Martwisz się, że nie masz orgazmu? Właśnie ruszyła w sieci interaktywna edukacyjna wagina! Idealne szkolenie dla każdego faceta

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
4 października 2016
Fot. iStock/RapidEye
 

Drogie Panie, jeżeli nie udało wam się jeszcze naprowadzić mężczyzn własnych i cudzych na odpowiednie tory, to zawiadamiam uroczyście – sprawy lekko nam się ułatwiły. Dla opornych przypadków, które nie są w stanie doprowadzić kobiet na skraj nieopisanej ekstazy, dla zabłąkanych męskich rąk, palców i umysłów zapętlonych w poprzednie azymuty, uspokajam – właśnie ruszyła w sieci interaktywna edukacyjna wagina !!!Nie, nie piłam dzisiaj alkoholu i zdecydowanie biorę odpowiedzialność za ten news – Linda Daniller zdeklarowana lesbijka  i Rob Perkins heteryk, postanowili pomóc ludzkości i stworzyli portal www.omgyes.com, na którym skrupulatnie grupują wiedzę na temat damskich orgazmów, rodzajów budowy żeńskich muszelek i słownictwa, które wypełnić ma przepaść między medyczną skamieliną, a wulgarnym narzeczem rodem z porno. We współpracy z naukowcami z Instytutu Kinseya i Uniwersytetu Indiana, przy bardzo aktywnym udziale dwóch tysięcy respondentek stworzyli sieć powiązanych ze sobą cech, które uważnie studiowane mogą pomóc zarówno zdezorientowanym na maksa mężczyznom, jak i zniecierpliwionym ich partnerkom.

Platforma jest interesująca

Uświadamia grono kobiet, które stały się męczennicami miłosnych wyborów, z których żaden nie potrafił zagrać odpowiedniej nuty. Co za tym idzie wychowały się w przeświadczeniu, że orgazm to nieosiągalna dla nich historia, a bajana we współpracy ze współczynnikiem męskim nie wydarzy się nigdy. Nic bardziej mylnego zagubione owieczki. Każdy szyfr można złamać, potrzebujecie jedynie własnego Mariana Rejewskiego, speca od Enigmy. Wystarczy się odrobinę przyłożyć, potrenować i uczyć na błędach.  Omgyes.com poszła na tyle daleko, że dla wyjątkowo opornych przypadków stworzyła pierwsze w pełni interaktywne krocze. Zadbała zarówno o fizyczne cechy, które mają prawo na nie wpływać (dotyk, pocieranie, suwanie, czego kosmate myśli zapragną) i zewnętrzny image, pamiętając o najdrobniejszych szczegółach anatomicznych.

My tu się możemy śmiać, czego to świat nie wymyśla i dokąd zmierza postęp cywilizacyjny, ale ja na południu proszę państwa słyszę, jak gdzieś w odległych rejonach na północy spadają głazy z męskich serc. Co się panowie nawyginali, nakombinowali, wiedzą sami zainteresowani, a prawda o kobiecych orgazmach, trzeba przyznać, jest wyjątkowo skomplikowana. Mężczyźni nie mają bowiem problemu z osiąganiem szczytów zadowolenia. Są raczej jak pralki do prania z jednym, wielkim guzikiem programowym, podczas gdy kobiety mają po dwanaście przycisków na każdej ściance. Wstępne, ręczne, wełna, jedwab, pościel, płaszcze. Pranie to jest pranie. Prawda, panowie?

Otóż nie. Nie z nami te numery

Z kobietami bywa ciężko. Zbudowane są zupełnie inaczej niż mężczyźni, a ich punkt G ukrywa się wyjątkowo sprawnie. Kiedy już wy, panowie, po długich ekspedycjach odkryjecie bursztynową komnatę, nie macie żadnej pewności, że jutro nadal tam będzie. Mało tego, każdy jeden przypadek może ukrywać swoje skarby w zupełnie innym miejscu. Nie jest to partyjka w chińczyka, przyznaję, a raczej strategiczna rozgrywka w Eurobiznes. Interaktywna cipka to jak zesłanie ducha dla strapionych męskich serc i umęczonych głów rasowych poszukiwaczy. Nazwałabym  ją skarbnicą dokładnych map otwartego kobiecego morza, podczas gdy panowie skrupulatnie wiosłują nań w łupince od orzeszka. Jest zeszytem ćwiczeń. Kamasutrą XXI. wieku.

Zapytałam mężczyzn, co sądzą o takim pomyśle. Oprócz oczywistych przechwałek, że żaden nie potrzebuje pomocy naukowych, bo niczym Jurek Tulipan jest w stanie rozkochać  nawet najtwardsze serce, to dla równowagi zakrzyczały głosy proszące o podobny zestaw ćwiczeń dla pań. Średnio to widzę szczerze mówiąc, bo w przeciwieństwie do opornego punktu „G” u kobiety, męski jest wyjątkowo dobrze osadzony i nie podejmuje decyzji o przeprowadzce z dnia na dzień. Nie ma wahań nastrojów i nie postanawia nie działać, kiedy wzywa się go na posterunek. Dla wyjątkowych głuptasków powiększa się za każdym razem, gdy o nim mowa i gwarantuje osobiste powodzenie wszystkich przeprowadzanych akcji. Zatem – czego miałaby kobiety nauczyć taka aplikacja? 😉

Całkiem poważnie, zapraszam do eksplorowania najnowszych odkryć sieci. Dzisiaj uczymy się korzystać z cipki, a jutro? Może ktoś nareszcie nauczy nas składać prześcieradła z gumką?


8 związkowych pól minowych, na które trafić mogą nawet najlepsze pary

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
5 października 2016
8 związkowych pól minowych, na które trafić mogą nawet najlepsze pary
Fot. iStock / demaerre
 

Czasami patrząc na inne pary myślimy „ale się dobrali, szczęściarze”, wzdychamy z zazdrością i marzymy, by dostać od nich receptę na udany związek.  Ale nawet w tych z pozoru idealnych, świetnie dogadanych i zawsze uśmiechniętych parach dochodzi czasami do zgrzytów i nieporozumień, trafiają na jedno z pól minowych, na których o wybuch nie trudno. Kto wie, może nawet Brad i Angelina pokłócili się właśnie, przez któryś z tych powodów?

Małe szpiegowanko

A z kim on tak rozmawia wieczorami? A co to za lasce daje ciągle lajki na Facebooku? Kim jest ten gość, który skomentował jego ostatnie zdjęcie? Nie ma co ukrywać, lubimy wiedzieć co w trawie piszczy i z kim nasz luby się zadaje, oj lubimy!  Ale wszystko musi mieć swoje granice – zbyt duża kontrola to już brak zaufania, a na niego w związku miejsca być nie może. Zapomnij więc o przeglądaniu sms-ów, grzebaniu w kieszeniach, bilingach, śledzeniu lub włamywaniu się na maila – Bondem nie jesteś, co najwyżej możesz sobie martini wstrząsnąć i dać na luz.

Rodzinna zawierucha

Ze swoją rodziną możesz dawać sobie całkiem nieźle radę, ale krewni partnera, to już prawdziwe wyzwanie.  Na początku, wiadomo – przyklejasz uśmiech, jesteś grzeczna, miła i potakująca, ale na litość boską, w końcu trzeba będzie wrócić do samej siebie i wyjść z roli! I wtedy zaczynają się schody, po których musisz nauczyć się bardzo ostrożnie chodzić – gdy poważnie angażujesz się w związek, musisz przyjąć partnera z całym dobrodziejstwem inwentarza. I vice versa.

Mniejsze libido

Początek mógł być bardzo namiętny i gorący, niczym z niemieckich filmów dla widzów dorosłych, ale przychodzi taki czas, że zamiast upojnej nocy w ramionach ukochanego chciałbyś po prostu przespać te zalecane osiem godzin i odpocząć. Twój partner też może mieć ochotę na dzień przerwy od Kamasutry i zamiast wyginać śmiało ciało wolałby owo ciało złożyć na kanapie i zobaczyć Ligę Mistrzów. Nie ma w tym nic dziwnego – po pierwszej fali zauroczenia i miesiącach wzajemnego przyciągania, wasza namiętność odrobinę słabnie, co nie znaczy, że uczucie wygasa. Zamiast szalonego seksu pewnie jest teraz w waszym związku więcej czułych gestów, przytulania, całowania i po prostu – bycia razem, blisko siebie.

Ukrywanie małych grzeszków

A. ukradkiem pali papierosy w ogródku, a M. podjada ciastka, choć oficjalnie stara się zrzucić zbyt duży brzuch. O. zazwyczaj wydaje u kosmetyczki nieco więcej niż brzmi wersja oficjalna, z kolei N. w drodze z pracy do domu czasem wstępuje z kumplem na szybkie piwo. Żadne z nich nie wie, co robi partner(ka) i pewnie wolałoby się nie dowiedzieć. Pomimo tych małych grzeszków i skrywanych sekretów są szczęśliwymi parami – a może właśnie dlatego. Szczerość i otwartość nawet w związku ma czasami swoje granice, a dopóki nikt nie cierpi i nikomu nie dzieje się krzywda, to co w tym złego?

Planowanie wolnego czasu

On marzy o tym, by w sobotę spać do południa, a potem obejrzeć dobry film (albo mecz) z browarem w jednej ręce i chipsami w drugiej, tymczasem ona zrywa go z wyra o szóstej rano, bo to jesień i na grzyby się ze znajomymi umówiła, do lasu trzeba jechać. Ona chciałaby zrobić generalne porządki, może nawet przedpokój pomalować, ale on już znajomych zaprosił na kolację, małe grono, jedynie dwunastu. Podobnie bywa z planowaniem wyjazdów wakacyjnych i świąt – zanim osiągniecie porozumienie atmosfera bywa tak gęsta, że nawet nożem się jej nie pokroi.

Problemowa kula śnieżna

Ignorowanie małych problemów i niby drobnostek, które jednak gdzieś tam nam przeszkadzają, prowadzi do jednego – gdy już nazbiera nam się pod sam sufit i miejsca nagle zabraknie, wybuchniemy i wykrzyczymy, że ta deska zawsze podniesiona, pasta wyciskana od środka, skarpety znowu na podłodze, a kubek – o matko, jak nienawidzimy tego kubka!- kubek jak zwykle nie umyty gnije w zlewie. Można długo udawać, że wszystko jest w porządku i nic nam nie przeszkadza, ale chyba nie warto, bo gdy ta problemowa kula śnieżna urośnie do odpowiednich rozmiarów i nabierze tempa, nic nie jest w stanie jej zatrzymać.

Zła komunikacja

Zazwyczaj zdarza się nam podczas kłótni, gdy w nerwach usta przestają słuchać rozumu i plotą, co im ślina i zdenerwowanie na język przyniesie. Wtedy drzemy się, rzucamy oskarżeniami, przerzucamy starymi żalami i nowymi pretensjami, zupełnie nie słuchając tej drugiej strony i ignorując jej argumenty. A po co to tak się unosić, skoro nie od dziś wiadomo, że spokojna, rzeczowa i kulturalna rozmowa przynieść może o wiele więcej pożytku?

Unikanie drugiej strony

Chcąc uniknąć kłótni zdarza się, że postanawiamy unikać naszego partnera. Ale co to za związek, w którym jedyne zdania, które między sobą wymieniacie to „łazienka wolna”, „nie ma chleba” albo „twoja kolej na sprzątanie kuwety”? Problem sam nie minie, a im dłużej odwlekamy jego rozwiązanie, tym trudniej będzie nam się z nim zmierzyć. Lepiej załatwić to od razu i oczyścić atmosferę ze wszystkich niedomówień, twarzą w twarz i patrząc partnerowi prosto w oczy.


Na podstawie: www.bustle.com


Przepowiedziałam tragedię własnej rodzinie… Jedyne, o czym marzę to, żeby ją przytulić, przytulić moją zaginioną córkę

Anika Zadylak
Anika Zadylak
4 października 2016
Fot. iStock/Tharakorn

– To już 5 lat ponad, od kiedy dom stoi pusty. Pusty, bo ja tu jestem tylko snującym się cieniem. Mąż odszedł trzy lata po zaginięciu Agusi, naszej córki. Miała 13 lat. To był taki zwykły poranek. I właśnie to mnie zabija, że było jak zawsze. Pośpiech, poranna nerwówka, poganianie. Nie przytuliłam jej nawet, nie powiedziałam, jak bardzo kocham. Za to zdążyłyśmy się pokłócić, bo bałam się, że spóźni się na autobus do szkoły. Jakby to było najważniejsze w życiu, szkoła, kanapki, buty na zmianę. A teraz wchodzę do jej pokoju tylko nocą, żeby nikt nie zauważył. Siedzę tam, wdycham z ubrań resztki jej zapachu i wciskam twarz w poduszkę, żeby krzyczeć. Wykrzyczeć swój ból i tęsknotę. I cały czas wierzę, że otworzą się drzwi, ona zabierze mi tę poduszkę i powie: – Nie płacz mamusiu, już wróciłam.

Liczby statystyk są przerażające. W Polsce, każdego roku ginie bez wieści prawie 300 dzieci do lat 7, i prawie dwa tysiące w wieku do lat 14. Większość z tych zaginięć kończy się szczęśliwie powrotem. Zazwyczaj są to ucieczki z domów spowodowane problemami w szkole lub kłótnią z koleżankami. Zdarzają się bezmyślne wyjazdy na koncert, czy znajomego mieszkającego w odległym mieście. Niestety, są też  historie bez happy endu. Właściwie, bez żadnego zakończenia, bo który rodzic nie wierzyłby do końca?

– Ty wiesz, że mi się zdarzało o Agnieszce, źle myśleć? Bo pyskata była, nie uczyła się szczególnie dobrze. Zdarzało jej się, burczeć bez powodu i drzwiami trzaskać. Co ja mówię, ona  nie była tylko jest!  Na pewno gdzieś tam jest, prawda? Pani Ewa, mama zaginionej dziewczynki, wygina palce, nerwowo poprawia włosy i patrzy na zdjęcie, stojące na szafce. – To moja córka, miesiąc przed tym, jak zaginęła. Teraz pewnie ma już dłuższe włosy, pewnie się już maluje, na studia się wybiera. Co ja bredzę, przecież ona od nas nie uciekła, tylko ktoś ją zabrał. Myślisz, że ją krzywdzi?  A może dobrze trafiła, może to tylko chora kobieta, która sama nie może mieć dzieci, zabrała naszą córkę.  Mąż chyba dlatego odszedł, nie mógł znieść tych moich spekulacji, głośnych rozmyślań i wiary. Wykrzyczał mi kiedyś, żebym przestała karmić się mrzonkami i wbiła sobie do głowy, że nasza Aga nie żyje, że już nigdy jej nie przytulę. Kazałam mu się wynosić. Nie wzięliśmy rozwodu, wiem, że jest gdzieś za granicą, że pracuje. I cierpi, tak jak ja.

To się wszystko tak szybko potoczyło, po śniadaniu wybiegła z domu. Do autobusu jest kawałek, przez taki stary park, potem jeszcze koło budynku, w którym kiedyś był szpital. Nie pozwalaliśmy jej tamtędy chodzić, ale nie słuchała, „bo to krócej” mówiła. Kiedyś jej powiedziałam w złości, że kto drogę skraca, ten do domu nie wraca. Boże, przepowiedziałam tragedię własnej rodzinie. Zorientowałam się po 15-tej, że coś jest nie tak, bo jeszcze jej nie ma. Komórka miała sygnał, ale nie odbierała. Pojechaliśmy jej szukać oboje z mężem, koło 18-tej. Już gdy wyszłam z domu do auta i znalazłam jej telefon koło garażu – zamarłam. Nie zauważyła, że  go zgubiła?  Zostawiła go tam specjalnie? Od razu biegiem wróciłam do jej pokoju. W szafie nie brakowało większej ilości ubrań, z domu nie zginęły żadne pieniądze, nie mogła więc uciec. Jeździliśmy po mieście, po dzielnicach, w których mogła być, po kinach i knajpkach, gdzie przesiaduje młodzież.

Od koleżanek dowiedziałam się, że w ogóle nie dotarła do szkoły. Pojechaliśmy na policję, zaczęły się nerwowe telefony po szpitalach, bo może wypadek, może nie wiedzą kim jest, nie mała przy sobie legitymacji. Oni szukali radiowozami, ja z mężem i przyjaciółmi rozwieszaliśmy plakaty, chodziliśmy od domu do domu. Minęły dwa dni, kiedy przyjechał policjant i poprosił nas o spokój i o to, żebyśmy pojechali z nim. W radiowozie usłyszeliśmy, że znaleźli zwłoki dziewczynki, opis pasował, nawet ubrania się zgadzały. Milczałam, mąż płakał. Do kostnicy weszłam sama. Sama też rozsunęłam zamek, w czarnym worku. Pamiętam tylko, że wyszłam stamtąd, mąż mnie szarpał i krzyczał: – Ewa! Powiedz, że to nie ona! Słyszysz, powiedz, że to nie ona! A ja myślałam tylko o tej drugiej. O matce dziewczynki, której zwłoki przed chwilą widziałam.

Mijały tygodnie i miesiące. Tysiące poszlak i wątków. Akcja ogólnopolska w prasie i telewizji, świadkowie, którzy ostatecznie nic nie wnosili do sprawy. Wizyty u jasnowidzów, gdzie każdy wskazywał inne miejsce i mówił co innego. Żadna z tych wersji się nie potwierdziła, śledztwo stanęło w martwym punkcie. W biały dzień ginie człowiek, nikt nic nie widział, nie słyszał, kamery z monitoringów nic nie nagrały. Wpisano Agnieszkę na listę osób zaginionych, zostaliśmy z tym sami. O czasu do czasu, ktoś zadzwonił, że ją widział, że wie, gdzie jest. Wiesz, takie głupie żarty. Podnosiłam słuchawkę, a tam ktoś udawał jej głos. Kogoś to śmieszyło, ja cierpiałam.

Dni jeszcze jakoś płyną, pracuję, staram się jak najwięcej robić, żeby nie myśleć, nie oszaleć.  Ale noce są straszne. Usiłuję zamknąć oczy i nie mogę, bo przychodzą obrazy. Widzę jej zmasakrowane ciało leżące na dnie jakiegoś dołu. Chodzą po niej ludzie nie zdając sobie z tego sprawy. Może ja też po niej depczę? Gdy uda się na chwilę złapać sen, budzę się z krzykiem. Widzę jak ją biją, gwałcą, sprzedają do kolejnego burdelu. Widzę ją skuloną, w ciemnej piwnicy, czuję, jak bardzo się boi.

Napisz proszę, żeby rodzice tacy jak ja nie przestawali wierzyć i szukać. Bo ja nadal wierzę, że te drzwi się otworzą, a  ona w nich stanie. Będzie miała tę sama twarz, te same oczy, ten sam głos.  Zrobię jej herbaty i upiekę ulubione ciasto. I nieważne będzie gdzie była, tylko to, że znowu jest. Nadrobimy te wszystkie lata, dam jej te wszystkie prezenty urodzinowe i te na gwiazdkę, które kupowałam i chowałam do szafy. Nigdy już się nie pokłócimy, będziemy więcej przytulać. Mój Boże, czy ty wiesz, jak bardzo chciałabym znowu, choć na chwilę, chociaż jeszcze ten jeden raz poczuć jej zapach i usłyszeć, jak mówi: „Kocham cię, mamo”.

A jeśli to już niemożliwe, bo serce mojego dziecka już dawno przestało bić, niech ktoś wskaże miejsce, gdzie jest. Żebym mogła ją pochować na cmentarzu i w sobie. Zapalić znicz i przeprosić. Przeprosić ją za to, że nie zdołałam jej ochronić.


Zobacz także

Panika to zawsze sygnał, że coś niepokoi naszą duszę. To lęk przed utratą własnego „ja”

Panika to zawsze sygnał, że coś niepokoi naszą duszę. To lęk przed utratą własnego „ja”

Tylko się nam wydaje, że stać nas na zdrowy egoizm. Prawda jest taka, że nadal nie potrafimy o siebie zadbać. Uczmy się tego!

Trzy sygnały, że powinieneś zrobić sobie krótki urlop od Facebooka