Zdrada, której nie ma? Przyjaciółko, nie starasz się „za mało”. Nie musisz się na „to” godzić

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 stycznia 2016
Fot. iStock / Talashow
 

Zadzwoniła do mnie w nocy, z trudem hamując łzy. W takich sytuacjach rzadko przychodzą nam do głowy jakieś mądre słowa pocieszenia. Możemy tylko słuchać. Co powiedziała? Że nie jest już kobietą, że straciła swój seksapil, że nigdy nie zrozumie jak on mógł jej to zrobić. Kolejna smutna historia zdrady? Nie.


Ale czekałam na nią od rana, przekonana, że zdradził. Co innego mogłoby się wydarzyć? Przygotowałam paczkę chusteczek i dwa identyczne kubki. Te kubki, oba niebieskie, miały znaczyć, że jestem z nią. A paczka chusteczek, że łzy dozwolone, że może czuć się tu bezpiecznie, bo najwyraźniej ktoś jej to poczucie bezpieczeństwa odebrał. Wpadła wczesnym popołudniem, zmęczona, z opuchniętymi powiekami, skrytymi za wielkimi ciemnymi okularami. Zdjęła je zaraz i odłożyła na stoliku, stukając o blat długimi paznokciami. Mimo całego tego bólu i cierpienia, jakie ewidentnie przeżywała, wyglądała jak zwykle kobieco i pięknie. Ten nienachalny erotyzm miała w sobie od zawsze. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, potem popłynęły słowa.

Czuła to od dawna, bo od kilku miesięcy unikał wspólnego łóżka, bliskości bardziej intymnej niż ta między dwojgiem przyjaciół, którzy postanowili ze sobą zamieszkać. Zasypiania tuż obok, dotyku jej dłoni, zauważania, że to dla niego, ta nowa, delikatna jak mgiełka koszulka. Wiedziała, że musi być ktoś inny, że on nie podąża za nią jak kiedyś, spojrzeniem wiernym i namiętnym. Czyli, jest ta trzecia.

„Więc zdradził” – pomyślałam od razu. Ale to nie tak. Bo jest „ta trzecia”, ale jest i czwarta i piąta i setna. I blondynka i brunetka. I delikatna, uległa. I dominująca, piękna i gotowa na wszystko. A najwięcej tych wulgarnych, przerysowanych. Czy to jest zdrada? Przecież nie ma tu nikogo konkretnego, żadne uczucie nie wchodzi w grę. To tylko film. A właściwie dziesiątki, a może nawet setki filmów pornograficznych na jego komputerze, ulubione foldery, „gwiazdki”, motywy i kategorie. Odkryte przypadkiem, kiedy chciała coś sprawdzić, a jej laptop stał już spakowany do pracy.

I pat. Kompletna bezradność. Bo jak się z tym skonfrontować? Z fikcją, filmem, z jego „sam na sam” z aktorkami porno? Z obrazkami, którym raczej nie dorówna. I jeszcze to, że jeśli nawet odbudują swoją intymność, te jego filmy zostaną między nimi. Bo ona będzie się zastanawiać, czy on musi o nich myśleć, żeby pójść z nią do łóżka.

Odkrycie, że jej ciało mu „nie wystarcza”, że nie jest „wystarczająco dobra” boli, jak mało co. W głowie ma teraz tylko fragmenty tych filmów i przekonanie, że tego co na nich zobaczył ona mu dać nie może. A może jest z nią z litości? A może z wygody, a miłosnych uniesień szukać już będzie zawsze po tamtej stronie ekranu? Płakała, krzyczała: „Czego mi brakuje?!”. Żądała prawdy: „Od kiedy to trwa? Kiedy to robisz?”. I nie chciała uwierzyć w zapewnienie, że on ją kocha, że dla niego jest piękna, pociągająca. No bo jak uwierzyć, skoro on woli filmy?

Wypiłyśmy nie jeden, ale trzy kubki herbaty. Nie umiałam doradzić, słuchałam i patrzyłam tylko, jak jej pewność siebie znika, pojawia się (kiedy grozi mu rozstaniem) i znowu znika (gdy głośno zastanawia się, co z nią jest nie tak).

Wieczorem siadam do komputera i czytam setki podobnych opowieści. Fora internetowe pełne są wpisów zranionych, rozedrganych i drżących o to swoje poczucie erotycznej wartości kobiet. Proszą o rady, katują się opisami swojego mniej lub bardziej udanego pożycia, które miały zanim „to” odkryły. I choć żadna nie przyznaje się wprost, gdzieś między wierszami czuję, że śledzą każdy krok swojego partnera w Internecie. „Czy to znaczy, że już go nie podniecam? Czy to znaczy, że staram się za mało? Czy powinnam się na to godzić?” piszą zamieniając się w wielkie, kruche jak słomki znaki zapytania. Szukają zapewnienia, że to nie z nimi coś jest nie tak, że to nie po ich stronie leży „wina”. A bezpardonowe odpowiedzi psują cały ten delikatny efekt, zabijają „romantyczną otoczkę. „Daj spokój, masz wydumane problemy, każdy facet ogląda porno” – pisze Jacek78. Czy Jacek byłby cię w stanie zrozumieć, Przyjaciółko, z którą wypiłam trzy kubki hebaty? Nie sądzę.

Czy „to” jest zdradą? Nie wiem, chyba nie. Ale rozumiem kobiety, które w takich sytuacjach czują się zdradzone, oszukane, niewystarczające. Nie pojmuję jednak tego, co dzieje się w ich głowach dalej, tej nieuchronnej autodestrukcji. Poszukiwania w sobie błędów i niedostatków, spisywania swojego ciała na straty. Kochane, z wami naprawdę wszystko jest OK. Gdyby tak w jakiś magiczny sposób pozbyć się tego cholernego braku wiary we własną atrakcyjność? Gdyby odrzucić to oddanie i ugrzecznienie w sypialni, przekonanie, że DLA NIEGO musimy się starać ze wszystkich sił, bo inaczej znajdzie inną, lepszą…? Czy wtedy takie „odkrycia” nie bolałyby mniej?

Przyjaciółko, nie starasz się „za mało”. Nie musisz się na „to” godzić, nie musisz przymykać oczu i znosić tej przykrej dla ciebie świadomości. Ale zdecydowanie powinnaś nauczyć się o „tym” rozmawiać bez emocji. Wiedz jedno, jeśli twoje ciało na niego „nie działa”, jeśli zamiast zadbać o ciebie, wybiera świat sztucznych doznań, problem jest w nim.  Jeśli go kochasz, spróbuj pomóc. Tyle.


Jak zdobyłam numerek „na koleżankę”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 stycznia 2016
Fot. iStock / Imgorthand
 

Jak to jest, że przez zwykłe, czasem rozmowy w najmniej spodziewanych okolicznościach człowiek dowiaduje się o sobie najwięcej? W takim na przykład warzywniaku, kiedy budzą się w tobie mordercze instynkty, bo pani przed tobą płaci kartą i coś pójdzie „nie tak”. Albo podczas rozmowy z sąsiadką, która choć nie dosłyszy i nie dowidzi, nazywa twoje dziecko pederastą, bo mały ząbkuje i popłakuje nocami głośniej niż zwykle. Albo … w poczekalni u pediatry.

Katarek. Wieczorem lekki, nie przeszkadzający zbytnio i nie zwiastujący nic większego. Jak to możliwe, że w nocy urósł do rangi problemu burzącego rodzinną harmonię i błogą ciszę nocną? Nieprzytomna biegam, przetykam dziurki w nosie (co za barbarzyńca wymyślił odkurzacz do nosa?!), tłumaczę, że moje zabiegi mają w perspektywie przynieść ulgę, a nie zgnębić nieszczęśliwca. Zasypiamy razem w gąszczu chusteczek i  skuwkach od pojemniczków z sola morską. Na szczęście jest zima i trudno określić dokładną godzinę. Musiała być wczesna (tak, tak – już), bo mam wrażenie, że budzik znowu zadzwonił za wcześnie. Młody nieszczęśnik ma najwyraźniej takie samo wrażenie. Niech poleży. Gołym okiem widać, że ma gorączkę. A okiem ubranym w termometr widać jeszcze lepiej.

– No, ale co ja pani poradzę, wszystko obłożone, od czwartku nie mamy miejsc – znudzonym głosem, ale ciągle uprzejmie informuje mnie pani w rejestracji. – No chyba, że zadzwoni pani za dwie godziny, może ktoś zrezygnuje. – Ale dziecko ma gorączkę, katar i czerwone gardło! – z tym gardłem mówię „na zapas”. Z doświadczenia wiem, że w okresach masowych przeziębień musze być twardym i nieustępliwym negocjatorem. To niesamowite, jak z ugodowej, spokojnej osoby zamieniam się teraz w „matkę – lwicę”. Nie odpuszczę. Ostatecznie udaje się „wcisnąć” małego między jedną wizytą a drugą. No to teraz jeszcze tylko telefon do pracy. Błahostka. – Młody ma gorączkę, nie mogę przyjść. Prawdopodobnie będę musiała pracować z domu. – informuję od razu, tonem, jakbym recytowała wiersz z pamięci. I oni wiedzą, i ja wiem, że praca w domu z małym dzieckiem w moim wypadku równa się spadkowi wydajności. O dobre kilkadziesiąt procent. – To w razie czego bierz zwolnienie – mówi zrezygnowana szefowa. Cóż, takie życie z tymi matkami.

W przychodni tłum, ryk i dantejskie sceny. Tylko dzieci spokojne. Chore i osłabione, czują, że „wszystko im jedno”. Kolorowanka? Nie, dziękuję. Niech matka spróbuje kolorować z gorączką i z katarem. Poza tym, co to za przyjemność kolorować za każdym razem taki sam obrazek z butelką syropu. Czy ci lekarze nie myślą o niczym innym, tylko o lekarstwach?

Siadamy grzecznie obok pani z bliźniakami. To miejsce strategiczne, bo mamy, zaraz potem jak opuści gabinet lekarski niepostrzeżenie wejść do środka. – Niepostrzeżenie, rozumie pani – mówiła pani w rejestracji. Kiedy drzwi za bliźniętami zamykają się, zaczynam czuć lekkie podenerwowanie. Jak to „niepostrzeżenie”? Przecież oni pilnują każdego, widzą wszystko. Wiedzą dokładnie kto jest za kim, a kto próbuje „bez numerka”.

Raz, dwa, trzy liczę głośno. Drzwi otwierają się, panią z bliźniakami  na korytarz wyprowadza lekarka, młoda, uśmiechnięta blondynka z zadartym nosem. Zaraz, zaraz…

– Kaśka! – mówię ciut za głośno. – Czy my się znamy? – pyta blondynka. – No z osiedla, nie pamiętasz? – w podnieceniu prawie wpadam do gabinetu z młodym pod pachą. Kaśka przypomina sobie i osiedle i zabawę w podchody i rudego Maćka. Szybko wymieniamy się numerami telefonu (znajomy pediatra to nieoceniony skarb!) i przystępujemy do badania. To znaczy, Kaśka przystępuje. Rety! Ale śmiesznie na nią patrzeć taką poważną i skupioną jak się ma w pamięci jej warkocze. I koślawe nogi w wiecznie obwarzankowych rajstopach.

Wychodzę uśmiechnięta i uspokojona. To lekka infekcja. Dziecko będzie żyło.

–  No gratuluję – słyszę za sobą i oglądam się zdziwiona, bo nie wiem do końca o jaki sukces chodzi.- Słucham? – dopytuję uprzejmie. – „Na koleżankę” to jeszcze żadna nie próbowała się wepchnąć – kwituje starszy pan, dziadek, który czeka w kolejce wnuczkiem.


Dlaczego zawsze wybierasz niewłaściwego faceta? Jeśli nie czujesz się warta miłości, plączesz się w relacje z ludźmi, którzy cię unieszczęśliwiają

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 stycznia 2016
Fot. iStock / Steve Debenport

– Mam dość – oświadczyła Agata, młodsza siostra mojej przyjaciółki Asi, o 17:23 nad filiżanką latte. Wpadła właśnie jak gradowa chmura na umówione spotkanie w kawiarence „dla bab” (tak mawiają panowie, którym nie odpowiada tutejszy wystrój wnętrza) . – Dlaczego jak zawsze trafiam na takich idiotów? – zachlipała Agata smętnie. – Zawsze? – skrzywiła się ironicznie Asia. – A co, ten ostatni, niespełniony chirurg o pięknych dłoniach to też niewypał? – Kompletny – padła wycedzona przez zęby odpowiedź. – Ja po prostu przyciągam facetów niewydolnych intelektualnie, społecznie i związkowo nieprzystosowanych, nieogarniętych życiowo i z nieodciętą pępowiną. Cztery razy „nie”.

– E, tam. Po prostu może za bardzo chcesz… – rzucam litościwie. Ale myślę, że coś w tym jest. Każdy bliższy znajomy Agaty po dość krótkim okresie próbnym okazywał się nie do wytrzymania. Pamiętam narcystycznego fotografa, który wycinał ją ze wspólnych zdjęć, jeśli tylko uznał, że Agata swoim wizerunkiem psuje efekt i zakłóca blask jego urody. Albo notorycznego flirciarza Krzysia, który „wpadł” usiłując umówić się z Agaty siostrą. I jeszcze kompletnie niedojrzałego Piotrka, który trzy razy dziennie „meldował się” u mamy, zdając jej jednocześnie relacje z kulinarnej ułomności swojej dziewczyny. No i poznanego na uczelni Maćka, który zawsze zapominał portfela i nigdy nie płacił w kawiarni, ani w kinie. Albo tego, którego imienia nie pamiętam, ale wiem, że ciągle odwoływał spotkania i nie odpowiadał na SMS-y. Aż pewnego dnia zniknął, by pojawić się po tygodniu jak gdyby nigdy nic.

Dziwne to były związki. Panowie do zaoferowania mieli niewiele. Trochę złudnych nadziei, kilka przyjemnych chwil, dużo niepewności. Kiedy więc Agata poznała o kilka lat starszego chirurga, trzymałyśmy kciuki, by okazał się on godnym przynajmniej chwilowej uwagi. W końcu lekarz to zawód zaufania 🙂 …

– Co tym razem? – spytałam. – Czego mu brak? – On po prostu nie był mną zainteresowany. Żył pracą. Cały czas. Na spacerze, w teatrze, w kawiarni. Ani chwili oddechu. Ale rodzice powiedzieli mu, że pora założyć stado. Tak mi powiedział. No czy ja jestem jakąś klaczą rozpłodową. Powiedzcie mi, o co ja robię źle? – nos Agaty zrobił się zupełnie czerwony.

– Faktycznie coś jest z tobą nie tak. Powtarzasz jak stara płyta ten sam schemat – oświadczyła bezlitośnie starsza siostra. A potem wyjęła długopis i zaczęła coś pisać na białej serwetce z zagiętym rogiem. Cóż, tak już jest. Jeśli nie czujesz się warta miłości, prawdziwego zaangażowania, stałego związku, prawdopodobieństwo, że spotkasz partnera, który cię za godną tego wszystkiego uzna jest również niewielkie. Więc plączesz się w relacje z ludźmi, którzy cię unieszczęśliwiają. To nie żadna klątwa egipska. To życie. – Nie wierzysz w siebie i szukasz kogoś, kto cię w tej niewierze upewni – ostatnie zdanie wypowiadam bezwiednie na głos. Asia kiwa głową w milczeniu i podaje siostrze zapisaną od góry do dołu kawiarnianą serwetkę.
– Masz, leć do domu. Nie, nie wycieraj w to nosa! Przeczytaj. I się zastanów. A potem zadzwoń.

Treść zapisków z kawiarnianej serwetki – Kilka pytań, na które musisz sobie odpowiedzieć, jeśli uważasz, że ciągle spotykasz niewłaściwych mężczyzn:

1. Czy potrafisz dostrzec w sobie pozytywy?
2. Czy potrafisz docenić siebie i swoje osiągnięcia?
3. Czy „przepracowałaś” w sobie trudne momenty z przeszłości?
4. Czy potrafisz zadbać o swoje potrzeby?
5. Czy umiesz dokonywać właściwych wyborów w życiu codziennym (czy masz czas dla siebie, czy pielęgnujesz swoje pasje, rozwijasz się, czy nie za bardzo przejmujesz się opinią innych)?
6. Czy żyjesz w zgodzie ze sobą ?

Moja Kochana!

Jeśli myślisz, tak jak Agata, że przyciągasz nieodpowiednich partnerów, posłuchaj mnie przez chwilę. Odetchnij głęboko i odpowiedz na pytania zapisane na serwetce. A potem pomyśl o związkach w których bylaś. Widzisz pewną powtarzalność? Przyda ci się związkowy detoks.

Zainwestuj w siebie, w czas spędzony z przyjaciółmi. Oni zauważą, jeśli w twoim życiu masz teraz słabszy moment. W tym słabszym momencie o wiele łatwiej zwiazać sie z niewlaściwym facetem i – co ty dużo mówić – zmarnować sobie ten moment jeszcze bardziej. Bo wierzysz wtedy w siebie trochę mniej, bo brak ci zwykłej pewności i siły. Więc – nie obraz się za to, proszę – zaufaj czasem komuś więcej, nie tylko swojej intuicji. Nie leć na łeb na szyję w tę nadzieję na to, jaki on jest. Bo pewnie jest inny. A tobie nie trzeba przecież kolejnych rozczarowań.