Tyran? A może kochanek idealny? „Byłam otwarta na jego fantazje. I tu zaczął się mój dramat”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 lutego 2018
Fot. iStock/bee32
Następny

Dużo mówi się o tym, jak ważny w związku jest seks. Ja, jeszcze kilka lat temu nie przykładałam do niego aż takiej wagi. Wszystko zmienił mój mąż, który, dla odmiany, zawsze powtarzał, że bez dobrego seksu nie da się utrzymać związku. Wpatrzona byłam w niego jak w obrazek i traktowałam go jak nauczyciela. Pewnie dlatego, że dzieli nas aż 15 lat różnicy. Więcej doświadczył, miał wcześniej kilka partnerek, znał się na życiu i związkach. Ja byłam młodą, kobietą, która bardzo pragnęła miłości i rodziny. Dopiero poznawałam siebie i odkrywałam swoje potrzeby. Seksualne również. 

Nie byłam dziewicą kiedy się poznaliśmy. Bo i która 25-latka jest dziś dziewicą? Jestem pokoleniem, gdzie dostęp do Internetu pozwalał zgłębiać arkana sztuki miłosnej już w wieku nastoletnim. Wiedziałam więc, jakie rzeczy robi się w łóżku. Można przecież powiedzieć, że istnieje pewien zbiór standardów, takie absolutne minimum, które kobieta powinna w łóżku robić. Seks oralny, seksowna bielizna i otwartość na nowe – tego byłam świadoma. Często bliżej mi jednak było sercem do seksu landrynkowego, uroczego, romantycznego, wzniosłego. Dlatego tak bardzo szukałam miłości. Tej prawdziwej. Bo sądziłam, że z takiego uczucia bierze się to, co pokazują w scenach erotycznych – namiętne pocałunki, pot, pasja, akceptacja swojego ciała.

Robert niewątpliwie ma w sobie pasję. Gdybym miała określić go jednym słowem, powiedziałabym, że jest samcem alfa. Władczy, męski, pewny siebie. Zabawne, ale na początku w łóżku był zupełnie inny. Pamiętam nasz pierwszy seks. Stresował się, jak też. Było dość drętwo. Ale przecież to normalne, gdy ludzie są ze sobą tak blisko po raz pierwszy. Tak sobie to tłumaczyłam.

Potem było już normalnie, zwyczajnie, klasycznie. W miarę regularny seks, praca, obowiązki domowe, ślub. Dzieci jeszcze nie mamy. Może to i lepiej.

Bo teraz nie wiem, czy przez te kilka ostatnich lat tak bardzo się zmienił, czy może wtedy udawał. A może źle wykorzystaliśmy te wszystkie rady, jak na powrót rozpalić ogień w sypialni? Że rutyna jest beee, więc trzeba wprowadzać nowe sztuczki, fantazje, stroje, gadżety?

Utkwiło mi w pamięci to, co przeczytałam kilka lat temu w jakimś poradniku. Że w seksie najważniejsza jest świadomość własnych potrzeb i otwartość na potrzeby drugiej osoby. Tego pierwszego mi brakowało, tego drugiego miałam pod dostatkiem. Otwartość wynikała z miłości. Kiedy kogoś kochasz, chcesz sprawić mu przyjemność.

Niestety, nawet swoim kosztem. I tu zaczyna się mój osobisty dramat.

Strona 1 z 2

Czytaj dalej…

Kobieto, co jest dla ciebie molestowaniem? Kiedy on patrzy na twój tyłek, czy może gdy łapie cię za biust?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 lutego 2018
Fot. iStock/EHStock
 

Jeszcze kila tygodni temu media społecznościowe zalały hasztagi z metoo. Ja też byłam molestowana, mnie też to spotkało. Kobiety jednym głosem solidaryzowały się w akcji #metoo, a jej zasięg przerósł najśmielsze oczekiwania.

Akcja minęła, jej echo odbija się gdzieś w oddali. Co zdołaliśmy wyciągnąć z tego wydobytego na światło dziennie tematu, który dotychczas byłe jedynie tabu? Smutne jest to, że niewiele… Pokrzyczałyśmy, pokiwałyśmy palcem i wróciłyśmy do biur, gdzie szef nadal rzuca niedwuznacznymi propozycjami, gdzie kolega za biurkiem komplementuje nasz biust, gdzie gość na ulicy gwiżdże za tobą, a ty żadnemu z nich nie zwrócisz uwagi, ba – przejdziesz niby obojętnie obok kalendarza z gołymi kobietami powieszonego w warsztacie u twojego mechanika samochodowego.

Podmiotowość – na to godzimy się wszystkie. Umniejszamy, bagatelizujemy, mówimy: „nie róbmy sprawy z tego, że facet się spojrzy na twój tyłek”. Jasne, nie róbmy. Nie róbmy też, gdy na kolacji służbowej szef łapie cię za kolano, a jakiś facet na imprezie próbuje cię obmacywać. Schowajmy to wszystko głęboko do szafy licząc na to, że trup nigdy z niej wypadnie.

Miesiąc po akcji Neurohme, na zlecenie Onetu, przeprowadził badania na temat #metoo. Wyniki niosą za sobą smutną refleksję – nie potrafimy określić, jakie zachowanie jest dla nas molestowaniem – z jednej strony, a z drugiej próbujemy sobie wmówić, co nim jest. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że kobiety odpowiadają twierdząco uznając patrzenie na ich dekolt za molestowanie, ale wcale nie są tego pewne? Dlaczego, choć ponad 60% z nas deklaruje, że o molestowaniu powinniśmy mówić głośno, to tylko 22% jest tego pewnych?

Przy okazji #metoo wiele razy usłyszałam od facetów: „Serio? To, że mówię, że masz fajny tyłek, można odebrać jako molestowanie?”. Zdziwieni, a my jeszcze bardziej, bo jak oni mogą nie być tego świadomi. Jak mogą myśleć, że sprawia nam przyjemność, gdy całują nas w usta na powitanie, jak mogą mieć czelność uważać, że patrzenie na nasz biust, nas nie krępuje i  jest dla nas czymś miłym?

Daleka jestem od usprawiedliwiania facetów, tak samo daleko od szukania winnych tej sytuacji. Akcja #metoo dla mnie powinna prowadzić do jednej zasadniczej refleksji: „Co dla mnie jest molestowaniem. Gdzie ja stawiam granicę? Co sprawia, że czuję się źle w obecności mężczyzn?”. Która z nas zadała sobie to pytanie nie sugerując się opowieściami innych – o tym, że dla jednej strzelanie z biustonosza do dzisiaj jest traumą, a dla innej łapanie za kolano to nic takiego? Która z nas hasztagując akcję spytała samej siebie, dlaczego to mnie dotyka, w jaki sposób, co mogę zrobić, żeby tak się nie działo, żeby nie dotyczyło to mnie, a w konsekwencji także mojej córki, przyjaciółki, sąsiadki, którą inny nachalny sąsiad puszcza przodem na schodach, bo otwarcie mówi, że chce pooglądać jej tyłek.

Nie chodzi mi o to, żebyśmy mówiły jednym głosem, już dawno przestałam się łudzić, że jako kobiety to potrafimy. Zawsze rozmawiamy w kontrze do czegoś: „Głupia, bo strzelanie ze stanika to dla niej molestowanie”, „Idiotka, to co facet ma się nie patrzeć na nią wcale?”, „Masakra, że ona pozwala sobie na takie żarty”. Może zamiast oceniać i analizować, co dla innej znaczy molestowanie, skupić się na sobie? To, że dla mnie łapanie za kolano jest nadużyciem, nie znaczy, że ta, która na to pozwala jest dziwką i przez łóżko buduje swoją zawodową karierę. Każda z nas została inaczej wychowana, każda ma inne doświadczenia, inny światopogląd, inne podejście do swojej seksualności i kobiecości. I to jest świetne, że tak się różnimy, ale dlaczego od razu musimy oceniać siebie nawzajem? Dlaczego z akcji #metoo nie potrafimy zbudować jednej wspólnej myśli, dodać sobie odwagi w mówieniu: „Stary, przeginasz”, kiedy opowiada szowinistyczne żarty, czy kiedy patrzy się na nasz tyłek. Obojętnie. Ważne, by pokazać: „Nie pasuje mnie to”, a sąsiadowi na klatce powiedzieć: „Tym razem ja sobie popatrzę na pana tyłek”. Każde „nie”, każdy sprzeciw, każde zwrócenie uwagi na niestosowne dla nas zachowanie, to krok do tego, by nasza siostra, córka czy córka naszej przyjaciółki, nie usłyszała: „Ale fajna dupa z ciebie”. To też szansa, żeby nasi synowie, partnerze, koledzy, przyjaciele wiedzieli, gdzie stawiamy im granicę – każda z nas indywidualnie. Oni nie są głupi, ale nie czytają w naszych myślach. A jeśli któraś z was myśli w tym momencie: „Co to da, on i tak się zmieni”, to ja się spytam: „Serio? A próbowałaś? Czy wychodzisz z założenia, że zawsze tak się zachowywał?”. Wszystko będzie na zawsze bez słowa nigdy, jeśli nie spróbujemy tego zmienić. A tylko my możemy to zrobić. Nie chować się za hasztagiem, za wpisem bez podawania szczegółów, tylko realnie, a nie wirtualnie sprzeciwić się zachowaniom, które pogłębiają stereotypy, które traktują nas podmiotowo. Wspierajmy się, nie oceniajmy. Tę lekcję wynieśmy z #metoo, by nie stała się jedynie wirtualną akcją odgrzewaną przy okazji wspomnień, które serwuje nam Facebook.


Mój tata umarł w hospicjum… #znajdźswójpowód

Redakcja
Redakcja
8 lutego 2018
Fot. Materiały prasowe

Swoją historię Adam Korol chciał mi opowiedzieć sam. Na fundacyjne imprezy charytatywne przychodził od kilku lat. Zaczął w 2012 roku, jeszcze jako czynny wioślarz, od najbardziej charakterystycznej – Pól Nadziei. W Galerii Bałtyckiej malował też bombki i robił wielkanocne stroiki, a na Wszystkich Świętych kwestował na cmentarzu. Nie zdarzyło się, by odmówił. Historia, z którą przyszedł, miała zupełnie inny charakter.

Zaczęło się na luzie. Opowiadał o sportowych medalach, także o tym z Pekinu. – Czuję się spełniony – usłyszałam. – Olimpijskie złoto jest czymś, o czym marzy każdy chłopak. Dalej było o życiu sportowca z wyższej półki, gościa we własnym domu, skoncentrowanego na własnej karierze, ale świadomego, że laury osiąga się dzięki pracy zespołu ludzi i wsparciu najbliższych. Potem o życiu polityka. Ze swoimi politycznymi sympatiami nigdy się nie krył i w 2015 roku zaproszono go do objęcia urzędu Ministra Sportu i Turystyki. Wyszło, że na krótko, bo zmienił się rząd. Wtedy został posłem, pełnym entuzjazmu, że tyle może. Plany, plany…

Przyszedłeś opowiedzieć mi swoją hospicyjną historię.

… … … Sorry. Nie zdawałem sobie sprawy, że to będzie takie trudne. Nie, nie przekładajmy. Zaraz się pozbieram. 1,5 roku to chyba rzeczywiście nie jest dużo. Mimo wszystko jestem zaskoczony, że tak reaguję… Może to kwestia miejsca, spotykamy się tu, gdzie umarł…

Dobra, wyobraź sobie: adrenalina buzuje jak za olimpijskich czasów, dostajesz od losu taką szansę, a zaraz tak w łeb. Tamtego dnia, kiedy tata spadł z łóżka, wyjeżdżałem z rodziną na wakacje. Wiedzieliśmy, że upadł niefortunnie i złamał sobie główkę kości udowej. Przykre, ale się zdarza. Miał 64 lata i na nic się nie uskarżał, może poza jakimiś bólami kolana. Kogo czasami nie boli kolano? Już za granicą odebrałem telefon od brata, że to złamanie jest najmniejszym problemem. U taty odkryto kilkanaście ognisk rakowych w bardzo zaawansowanym stadium. Przeżarte kości, zaatakowane nerki… To był szok. My tam na wakacjach, ja z tym hajem w głowie, że niby tyle mogę i nagle taka wiadomość.

Zaczęło się latanie po szpitalach, a mnie się włączyło myślenie: „zaraz to załatwię, przecież właśnie zostałem ministrem”. Jestem człowiekiem czynu, w sporcie nie dostawałem tylko medali, czasami też po łapach i tamte doświadczenia chciałem przenieść na tę sytuację. Oczywiście, że zadzwoniłem do ministra zdrowia i poprosiłem o najlepsze konsultacje, chociaż liczba tych ognisk przygniatała. Pierwotna przyczyna raka miała być w nerce i lekarze zdecydowali się na jej usunięcie. To był ten kamyczek, który wyjęty wszystko rozsypał. Nie, żalu do lekarzy nie mam. Po operacji chciano tatę wypisać ze szpitala, ale w rezultacie jeszcze został, przenoszony z oddziału na oddział. Można się było napatrzyć… Były lepsze, były gorsze, ale hospicjum z żadnym z nich porównać się nie da. Już to wiem, że w tym całym systemie służby zdrowia bardzo wiele zależy od samych ludzi, a nie od ustaw.

Kiedy tata trafił do Dutkiewicza, już nie miał świadomości, na swoje ostatnie 4-5 dni. Mama by sobie sama nie poradziła z ustawianiem leków. Powiem ci, że nigdy nie zapomnę wejścia do hospicjum, a potem pierwszego przejścia korytarzem, wzdłuż sal chorych. Wspierałem was, ale nie miałem właściwie świadomości kogo. Wiedziałem, że należy, czułem to, ale nie wiedziałem. Jak ja się wtedy bałem… Krzyków, zapachu, klimatu miejsca, gdzie umierają ludzie. A tu taki szok, na plus. Wszedłem jak do domu. Tak, takie miałem skojarzenia i to mnie bardzo uspokoiło. Wprawdzie wiedziałem wcześniej, że w hospicjum jest zupełnie inaczej, przygotowała mnie mama, ale to trzeba samemu przeżyć. Mama podkreślała, że w hospicjum jest zupełnie inna opieka, podejście z sercem do rodziny i do pacjenta. To mnie tutaj urzekło najbardziej, że ci ludzie znajdują w sobie wciąż i wciąż tyle empatii. Oni na co dzień widzą, jak ludzie umierają. Codziennie przypomina im się o własnej śmiertelności i codziennie znowu przychodzą do pracy.

Byłem bardzo zadowolony, że hospicjum zacząłem pomagać, jeszcze zanim pożegnałem w nim tatę. Nie neguję tych, którzy zaczęli z powodu osobistych doświadczeń, mówię po prostu, że mi z tym dobrze, bo z tą pomocą ruszyłem wcześniej. Na kolejnej akcji stawiłem się chyba już w miesiąc po pogrzebie. Mogło być też tak, że byłbym do instytucji rozczarowany, zły, że dałem swoją twarz i swój czas. Nie jestem. Zanotowałaś?

Notowała Magda Małkowska

Jest wiele powodów, by pomagać drugiemu człowiekowi. Jest wiele powodów, by wesprzeć działalność Fundacji Hospicyjnej, która prowadzi działające od 35 lat Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych im. ks. E. Dutkiewicza SAC. Każdego roku troskliwą i profesjonalną opiekę otrzymuje blisko 1000 chorych. W pomoc wszystkim naszym podopiecznym zaangażowani jesteśmy w 100 procentach. #ZnajdźSwójPowód, przekaż nam swój 1% podatku i pomóż nam pomagać. O swojej motywacji opowiedz znajomym, np. na facebookutwitterze lub na instagramie. Dziękujemy!

plakat na FB


Zobacz także

„Przecież cię nienawidzę, wiec skąd ten żal?”. List do męża, z którym się rozwodzę

On nie wie, a ona nie ma już siły. Choć jest źle, dobrze jest, jak jest… Siła wyuczonej bezradności

„Dziecko musi mieć ojca” – mówiłam terapeutce. Bałam się zostać sama. A co, jeśli on miał rację i naprawdę byłam nikim?