„Bo co jej powiesz? Że to nie jej wina, że seks nie sprawia ci żadnej przyjemności? Przerabiałem to już tak wiele razy”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
12 lutego 2017
fot. iStock/juhy13
 

– Stoi przed tobą piękna dziewczyna. Nie jest zupełnie naga, jej idealnie gładkie ciało zakrywa tylko skąpa, zmysłowa bielizna. Patrzy na ciebie i widzisz, jak pożądanie sprawia, że rozchyla lekko wargi i zaczyna szeptać, że chce cię poczuć głęboko w środku. Dotyka cię, rozbiera, jej dłonie są wszędzie. Czujesz obłędny zapach i to, że oddycha coraz szybciej. Coraz bardziej cię chce, coraz mocniej pragnie. Mówi ci do ucha rzeczy, które byłyby w stanie poruszyć nawet kamień. Tylko nie ciebie, bo ty nie czujesz nic, oprócz zażenowania. Bo albo znowu będziesz się musiał zgrabnie wykręcić, albo zmusić, żeby to zrobić. Bo co jej powiesz? Że to nie jej wina, że seks nie sprawia ci żadnej przyjemności? Przerabiałem to już tak wiele razy. I najczęściej słyszałem, że pewnie jestem pedałem.

Rafał, twierdzi, że taki był od dzieciaka. Kiedy koledzy opowiadali o dziewczynach, podniecali się kawałkiem gołego cycka czy zboczonym pornosem, on udawał. Żeby go, nie odsunęli od siebie, nie wyśmiewali. Bał się, że jest chory, ale jeszcze bardziej obawiał komukolwiek o tym powiedzieć. – Latami czekałem, aż to przejdzie, minie i będzie normalnie. Za gówniarza było łatwiej wszystko ukryć, bo to czas, gdy dziewczynę się trzyma głównie za rękę. Czasem pocałuje, przytuli. I to lubię bardzo, taką bliskość, ciepło i czułość. Zawsze wybierałem te spokojne, grzeczne, które się bardzo wstydzą, bo wtedy sam nie musiałem się o nic obawiać. Nie rozumiałem, dlaczego moich kumpli tak bardzo interesował cały ten seks, jakby niczego poza tym nie było. Nic innego się nie liczyło. Pewnie, że starałem się nie odstawać, nawet „te” filmy czasem gdzieś razem oglądaliśmy. Z tą różnicą tylko, że ich to faktycznie podniecało, mnie odwrotnie – odpychało. Wiedziałem też, że nie chodzi o kobiety, bo ja do nikogo tego nie czułem. Tej potrzeby fizyczności, tego, że finalnie ląduje się w łóżku. Wiedziałem, że potrafię kogoś pokochać, dać mu poczucie bezpieczeństwa i czułości. Ale najlepiej, gdybyśmy na tym zaprzestali.

W liceum Rafał się zakochał. Asia do ich klasy, przyszła w połowie drugiej klasy, zaraz po rozwodzie swoich rodziców. Od razu bardzo się polubili. Czytali tego samego autora, ona też wolała dokument od fabuły i też, tak jak on, kochała mocną muzykę. Zaprzyjaźnili się, spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Aż któregoś dnia Rafał ją pocałował. – Zrobiłem to, bo wtedy pierwszy raz poczułem, że chcę. To nie było jakieś silne i emocjonalne, ale pomyślałem, że może ja wcale, nie jestem jakiś chory. Może chodziło właśnie o to, żeby pojawił się ktoś odpowiedni. A ona taka była, spokojna i cicha, trochę wycofana. Brzydziła się wulgarnością, nigdy wyzywająco nie ubierała. Zaczęliśmy ze sobą chodzić i przez blisko rok byłem naprawdę szczęśliwy. Zakochany i pewny, że wszystko się pomału ułoży. Asia nie naciskała, wiedziałem, że nie miała nikogo przede mną, i że się nie spieszy. Potem wszystko zaczęło się zmieniać, bo coraz częściej mówiła, że chce to ze mną zrobić. Że to jej pierwszy raz, że jest pewna, że tylko ja. Tamten wieczór był koszmarem. Nie tylko dla mnie. Pamiętam, jak płakała, że to jej wina, bo jest do niczego, że własnego chłopaka nie umie podniecić i zachęcić.

Rafał wspomina, że starał się, jak tylko potrafił, bo ją kochał, bo mu zależało. Było mu z nią dobrze, gdyby tylko nie ten seks. Przez jakiś czas się zmuszał, kochał z nią, żeby tylko nie stracić, żeby nie odeszła. Ale to się odbijało na ich relacji i na nim samym. Bał się zostawania sam na sam, wyjazdów, gdzie trzeba było dzielić jedno, wspólne łóżko. Wymyślał choroby, wszczynał kłótnie, wszystko co mogło zastąpić to, czego ona tak bardzo chciała. A o czym on nawet nie mógł myśleć. Rozstali się po dwóch latach. – Najgorsze jest to, że Aśka odchodząc, była przekonana, że to przez nią. Bo ja nie miałem odwagi się przyznać, że urodziłem się jakiś niekompletny. Bo co z tego, że w majtkach, noszę to co powinienem, skoro nie umiem, z tego skorzystać. A przede wszystkim nie chcę, bo nie czuję takiej potrzeby. Za plecami gadali, że pewnie ukrywam się z inną orientacją, bo się rozniosło, że jestem oporny na wdzięki dziewczyn. A te specjalnie mnie zaczepiały, proponowały seks wprost, podrywały nachalnie. Koledzy pukali się w głowę, bo każdy z nich, korzystałby, ile wlezie. I może ja też, gdyby nie to, że mnie to nie ruszało.

Na trzecim roku studiów Rafał poznał Kamila. Ot zwykły kolega, ale taki, z którym można o wszystkim. Któregoś wieczoru, przy drugiej butelce wódki, opowiedział mu, z czym się zmaga. – To Kamil powiedział mi, że jestem pewnie aseksualny, że znał kiedyś kogoś podobnego. I, że współczuję, bo choć nie jest to jakaś śmiertelna choroba, to życie z tym, jest k*rewsko ciężkie. Wtedy postanowiłem, że w moim przypadku jedynym rozwiązaniem, będzie życie w pojedynkę. Tylko, z uczuciami jest tak, że rozum sobie, a serce i tak zrobi swoje. Zaraz po studiach wyjechałem do Poznania, bo czekała tam na mnie dobra oferta pracy.

W Poznaniu, jak się później okazało, czekał ktoś jeszcze. W małym biurze projektowym, gdzie trafił Rafał, pracowała też ona. Dwa lata starsza, inteligentna i dobra dziewczyna. Taka, dla której człowiek i uczucia zawsze są największym priorytetem. – Omijałem Martę szerokim łukiem, bo nie chciałem nikogo krzywdzić. Ale było w niej to coś, co sprawia, że nie możesz przestać myśleć, że ciągle chcesz być obok. Zależało mi na niej, pierwszy raz tak bardzo i dojrzale. Kamil, podpowiedział, że powinienem jej powiedzieć, że jeśli faktycznie poważnie o tym myślę, muszę zacząć od szczerości. I tak było. Byliśmy w kinie, potem na kolacji. Na ławce w parku, wszystko jej wyznałem. I usłyszałem, że nie ma to dla niej większego znaczenia. Trochę w to nie dowierzałem, ale cieszyłem się chwilą, raczej nie licząc na to, że Marta zostanie na dłużej. A już w ogóle na zawsze.

Pobrali się po trzech latach, mimo tego, że ze strony Rafała niewiele się z mieniło. Byli razem u kilku seksuologów, sami próbowali różnych sposobów, żeby „ożywić” Rafała. – Moja żona, bywała dla mnie osobistą dziwką. Ubierała skąpą bieliznę, mówiła sprośne rzeczy, była wyuzdana. Po co? Bo próbowaliśmy wszystkiego, żeby sprawdzić, czy aby nie istnieje coś, co jednak potrafi mnie rozpalić. Nic nie działało. Kilka razy sam chciałem odejść, ale ona nie chciała tego słuchać. Bo poza tym, jesteśmy normalnym małżeństwem, bardzo się kochamy, wspieramy, mamy piękny dom, dużo podróżujemy. Mógłbym się zmusić, podniecić tylko po to, żeby Marcie było dobrze, żeby ją zaspokoić. Zresztą, nie raz to robiłem. Ale jakiegoś wieczoru, powiedziała, żebym tego nie robił, że wtedy jest jeszcze gorzej. Bo przecież wie, jak się z tym muszę czuć i w niczym jej to nie pomaga.

Nie dziwi mnie to, przecież wiedziała doskonale, że udaję. Zaproponowałem jej, żeby miała kogoś na boku, że się na to zgadzam. Tak, sam z tym wyszedłem. To jest piękna, atrakcyjna i zdrowa kobieta. Ma swoje potrzeby, tak samo mocno, jak ja ich nie posiadam. Oczywiście, że jestem dla niej najważniejszy. Pieszczę ją, dotykam, zaspokajam trochę inaczej. Ale to ciągle nie jest seks, który jest dopełnieniem związku, który daję pełną satysfakcje obojgu partnerom.

Marta początkowo, nie chciała o tym słyszeć, zdenerwowała się. Potem, nigdy już do tej rozmowy nie wracali, żyli jak przedtem. – Nie powiedziała mi, sam się domyśliłem, że z kimś sypia. Niby między nami dalej jest w porządku, niby nic się nie stało. Jemy wspólnie obiady, wyjeżdżamy na urlop, spotykamy z przyjaciółmi i żyjemy jak mąż i żona. Jednego boję się, że do niego odejdzie, bo może on nie tylko w łóżku jest dobry. Może oprócz tego, ma jeszcze całą resztę i jest po prostu facetem. Nie miałbym żalu i tak miewam poczucie winy, że ją w to wciągnąłem. Lata lecą, my nie mamy dzieci, dla niej to ostatni dzwonek. Mogłem być ojcem, bo aseksualizm to nie choroba. Ale też nie orientacja seksualna. Skąd mam mieć pewność, że nie przekażę tego moim dzieciom? Mam świadomie skazywać kogoś na życie w takim zawieszeniu? A często też samotności, przez niezrozumienie i brak akceptacji. To już chyba wolałbym, żeby Marta odeszła z kimś, kto może jej dać to, czego ja całe życie nie potrafiłem. I już nie będę umiał. Kamil, mój przyjaciel, miał rację. To k*rewsko, ciężkie życie…


Mam dość serduszek, misiów i wyznań miłości na zawołanie. Oficjalnie bojkotuję Walentynki!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lutego 2017
fot. iStock/ skynesher
 

I znowu w sklepach zaroiło się od słodkich misiów, czerwonych serduszek, kwiatków i kartek z miłosnymi wyznaniami w niemal wszystkich językach świata. Znowu ludzie będą kupować tandetne podarunki, na gwałt rezerwować stoliki w restauracjach, przygotowywać niespodzianki według przepisu z prasy kolorowej i szturmować kina w celu zobaczeniu komedii romantycznej lub najnowszego Greya ze swoją drugą połówką. 14 lutego, Walentynki. Dla jednych to święto zakochanych, a dla mnie… dzień pełen kłamstwa i obłudy. Nie cierpię Walentynek i od lat oficjalnie je bojkotuję i za wszelką cenę unikam.

Dobrze znam te komentarze, gdy ktoś słyszy, że Walentynek nie lubię i traktuję jak najgorsze zło – nieszczęśliwa miłość, złamane serce, dusząca samotność, brak drugiej osoby u boku, niedostatek miłości.  Ale to wszystko guzik prawda, bo czy byłam singielką, czy pijaną z miłości narzeczoną, widząc 14 lutego w kalendarzu coś mnie aż wzdrygało, a po plechach przebiegały dreszcze. Bo oto nadszedł dzień, w którym kochać i wyznawać swoje uczucia będziemy niczym na dany nam rozkaz. Na zawołanie cały świat ma swoje życie prywatne i najbardziej osobiste sprawy wywlekać na światło dzienne, celebrować miłość, czcić ją oficjalnie, a i pewnie też konsumować – w końcu w Walentynki nie tylko wypada, ale nawet należy! Tylko czy to nie jest szczyt hipokryzji i zakłamania?

Miłość powinniśmy czuć nieustannie, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku! Co zmieni pluszowy miś  „made in China” mówiący elektronicznym głosem „I love you” albo bukiet kwiatów kupiony na prędce w supermarkecie, jeżeli podarujemy je wyłącznie z poczucia obowiązku, bo podniosła nas fala walentynkowego marketingu, bo sąsiad kupował żonie czekoladki, to my też, przecież gorsi nie będziemy? W radiu mówili, że to miło, w telewizji powiedzieli, że to konieczność, a zaproszeni eksperci podali siedem patentów na idealny wieczór i kilkadziesiąt dobrych rad wygłosili – no więc jak to tak, zignorować ich wszystkich i udawać, że Walentynek nie ma? Wyłamać się i przeciwko zakochanym oficjalnie wystąpić?

Lepiej udawać, że ten jeden dzień rzeczywiście coś w nas i naszym związku zmienia. Że ten lutowy książę z bombonierką w promocji, to ktoś zupełnie innych, niż ropuch, którego znamy z codziennego życia. Że to faktycznie jest tak jak mówią, że miłość dodaje skrzydeł, motywuje do działania i wpuszcza nam w brzuch stado motyli. Że skoro dzisiaj powiedział, że kocha, choć na co dzień jakoś tego nie widać i nie czuć, to może rzeczywiście ma w sobie jakieś uczucia, trudny jest po prostu, ma problemy z ich wyrażeniem. Poudawajmy, że to faktycznie jest święto miłości, a nie kolejna okazja do nabijania kabzy producentom, sprzedawcom i marketingowcom. Że w tym całym czerwonym, serduszkowym zamieszaniu chodzi nam wyłącznie o drugiego człowieka, naszego ukochanego, a nie dobre zdjęcie wrzucone na facebooka i zyskanie podniesionych kciuków pod postem naszpikowanym okolicznościowymi ikonkami i hasztagami.

A czy wiedzieliście, że to właśnie 14 lutego i w jego okolicach dochodzi do największej liczby rozstań, zerwań i porzuceń? Że to właśnie wtedy ludzie najczęściej mówią sobie dość, do widzenia, żegnaj, to koniec? Może dlatego, że otoczeni miłosną propagandą uświadamiają sobie, że nie czują nawet ułamka tego, co według wszystkich powinni, co usilnie wmawia im cały świat. A czuć mogą to jedynie wtedy, gdy przestaną się przejmować takimi właśnie komercyjnymi świętami! Wtedy, gdy miłość stanie się dla nich ważna nie tylko wówczas, gdy przypomni im o tym kalendarz i zmiana wystawy w sklepie, ale gdy co rano poczują, że są szczęściarzami, bo mogą spojrzeć w oczy ukochanej osoby. Poczują, że kochają i są kochani, jeśli celebrować będą zwyczajną wspólną codzienność i cieszyć się każdą spędzoną razem chwilą, a nie wymyślną kolacją raz do roku i wyznaniem powiedzianym na rozkaz.

Apeluję zatem do wszystkich was – bojkutujcie Walentynki! Miejcie w nosie serduszka, kiczowate misie, mechaniczne wyznania miłości i uczucia jedynie na pokaz. Wybierzcie zamiast tego miłość skromniejszą, ale prawdziwą, cichszą, ale silną i trwałą, niewidoczną dla osób postronnych, ale dobrze odczuwalną dla was dwojga. Niech każdy dzień będzie dla was świętem zakochanych, hołdem składanym miłości za pomocą małych gestów, codziennych aktów życzliwości, troski i oddania. Bo właśnie o to chodzi w kochaniu, w związku – by nieustannie chcieć się nawzajem poznawać, by być ze sobą, żyć ze sobą i sprawiać, by nasza druga połowa wiedziała o tym nie tylko od święta.

Zapisz


5 typów wampirów energetycznych. Jak się przed nimi chronić?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2017
Fot. iStock/Emir Memedovski

Z ich obecności w naszym życiu nie od razu zdajemy sobie sprawę. Nie zawsze jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje w towarzystwie tej drugiej osoby. Jedynie po spotkaniu miewamy takie nieodparte wrażenie, jakby ktoś przecisnął nas przez praskę, wysysając z nas całą energię.

Wampiry energetyczne mają jedną wspólną cechę – nie potrafią stworzyć własnej energii życiowej w żaden pozytywny sposób. Oni zawsze tylko biorą, nic nie dając w zamian, bo też nie mają nic do zaoferowania. W ich obecności zawsze czujesz się gorsza, głupsza, obrażana i niekochana, oni nie dają wsparcia, nie podzielają naszego entuzjazmu, gdy z czegoś się cieszymy. Zatruwają nas powoli, karmiąc się naszą energią.

Wampiry energetyczne mogą kryć się wszędzie – w twojej rodzinie, wśród znajomych, w pracy, są kochankami, ale też życiowymi partnerami. Tworzymy z nimi niezdrowe dla nas relacje, w których jest wiele dramatu, spada nasze samopoczucie. Wampiry to ludzie, którzy sprawiają, że czujemy się przygnębieni, źli, czasami bezradni.

Oto pięć typów ludzi, którzy zatruwają nasze emocje, wysysają z nas energię i prześladują nas tak, jakbyśmy byli ich ofiarą.

Pasywny agresor

Swoją wrogość przykrywa miłym uśmiechem. Nigdy nie atakuje wprost, nie mówi o swoich pretensjach wprost, wręcz przeciwnie jest ekspertem w w upiększaniu i słodzeniu swojej wrogości. Każdy z nas momentami zachowuje się w taki sposób, różnica polega na tym, że wampir energetyczny nadużywa tego. Mówi: „Odbiło ci”, „Zwariowałaś?” – a ty nie wiesz, co odpowiedzieć. Nawet, jeśli ty masz o coś pretensje, to nawet nie wiesz kiedy – zaczynasz się tłumaczyć ze swojego zachowania, bo nagle okazuje się, że to ty jesteś winna danej sytuacji. Oczywiście w mniemaniu wampira energetycznego.

Narcyz

Znasz kogoś, kto uważa, że wszystko kręci się wokół niego, bo wierzy, że jest pępkiem świata. Narcyzi są egocentryczni, próżni, głodni podziwu i uwagi. Przedstawiają się jako inteligentni i uroczy ludzie, ale to wszystko do czasu, do momentu, kiedy zauważą, że ich status osoby stawianego jak wzór, godnej naśladowania jest zagrożony. Często brakuje im empatii

Biorąc pod uwagę, że motto tego typu osobowości jest „ja pierwsza” złościć i / lub wyrażania siebie stanowczo nie będą miały żadnego wpływu na nich. Często brakuje im empatii, a bezwarunkowa miłość w ich przypadku jest dla nich trudna i właściwie niemożliwa.

Jak się bronić przed takimi osobami – najlepiej pamiętać o swoich mocnych stronach, stawiać sobie realne oczekiwania. Warto też spróbować uświadomić tego typu ludziom, że sprawiają, że czujemy się gorsi, kto wie, jeśli jest to ktoś, na kim nam zależy – może się zmieni i zrozumie swoje działania.

Atakujący

Te emocjonalne wampiry rzucają się na ciebie z całą siłą swojej agresji i złości – upokarzają, krytykują, doprowadzenie do konfliktów zdaje się być ich przeznaczeniem. Są uzależnieni od wściekłości, wtedy działają na wysokim C, potrzebują trzymania innych w potrzasku swojej złości. Czujesz się przy nich w nieustannym napięciu i strachu, bo boisz się, że powiesz, czy zrobić coś nie tak.

Najlepszą samoobroną jest… ochrona własnej samooceny, którą gniew może skutecznie zniszczyć. Dlatego nie spiesz się, odczekaj moment konfrontacji, nie reaguj i nie daj się wciągnąć w awanturę. Tylko tak jest szansa na uspokojenie nerwów i wyjaśnienie swojego punktu widzenia po pewnym czasie. Możesz spróbować uświadomić takiemu typowi wampira energetycznego, że na pierwszym miejscu stawia od atak, złość i agresję – że w taki sposób nie przyjmuje żadnych argumentów widząc tylko swoje racje.

Ofiara

Wampiry energetyczne bywają też królami dramatu, wchodzą bardzo chętnie w rolę ofiary. Oni doskonale wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć, który przycisk przycisnąć, żebyś poczuła się niepewnie. Są mistrzami wzbudzania w tobie wyrzutów sumienia, oczywiście zupełnie bez powodu.

W relacji z tego typu ludźmi musimy przede wszystkim zrozumieć, że nikt nie jest idealny, że każdy z nas popełnia błędy. Można spróbować jeszcze zakomunikować: „Rozumiem twój punkt widzenia, ale kiedy tak mówisz, ranisz moje uczucia, byłabym wdzięczna, gdybyś przestał tak robić”.

Plotkarz

Jest jeszcze jeden typ – plotkarzy. Uwielbiają mówić o innych, ale też o nas za naszymi plecami. Psują reputację, rozprzestrzeniają złośliwe plotki. Robią to wszystko sprawiając, że czujesz się upokorzona, a oni sami podbudowują swoją wartość szukając potwierdzenia swoich opinii na twój temat u innych.

Oczywiście najlepiej by było się nie martwić tym, co o nas mówi, nie brać tego do siebie. Masz prawo rozsiewane plotki ignorować, być ponadto, co ta osoba o tobie mówi. A jeśli słyszysz, ze zaczyna plotkować w twojej obecności o innych powiedzieć wprost, że nie chcesz brać w tym udziału i zmienić temat.

Najlepiej byłoby się odciąć od relacji z wampirami emocjonalnymi, ale nie zawsze jest to możliwe. Czasami warto spróbować uświadomić im, jak nas krzywdzą, jak są niesprawiedliwi. Ale uwaga, warto to zrobić wtedy, gdy masz nadzieję, że spróbują to zrozumieć i pochylą się nad twoimi słowami.


źródło: exploringyourmind.com


Zobacz także

Będziesz szczęśliwszy, jeśli poczujesz się… źle

Życie po rozwodzie – jak odbudować codzienność?

Dla mnie najgorsza nie jest śmierć, tylko to, co długo przed nią. Trudna ta miłość, przyjmując ją, obierasz komuś szansę na zwyczajne życie