„Zostań, zmienię się”. Kiedy mąż walczy o miłość. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
17 lutego 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Unsplash / Patrick Pilz / CC0 Public Domain
 

Powiedz, co mogę zrobić – pyta on.

Dochodzi druga, chcę się tylko położyć, zawinąć kołdrą, przespać.  „Nic nie możesz” – myślę.

– Nie wiem– mówię.

Siedzimy na stołkach w kuchni już czwartą godzinę. Boli mnie tyłek i serce, pęka głowa. „Szkoda, że powiedziałam mu dzisiaj, nie dam rady jutro na prezentacji po tej zarwanej nocy”.

Tak dużo książek i tekstów o cierpieniu zostawionego, a tak mało o kimś kto zostawia. Jakby rozstanie było winą tylko jednej strony, a nie wynikiem kryzysu, naturalną konsekwencją oddalenia.

– Pamiętasz, mówiłam, że jest źle, że powinniśmy iść na terapię, prosiłam…. W połowie zdania gryzę się w język. Po co tak gadać. Nie chce zalać go żalami, nie chce być tak jak wszyscy. Wytłumaczyć. Wybielić się. To twoja, nie moja wina. Czy to zresztą ważne dzisiaj, ja już jedną nogą tam, tu tylko dzieckiem i pamięcią.

Mój wzrok wędruje po jego twarzy, szyi, ramionach, tak pamiętam, gdy został pierwszy raz na noc, a ja rano jechałam na pogrzeb. Nie wiedziałam do wtedy, że pogrzeby mogą być szczęśliwe. Tak bliskie mi ciało, a tak obce dzisiaj.

– Nie kochasz mnie? – pyta on.

– Jakoś kocham. Chcę, żebyś był szczęśliwy.

Niemal czuję jego drżenie, robi mi się zimno. 10 lat wcześniej, gdy odchodził ode mnie P. też to czułam. Drżenie zostawianego, te chwile, gdy jeszcze coś jest fizycznie, bo jest rozmowa, ale już tego nie ma. Zamknięcie. I to: „chcę, żebyś była szczęśliwa”. Frazes to jednak cholerny. Nie wiem czy można bardziej skrzywdzić kochającą osobę niż tym: bądź szczęśliwa/ szczęśliwy. W podtekście: uwolnij mnie od tego cholernego poczucia winy.

– Muszę spać – tłumaczę – Jutro dokończymy. Idę na kanapę, pies wtula się w nogi, zawsze wolała mnie, co teraz z nią będzie. Czy zgodzi się, żebym ją wzięła?

Dzień później siedzę z Anką w kawiarni. Jestem zmulona, rozkojarzona, smutna.

– Powinien cię wyje*ać z domu – rzuca Anka.

Znów jest zła. Strażniczka moralności.

– Pewnie tak.

– Mięczak

Najeżam się.

– Siłą jest kopnięcie kogoś w dupę czy walczenie jeśli się nawaliło? – pytam.

Zawsze zadziwiała mnie ta zdolność człowieka do ocen cudzego życia. Powinno się to, tamto. To jest godność, a tamto to klasa. To jest kobiecość, a to męskość. Nie mam siły na kłótnie, jestem pusta.

Przypominam sobie seks dwa dni temu z Nim. Seks ukradziony, zdobyty dzięki kłamstwu, że wyjeżdżam. Seks już kolejny, ale przełomowy, bo zrozumiałam po nim dwie rzeczy: jestem zakochana/ jestem zakłamana. To jest smutne w romansie. Że radości zawsze towarzyszy poczucie winy, ekstazie smutek, każdy początek jest zapowiedzią końca i takie tam.

– Kocham cię – mruczał on. – Jesteś nieznośnie piękna. Każdy kawałek twojego ciała i każdy duszy jest tak, ku*wa, idealny, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. I weź się, ku*wa, nie śmiej.

No śmieję się. Tak nienawidzę przymiotników, z wyznaniami mi nie po drodze. A może nie jestem do nich przyzwyczajona, bo nikt mnie nie wielbił i nie podziwiał, a dla niego oczywiste jest, że podziwia mnie każdy. I jak, ku*wa, nie pławić się w tym zachwycie? Jestem jak wygłodzony szczeniak, pęka mi skorupa, którą zbudowałam zaraz po tym jak pierwszy raz odrzucił mnie ojciec, a potem odrzucał mnie milion razy. Więc może dlatego wybrałam Męża, żeby nigdy z nim do końca nie być. Bo tylko z dystansowanym mężczyzną, skrytym taka kobieta jak ja jest w stanie wytrzymać na dłużej. Z tym jego: „ale o co ci znowu chodzi”, „co się czepiasz”, „odczep się”.

Więc jednak dużo mam w sobie złości do niego, bólu niespełnionej miłości, choć ona niby taka spełniona, bo kot jest, pies jest, dziecko, kawa rano i wspólna łazienka. Mam do niego złość o niezauważanie jakbym już nagle miała na imię tylko matka, a na drugie szczotka i obiad. Mam żal o brak pracy nad sobą, bo po ch*j mi jego praca teraz, gdy całą sobą jestem gdzie indziej. Gdy na inny telefon czekam, inny SMS mnie cieszy i z innym sobie kawę i łazienkę wyobrażam.

Wk**wiające w facetach jest nieziemsko to, że nagle zawsze znajdują w sobie słowa, których miesiącami wydobyć nie mogą. Że kochają i że tęsknią. Że żałują.  Nagle ten tani sentymentalizm wypływa z nich tak naturalnie, wydaje się oczywisty i jasny. I to nie jest obciach, czułostkowość. Gdy walczą stać ich na tę pasję, którą mieli tylko na początku. Esemes jeden, drugi, trzeci. Kiedy on pisał do mnie co chwila w ciągu dnia coś innego niż tylko: „spóźnię się”, „odbierz pranie”. „Kocham. Daj nam szansę”. „ Żałuję, przepraszam. Możesz zawsze na mnie liczyć. Chodźmy na terapię. A rodzina?”. „Nie mogę się skupić”. Ja też się nie mogę skupić, bo do cholery wciąż piszesz. Od kiedy nie przeszkadzam ci w pracy?

Odpisuję.

Oczywiście. Rodzina jest przecież tym o czym marzy większość kobiet. Ale możesz sobie potem w pewnych sytuacjach zadać pytanie: ważniejszy jest obrazek, stabilizacja czy próba bycia niesamotną? Bycie żoną i matką czy walka o siebie? Nie chce żyć smutno, nie chce żyć w oczekiwaniu. Mówiłam o tym nieraz. Jestem kobietą dobrą, kochającą, ale nie taką, która pójdzie na każdy kompromis.  A dlaczego ty właściwie pytasz o to dziś? Dlaczego dopiero dziś, a nie wcześniej, gdy chciałam o tym rozmawiać?

W. mój przyjaciel, zapala papierosa, krąży jak wokół stołu gdzie stoi nasz obiad jak wariat.

– Słuchaj, boję się, że Beata mnie zdradza.

Patrzę tępo w ten stół, wokół którego on tak krąży.  Hmm. Od kiedy to stałam się specjalistką od kobiecej zdrady?

– A dlaczego tak myślisz? – pytam.

Ale mam ochotę się zaśmiać. Przecież to on ją zdradza. Od lat. Różnica polega na tym, że Beata o niczym nie wie, a on każdej mówi, że to tylko przelotne. Czego on się nagle boi?

– Bo ona jest jakaś dziwna, nieobecna.

A dziwna jest. No doprawdy.

– Najważniejsze, żeby nie była samotna. Ona jest z tobą samotna – pytam?

– Nie wiem.

Nie wiem? To o czym my, do diabła, mówimy. Związki XXI wiek. Czysta miłość, czułość i troska. Dajcie więcej.

CDN.


Życie po romansie? Może być najlepsze, wyjdźmy wszyscy poza te szufladki

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
25 kwietnia 2016
Życie po romansie? Może być najlepsze, przestańcie czytać poradniki
Fot. iStock / kieferpix
 

To było na jakimś spotkaniu. Ktoś powiedział: „Nie narzekaj, twój największy sukces to rodzina”. Chciałam się obruszyć. Rodzina przecież jest. Jaka praca?!! Ugryzłam się w język, bo pomyślałam, że rzeczywiście rodzina jest efektem mojej pracy. Mojej i Jego, mojego męża.

Słyszałam, że idealna miłość się zdarza. Znam ludzi, którzy mówią, że nie rozumieją debatowania nad małżeńskimi problemami, bo to jest proste. Jesteś to jesteś. Wybierasz, zostajesz z tym wyborem, nie analizujesz zanadto. Masz szczęście.

„Ach, moi rodzice byli takim dobrym związkiem, dziadkowie, ciotka z wujkiem”. Tak, miłość się zdarza. I jest. Tak szczególnie mówią ludzie młodzi, na pierwszych etapach życia, świeżo zakochani. Tak, wtedy miłość jest prosta. Zapominamy, że wtedy jest po prostu symbiozą, której szuka każdy. Jak miłość, która jest tylko zachwytem mogłaby być trudna? To wtedy karmi nas najbardziej, zaspokaja każdą potrzebę.

Później? Nie zawsze. No chyba, że jest się naprawdę tym idealnym związkiem. Ale ile ich? Znałam ludzi, którzy mówili, że im dobrze. Potem okazywało się, że wcale nie tak bardzo. Że pod tym „dobrze” tętniły problemy, niezaspokojone potrzeby, niewyjaśnione sprawy. Czy tak jest zawsze? Nie wiem, ale często.

Czasami to my nie potrafimy tworzyć związków, obwiniamy o to partnera. To w nas jest dziura. I nie zaspokoi jej nikt. Ani stały parter, a kochanek i kochanka tylko na chwilę. To kiepskie stanąć przed lustrem i powiedzieć: „psuję to”. Dlatego tak pięknie wychodzi nam zalewanie kogoś pretensjami.

Najtrudniejszy dla związku jest ten moment, gdy rozumiesz, że druga osoba wcale nie zaspokoi każdej twojej potrzeby…

Co więcej chce, żebyś ty zaspokajała potrzeby jej/ jego.  Brr. To gdzie moja walizeczka? Niekoniecznie ta do pakowania ciuchów i kosmetyków. Walizeczka mentalna, która pozwala ci miękko przesunąć się w inną stronę. Odpuścić. A gdy ktoś w związku odpuszcza to tej relacji już nie ma. Są tylko kredyty, uśmiechy, dzieci i wspólne sprawy. Może dla kogoś dużo, dla mnie za mało.

Kobiety się obwinia za romans, a ja jestem wdzięczna za mój. Jakże to piękna lekcja moich braków. I braków drugiej strony.

Moich braków, bo nie jestem, o cudzie, święta. Bo być może nie mam zasad. Nie miałam ich przez chwilę. Poszłam za instynktem. Fajnie jest to wiedzieć, bo nasze poczucie świętości często zabija chęć pracy nad sobą. „Ja????” Przecież jestem idealna. No to chociaż rozprawiłam się z własną idealnością.

I już w żadnej sferze życia nie chce mi się wierzyć, że jestem idealna. Nie jestem. Łatwiej jest, gdy to wiemy.

Braków mojego męża. Bo w ramionach faceta, w którym się zakochałam zobaczyłam jak dużo rzeczy wypieram i tłamszę w sobie. Ot choćby potrzebę czułości, uwagi. Dziecięce? Być może. Ale to moja potrzeba. Mam ją zabić, bo jest dziecięca? Zabijałam miesiącami. Urodziłam dziecko i przelałam swoją uwagę na nie. Mówiłam sobie, że to normalne i tak jest. Tylko jeśli nie konfrontujemy się ze sobą, jesteśmy jak tykająca bomba zegarowa. I tak wybuchniemy. Jaką cenę ponoszą ludzie za latami skrywane frustracje i żale? Zawsze kończy się tornadem.

U mnie się skończyło. Mów.

Braków naszej relacji. No cóż, jednak większość z nas chce czegoś więcej. Czegoś poza miłymi kolacjami i piciem piwa na kanapie. Jak kumple. Mówią, że małżeństwo powinno być przyjaźnią. Ale małżeństwo nie może być tylko przyjaźnią. Nie dla wszystkich w każdym razie. To za mało.

Mogłam, pewnie, stłamsić to wszystko jak dojrzała i świadoma kobieta. Ale jak miałam to zrobić, gdy wcale taka nie byłam? Nie byłam ani dojrzała ani świadoma.

Byłam dziewczynką, która wyszła za mąż za swojego chłopaka, urodziła dziecko i chciała mieć inne życie niż jej mama. To chyba za mało, by tworzyć dom.

Nie, nie wstawać rano, ogarniać rzeczywistość, załatwiać sprawy, bzykać się pośpiesznie i żyć pośpiesznie.

Gdy jesteś w romansie– choć przez chwilę, jedyne czego chcesz to być z tamtą osobą. Zalewa cię chemia. Zalewają cię słowa, które tamta osoba, często też samotna, mówi do ciebie. A słowa są, wiadomo, jak narkotyk. Im więcej masz w sobie braków, tym bardziej karmią cię słowa. Nie godzę się na to, że mężczyzn ustawia się w roli drani. Niedawno pewna psycholog powiedziała, że kobiety czasem potrafią krzywdzić bardziej. I ja byłam taką kobietą właśnie. Egoistyczną, myślącą o sobie. A może wszyscy tacy czasem bywamy? Bo ile można myśleć tylko o innych. Tylko o dzieciach. O tym co musimy. Może czasem dobrze by było, żebyśmy wszyscy odlecieli, bo wtedy można wrócić. Naprawdę. A nie po prostu żyć w jakiś swoich iluzjach.

Ja zakończyłam swój romans. I to była pierwsza dorosła decyzja, która podjęłam w życiu. Wtedy myślałam: robię to dla mojego dziecka. Robię to dla stabilizacji i obietnic. Robię, by nie żyć jak moi rodzice.

Wtedy, gdy siedziałam w samochodzie Tamtego myślałam, że to jest tylko nasza historia. Miałam niewiele po trzydziestce. Gryzłam palce i międliłam sukienkę. Mówiłam: kocham cię, ale nie mogę z tobą być, pragnę, ale to się nie uda. Mówiłam wciąż: mam dziecko, muszę być odpowiedzialna. Miałam koło siebie rozjuszonego i zmęczonego faceta, który chciał ze mną być. I wymagał dojrzałości, której nie mogłam mu dać. Bo nie byłam dojrzała.

To było takie smutne. Wydawało mi się, że żegnam się największą miłością. Ależ się zdziwiłam słuchając znajomych po latach i oglądając serial „the affair”. I to serio wszystko tak samo? Hmm…./

Potem wylądowałam na terapii z mężem i znosiłam zarzuty jaka jestem straszna.

Terapeutka spytała: – Czy nie uważa pan, że zdrada jest wynikiem samotności i cierpienia? Czy nie czuje się pan współodpowiedzialny?

On się zapienił, porwał kurtkę, wybiegł. Nienawidził terapeutki, choć do tej pory uważałam go za najbardziej dojrzałego faceta na świecie. Ale wszyscy mamy słabości, prawda? To było dla niego za trudne. Dźwigać odpowiedzialność za to, że ktoś go zranił.

A ja wylewałam frustracje całego życia. Milion słów, których zawsze się bałam. Zawsze myślałam, że jak pewne rzeczy się powie to jest koniec świata. Druga osoba odejdzie. Zniknie.  Ale to nieprawda. Czasem gdy mówisz: „mam żal”, „jestem zła”, „brakowało mi tego i tamtego” otwierają się kolejne drzwi. Ta druga strona może odejść, ale możecie mieć też lepsze, fajniejsze życie. Razem. 

Ktoś mi powiedział, że miłość jest wtedy, gdy możecie zalać się frustracją i nikt nie odejdzie. Nie dlatego, że jest masochistą, ale dlatego, że wierzy, że TA druga strona jest miłością. Bo chce z nią być. I gdy to osiągniesz, masz najwięcej. Masz coś poza uniesieniami, poza chemią, poza dziecięcą potrzebą bycia i potrzebą symbiozy.

Dziś pewna osoba zapytała mnie: „Dlaczego skoro wszyscy chcemy tego samego, to dlaczego tak często się mijamy?”. Jasne, chcemy miłości, ale przecież na różnych etapach różnej, czasem wściekamy się z powodu naszych niezaspokojonych oczekiwań, a czasem się nie wściekamy tylko idziemy gdzieś dalej.

Za często porzucamy. Bliska mi osoba porzuciła żonę dla innej kobiety. Potem odeszła od innej kobiety, bo …. coś się wypaliło.

Jestem wdzięczna mojemu mężowi, że nie odszedł.

Mówił: „kocham cię”, gdy wątpiłam.

Mówił: „damy radę”, gdy chciałam się zgubić.

Mówiła: „nie bądź dzieckiem”, gdy nim byłam.

Że zawsze wyciągał do mnie rękę. To coś więcej. Coś poza seksem, coś poza chemią, uniesieniem, obłędem. To trwałość. Kiedyś jej nie doceniałam. Po latach staje się kotwicą w szalonym świecie, gdy wszyscy sobie coś obiecują, a potem nie dotrzymają, znikają i z miną niewinnego dziecka oznajmiają: „Ojej, obiecywałem/ obiecywałam? Przecież to było wtedy”. Magiczne „wtedy”. W tamtych emocjach, w tamtym życiu. To dar spotkać kogoś dla kogo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to jest jakiś ciąg przyczynowo– skutkowy. Życie nie składa się z urwanych historii, czy uniesień, ale z odpowiedzialnośći. 

Tego dziś prawie nie ma.

Kochani, miłości nie uczy nas ten, kto do nas mówi. Miłości uczy nas ten, kto przy nas jest. Bez względu na wiele rzeczy.

A faceci, no cóż, kochają czasem znacznie mądrzej niż my.


„Co się dzieje, gdy mężatka spotyka tego drugiego?”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
31 stycznia 2016
Fot. iStock/skynesher
Fot. iStock/skynesher

Napisałam mu: „Przepraszam, wszytko mi się pomyliło. Nie mogę mieć romansu,  bo nie daję rady żyć w kłamstwie. Nie mogę zostać twoją dziewczyną, bo… ale chciałabym”. Kartkę zostawiłam przy łóżku. Chyba jeszcze spał. Albo może udawał, bo pięć minut przysłał wiadomość „Myślałem, że będzie inaczej. Przykro mi”.

Siedząc pod jego domem w samochodzie myślałam, że nie ma większego banału niż słowa. Jakiż trzeba mieć talent, żeby złożyć z nich coś sensownego o miłości czy seksie. Taka kartka, taki SMS. Przewidywalność mojego listu  i jego odpowiedzi. Rany. I inne wersje byłyby też teatralne. Napisałby: złamałaś mi serce (auć) albo idź do diabła (hmm). Mógł jeszcze wybiec za mną do samochodu (chciałabym). Czy wszyscy musimy cierpieć tak samo?

Jak to się stało, że w dwa miesiące z przeciętnej Matki Polki, której celem dnia było zrobienie rosołu, odebranie dziecka o odpowiedniej porze z przedszkola, zabawa w Star Wars i dopilnowanie mycia zębów wieczorem, stałam się bohaterką filmu „Niewierna”. Kobietą, która siedzi w samochodzie i patrzy w telefon. Napisał, nie napisał, co napisał. Analizującą, rozchwianą i gnaną instynktem.

Chcę siebie! Siebie dawnej. Wiedzieć, że mam umysł prosty i jasny jak moje przyjaciółki, albo mam umysł poprany jak inne koleżanki, ale chociaż jestem prawdziwa. Jakaś. A nie taka żadna, na tej obcej ulicy, wśród bloków i po nocy, która nie ma ze mną nic wspólnego. Podzielona.

Nie jestem. Od tego pierwszego momentu, gdy pozwoliłam Mu się dotknąć, gdy zapomniałam, że coś innego komuś obiecywałam, ale to przecież było tak dawno, że żadnego szczegółu z tych obietnic nie mam już w sobie.

Może jest taki moment, gdy już nie masz w sobie starego życia, choć wciąż w nim jesteś…

…bo tak wypada, bo boisz się zrobić krok. Lub po prostu trwasz, bo nowe nie nadchodzi. To wcale nie musi boleć, nie jest żadną frustracją. Jest po prostu dobijaniem do wieczora po absorbującym dniu.

Może właśnie to był mój czas przed N.? Ten męczący czas, gdy już wrzeszczysz wszystkim, że na pewno się nie rozwiedziesz, że u ciebie wszystko dobrze. Tak musisz przekonać siebie. „Mam takie dobre małżeństwo”.

– Nie jestem głucha– zauważyła K., moja przyjaciółka, gdy znów jej mówiłam, że u nas idealnie.

To okropne przyjaźnić się z mądrymi kobietami. Doprawdy.:)

Czy jest coś złego w oszukiwaniu siebie? Na miłość boską, nie. Inaczej musielibyśmy być nieustannie w depresji, w smutku, w poczuciu winy. Gdyby tak każdy z nas miał nazywać rzeczy po imieniu. Hahahaha, dobre. Taki dzień prawdy. Wow, moje małżeństwo nie jest wcale idealne, może w ogóle nie jest, wk**wia mnie bycie matką, wk**wia mnie moja matka, nie daję czasem rady, jestem zmęczona, za stara, za gruba, za młoda, nie zrealizowałam się w pracy, jestem samotna, słaba, zieje jadem wobec innych, bo mam w sobie tyle frustry, że gdybym wysłała ją całą w kosmos to i tak by jeszcze zostało. A jestem zbyt mądra, niestety, by innych obwiniać o tę złość.

Nie mam ochoty gotować, piec, wstać też mi się dziś nie chce. Ktoś może załatwić to za mnie? Już widzę tę prawdę, z którą mierzymy się co rano. Kto ma ochotę strzelać sobie w łeb? Więc owijamy nasze życie w bawełnę, zapełniamy je motywacją, sracją, upychamy mnóstwo zadań w ten biedny dzień, by go przetrwać  Przekonujemy się, że jesteśmy wobec innych w porządku, bo uświadomienie sobie tego nie w porządku rozwaliłoby nas na atomy, a kto chce być atomem. Sorry, nie.

Serio czasem lepiej nie wiedzieć prawdy o sobie.

No potem zawsze (prawie) pojawi się taki J.  (nowy facet, nowa kobieta), który tylko pyknie palcem i lecą nasze złudzenia, iluzje i wyobrażenia, które nazywaliśmy stabilizacją i pewnością.

Czy w naprawdę dobrym związku, w dobrym momencie życia jest miejsce na zdradę? No, bywają też związki dobre, a momenty złe.

Dwa dni później siedzę w gabinecie doktor A. Widzę siebie w lustrze i nie dowierzam. To ja? Matka? Żona? Jestem chuda, blada, drżą mi ręce.  Nikt mi nie umarł, nie choruje, jestem zdrowa, a jednak mogłabym kawałki siebie zbierać z ulicy. Moja pewność wylądowała w szafie, stabilizacja mieszka już tylko w pracy, lęki za to moszczą sobie miejsce w głowie. Nazywajmy rzeczy po imieniu:

– Jestem wariatką, mam męża i syna, zakochałam się w kimś innym i tęsknię. Aaaaaaa.

– Jest pani wariatką? – powtarza doktor A.

Nie wierzę, k….I ja jej za to płacę?

– Skończyłam z nim – mówię (twardo)

– Z mężem czy z tym drugim? – znów uśmiecha się doktor A.

Naprawdę ją zabiję.

– Pani żartuje?!

– Nie, ja tylko pytam.

Patrzę na nią, wiem, że wrogo, ale jej twarz nie wyraża niczego złego. Nie ma na niej złości, pogardy, drwiny.

– Była pani kiedyś z kimś i nie czuła się kobietą?– pytam

– To dla pani ważne, żeby znalazła pani inną kobietą, która czuje to samo co pani?

Wiedźma.

– Ważne chyba – dodaję spokojnie.

Nie chcę być w tym wariackim świecie emocji sama. RATUNKU.

Nie wiem, kiedy to się dzieje, ale mówię. Rzadko mówię. Ludzie w ogóle rzadko mówią o czymś sensownym. Gadamy o innych, polityce, gotowaniu, kredytach, pensjach, pracy, zadaniach. Zadania – to takie modne słowo. Nigdy o samotności. Rzadko. I najczęściej wtedy, gdy jesteśmy pijani. Alkohol to taka nasza przepustka do szczerości. Nie gadam prawdy o sobie po alkoholu. No może, z J. podczas pierwszego seksu. Bez żadnych kłamstw i teatrów, bo szkoda mi czasu na granie. Powiedziałam mu, że nie pamiętam, żeby ktoś mnie tak uważnie dotykał. I dawno nie miałam orgazmu. Smutne wyznanie mężatki.

Powiedziałam mu znacznie więcej

– że nie pamiętam, kiedy się ostatnio tyle śmiałam

– że nie pamiętam, kiedy tak bardzo chciałam kogoś dotykać

– że nie pamiętam co to znaczy czuć się piękną

– i nie pamiętam co to znaczy porzucić ironię

Przywaliłam mu, wiem.

– Dużo mówisz, co? – spytał. I dużo myślisz?

– Dużo.

Zaśmiał się. Z  czułością do której nie byłam przyzwyczajona. Jeśli miałam kiedyś seks, który mnie rozebrał to był właśnie ten. W tym milczeniu, i nie do końca w myślach własnych, w tym wpuszczaniu obcej zupełnie osoby wszędzie. Z poczuciem, że ona zaraz obca być przestanie i że nie chodzi o żadne ruchy kopulacyjne czy tanią namiętność. Tylko, niestety, o samotność. On i ja, na zupełnie innych etapach życia, ale i tak w tym samym punkcie. SAMOTNOŚĆ.

– Jak pani go poznała– pyta doktor A.

– Kogo?

– A o którym chciałaby pani ze mną rozmawiać? Co jest dziś ważniejsze?

– Poznałam go, gdy byłam smutna.

– Kogo?

– Każdego – uśmiecham się. – Mężczyzn swojego życia zawsze poznawałam, gdy byłam smutna.  Często jestem smutna – dodaję usprawiedliwiająco. Choć bardzo dużo się śmieję. Tylko, że pierwszy (mąż) uratował mnie rozmową, a potem pojawił się seks. Drugi ratuje mnie seksem, w którym jest rozmowa.

– Czego się pani najbardziej boi?

– Tego co pomyśli o mnie kiedyś mój syn. Jeśli odejdę, oczywiście.

Wyrzuty sumienia z powodu dziecka rozbijają mnie na atomy. Nikt mi nie powiedział, że macierzyństwo to jest nieustanne poczucie winy, że robisz coś nie tak. Za mało, za dużo, nie w tę stronę.  No i teraz to, że być może nie mogę być już żoną jego taty.

Ale wiem, nigdy nie zaakceptowałam, że stałam się już tylko rosołem i praniem. Nie zaakceptowałam tego co moja mama nazywa normalnością – przebywanie ze sobą, ale nie widzeniem siebie. Nie zaakceptowałam tego, że jestem dla kogoś tylko: „Zrób herbatę, kiedy obiad, gdzie jedziemy na wakacje, nie muszę cię przytulać, miłość to przecież jak umyjesz komuś samochód”.

– Sama sobie umyję samochód, ale nie przytulę się sama– wyrzucam doktor A. – Potrzebuję bliskości, chcę, żeby ktoś dotykał mnie rano i napisał czasem w ciągu dnia SMS: Hej, co słychać? Czy to tak dużo?

– Nie – mówi ona. Patrzy na mnie tak uważnie, że łzy mi lecą i nawet nie mogę wściec się na nią, bo jest tak delikatna, jak nikt kogo znam.

I Boże, jaką ulgę czuję. Takie kobiety jak ja nazywa się dziwkami. Nazywają nas tak mężczyźni, którzy boją się, że ich też zdradzą kobiety, i kobiety, które zostały skrzywdzone, albo boją się, że to się kiedyś stanie. Reszta milczy. Milczą szczęśliwe mężatki, ludzie szczęśliwie zakochani. Mogą tylko pomyśleć: „Kurczę, pat, smutne. Nie chcę, żeby ze mną tak było”. Nikt w dobrym momencie życia nie zagląda innym do łóżka, a już tym bardziej do serca. Serio, nic go to nie obchodzi.

Boli mnie, że wrzuca się moją historię do przypadkowego seksu czy bezmyślności. Że się mówi, że on (kochanek) w końcu ją kopnie w dupę, bo przecież wcale nie kręci go kobieta tylko to, że ona jest czyjaś.

A mąż zrozumie (czyt. jak kiepsko wybrał). No i ona zostanie sama.

Tylko, że to niekoniecznie prawda. Bo choć wszyscy używamy tych samych słów, końce bywają różne.

W mojej historii dzisiaj jest listopad. Napisałam Mu, że to koniec. I on nie dzwoni (na razie). Byłam u doktor A. I gdy wracałam do samochodu, tak żenująco rozwalona, nagle zaświeciło słońce. Dość wyjątkowe to słońce w listopadzie. Nie mam prawa czuć, wszystko da się ogarnąć rozumem, zdradzają ludzie słabi, jestem żoną, matką, mam dużo pracy.  Zrobię obiad, kolację, posprzątam w szafie, napiję się wina. Spróbuję kochać się z W. (Mąż, czyli Właściwy – jak go nazywam). Wrócę do siebie dawnej.

Przeczytałam dziś: „Terapeuci uważają, że ciało zaczyna cierpieć, gdy nie otrzymuje wystarczającej dawki dotyku”. Tak jest. Wiem o tym za dużo. Nie powinna tyle o tym wiedzieć trzydziestolatka. Mężatka.

Kochani,

jestem żoną

umiałam wspierać męża, gdy tracił pracę, przytulałam go, gdy umierała mu mama. Nie krzyczałam, nie wymagałam. Czasem prosiłam.

– Mógłbyś napisać SMS, no wiesz, że wszystko u ciebie dobrze?

– Spróbowałbyś być bardziej uważny?

– Przytulisz mnie?

– Czy coś z nami nie tak? Powiedz?

Prosiłam za długo. Tak, są ludzie, którzy całe życie proszą. Godzą się na środek, udają, że nie chcą więcej. I ok. Jeśli się na to godzą.

Więc był listopad. I przeżyłam najgorszy seks w życiu. Z W. (Właściwym). Upijałam się winem i próbowałam znów się z nim (go) kochać. Ludzie nie powinni się tak gwałcić. Nie powinni mówić słów, gdy ich nie czują, czy dla spokoju robić rzeczy, które są zarezerwowane dla namiętności.

On po takim seksie ma po prostu wytrysk i może jest mu dobrze – ale nic poza tym. Ona kończy sama w wannie. Albo płacze. Ten dramat jest tylko tu i teraz. Bo w tym właśnie momencie oni mogą też zrozumieć, ze da się żyć inaczej.  I to jest właśnie szczęście. Że można popchnąć to w którąś stronę. Do rozwodu albo do nowej bliskości. Pod warunkiem, że nie zasną dla świętego spokoju. Bo przecież jutro trzeba pracować. Zrobić kawę, kanapki dla dzieci.

Jeśli jesteś mężczyzną w stałym związku, odpowiedz sobie na pytanie, czy nie masz czasem grymasu na twarzy. Tak powiedzmy po trzech, pięciu latach. No przecież wiem, że nie na początku.

Że dojdę z J. do tego samego punktu? A może on jest mądrzejszy? Lepszy? Dlaczego kochanek ma być tym, który zrani?

Życie nie zawsze jednak pisze te same scenariusze…

CDN.