„Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje…”

Seksualnie
Seksualnie
17 lutego 2017
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Ukochana moja!

Namówię cię dziś do grzechu tak słodkiego, że opiera mu się mało kto. I nigdy tego nie żałuje. Do eliksiru młodości, który możesz wypić tylko z jednych ust. Dlaczego dajesz sobie wmówić, że w pewnym wieku twoja kobiecość umiera? Mimo tego, że twoje serce bije nadal, a dusza pragnie. Mocniej, niż  kiedykolwiek, bo dojrzale i świadomie. Otwarcie, bez zahamowań. Dlaczego zabierasz dłoń i chowacz oczy w podłodze, gdy on cię ukradkiem dotyka? Albo gdy mówi, że wyglądasz jak zawstydzona dziewczynka, że to urocze. Tak bardzo, aż pociągające. Dlaczego zamykasz przed nim drzwi, dlaczego się nie przyznasz, że całą sobą i każdym zmysłem o niczym innym nie potrafisz myśleć, bo wiesz, że to grzech, który na zawsze już warto popełnić. Bo rozbudza, uświadamia, że ciągle jeszcze jesteś, czujesz i chcesz. Bo wiesz, że dzięki temu wrócisz i już zostaniesz. Narodzona na nowo, piękniejsza, niż kiedykolwiek. Bo gdy całuje cię młodszy facet, to nagle znika 20 lat.  Znowu masz aksamitną skórę, znowu jest ci ciągle mało, znowu widzisz siebie inaczej.

Przed twoim lustrem stoi inna kobieta. Dziewczyna, której oczy iskrzą, a na twarzy nie ma ani jednej zmarszczki. Bo gdy czujesz jego dotyk, delikatny jak nocny szept, zaczynasz rozkwitać. Krew płynie szybciej i szumi intensywniej. Oddech przyspiesza, serce zaczyna mocniej bić. Chłoniesz jak wyschnięta ziemia w doniczce, każdą kroplę wody. I wiesz, że on nie kłamie, że widzi w tobie to, o czym mówi. Każdym westchnieniem, gdy sadza cię na kuchennym blacie. I łapczywie chwyta za uda. I czujesz, jak bardzo cię chce, jak widzi w tobie kobietę. Tę , o której zapomniałaś, którą w sobie zostawiłaś. Tę samą, w którą przestałaś wierzyć. Bo ktoś powiedział, że nie wypada, że już wszystko, co powinnaś, przeżyłaś. Że teraz to ciepłe kapcie i raczej skromna garsonka, niż błyszczące szpilki. A przecież wiosna w środku zimy jest możliwa, jeśli uwierzysz. Nie pochowasz siebie za życia, pozwolisz sobie zaszaleć. Zapomnieć się i obudzić obok niego. I zgodzić, zanieść pod prysznic, i rozprowadzić balsam na ciele. I chcieć, żeby dzieliły was krople gorącej wody. Bo najlepszy jest ten moment, ten ułamek sekundy, kiedy wiesz, że za chwilę cię obejmie. I wszystko inne przestanie istnieć. Taka daleka i niezwykła podróż bez wychodzenia z domu. Ta, z której nie chce się wracać.

Przecież nie zaprzeczysz, gdy przypomnę ci, jak się wtedy czujesz. Gdy już rankiem się cieszysz, bo  wiesz, że zapuka razem z nadchodzącym wieczorem. Albo niezapowiedzianym, ciepłym popołudniem. I nie zapyta, czy masz czas, bo wie, że go chcesz. Że te kilka chwil na nowo rozpalą w tobie ogień. I gdy już później wybiegniesz spóźniona, będziesz czuła ich spojrzenia. Facetów, których przyciągasz każdym ruchem. Kierowców, zatrzymujących się z piskiem opon, bylebyś tylko koło nich przeszła. Ekspedientów, którzy tracą głowę przy wydawaniu ci reszty. I urzędników, którzy załatwią dla ciebie, każdą sprawę.  Bo prawdziwie piękna jesteś tylko wtedy, gdy sama to widzisz. Gdy on pomoże ci to odkryć. I to  najprzyjemniejszym na ziemi, sposobem. Głębokim spojrzeniem, pieszczącym twoje ciało.  Głosem, który kocha twój zapach. Językiem i ustami spragnionymi każdego zakątka. Rękoma i ramionami, które dają poczucie bezpieczeństwa i pożądania. Bo gdy przygarnia cię do siebie, czujesz go wszędzie, jak błądzi po pospiesznie rozebranym ciele. I słyszysz, że ciągle chce więcej, że tylko ty.

Moja kochana, bardzo cię proszę, przestań to robić. Okłamywać i udawać w imię przyzwoitości. Bo nikt ci nie każe z niej rezygnować. Tylko pozwól sobie na siebie, żebyś to ty była ważna. Zwariuj, upij się i z nim zatańcz. I pozwól odwieźć do domu i zaproś na górę.  Pokaż, że nie odeszłaś, że tylko zasnęłaś na chwilę. Ale budzisz się jak kwiat po mroźnym marcu. Bo zatęskniłaś za sobą sprzed lat i zrozumiałaś, że możesz, że powinnaś. Bo nadal nią jesteś. I gdy kolejny raz on zapuka do drzwi nie siedź po nimi. Nie gryź palców, tylko otwórz. Pozwól mu wejść i zostać,na dłużej. A  czasem na zawsze. Nigdy nie zadając  pytania z piosenki, która wdarła się kiedyś świtem :

Will you still love me when
I’m no longer young and beautiful? *


Lana Del Rey – Young and Beautiful

 


Miłość to zgoda i pomoc w pakowaniu walizek. Żebym ja mogła iść swoją drogą, a ty byś otworzył drzwi właściwej kobiecie

Seksualnie
Seksualnie
24 lutego 2017
Fot. iStock/Massonstock
Fot. iStock/Massonstock

Mój drogi mężczyzno!

Dostaliśmy od losu kilka naprawdę pięknych lat. Tych nocy pełnych uniesień i poranków, gdy karmiłeś mnie mandarynkami. I dni, kiedy nieustannie trzymaliśmy się za ręce. I kłótni, gdy ty trzaskałeś drzwiami, a ja gryzłam poduszkę i wylewałam łzy. I wyglądałam przez okno, czy już wracasz, żebyśmy mogli zapomnieć każde wypowiedziane w złości słowo. I każdy nasz urloc pamiętam, i spontaniczne wypady w środku tygodnia, gdy kochaliśmy się w aucie na poboczu drogi. Byłeś przy mnie nawet wtedy, gdy naprawdę nie mogłeś, bo wiedziałeś, że tylko ciebie potrzebuję. I tak mijały nam tygodnie i miesiące, gdzie rzadko bywało źle, bo rozumieliśmy się bez słów. Ale życie tworzy własne scenariusze, nie pyta nas o zgodę, zmienia plany i pisze nowe historie. I chyba spłatało nam figla, bo zamiast scalać na wieki, zaczęło dzielić na zawsze. 

Nawet nie zauważyłeś, gdy kupiłam nową kanapę do swojego gabinetu i coraz częściej w nim zostawałam. Ja też po czasie zorientowałam się, że nie wracasz częściej niż zwykle. I stół w jadalni w kilka chwil zrobił się za duży i zbyt pusty. I więcej było między nami zgrzytów, niż dawnych napięć, które rzucały  na łóżko i splatały nasze ciała. I cisza, której jeszcze nie dawno tak nam brakowało. Przyglądałam ci się czasem ukradkiem i zastanawiałam, czy nadal kocham. A zaraz potem ganiłam w myślach i wierzyłam, że to kryzys, po którym znowu będzie dobrze. Może nawet piękniej niż dotychczas. I w końcu jakby przycichło, nawet nad morzem byliśmy i wziąłeś mnie na nagrzanej słońcem plaży. I wtedy już czułam, że to nasz ostatni raz, że już się nie przydarzy, że już cię nie poczuję. I wróciliśmy razem, ale już  osobno. I  mijaliśmy rankiem, i nie czekaliśmy na siebie wieczorem. Tylko tkwiliśmy w bryle nazywanej wspólnym domem, gdzie każde chowało się pod własną kołdrą.

A przecież wciąż mało wiosen za nami i krew jeszcze szumi, a dusza pragnie. Tylko nie siebie już nawzajem, a życia tego za drzwiami. Bo jeśli coś się wypala i kończy, to tylko jakiś rozdział, a kolejny dzień, jak kartka papieru, przyniesie nowe. Po co się stawać obcymi ludźmi, ziać nienawiścią i karmić niechęcią. Gdy w obojgu nas drzemią jeszcze, tak dawno ukryte uczucia i tęsknoty. Bo nam nie wyszło, bo nie po drodze. A  życie musi iść dalej, żebyśmy mogli spotkać tych właściwych. Bo może oni też już nas szukają?  Byliśmy dla siebie potrzebnym przystankiem, oddechem, przed końcem podróży. Spotkaliśmy się po to, żeby umieć później iść dalej i w końcu trafić na właściwe tory. Więc nie rozstawajmy się w złości, bo zbyt wiele sobie zawdzięczamy i za mocno pragniemy pokochać jeszcze raz. Tak jak kiedyś zakochaliśmy się w sobie, na próbę i mniej dojrzale. I dziś przyznaję ci się otwarcie, choć z drżeniem głosu, bo tyle wspomnień i dobrych uczuć, że już nie kocham. Że cię szanuję, że jestem wdzięczna i że dziękuję za każdą chwilę.

Widzisz mój drogi, los choć rozsądny, bywa przewrotny. Bo dał nam siebie, byśmy odkryli, że są inne ścieżki i obce serca, które czekają być może na nas. A nawet jeśli bardzo zabłądzę i pewnej nocy obudzę się sama, to się uśmiechnę. Bo będę wiedziała, że trzymasz za rękę kogoś innego i innej kobiecie zapinasz sandały. I znowu się uśmiechasz i pogwizdujesz w łazience. Miłość to ciągłe szukanie, oczekiwanie i zrozumienie, gdy coś przestaje mieć równy rytm. Miłość to zgoda i pomoc w pakowaniu walizek. Żebym ja mogła iść swoją drogą, a ty byś otworzył drzwi właściwej kobiecie.


Walizka już dawno w progu, gdy za drzwiami czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić

Seksualnie
Seksualnie
20 stycznia 2017
Fot. iStock / South_agency
Fot. iStock / South_agency

Miłość powinna być po prostu. Za nic, tylko za wszystko (na zawsze). Bez wyjątków, brzydszych czy ładniejszych oczu, gorszych czy lepszych dni. Powinna być taka, żebym nie musiała nigdy siedzieć, tak jak teraz i pisać do Ciebie. Żadna z nas nie powinna, a tak często nadal to robi. Piszę list pożegnalny, gdy spakowana walizka już dawno w progu. Gdy za drzwiami, czeka ktoś inny. Gdy odchodzisz, żeby już nigdy nie wrócić. Nie oglądać się za siebie. Bo widzisz mój mężu, w naszym życiu, to właśnie tych nas zabrakło. Tego, że razem i we wspólnym kierunku. A nie na osobnych okrętach. Na ciągłym polu bitwy.

Bo od początku nie taka byłam. Od pierwszych dni, bo kiedy to  stwierdziłeś, że chyba wolisz blondynki? Miesiąc z kawałkiem po ślubie. Tak, ja to pamiętam. Jak każdą inną, która dla mnie była zbyt długą, koszmarną nocą. Zbyt długo pozwalałam Ci wracać. Zbyt długo czekałam, by odejść. 

Zwyczajnie też było. Przecież nie powiem, że mnie krzywdziłeś, że zdobiłeś moje ciało siniakami. Czasem poniżyłeś, raz chyba szarpnąłeś. Nic takiego, Twoją manię wyższości na wystawnych bankietach, zagryzałam oliwką. I zalewałam morzem martini. Potem chociaż mogłeś warczeć, przez pół nocy i trzy kolejne dni, jakiego to wstydu Ci narobiłam. Bo upiłam się do granic i chciałam tańczyć. Nie z przystojnym kelnerem, czy mężem znajomej. Tylko z tobą, bo alkohol mnie rozmiękczył, sprawił, że uwierzyłam. Że mnie widzisz i dostrzegasz, że wiesz, kim jestem, że czujesz, jak nadal Cię kocham.

A przecież widziałam. Jak patrzyłeś na nią, na kolejną inną i lepszą. I wiedziałam, że za chwilę znowu zaczniesz dziwnie znikać i ciągle pilnie wyjeżdżać. W powietrzu już unosiła się woń cudzych perfum. Tych samych, które usiłowałam sprać z kolejnej twojej  koszuli. I wizja samotnych i zimnych jak lód dni i nocy. Kiedy pod przykrywką praca i delegacja, spała ona. Długonoga, młodsza, ładniejsza. Też myślała, że na zawsze, a była jak poprzedniczki. Na chwilę. Intensywną, ale krótką.

Czasem żal mi ich było, bo przecież rozumiałam. Nikt mnie tak nigdy nie oszukał, jak ty. I ich też.

Najgorsze nie było czekanie. Zawsze wracałeś z podkulonym ogonem. Jak pies, co zerwał się ze smyczy i mocno nabroił. Tylko, że ciebie nikt nie więził, nie trzymał.

Nie miałam kiedy, bo szybko zacząłeś. Nie wiem nawet, czy cię znam, czy coś o sobie wiemy. Najgorsze było cię prosić. O choć trochę ciepła i czułości. O zwykły gest, złapanie za dłoń. Przecież dbałam o siebie, nie raz powtarzałeś, że podobam się twoim kolegom. Szkoda, że nie tobie. Dla mnie zawsze byłeś tylko ty.

Miłość jest wtedy, gdy to działa w obie strony. Miłość jest wtedy, gdy jest szacunek i zaufanie. Gdy trochę zazdrości godzi małżonków namiętnym uściskiem. A nie znikaniem, w ramionach obcej osoby.

Miłość nie może żądać i oczekiwać, ale nie może też żebrać. Ciągle czekać, na choć jeden ludzki odruch. Pozwalać się gnoić i niszczyć. Upokarzać i skazywać na cierpienie.

I nie można nią szastać, odchodzić i wracać. Bo wtedy umiera. Tak jak ja zastygłam. I gdy w końcu ruszyłam, złapałam oddech a serce wyrównało rytm, to już nie dla ciebie. I nieważne dla kogo, ważne że nareszcie.

Nie jest mi żal, bo i czego. Tych lat razem a osobno i dni, w których byłam żoną bez męża? Ciebie mi żal, bo już chyba dawno nie patrzyłeś w lustro. Zgorzkniałość maluje twoją zmęczoną twarz, lata zostawiają ślad. Jesteś coraz bardziej żałosny i coraz mniej, przez te inne, pożądany. Chyba, że jednak masz jakieś sumienie i ono ci w oczy spojrzeć nie daje. Dziś  ja jestem tą, która ostatnia zamyka drzwi. I wyrzucam klucz, bo aż tak nie chcę tu wracać.

Chcę tylko iść i ją spotkać. Bo z całych sił wierzę, że istnieje, taka prawdziwa i dobra. Silna i bezpieczna. Ta bez granic, do utraty tchu. I ta, której nie rozdzieli żadna zmarszczka i czas. Ta piękna, której ty, nigdy nie potrafiłeś mi dać.

Ta miłość, taka zwykła.