealnie stworzeni, niezastąpieni i docenieni. Ja chcę być wiecznie w swoim związku szczęśliwa, tylko, że wiecznie się nie da. Ale da się chyba przedłużyć staranie? Zainteresowanie? Rozpalanie płomienia? Czy nie lepiej i nie łatwiej rozpalić ten płomień i pielęgnować go żyjąc bez ścisłych zasad? Czy nie lepiej żyć po prostu kochając kogoś, trwać przy jego boku? Bez zbędnych formułek które w dzisiejszych czasach tak szybko tracą na wartości, jak szybko zostały wypowiedziane te słowa, tak szybko ostatnimi laty przestają dla licznych niestety mieć znaczenie. Ślub ma sens jedynie wtedy kiedy przeżywasz go emocjonalnie, ale nie mam tu na myśli organizacji wesela, lecz stan duszy.

Przygryzam wargi z niepewności, przed ślubem.


Czy jestem stworzona do życia w związku?

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
8 lipca 2016
stworzona do życia w związku
Fot. iStock / Pyrosky
 

Przyleciał, będzie ze mną przez miesiąc. Minął już tydzień. Jak zawsze nie mogłam doczekać się jego przylotu, a jak jest już przy mnie to co dzień na coś narzekam. On twierdzi, że marudna jestem, ja, że po prostu to my jesteśmy jak z innych planet.

A przecież jesteśmy ze sobą już dwa lata, dwa mimo wszystko piękne lata. Kocham go, On mnie podobno też. A na każdym kroku jest jakieś ale. Jak woda i ogień. On- woda , Ja-ogień. Gubię się we wszystkim, wiem że sama ze sobą zwariowałabym jakby ktoś mi tak jęczał nad uchem. Ale ja uwielbiam mieć wszystko zaplanowane, On na wszystko ma czas ( jeśli chodzi o nasz czas, bo poza tym jest bardzo zorganizowany). Jest przy mnie, a mi i tak jakby brakuje go. Nie mogę się Nim nacieszyć. Obecny, ale nie do końca. Próbuję mu wytłumaczyć o co mi chodzi, On nie rozumie. Myśli, że dla mnie jest tylko dobrze, jak wychodzimy gdzieś to kino, to restauracja, wycieczka czy też zakupy. A to przecież nie o to chodzi, tłumaczę, pogadajmy tak normalnie jak dawniej, pograjmy w coś, chodźmy na spacer. Przytul, pocałuj tak naglę, ale On nie rozumie, dla niego jest wszystko ok. On zawsze znajdzie sobie coś do zrobienia, sprawdzenia, oglądnięcia, a ja siedzę, patrzę i czekam na chwilę uwagi. Ja romantyczka, On przyziemny realista. Ja uwielbiam czułe gesty, pocałunki, słówka, On romantyk ale w żartach, okazuje miłość w inny sposób, lecz na pewno nie romantyczny, mogę na Nim zawsze polegać, to pewne, ale o filmowej miłości zapomnieć też muszę.

Jak można tak bardzo kogoś kochać, a czuć się tak często samotnym? Jak ja mam to zmienić? Moim żywiołem jest ogień, a jego ta cholerna woda. Woda gasi ogień, ogień próbuje pokonać wodę. Takie błędne koło miłości. Przygryzam wargi, bo tak bardzo chciałabym nie czuć się samotna, a wiecznie, odkąd pamiętam tak czuję. Myślę, czy ze mną jest wszystko ok? Czy jestem stworzona do życia w związku? W poprzednich związkach też zawsze było mi mało. Tak, mam swoich znajomych, pasję i zainteresowania, lecz jak On jest przy mnie na chwilę chcę się napawać, napawać miłością, uczuciem i Nim, a nigdy nie mogę, zawsze mi mało. Przygryzam wargi z myślą o Nim, o Nas i o naszej przyszłości. Chaos mam w głowie, nie wiem czy kiedykolwiek coś się we mnie zmieni. Czy ja jestem dostosowana do życia, do życia z kimś? Jestem romantyczką, tylko chyba nie przystosowaną do realiów dzisiejszych dni. Zresztą nie wiem czy odnalazłabym się w jakiejkolwiek epoce, wydaję mi się, że nie.


Powierzchowne więzi… wystarczy sekunda. Jesteśmy niewolnikami własnej niestałości

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
22 czerwca 2016
Fot. Unsplash /
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Nie mogę ogarnąć własnych myśli, czuję tyle żalu i momentami niechęci do tego świata, do ludzi. Niektórzy nie zdają sobie nawet sprawy jak ciężko jest innym żyć.. powierzchownie oceniają, myślą „Jakie Ona ma cudowne życie, świetną pracę, kochającą rodzinę, idealny dom, pełno przyjaciół, jest duszą towarzystwa – też tak chce, po prostu żyć i nie umierać.’ A tymczasem ta osoba która podobno ma tak fascynujące życie, męczy się i czuje totalnie samotna, niezrozumiała, przygnieciona życiem, zostaje sama ze sobą i ze swoimi myślami. Czy Ty też tak masz?

Myślisz czytając wstęp, że to kolejny tekst użalającej się nad sobą dziewczyny? Powiem Ci szczerze, że nie. Kocham życie, doceniam każdy piękny moment, może czasami za późno jak każdy z Nas, ale wiem co to znaczy cieszyć się małymi rzeczami, jednak mimo to momentami jest mi cholernie ciężko. Niby każdy Nas i nasze problemy rozumie, a tak naprawdę każdy ma własne życie i nie zwraca za bardzo na Nas uwagi, dawniej ludzie wszystko przeżywali z kimś, po coś, teraz większość skupia się tylko na sobie. Owszem jest rodzina,  jest mąż, dzieci, mama, tata czy też siostra, i co z tego? Tak są, kochamy ich, ale wystarczy kłótnia, spór, a potrafimy się nie odzywać dniami, czasami nawet latami. Ktoś to nazywał się przyjacielem, nagle zrywa z Nami kontakt, przestaje się odzywać, a najbliższa Nam osoba nie docenia co dla niej robimy.

To mnie przeraża, ta niewdzięczność, te powierzchowne więzi, że wystarczy sekunda, jeden gest, jedno słowo, a tracimy szacunek i uczucie do danej osoby na zawsze i często już nieodwracalnie. Jest ktoś dla Nas ważny, ale po danej sytuacji, już nie możemy traktować tej osoby jak dawniej, czujemy jakby między Nami nagle wyrosła przepaść.

My się zadręczamy, a ktoś nawet tego nie zauważa. Ja jestem osobą która szybko wybacza, ale nie umie zapomnieć, przepraszam nie jeden raz, chociaż wiem, że nie powinnam, ale dla dobra innych i dla swojego ‘świętego spokoju’- robię to, dla czystego sumienia – wyciągam rękę, zagryzam wargi, wybaczam, a do tego obwiniam siebie. O co? O kłótnie, myśli, niesmaki.

Czy to normalne? Pewnie dla wielu tak, ale nie dla mnie, nie powinno tak być. Człowiek z człowiekiem powinien żyć, tak naprawdę, a nie na niby, rozmawiać, rozumieć, ale też przepraszać – tylko wtedy, kiedy zawinił, jeśli ktoś zawinił, a nigdy nie przeprosił tak naprawdę mimo, że zgrywa twardziela nie jest Nim, jest tchórzem, pozerem, mało istotnym człowiekiem, lub nie liczącym się z uczuciami drugiej osoby zwykłym ssakiem. Mam swoje zasady i przez całe swoje życie próbuje się Nimi kierować, chciałabym, żeby inni też mieli swój własny ‘dekalog postępowania’.

Mój pierwszy publikowany artykuł, wylałam swoje myśli ‘na papier’, jeśli zrozumiałeś mój przekaz, zaglądaj tu częściej, opanuj ten chaos i natłok myśli razem ze mną, może oboje dzięki temu poczujemy się lepiej?