„Lubię, że byłeś w każdym miejscu mojego ciała, że znasz mnie grubą i chudą, z małymi piersiami i wielkimi”. Pochwała miłości małżeńskiej

Seksualnie
Seksualnie
11 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Jest noc i w sumie nie wiem czy powinnam o tym pisać, bo jednak leżysz obok i bardziej śpisz, niż mnie pragniesz i bardziej pod kołdrą swoją niż wspólną. Złości mnie to czasem.

Staję wtedy w kuchni i zaczynam wywód znudzonej żony. „Nie pociągam cię, nie zauważasz mnie”, przewracasz oczami, mówisz, że zauważasz i że pociągam. Wiem, bywam taka męcząca, a ty taki znużony.

Jednak zapominasz i ja zapominam o tej męczącej codzienności, gdy znów znajdujemy się w tym punkcie swojej miłości, który jest i namiętnością, i uniesieniem, i przywiązaniem jednocześnie. Jak na przykład wtedy, w Barcelonie, gdy snuliśmy się po plaży, a potem ty mówiłeś, że musimy chodzić, zwiedzać, oglądać, a ja wciągałam cię w ciemne uliczki i mówiłam: „Chodź, chcę seksu, nikt nas nie zobaczy, co tam chodzenie. Noooo wolisz chodzić, czy jednak być bardziej ze mną?” Małe manipulacje, które wtedy wydają ci się uwodzeniem. I wybierasz wtedy mnie, jak zawsze, jak kiedyś.

Lubię, że wciąż to potrafimy. Uciekać do łazienki w rodzinne święta. Albo kochać się, gdy za ścianą moja mama zawieszona nad serialem kryminalnym, a ty w rytmie moich słów: „Boże, tam jest mama, zwariowałeś, nie mogę, czuję się jak nastolatka, umrę ze wstydu, jeśli ona to słyszy”, idziesz gdzie chcesz, gdzie ja chcę, gdzie nieraz już byliśmy. I nie musimy szukać wspólnej drogi, bo dawno już znaleźliśmy ich setki.

Lubię, że byłeś w każdym miejscu mojego ciała, że znasz mnie grubą i chudą, z małymi piersiami i wielkimi, zmęczoną walką ze sobą, albo na haju sobą. Gdy zamykasz mi oczy i mówisz to „tak cię k**wa zawsze kocham”. Ale ja przecież wiem, jak bardzo nie umiesz mówić. O to kocham nieustannie robię awantury, dlaczego tak rzadko, dlaczego tylko we mnie. To takie nie – feministyczne, szukać drogi do twoich słów tylko w łóżku, tylko erotycznie. Z drugiej strony, przecież wiesz, że wcale o to nie dbam. Bo jestem i suką, i żoną, feministką i kurą domową, kochanką świetną i kochanką zmęczoną. Jestem wszystkim w tym naszym życiu, wszystkie je miałeś, wszystkich doświadczyłeś. To dlaczego ja bym miała nie doświadczać jakiegoś ciebie?

Lubię, że nie muszę udawać. No wiesz, bez tego całego teatru kobiety bez skazy. Moje ciało zmęczone, moje ciało niedostatecznie wymyte, wyprane, przygotowane. Moja dusza wcale nie silna, moja perfekcja wymyślona, moja wiedza bardziej czyjaś niż własna. Podobno namiętność w poznaniu umiera. Nasza przecież też umiera czasem, więc potem, po tych rozstaniach, znów czujemy, jakbyśmy zupełnie od nowa. Ale ty już wiesz, że jestem taka zwyczajna i że nic nie muszę. Ale potrafię cię zabrać tam, gdzie ludzie rzadko trafiają, bo rzadko potrafią być tak blisko, intymnie. I tam już nic ci nie brakuje.

Lubię twoje ciało, które znam może bardziej niż siebie i swoją głowę. Te zgłębienia, bruzdy, mięśnie, które godzinami wypracowujesz pokonywaniem siebie. Rzeczami, które są mi obce, których nie rozumiem, bo wiesz, że szybciej niż ty się poddaję, szybciej uciekam na kanapę i częściej używam frazy „O nie, nie mam siły”.

I lubię te nasze odloty, o których nikomu nie mówimy, w słowach, których wstydziłabym się powtórzyć rano przy kawie, nie dlatego, że jestem taka wstydliwa, tylko dlatego, że wolę jak te słowa zostają w naszych nocach. I wyobrażam sobie, że nikt inny ich używa, choć przecież wiem, że nie mam racji. Ale to przecież prawo człowieka uważać, że jego miłość jest jedyna.

Tak, czasem męczę się tą miłością. Jest taka normalna. Nie napiszę rzeczy wielkich kochając ciebie, nie dojdę do szczytu cierpienia, gdzie od zawsze mnie ciągnie. Nie umrę z rozpaczy, nie odrodzę się na nowo. Nawet twoje wady są takie zwyczajne, że nie można utkać z nich dramatu.

Nasza miłość nie jest teatrem, którego czasem pragnę – nie dotykasz mnie przy znajomych, nie umierasz z zazdrości, nie robisz scen, które kojarzą się z wielką miłością. Mi też się kojarzą, przepraszam, jestem taka egzaltowana i tyle filmów głupawch o miłości obejrzałam.

Więc przepraszam, że cię czasem prowokuję i ciągnę do świata, którego nie lubisz i emocji, o których nie chciałeś wiedzieć Niestety, lubię spotykać się w pół drogi. Ale może, gdyby nie ja, miałbyś seks nudny i zwyczajny, może, gdyby nie ja, w ogóle byś nie mówił o uczuciach, może, gdyby nie ja, nie mówiłbyś, że małżeństwo jest szczęśliwe, bo takie żywe i wciąż inne.

Bo gdyby nie Ty – to wolę nie wiedzieć.


Drogi „Były”, szanowny „Eks”, dlaczego udajesz, że mnie nie kochałeś?

Seksualnie
Seksualnie
18 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Kochany, nie to, że akurat uczepiłam się jakoś szczególnie ciebie. Relacje miłosne niosą w sobie ryzyko rozpadu i złości, święta nie byłam, snu ci zabrałam wiele, zgryzot trochę przyniosłam. Pamiętam dzień, gdy powyłączałeś telefony, stałam pod twoim blokiem, była 15.00, lał deszcz, zupełnie jak dzisiaj, dzwoniłam, pukałam. W końcu otworzyłeś, w tym strasznym szlafroku. Niedawno  widziałam takie w szpitalu u T., gdzie ludzie poubierani w nie sunęli korytarzami, ledwo żywe dowody choroby, krok przed jakimś końcem, wolę nie wiedzieć jakim.

Coś jest jednak schyłkowego w tych szlafrokach, bo ty, przebrany w niego, też byłeś zapowiedzią końca. Tylko, że ten koniec dotyczył naszej miłości. I  ton pełen pretensji: zawiodłaś, oszukałaś. I  ulubione zwroty: „zawsze” „nigdy”. I ja, w tej toksycznej namiętności, nie umiejąca jeszcze odwrócić się, wzruszyć ramionami. Ech, wszyscy znamy te znajomości, młodość w nich przoduje. Choć, przysięgam, widziałam niedawno znużoną życiem pięćdziesięciolatkę, która rzuciła talerzem w męża- nie męża i zdarzyło się to w eleganckiej restauracji. Smutny był to widok. Dojrzałość już jednak powinna wymagać klasy i opanowania tych szarpiących emocji. Przepraszam, że jestem taka wymagająca, dla siebie też jestem.

W każdym razie MY. Miłego złego początki. Zupełnie jak w „Chemii” Prokopowicza, którą wczoraj obejrzałam. „Umiesz tańczyć? Śmiać się umiesz? A żyć?” – pytała ona. Ja też wciąż o coś pytałam. I lubiłam cię zaskakiwać. I doprowadzać do momentu, w którym wyznawałeś, że mimo swojego wieku nigdy nie miałeś takiej kochanki, tak dobrej, tak namiętnej. My kobiety jesteśmy czasem takie głupie, tak bardzo chcemy być wyjątkowe. Jakże to narcystyczne i zupełnie niemożliwe. No, ale jak jesteś bardzo młoda, to o tym nie wiesz, ja też nie wiedziałam. Dlatego tak trudno było mi uwierzyć potem, po twoim SMS-ie: „Wciąż cię bardzo kocham, ale już chcę ułożyć sobie życie, nie z tobą to z kimś innym”, że jednak to zrobiłeś – ułożyłeś.

I nawet nie mam o to pretensji, naprawdę, ale wolałabym, żebyś mnie pamiętał, a nie skreślał i udawał, że nawet twoją koleżanką nigdy nie byłam. Nie wiem, po co urządzamy sobie takie końce, jakby poznania nie było, nie było miłości. To twój wstyd, lęk, poczucie winy?

Miły mój, zanim powiesz znów swojej aktualnej, że byłam do kitu, że nigdy mnie nie kochałeś, albo kochałeś tylko trochę. Zanim prychniesz przyjaciołom, że ja to jednak pomyłka, wypadek– nazywaj, jak chcesz. Zanim znów przewrócisz oczami na dźwięk mojego imienia. Albo udasz, że takiego imienia ty doprawdy nie słyszałeś. To ja ci tylko troszeczkę rzeczy przypomnę…

Oszalałeś dla mnie. Tak, przysięgam. Jakbyś nie wymazał tego ze swojej pamięci, pamiętałbyś. To był czas, gdy byłam jedyna, wyjątkowa i tym podobne. Sporo zrobiłeś, by mnie zdobyć. No wiesz, te bilety do miasta w A., na które w ogóle nie miałeś pieniędzy. I czasu też na to nie miałeś. Jednak przyleciałeś tam? Pamiętasz? Całowaliśmy się w windzie hotelu, mówiłeś, że zrobiłbyś dla mnie wszystko. A ten pensjonat zasyfiony pamiętasz? Dowód na to, że namiętność nie potrzebuje porządku, czystości, gdzieś ma porządne łóżko. A gdy w emocjach latałeś po płyty, czytałeś moje smsy i wyobrażałeś sobie, że w NICZYM jest jednak COŚ. A potem przepraszałeś.

Umierałeś z zazdrości. Wciąż coś sobie wyobrażałeś. Musiałam koić twoje paranoje i wciąż tłumaczyć, że przecież to z tobą jestem, chcę być, będę.

Było nam dobrze. Przysięgam, kochałeś seks ze mną. W rytmie Yoko Ono czy moich zupełnie innych kawałków. Mówiłeś: „Kocham każdy kawałek ciała i kochać  będę”. Tańczyłam czasem dla ciebie. „Ruszasz się jak ja, jesteś jak ja”, śmiałeś się. Chciałam posadzić ci kwiaty na balkonie, w twoich płytach wciąż zostawiałam liściki miłosne. Powiedziałeś nawet, że nikt nigdy poza Ż. nie pisał tak pięknie do ciebie.

Lubiłeś poranki ze mną. Wychodziłeś po gazety, robiłeś jajecznicę, którą przynosiłeś do łóżka. Pamiętasz? Mówiłeś: „Jedz, jedz, musisz jeść”, twierdziłeś, że wyglądam jak z obozu koncentracyjnego. Tak, wiem, byłam wtedy strasznie chuda.

Ale kochałeś to moje chude ciało, moje małe piersi i w sekundę sprawiałeś, że niewiele było poza tobą.

Gotowaliśmy razem też,  zamykaliśmy się u ciebie i udawaliśmy, że świata to za bardzo jednak nie ma, nie odbieraliśmy telefonów. Poznałam dzięki tobie „Sześć stóp pod ziemią” i wiele innych seriali. Nauczyłeś mnie, że w odpoczywaniu nie ma nic złego.

Wciąż mówiłeś do mnie o uczuciach. No wiesz, że kochasz, że tylko ja, że tak bardzo, że wyjątkowo. Śmiałam się zawsze: „Hej, wiem, ile ich miałeś wcześniej”, a ty mówiłeś: „Nawet jak odejdziesz, chcę cię mieć blisko, chcę być twoim przyjacielem”.

Obiecywałeś. Miliony rzeczy obiecywałeś. Że wynajmiemy mieszkanie, że naprawdę o mnie zawalczysz, że będę pewna i bezpieczna, że nie muszę się o nic nigdy więcej martwić.

I nie to, że się czepiam. Tylko trochę się dziwię, że były słowa, życie, a została wrogość. Rozczarowałam cię,  zawiodłam,  ale naprawdę fajnie szanować kogoś, dla kogo się kiedyś umierało. Nie uważasz, mój Chłopaku? Żal mi tych wszystkich żon, mężów niekochanych, słów niedotrzymanych i tych które wypowiadamy, a za które nie bierzemy później żadnej odpowiedzialności.

Och, proszę, skończ z tym, że życie przemija i codziennie inne są słowa. To nie flow, to nieodpowiedzialność.

Dlatego widzisz, Miły, choć już dawno cię nie kocham, uśmiecham się na dźwięk twojego imienia, ogarnia mnie wzruszenie, gdy widzę twoje zdjęcie na Facebooku, zawsze pytam przyjaciół, co u ciebie słychać. I nigdy nie mówię nikomu, że cię nie kochałam i kogoś kocham bardziej, bo to tak, jakbym sama sobie zaprzeczała. A pamięć mam dobrą, odpowiadam za swoje słowa z kiedyś, nawet jeśli są prawdą tamtej chwili. Jednej chwili.

Tak, znam wiersz Szymborskiej „Przepraszam starą miłość, że tą nową uważam za pierwszą”, ale jestem już zbyt poważna i dorosła, by używać go jako usprawiedliwienia na zapomnienie.

Pamiętam cię. Czy mógłbyś pamiętać też mnie?:) Byłoby doprawdy milej.


Gramy w tę samą seksualną grę – list samotnej trzydziestolatki do jej rówieśnika, singla

Seksualnie
Seksualnie
6 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Na obiedzie u mamy. Bawię się w to co tydzień. Dłubanie widelcem w kotlecie. Szurający rzeczywistością ludzie. Siostra, któryś miesiąc ciąży, jej mąż, bardzo miły dla teściowej, mojej mamy. Siostrzenica układająca klocki. Zapach pomidorowej. Głowa pękająca od wczorajszego wina.

W moim mieszkaniu zostawiłam inny świat: zmięta pościel, butelki, porozrzucane płyty, dowód szukania z Młodszym hip hopu odpowiedniego do seksu analnego. W końcu padło, nie wiedzieć czemu na Pezeta. Najpierw zawsze to rozwibrowanie, leję w siebie wino, chcę zatrzymać złudzenia, że dobrze, że wspaniale, najlepiej. I nawet jest przez chwilę najlepiej. Tobie też jest przecież najlepiej, gdy bzykasz kolejne laski, masz swój haj, swoje „na zawsze” i „tylko ty”, a potem rozmywasz się w słowach „Nie dorosłem, nie dojrzałem, przepraszam”.

„Seks to wszystko, co mamy”, mawia moja przyjaciółka, też singielka.

Tak, ty na pewno myślisz, że ja muszę być sama. Że ktoś mnie zostawił, porzucił, że szukam miłości. Że gdybym mogła, pobiegłabym po każdą sukienkę ślubną, w każdym kościele, z każdym mężczyzną. Otóż nie.

Opowiem ci moją historię, tylko przestań pi**dolić, że to ja szukam miłości.

„Tracę oddech, gdy jestem blisko, szaleję”, mówi Młodszy. Wiesz, ile SMS- ów wysyła dziennie? Gramy przecież w podobną grę. Określona ilość słów, w tym samym języku. Te same przymiotniki, czasowniki. „Rób to mocniej, rób tak”, a potem „tęsknię, pachnę tobą”. I tak dalej. Piszesz to samo, mówisz to samo. Ilu kobietom? Pamiętasz je jeszcze?

Więc ja trochę wierzę w słowa Młodszego, choć mają ten sam rytm, co słowa wszystkich. Ale on wprowadza mnie w świat, gdzie małżeństwa już nie wchodzą, gdzie moje przyjaciółki, matki, trzydziestolatki też nie mają dostępu. W świat: „to pierwszy raz”. „Nie ma niczego poza tym pokojem i naszym seksem, odlotem i chwilą”. Bo jest tak gorący w tym i tak, k**wa, prawdziwy. Rano jednak przypominam sobie, że jestem o kilka lat dalej. Kłamstwa kupuję tylko po alkoholu. Seksualnie spełniona nie karmię się już watą z słów.

Gdy grzebię łyżką w pomidorowej, nawet chciałabym pokochać Młodszego, ale już wiem, że nie ma ciągów dalszych romantycznych historii. Zawsze kończą się czyimś płaczem w toalecie, a sam rozumiesz, nie chcę płakać.

Moja seksualność uczy mnie ograniczeń

Rozumiem na przykład, że zasady są jak woda, płyną tam i z powrotem, czasem mnie mijają, coś, co było prawdą wczoraj, dziś już nią nie jest. Smutne to. Kiedyś myślałam, że nigdy nie wyląduję w hotelowym pokoju z żonatym. Ale żonaty przecież z czasem może stać się bardziej nasz, niż jej. Zresztą przecież nie widzisz jego wersji domowej, nie wiesz jaką ma szczotkę do zębów i gdzie trzyma koszule. Nie widzisz dzieci, więc i wyrzuty sumienia mniejsze, bo jak można mieć wyrzuty sumienia, skoro tak doskonale kasuje się w głowie jego inne życie. Może mówić ci, że jest zmęczony, poturbowany, wypalony. Wierzysz.

Bawię się w jego ratowniczkę, lądujemy w pokoju seks ekskluzywny, 400 złotych za noc z przezroczystym prysznicem i aksamitną pościelą. On zatyka mi usta, gdy krzyczę, bo przecież jest środek tygodnia, delegacje, konferencje i właściwie dlaczego ktoś krzyczy.

Ej, też tam byłeś, wiem. Z tamtą przecudowną mężatką, trochę smutną, a trochę wesołą, tak wspaniałą w łóżku, namiętną. Pięknie do ciebie mówiła, uwierzyłeś, że nigdy nie miała takiego kochanka, że nigdy tak bardzo i tak pięknie.

Jedliście potem śniadanie w hotelowej restauracji i nawet przez chwilę wierzyłeś, że ona jest twoja bardziej niż męża. A ona przecież wróciła do tamtego, po przyjeździe przywitała go gorąco, powiedziała, że tęskniła i z nim wieczorem też tak kochała się bardzo jak z tobą.

Jest jeszcze Starszy. Wciąż go pamiętam, wiele lat minęło od jego dotyku. Byłam jego młodszą. Też czułam, że tak wyjątkowo. Lubiłam, jak kładł mi głowę na brzuchu i tak umiejętnie przeciągał moment, w którym będę spełniona. I mówił, że mam piękne rumieńce po. Tak, tęsknię za nim czasem. A raczej bardziej za tamtą sobą, gdy jeszcze trochę wstydziłam się uprawiać seks analny i kochać rano bez muzyki, ale byłam czystsza i wierzyłam, że szczęśliwe rodziny w samochodach nie mają żadnych tajemnic.

Teraz kochankowie mi się rozmywają. I już nawet nie oszukuję się, że to na dłużej, bo boję się mieć nadzieję, zresztą nawet jej nie potrzebuje.

No cóż, ale my trzydziestolatkowie, wolni, w łóżku bierzemy wszystko, prawda? Jak leci. L–o–t. Dlaczego miałabym być inna niż ty? Dlaczego ona, ta mężatka miałaby być inna niż ty? A myślisz, że moje przyjaciółki, wolne czterdziestolatki czymś się różnią?

Dostałam dziś wiadomość od przyjaciółki, dziesięć lat starszej: „ Mam siniaki na całym ciele, nigdy w życiu nie miałam takiego seksu, zwierzęcy szał”.

Możesz mieć wypieprzone ciało i być najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. I błagam Cię, nie mów, że ciebie samotność nie dotyczy, w tym twoim hip hopie, hektolitrach alko albo wypalanej trawy. Sporcie, biegach i całej pustce, którą w sobie masz. Oboje nie chcemy dorosnąć.

Ja samotna trzydziestolatka, Ty samotny trzydziestolatek.

P.S. Twój ojciec wciąż pije? Wciąż się niszczy? Wciąż nie chcesz o tym gadać?