Nieszczęścia chodzą trójkami. Jak pachnie zdrada

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
5 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Nikt nie bierze ślubu z myślą, że będzie zdradzał partnera. Nikt normalny nie planuje skoku w bok. A mimo wszystko to się dzieje wokół, ludzie się zdradzają i nawet jeśli tobie wydaje się, że nigdy nie będzie cię to dotyczyć, powiem  tylko jedno – nigdy nie mów nigdy!

Bo pomyśl, w życiu nie zawsze układa się idealnie, możesz mieć dość męża, dzieci, a nawet psa, ale nie chcesz z tego rezygnować, więc zaczynasz marzyć o czymś innym. A raczej o kimś, kto doda błysku twoim oczom, rumieńca policzkom i rozpali wyobraźnię tak, że będziesz przebierała nóżkami jak mała dziewczynka w sklepie z zabawkami. To ekscytujące. Ale uwierz, niewarte zachodu.

A jeśli wychodzisz z założenia, że “jest ryzyko, jest zabawa”, weź głęboki oddech, a może nawet puknij się w głowę. Zanim wejdziesz do gry, pozwól że pomogę ci przejrzeć na oczy. A jeśli już weszłaś w jakikolwiek układ pozamałżeński, wiej kobieto, nie możesz być naiwna, nie da się “mieć ciastko i zjeść ciastko”. Da się natomiast wdepnąć w takie bagno, że unoszący się z niego smrodek, skutecznie popsuje ci apetyt na resztę życia.

To prosta sprawa. Kochasz faceta? Nie puszczaj go kantem, bo to się zemści głównie na tobie

Gwarantuję, że to akurat ty będziesz najbardziej poszkodowana, jako ta co “dała “ innemu facetowi. Pamiętaj, że jak facet zdradza to kozak, a jak kobieta, to dostaje łatkę tej, którą można wytrzeć sobie podłogę. Nie ma co psuć sobie reputacji i rozwalać małżeństwa, nawet jeśli romans wydaje się jedynym  rozwiązaniem  by osiągnąć pełnię szczęścia.

Jest o wiele więcej powodów, dla których nie warto pchać się do łóżka innego faceta

Najważniejsze to mieć szacunek do męża, jeśli on ma szacunek do ciebie. Jeśli nie ma, to się najpierw rozwiedź, a później rób, co chcesz ze swoim życiem. Bo przyznasz, że to niehonorowo, że na pytanie ślubnego ”czy wszystko w porządku?”, gdy widzi cię opromienioną, w nowym kolorze włosów, pachnącą jakby inaczej, odpowiadasz “jak zawsze!”. A biedak czuje w powietrzu radość, ekscytację, ale nie wie jeszcze, że to nie z jego przyczyny. Ty nawet się nie zająkniesz, bo ci szkoda. Szkoda męża, bo jak usłyszy, że nie jest on jedynym  twoim  rycerzem, to nie będzie miło, sama rozumiesz, czym pachnie zdrada…Szkoda kochanka, bo… jak już żyć bez niego? Wiesz też, jak pachnie zakochanie i bezgraniczna euforia, która nadaje nowy rytm twojemu życiu. Szkoda tego wszystkiego, bo w sumie masz życie jak z bajki, stabilny mąż i ekscytujący kochanek. Wyglądasz młodo, kobieco – otrzymujesz wszelkie składniki do sporządzenia eliksiru młodości, tylko jeszcze nie wiesz, jak tego dokonać. Ale bardzo tego chcesz!

Inna sprawa, nie myśl, że kochanek to jedynie przyjemność spotkania na mieście

To też niepewność, czy ten drugi akurat nie zadzwoni w najmniej odpowiedniej chwili. Głupio będzie, jak mąż przypadkiem odczyta smsa, który zdecydowanie nie był dla jego oczu. Nawet jeśli się pilnujesz, umawiasz na wolne godziny, wyciszasz telefon i z pokerową miną udajesz, że nic się nie dzieje, to i tak będzie widać. Nerwowość, napięcie, totalne podłączenie pod system, bo ON może się w złym czasie odezwać. I tak mijają dni na pełnej kontroli i zamiast odchamić się w zabawie z dzieckiem, podskakujesz w górę, gdy tylko słyszysz telefon. Jak długo tak dasz radę?

Czas na bolesne  konsekwencje

Nie ma zbrodni doskonałej i musisz wiedzieć, że ukrywanie zdrady się nie uda! A twoja piękna bajka, nagle okaże się cholernym koszmarem, z którego będziesz chciała się jak najszybciej obudzić.

Jak się trójkącik rozpieprzy, ciężko ci będzie wyjść z tego z twarzą. Bo odpowiadasz jedynie za siebie, a co na wyjawienie prawdy mąż i kochanek? Nie wiesz na kogo trafisz, być może ten twój drugi ukochany, okaże się gminnym plociuchem, który pochwali się połowie miasta, że cię “miał”? Myślisz że faceci przed kumplami się nie chwalą? Może żonaci mniej, bo chcą siebie chronić, ale wolny nie ryzykuje niczym. Ty zostaniesz w oczach innych – wybacz, ale tak będzie – zwykłą latawicą. I nikt nie zapyta, dlaczego się w to pchałaś, bo nikogo nie będzie to interesować. Za to towarzystwo będzie miało o czym gadać. A w ostatecznym rozrachunku możesz nie mieć ani męża, ani kochanka, bo pierwszy już cię nie będzie chciał takiej “przechodzonej” a drugi tobą się nasyci. I jak ja na to nie patrzę, takie bajki zawsze zmieniają się w koszmary.

Na przykładzie mogę tylko wam powiedzieć że mając wszystko, i chcąc jeszcze więcej, można zostać z niczym. Jak moja pewna znajoma, która znalazła pocieszenie w ramionach kochanka. Niby nikt nic nie wiedział, a miasto huczało. Zaryzykowała raz i się wydało. Była na tyle nierozsądna, że gdy pozbierała małżeństwo z totalnego rozbicia, weszła w ten sam układ z tym samym  człowiekiem. Raz jeszcze się rozniosło z wiatrem do uszu męża rogacza. Efekt? Nie do pozazdroszczenia, bo kochanek został przy żonie, a ona została sama.

Wnioski? Wyciągnijcie same.

 


Złość ma złą reputację, a przecież wcale nie musi być „zła”. Wręcz przeciwnie! Nie obawiaj się jej okazywać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

O tym, dlaczego kumulujemy złość, dlaczego złościmy się na rozrzucone skarpetki, na innych ludzi i czy mamy prawo złościć się na swoje dzieci rozmawiamy z psychoterapeutą Pawłem Malinowskim. Tym samym rozpoczynamy cykl o emocjach trudnych i tych, które niełatwo nam okazywać.

Ewa Raczyńska: Czy Pana zdaniem kobiety często się złoszczą?

Paweł Malinowski: Nie wiem czy kobiety mają jakąś specyficzną skłonność do złości, różnice łatwiej zauważyć w jej wyrażaniu. Będzie to jednak zależało od pokolenia lub grupy społecznej. Sposób złoszczenia się kobiet i mężczyzn wynika w znacznym stopniu z uwarunkowań kulturowych i budowy fizycznej (np. mężczyźni mają więcej siły fizycznej i testosteronu do walki). Tradycyjnie u kobiet ceniono pewną powściągliwość i gotowość do ustępowania, co szło w parze z niezłoszczeniem się jawnie. Trudno wyzbyć się złości w ogóle, choć jak wszystko tak i gniew da się stłumić. Jednak dzieje się to sporym kosztem, więc nie warto próbować.

Częściej spotyka Pan na gruncie zawodowym, jak i prywatnym kobiety furiatki, czy jednak te tłumiące złość?

W porównaniu z tym, jakiego kiedyś zachowania oczekiwano po kobietach, teraz dużo się zmieniło, a formy wyrażania złości, także te ostre, są bardziej wspólne dla mężczyzn i kobiet. Młode dziewczyny mogą kląć czy szarpać się jak chłopcy. Spotykam więc kobiety różne, złoszczące się zbyt łatwo i w trudny do zniesienia sposób, ale też takie nie mogące się złościć albo okazywać złości, a również te, które złoszczą się z umiarem, jasno stawiające granice.

Czy ich złość jest adekwatna do sytuacji, bywa konstruktywna, zmusza do działania, czy wręcz przeciwnie, działa niszczycielsko?

Różnie to wygląda u samych kobiet, tak jak u mężczyzn, w ogóle jak patrzymy na ludzi. Złość jest wyraźnym sygnałem niezaspokojonych potrzeb oraz wyraża dążenie do zmiany sytuacji, tak, żeby potrzeby zostały zaspokojone. Jest więc rodzajem reakcji obronnej, chroniącej nasze potrzeby. Ślepa złość rani, bo jest impulsywna i pozbawiona empatii, nie widzi drugiego człowieka. Konstruktywna jest wtedy, gdy istnieje wewnętrzna zgoda na jej odczuwanie i można ją utrzymać w sobie bez natychmiastowego rozładowania ani tłumienia. Wtedy łatwiej nią pokierować. Taka uważność na własne uczucie to warunek wstępny, żeby zrozumieć co w nas wywołuje złość, a tym samym zorientować się, które z naszych potrzeby są zaniedbane.

Wtedy jesteśmy w stanie przekuć ją na coś pozytywnego?

Tak, wtedy można skorzystać z energii złości, bo złość daje siłę i energię. Pomaga postawić granice, wyrazić potrzeby, nie zgodzić na coś. Pomaga mówić jasno co i dlaczego jest dla nas ważne. Bywa jednak tak, że w momencie pojawiania się złości stajemy się napięci, bierni czy bezradni albo płaczliwi, ale wtedy nie działa już sama złość, tylko uruchamiające się nieświadomie mechanizmy służące jej unikaniu. W innych przypadkach złość jest gwałtownie i nazbyt brutalnie rozładowywana, co krzywdzi osoby, do których jest skierowana.

Czy właśnie dlatego nie chcemy okazywać złości? Dusimy w sobie te emocje? Często słyszę od moich przyjaciółek, że przysłowiowa żyłka im pękła i zrobiły awanturę o wszystko, nawet o rzeczy sprzed pół roku.

Często obawiamy się złości z powodu nieświadomych doświadczeń z przeszłości, czyli tych, które pamięta nasz „mózg emocjonalny” (ta część, która nie posługuje się językiem, tylko pamięta koloryt emocjonalny przeżyć) i traktuje jako wskazówkę na życie. Chociaż świadomie często trudno nam sobie przypomnieć fakty, okoliczności, w których odbieraliśmy tę lekcję życia. Najczęściej boimy się siły niszczącej złości, jeśli w naszej przeszłości powodowała ona znaczne problemy w relacji z rodzicami. Oni obrażali się, odtrącali okazując cierpienie, czy odpowiadali wybuchem, zbyt gwałtownie, a my uczyliśmy się, że z tej złości wynikają same złe rzeczy. Bo strach o relację z rodzicami i między nimi jest zawsze dużym problemem dla dziecka. Taką już mamy wbudowaną biologiczną i psychologiczną zależność od rodziców.

Źle myśleć o złości uczymy się też, kiedy nie umiemy wyrażać jej w konstruktywny sposób. Wtedy raz po raz wychodzi na to, że do dobrych rzeczy ona nie prowadzi. Co ciekawe, w języku polskim złość jest bardzo blisko słowa „zły”. Byłem zły w sensie uczucia, emocji i byłem zły w sensie oceny etycznej moich czynów czy mnie samego. To niefortunne, bo złość załapuje się na złą reputację. Już językowo. Z tej perspektywy zręczniej byłoby mówić zagniewany versus zły, ale zagniewany to mniej popularne słowo obecnie.

Często, chociażby podczas terapii małżeńskich pada ze strony zaskoczonego mężczyzny: „Nigdy mi tego nie mówiłaś.” I dopiero wtedy on dowiaduje się, że ją złościły skarpetki w salonie, kubek nieodstawiony do zlewu, mnóstwo szczegółów, które złożyły się na duży problem. Czy ma to związek z nieumiejętnością wyrażania złości?

Niemówienie latami o sprawach, które dają się we znaki to zawsze problem. To nie tylko problem z wyrażaniem złości, to także problem z wyrażaniem swoich potrzeb. Takie rozwiązanie nie sprawdza się na dłuższą metę. Zwłaszcza, jeśli przemilczamy coś tylko ze strachu. Choć mogę sobie też wyobrazić, że ta kobieta z przywołanej terapii mogłaby nie mówić o tych drobiazgach także z dobrych intencji, kiedy sama uważała, że przesadnie się tym przejmuje i nie chce zadręczać partnera. Jednak wtedy byłaby na to wewnętrzna zgoda i nie kumulowałaby się złość.

To dość skomplikowane, bo w rzeczywistości nawet świadoma intelektualna zgoda w stylu: „Odpuszczę te skarpetki, bo czepiam się bez sensu” to jedno, a emocje ciągną w dokładnie przeciwnym kierunku. I wtedy, tak naprawdę, zgody nie ma i złość może się w nas kumulować.

Kolejna sprawa to „czepianie się drobiazgów”, zafiksowanie uwagi na nich – kubek nie tam, buty nie w szafce. Czasem jest w tym rodzaj kompulsji, nad którą kobieta nie panuje. Musi to powiedzieć, sama nie może się uwolnić od tych drobiazgów. One ją męczą i ona męczy nimi bliską osobę. I tu warto przyjrzeć się sobie, bo przymus reagowania zawsze w ten sam sposób w niezbyt ważnych życiowo sprawach to sygnał wewnętrznego problemu.

Mężczyźni tę naszą dbałość o szczegóły często uważają za kobiecą, przepraszam za słowo, „upierdliwość”.

Bo jako mężczyźni często nie doceniamy pewnej różnicy w przeżywaniu estetyki otoczenia. Kobiety są zwykle na to bardziej uwrażliwione i wypadałoby zrozumieć ich większe potrzeby w tym zakresie. Trochę inaczej opiekują się światem i to jest całkiem dobre, bo świat staje się lepszym miejscem dzięki nim.
Jeśli jednak każdy kubek „nie tam” powoduje, że zęby się zaciskają, to pomyślałbym o jeszcze jednej sprawie. Często te drobiazgi to tylko pretekst do wyzwalania złości, której przyczyna kryje się za ważniejszymi problemami w związku ciągnącymi się miesiącami, a nawet latami. I kiedy złość na mało ważne rzeczy przykrywa sedno problemu, to w efekcie dochodzi do poważnych, ale jałowych konfliktów. Fiksujemy się na drobiazgach i walczymy bez sensu o odstawiony kubek, zamiast skupić się na faktycznym problemie.

Jednak często kierujemy złość w stronę drobnych rzeczy – kopiemy drzwi, które się nie chcą zamknąć, gdy nam się spieszy, rzucamy nożem, bo nie jest wystarczająco ostry. Czy błędnie kierujemy swoimi emocjami? Dlaczego łatwiej „wyżyć się” nam na przedmiocie, niż poszukać faktycznej przyczyny naszej złości?

Łatwiej złościć się na przedmioty, bo mniej kojarzą się z relacjami z ludźmi, które nasz „emocjonalny mózg” pamięta. Czyli wtedy uruchamia się mniej lęku przed niszczącym dla relacji działaniem złości. Złość zmienia adresata, przedmioty zostają trochę spersonifikowane, a my tworzymy sobie wirtualną relację z nimi: „ten pieprzony nóż mi nie kroi”. Czyli jestem ja, jest on-nóż i nie chce mi kroić, czyli zaniedbuje moje potrzeby, lekceważy, nie daje czego ja chcę. A zwykle zaniedbane są inne ważne potrzeby w życiu, przez co obniżył się nam próg tolerancji na frustrację.

Czy kiedy czuje się pani radosna, naprawdę w środku zadowolona, rozluźniona to zdenerwuje panią taka rzecz jak tępy nóż? Nie, wtedy to błahostka, wystarczy wziąć drugi albo naostrzyć go. Ostrzenie też może być fajne, a czemu nie? Ale jeśli czuję, że żyję z mężem, z żoną obok siebie, brakuje mi zainteresowania bliskiej osoby, przyjaznego nastawienia, jestem zmęczony, spieszę się prawie codziennie, niedosypiam, nie mam czasu dla siebie, na poczytanie, spacer, cokolwiek – to wtedy „ten cholerny nóż nie chce mi kroić pomidora!” i walę nim o ziemię.

A co ze złością na dzieci? Nie jesteśmy ze stali, mi samej zdarza się wściekać, kiedy po raz kolejny proszę o wrzucanie brudnych ubrań do kosza. Tyle tylko, że w Polsce panuje kult Matki Idealnej, która przecież na dzieci złościć się nie będzie. Ma do niej prawo, czy nie ma?

Ma prawo, nie ma prawa – a kto ma go udzielić? Lepiej patrzeć na znaczenie sytuacji niż w analizować w kategoriach norm. Jest tyle ładnych norm, a ludzie ich co rusz nie przestrzegają. Mi się wydaje, że matka może się złościć, jak każdy inny człowiek. Bo przecież matka to też człowiek. Natomiast tak się składa, że ma obok siebie mniejszego człowieka, mocno reagującego na tę złość. I to trzeba uwzględnić. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jak często się złoszczę, w jaki sposób to robię, jak długo to trwa. Czy kiedy złoszczę się o bałagan w pokoju, to umiem to nazwać wprost i złość mi przechodzi, czy może mam zaraz dość tego dzieciaka w ogóle i dopiekam mu obraźliwie.

Jest jednak różnica między: „No piany zaraz dostanę, czemu te rzeczy nie mogą znaleźć drogi do kosza” a „Ty bęcwale, wpędzisz mnie do grobu”. Niszczące jest też karanie dystansem, niechęcią i ciszą. Ale to coś innego, niż zapowiedź: „Sorry, muszę wyjść na chwilę ochłonąć”. Poza tym reszta relacji z dzieckiem, poza momentami złości, ma wielkie znaczenie. Jeśli mamy dobry kontakt, lubimy się, rozumiemy, gadamy, żartujemy – to umiarkowana złość nie powinna być wielkim problemem.
Ale kwestia złoszczenia się na dzieci dotyczy tak samo ojców, także cały powyższy komentarz odnosi się tak samo do tatusiów.

Różne przestrzenie otwieramy dla złości. Złościmy się przecież także (albo tylko) na siebie, że znowu nie schudłam, nie podołałam diecie, że jestem zbyt mało zorganizowana, czy ta złość jest destrukcyjna?

Tu jest subtelne, ale bardzo ważne rozgraniczenie: kiedy coś w moim postępowaniu rozczarowuje mnie, to czy złoszczę się na siebie czy na swoje ograniczenia. To fundamentalna różnica. Jak złoszczę się na siebie, to atakuję siebie, krytykuję, tracę do siebie sympatię. To niszczące. Jeśli złoszczę się na swoje ograniczenia, to wciąż widzę tą siebie, która jest fajnym człowiekiem, tyle, że ze słabościami. Wtedy mam dobrą relację ze sobą, to znaczy ten fajny człowiek może chcieć sobie samej pomóc przezwyciężyć słabości. Mogę się zaopiekować sobą, ruszyć do działania zamiast sobie dokopywać.
Inna sprawa, że możemy mieć też po prostu zbyt duże wymagania wobec siebie, co spowoduje częste rozczarowania.

A dlaczego złoszczą nas inni ludzie?

Bo wychowaliśmy się wśród ludzi, oni byli potrzebni do przetrwania. I tak zostało, że od innych ludzi zależy zaspokojenie części naszych potrzeb w życiu. Kiedyś, u małego dziecka właściwie wszystkie potrzeby były w rękach opiekunów. Jesteśmy więc relacyjni, potrzebujemy interakcji z innymi. Te relacje muszą mieć odpowiednią jakość, żebyśmy mogli poczuć się dobrze. A ludzie zawodzą, nie są idealnie dopasowani i wtedy pojawia się frustracja. Złość, jak każda inna emocja, to system szybkiego ostrzegania, źródło błyskawicznych danych o własnej sytuacji. „Jestem ignorowany”, „brakuje mi życzliwości”, „nie podobam się”, „tęsknię za czułością” są sygnałami zachwiania w relacji.

Sygnałami zagrożenia, na które uruchamia się złość i daje znać, że trzeba coś zmienić. Kiedy jest konstruktywna, może pomóc naprawić tę sytuację – czasem wystarczy powiedzieć o swoich potrzebach, jakoś zaprosić do kontaktu. Często jednak złość, albo nie jest wyrażana konstruktywnie – na przykład zbyt atakująco, a czasami uruchamia się zbyt łatwo, co wprowadza nas w błąd sugerując nam co chwilę, że już coś poważnego i złego dzieje się w relacji. Jeśli tak nadinterpretowujemy drobne niedopasowania w relacji, to kosztem jest wiele czasu spędzane w poczuciu zagrożenia, którego właściwie nie ma. I rozliczanie bliskiego człowieka z win, których nie popełnił. Wtedy zagrożenie istnieje bardziej w naszym umyśle, niż w sytuacji zewnętrznej. Jednak problemem będzie też przeciwna sytuacja, kiedy bagatelizujemy różne zaniedbania emocjonalne, które nas spotykają i latami biernie żyjemy w podskórnej frustracji, która zatruwa radość życia.

Zatem co jest lepsze dla funkcjonowania człowieka i jego zdrowia – złoszczenie się i wyrzucanie z siebie tej złości – przez chociażby awanturę, tłuczenie talerzy, czy jej tonowanie, praca nad sobą tak, by złość nami nie kierowała?

Patrząc w dłuższej perspektywie, wiele zależy od tego jak wyrzucamy tą złość. Ale nawet impulsywne rozładowanie złości pod jednym względem doraźnie jest zdrowsze, niż jej długotrwałe tłumienie, bo nie powoduje napięć w ciele i złych zmian metabolicznych. Powoduje jednak szkody, bo zastrasza i krzywdzi innych ludzi, wywołuje poczucie winy w nas samych i przez to na dłuższą metę też zatruwa. Dlatego długoterminowo patrząc na nasze życie i relacje to właśnie praca nad sposobem doświadczania złości oraz nad jej wyrażaniem jest lepszym rozwiązaniem. Lepiej mieć miejsce w sobie na złość, czyli móc ją odczuwać i skupiać uwagę na tym odczuciu, rozumieć co ją wywołuje i wybierać sposób jej wyrażania. Ale warto też pamiętać, że czasem jest też miejsce na impulsywne i gwałtowne wyrażanie złości, choćby przy obronie w sytuacjach zagrożenia życia czy zdrowia, albo kiedy to tłuczenie talerzy jest kulturowo akceptowane i wszystkim się w zasadzie podoba.

Samodzielna praca nad emocjami jest możliwa w pewnym zakresie, w niektórym momentach bywa jednak zbyt trudna. Niełatwo samotnie odkrywać i przekraczać wszystkie swoje uwarunkowania. Jesteśmy relacyjni, potrzebujemy pomocy w trudnych zadaniach. Wtedy można korzystać z warsztatów czy psychoterapii.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Paweł Malinowski, certyfikowany psychoterapeuta PTP, prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty umiejętności psychologicznych, w tym warsztaty „Natura złości – czyli kiedy złość niszczy, a kiedy buduje” w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.


„Mam kobietę, dziecko, jestem szczęśliwa.” Życie lesbijki w Polsce

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 października 2015
Got. iStock
Got. iStock

– Zakochałam się – mówi Marzena, która od 11 lat jest w związku z Dorotą, wspólnie wychowują córkę Marzeny.  Marzena od dawna wiedziała, że jest lesbijką. Chciała jednak z życiową rewolucją poczekać do pięćdziesiątki, najpierw odchować dziecko i dopiero wtedy pozwolić sobie na miłość do kobiety.

To fanaberia

Kiedy się poznały, Marzena miała wtedy męża i niespełna dwuletnią córkę.  – Pojawiła się Dorota i zawróciła mi w głowie – opowiada.  – I to nie jest tak, że mi odwidziało, że nagle zaczęły mnie pociągać kobiety. 11 lat temu ludzie inaczej postrzegali osoby homoseksualne. Determinowało mnie środowisko, miejscowość, w której żyłam, gdzie nie mogłam być sobą. Brnęłam w to co, jest ogólnie akceptowane. Kiedy pojawił się facet, zdecydowałam się na związek. – Byliśmy ze sobą sześć lat. Rodzice naciskali na ślub. Po nim pojawiło się dziecko. Marzena wspomina, że kiedy Asia, jej córka, skończyła dwa lata ona poczuła, że wychodzi ze swojej dziupli. Wróciła do pracy, do ludzi. – Wtedy odezwało się też to, co siedziało we mnie bardzo głęboko. Było mi o tyle łatwiej, że dostęp do internetu był coraz bardziej powszechny. Pewnego dnia weszłam na jeden z portali dla osób branżowych (czyli homoseksualnych – przypis red.). Chwilę wcześniej ktoś nazwał mnie ciotą, lesbą i zbokiem. Musiałam się wygadać, pomyliłam nicki i przez przypadek zaczepiłam Dorotę, tak się zaczęło. Dlaczego? Może dlatego, że ta rozmowa nie była taka, jak inne. Nie zaczynała się od tego, jak masz na imię, rozmiar stopy, biustu i jaki seks preferujesz.

Dorota tłumaczy, że osoby homoseksualne bardzo wcześnie zdają sobie sprawę ze swoich preferencji. – Już w przedszkolu bardziej interesowały mnie dziewczynki niż chłopcy – mówi. Była w kilku związkach z mężczyznami, nie potrafiła się jednak zaangażować. – Szybko odkryłam, że  z facetami jest fajnie, ale interesują mnie kobiety. Tylko nie wiedziałam, czy to jest dobre, czy złe, nie miałam żadnego odnośnika. Znalezienie kogoś do kogo mogłabym się porównać, było niemożliwe.

Trudna miłość

Na portalu poznały się w lipcu. Dużo rozmawiały, na czacie, przez telefon. Pierwszy raz spotkały się w sierpniu. – Ustrzeliłyśmy się od razu – mówi Marzena. – Kiedy się zobaczyłyśmy, już wszystko było jasne – śmieje się Dorota.  Obie wiedziały, czego chcą. W październiku Marzeny mąż zorientował się, że kobiety łączy coś więcej niż przyjaźń i rozmowy. – Biłam się sama ze sobą, to było bardzo trudne. W końcu podjęłam decyzję, że jednak stawiam na rodzinę – wspomina Marzena. – Przez dwa miesiące nie miałam z Dorotą żadnego kontaktu, bo wiedziałam, że jeden sms, telefon i nie będę w stanie tego zatrzymać. Kiedy w grudniu odnowiłyśmy kontakt, nie mogłyśmy już go przerwać.

Kobiety wspominają wiele rozmów, które się wtedy odbyły. Znacząca była ta między mężem Marzeny a Dorotą. – Przez trzy godziny chodziłam zimą po plaży nad morzem, a oni rozmawiali. Do dzisiaj nie wiem, co  Dorota powiedziała Marcinowi, wiem tylko, że po tej rozmowie jemu było łatwiej, wiele rzeczy sobie poukładał. Każdy poczuł ulgę. To jednak nie był koniec małżeństwa. – Dawaliśmy sobie jeszcze szanse, były powroty, kłótnie. Aż w końcu we wrześniu, rok po tym, jak poznałam Dorotę, usiedliśmy z Marcinem i postanowiliśmy, że się rozstajemy. Płakaliśmy oboje, ale to właśnie wtedy dojrzeliśmy oboje do tej decyzji. Na drugi dzień spakowałam się i wyprowadziłam do rodziców.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dla rodziców obu kobiet ich związek był szokiem. Byli przekonani, że to chwilowa fanaberia, chcieli skierować je na leczenie, egzorcyzmy. – Jeśli czegoś nie znasz, to najlepiej to leczyć. Tak uważała moja mama – wspomina Dorota, której mama potrzebowała siedmiu lat, by zaakceptować w pełni związek swojej córki.  – Moim rodzicom powiedziałam, że albo akceptują mnie taką jak jestem, albo nie musimy się widywać. Wiem, że to nie w porządku, ale wtedy nie było innego wyjścia. Walczyłam o spokój i szczęście – tłumaczy Marzena.

Wspólne życie

Dziś kobiety mieszkają w Grzebienisku, wsi pod Poznaniem, w której Marzena jest sołtysem. Wychowują Asię, która ma już 13 lat, pracują, na Święta jeżdżą do rodziców Doroty.  – Żyjemy na wsi i mamy się dobrze, nikt nie rzuca w nas kamieniami. Nie obnosimy się z naszym związkiem, ale też nie wiemy, ile osób faktycznie zdaje sobie z niego sprawę, ile nie chce widzieć, wypiera to – mówi Marzena. Dziewczyny nie są w swojej wsi wyjątkiem, w Grzebienisku mieszka jeszcze jedna para LGBT.

Podczas wyborów na sołtysa Marzena uzyskała poparcie 80% głosujących mieszkańców. Przez wiele lat była Przewodniczącą Rady Rodziców w szkole swojej córki. Z racji pełnionej funkcji współpracuje z różnymi jednostkami wsi i gminy. Także z proboszczem miejscowej parafii.

Religia

Dorota jest osobą wierzącą i praktykującą. Nie zastanawia się, czy ksiądz zdaje sobie sprawę ze związku, w którym żyje. – Teraz mamy nowego księdza, ale my przed osobami kościelnymi nie robimy tajemnicy z tego, kim jesteśmy. Kwestia wiary to dla wierzących osób homoseksualnych jest bardzo ważna. Niestety niektórzy z przedstawicieli Kościoła piętnują je uznając za jedną słuszną drogę małżeństwa heteroseksualne. – Tak, przyjmuję Komunię, chodzę do spowiedzi. Czy spowiadam się z mojego związku? Nie cudzołożę, jestem z jedną kobietą, nie zdradzam jej nawet w myślach, nie fantazjuję o innych. Zatem nie grzeszę. Wierzę w dobrego Boga i żyję zgodnie z zasadami Kościoła – tłumaczy Dorota, która podkreśla, że niestety w naszej rzeczywistości, także tej kościelnej rządzi ten, kto głośniej krzyczy.

Tęczowe rodziny i ich dzieci

Co jakiś czas w Polsce wybucha burzliwa dyskusja na temat tego, czy osoby homoseksualne powinny mieć dzieci. Budzi ona zawsze wielkie emocje, a Dorota z Marzeną mówią: – Halo, ale my tu już jesteśmy. Dzieci już teraz, bez względu na prowadzone debaty, wychowują się w związkach homoseksualnych. – Jeszcze rok temu nie znałyśmy innych par jednopłciowych wychowujących dzieci – mówi Dorota, a Marzena dodaje: – Co więcej, Aśka była pewna, że jest kimś wyjątkowym, że tylko ona jedyna ma taką rodzinę, tym samym miała poczucie, że otrzymała gwiazdkę z nieba.

Tymczasem okazało się, że takich rodzin jest zdecydowanie więcej. Dorota z Marzeną i Asią mogły się o tym przekonać biorąc udział w badaniach fokusowych prowadzonych przez Instytut Psychologii Polskiej Akademii Nauk „Rodziny z wyboru w Polsce”. To tam Asia spotkała pierwszy raz dzieci z rodzin takich jak jej rodzina, to tam brała udział w spotkaniu, w którym przez prawie 4 godziny dyskutowała z innymi dziećmi. – Widziałyśmy, jak Aśka wyszła „lekka” pod tej rozmowie.

Później pojawiły się warsztaty zorganizowane przez Tolerado Stowarzyszenie na Rzecz Osób LGBT , które otrzymało środki w ramach programu Obywatele dla Demokracji finansowanego z Funduszy EOG na realizację projektu na temat rodzicielstwa w środowisku LGBTQ. – Projekt miał na celu objąć całą Polskę, a nie tylko jej centralną część, by dać wsparcie osobom, które tego potrzebują, by uświadomić i pokazać nam, że nie jesteśmy sami – mówi Marzena. Co ważne, podczas organizowanych warsztatów spotykają się dorośli i dzieci, a w listopadzie odbędzie się ogólnopolski VI Festiwal Tęczowych Rodzin.

Dzisiaj organizujemy spotkania rodzin LGBT w Poznaniu, na pierwszym było kilka par z dziećmi, na drugim ponad trzydzieści osób i to nie tylko z Poznania. Szukamy kontaktów do rodzin, w których wychowują się nastolatki. Ważne, by oni mieli ze sobą kontakt, otrzymali wsparcie i zrozumienie od siebie nawzajem.

Asia chodzi do gimnazjum, nigdy nie spotkała się z przejawem agresji  wywołanej tym, w jakiej rodzinie się wychowuje. – Aśka nie należy do osób, które duszą coś w sobie, po niej zresztą od razu widać, gdy coś ją gryzie. Wypłakuje się najczęściej na Doroty ramieniu, także ze swoich szkolnych miłości – śmieje się Dorota. Regularnie też spotyka się ze swoim tatą.

Środowisko

Kiedy pada pytanie,  dlaczego osoby homoseksualne wchodzą w związki hetero słyszę odpowiedź: –  Z tysiąca powodów. Dziewczyny podkreślają, że dawniej było o wiele trudniej. Nie było dostępu do internetu, do wiadomości, które dziś są na wyciągnięcie ręki.  – Spotkałyśmy się na warsztatach z Basią, która ma dziś pięćdziesiąt lat i z łezką w oku mówi: „Gdyby trzydzieści lat temu było możliwe, to co dzisiaj…” – mówią, a Marzena dodaje: – Ja myślałam, że wytrzymam, poczekam, aż dziecko dorośnie i w wieku pięćdziesięciu lat skończę tę szopkę i wtedy będę z kobietą. Stało się na szczęście inaczej.

Obecna grupa osób LGBT jest bardziej świadoma, odważniejsza. – Myślę, że prędzej czy później nastąpi legalizacja związków partnerskich, choćby dlatego, że domaga się tego coraz więcej par heteroseksualnych – tłumaczy Dorota. – Dzisiaj spisujemy swoje wole u notariusza, ale i tak nie mamy pewności, czy jeśli którejś z nas coś się stanie, będzie to respektowane – mówi Marzena. Dziewczyny podkreślają także wypaczony obraz środowiska LGBT. – W mediach pokazywane są parady poprzebierani uczestnicy, pełno tam futer, piór, tymczasem my jesteśmy w większości zwyczajnymi ludźmi.

Kobiety mają szczęśliwe życie, akceptację najbliższych i środowiska, w którym żyją. Dlaczego więc opowiadają o sobie? – Po to, by dać wsparcie innym – mówi Marzena, a Dorota rozwija: –  Bo wydaje mi się, że jest masa osób, które siedzą sobie gdzieś na wioskach tak jak my, niekoniecznie w związkach. Siedzą zamknięte w swoich szafach i myślą, że są zupełnie same. Nasze wyjście „na zewnątrz” to pokazanie, że tak nie jest. To rodzaj wsparcia dla tych, którzy się boją, mają wątpliwości i nie wiedzą, jak sobie poradzić ze swoją sytuację. A my tu jesteśmy. Na naszej wsi. Mieszkamy razem. Jest z nami Asia –więc, jak widać – można, chcemy pokazać, że jest to możliwe.

Marzena kilka lat temu oświadczyła się Dorocie. Marzy się jej ceremonia z udziałem najbliższych im osób, kiedy w ich obecności powiedzą sobie sakramentalne „tak” i pobawią się z tymi, którzy będą uczestniczyć w tej wyjątkowej dla nich chwili.


Zobacz także

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

„Dopiero niedawno, po siedmiu latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę. To nie była miłość, ale uzależnienie… uzależnienie od cierpienia”

Seks to jeden z najważniejszych elementów związku!

Chcesz kochać i być kochanym? To się bzykaj! Wszystko, co chcielibyście wiedzieć, żeby mieć udany seks

Fot. iStock  / Pekic

Portret faceta doskonałego… A może taki sam albo podobny od dawna zasypia obok nas?