Już za chwileczkę, już za momencik… męska pigułka antykoncepcyjna

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 października 2015
Fot. Flickr / [url=http://bit.ly/1Mq7OG9] David Schiersner[/url] / [url=http://bit.ly/CC-BY-SA-2]CC BY-SA[/url]
 

Drogie panie, możliwe, że już niedługo będziemy mogły mówić o prawdziwej równości w naszej sypialni!

Próby opracowania męskiej pigułki antykoncepcyjnej trwają od lat, choć kobiety fantazjują o niej zapewne dużo dłużej. Czyżby nadszedł w końcu ten dzień? Japońscy naukowcy przeprowadzając doświadczenia na myszach podawali im leki immunosupresyjne. Efekt? W tym okresie mysie żony i partnerki nie zaszły w ciążę. Choć leki immunosupresyjne nie powinny być stosowane jako metoda antykoncepcyjna, badania nad ich działaniem ułatwią naukowcom opracowanie innych leków hamujących męską płodność.

Co na to panowie? Większość chętnie deklaruje gotowość skorzystania z takiej metody zapobiegania ciąży. Panie również są „za”, choć towarzyszy im pewna obawa: „Czy na pewno można zaufać partnerowi, że będzie przyjmował swoją pigułkę regularnie?”.

Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że do męskiej pigułki dołączony zostanie specjalny zestaw przypominający o jej zażyciu…

Źródło: Focus.pl


Wybrała miłość zamiast luksusów. „Pokochałam innego i odeszłam. Zostawiłam dzieci”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 października 2015
 

Mężczyźni odchodzą. Nie dziwi nas to, prawda? Ot, nagle dowiadujemy się, że kolejna znajoma zostaje z dwójką dzieci i (w najlepszym wypadku) z alimentami. A on? Odszedł. Znalazł kogoś „lepszego”, młodszego. Kogoś, kto lepiej pasował do jego biznesowego wizerunku. Lepiej niż żona, która po kilku latach prowadzenia zwykłego, domowego życia przestała być dla niego odpowiednią partnerką. Zdarza się – kiwamy smutnie głowami. Obrzydliwy typ. Są tacy. Ale czasem odchodzi ona: kobieta, żona, matka. Zakochuje się. Zostawia dzieci i całe dotychczasowe życie za sobą, stawiając wszystko na jedną kartę. Czy jesteśmy w stanie ją zrozumieć, rozgrzeszyć?…

Monika to skromnie ubrana, niewysoka trzydziestolatka. W dżinsach, sportowych butach i kurtce z kapturem wygląda bardzo młodo. Łapię się na tym, że wybierając się na to spotkanie oczekiwałam kobiety załamanej, skruszonej, zrozpaczonej. Tymczasem przede mną siada młoda, energiczna i chyba szczęśliwa dziewczyna. Uśmiecha się niepewnie i jakby przepraszająco.

Wiem, jak to wygląda. Ale to nie takie proste, jak myślisz. Dla rodziny i większości znajomych jest zerem, wyrodną matką.

Tak właśnie mówimy o kobiecie, która zostawiła dzieci i odeszła do kochanka, prawda? Na zdjęciu sprzed roku Monika nie przypomina tej dzisiejszej dziewczyny, wygląda raczej na bohaterkę programu o polskich żonach amerykańskich bogaczy. Elegancka, poważna, tuli do siebie chłopca z latawcem i dziewczynkę w zielonych ogrodniczkach. – Zdjęcie z zeszłego lata – mówi cicho. – To moje dzieci. Tydzień później spotkała Rafała.

Więc po kolei. Proszę Monikę, by opowiedziała mi najpierw o swoim małżeństwie.

– Poznaliśmy się w pracy – Monika uśmiecha się ponownie, tym razem smutno. – Wtedy Maciek był dyrektorem finansowym, a ja asystentką, jeszcze studiowałam. To chyba częsta historia? Imponowało mi w nim wszystko. Przystojny, 10 lat starszy, raczej powściągliwy. I to jego angielskie poczucie humoru!

Maciej różnił się od jej kolegów ze studiów. Na pierwszą randkę zabrał ją do drogiej restauracji. Na następną do galerii, na wystawę zaprzyjaźnionego, znanego grafika. Zakochała się. Dziś nie wie, czy w nim (Maciek jest dość oszczędny w okazywaniu uczuć, trudno się do niego zbliżyć), czy w jego wizerunku. A może to nie była miłość, tylko wyrachowanie? Może myślała wtedy jedynie o swojej wygodzie, o luksusie, może była krótkowzroczna? Na pewno zauroczyła się na tyle, by pół roku po pierwszej randce przyjąć obłędny pierścionek zaręczynowy. I zacząć planować wspólne życie.

Po ślubie zamieszkali w podwarszawskim Konstancinie. W „złotej klatce”, jak mówi o 300 metrowej willi Monika, która skończyła studia i zaszła w pierwszą ciążę. Ze względu na zagrożenie przedwczesnym porodem musiała zrezygnować z pracy. Całe dnie spędzała teraz sama w olbrzymim, pustym domu, wybierając niemowlęce ubranka i mebelki z najmodniejszych katalogów. To wtedy pierwszy raz dotarło do niej, że w jej życiu nie ma miłości. Że nie łączy jej z mężem żadne głębsze porozumienie. Że jego pocałunkom i szybkiemu: „Kochanie, wróciłem”, nie towarzyszą żadne emocje. I jeszcze: że ona nie czuje do niego nic, prócz wdzięczności, chwilowych porywów namiętności i koleżeńskiej sympatii. Najpierw próbowała wyprzeć to uczucie, zrzucając je na karb ciążowych przypadłości. Jak wiele osób w podobnej sytuacji myślała: „ Kiedy pojawi się dziecko, wszystko się zmieni. Poczujemy, że jesteśmy rodziną”. Rzeczywiście, kiedy pojawiło się dziecko, coś drgnęło, małżonkowie zbliżyli się do siebie. Ale trwało to chwilę. Potem ona zajęła się synkiem, on interesami w Europie Zachodniej. Zdawkowe rozmowy, przelotne całusy w policzek i weekendy spędzane osobno, choć pod jednym dachem. Tak wyglądały ich relacje, gdy maluch skończył rok.

Jak trofeum

Brak głębszego uczuciowego zaangażowania ze strony męża Monika zaczęła sobie hojnie wynagradzać. Zakupami. Potem, drugiem dzieckiem. Gdy urodziła się mała Pola, stosunki między Moniką a Maćkiem były już tylko letnie.

Dziś Monika uważa, że od początku była tylko brakującym elementem Maćkowej układanki zatytułowanej „idealne życie”. Jego kariera potoczyła się wyśmienicie, potrzebował jedynie żony i dzieci, które dopełnią ten nienaganny wizerunek człowieka sukcesu. Maciek nie był złym mężem. Był mężem obojętnym, tylko tyle. Starał się jednak zapewnić Monice i dzieciom o wiele więcej niż potrzebowali, mieli więc wszystko to, co można mieć za pieniądze. Jednej rzeczy jednak dać im nie mógł: ciepła i czasu, poczucia, że są rodziną.

Więc jej był dom i dzieci, a jego praca i obowiązek zapewnienia im życia na najwyższym poziomie. Wieczorem zasypiali razem i osobno jednocześnie, zamknięci w swoich światach. Ten układ trwał dziewięć lat. Aż do zeszłego roku.

Bo w zeszłym roku Monika wybrała się na targi roślin ogrodowych. I tam spotkała Rafała. To był strzał. Spojrzała na niego i zrobiło jej się jednocześnie słabo, gorzko i słodko. Jak w tych filmach o miłości, które ukradkiem oglądała wieczorami. Kupiła od niego trzy ozdobne krzewy. A potem wróciła po więcej, bo urzekło ją w nim wszystko: miękki, miły głos, sposób w jaki dotykał swoich roślin, kiedy o nich mówił, a przede wszystkim ciepło, którym aż emanował. Monika wróciła do domu i nie mogła przestać myśleć o Rafale. Pamięta, jak rozczesywała włosy córeczki, a malutka wołała – Mamo, mamo! Po co kucyki do przedszkola? Przecież idziemy spać! A ona już kładąc się obok męża, myślała o innym mężczyźnie. I najpierw ją to przeraziło, ale chwilkę później wciągnęło bez reszty. Cały tydzień przetrwała jak w gorączce: odwożąc dzieci do przedszkola i szkoły, a to przejechała na czerwonym świetle, a to nie spakowała pudełek ze śniadaniem, a to zamyśliła się i pojechała skrzyżowanie dalej. W wyobraźni tworzyła obrazy i scenki z udziałem mężczyzny, którego nawet nie zdążyła poznać. Żyła wizją idealnego związku z nieznajomym. Mąż? Nie zauważył. On nigdy nic nie zauważał.

W następny weekend Monika była z powrotem na giełdzie i już proponowała Rafałowi pracę: przearanżowanie jej ogrodu. Zgodził się. Przyjechał trzy dni później, z katalogiem i mnóstwem pomysłów, a ona biegała z nim między kwiatami, w dżinsach i starym T-shircie i zgadzała się na wszystko.  Kiedy skończył ten projekt, wymyśliła inny. Namówiła sąsiadkę na egzotyczne klomby. Po trzech miesiącach Monika i Rafał zostali parą. – Nie myśl, że było łatwo –  mówi Monika – To ja go zdobywałam. Pod pretekstem pracy nad kolejnym projektem zaproponowała mu wyjazd do letniego domku, na weekend. Pierwszy raz w życiu zostawiła dzieci pod opieką męża. I skłamała. Że jest przemęczona, że potrzebuje pobyć sama, że wróci lepsza dla wszystkich. Wróciła już jako kobieta innego mężczyzny, gotowa odejść.

Rafał, głos rozsądku, powtarzał: „Masz dzieci, pieniądze, stabilizację”. Ale ona wiedziała już, że dla niego zostawi i stabilizację, i pieniądze. A dzieci weźmie ze sobą. Dlaczego nie pomyślała, że to wszystko tak gładko się nie potoczy? Chyba odezwały się w niej wszystkie tłumione tęsknoty i pragnienia. Działała jak w transie. Skoro przy Rafale znalazła wszystko to, czego nie dało jej małżeństwo, nie zrezygnuje z tego uczucia.

Nie chciała oszukiwać Maćka. Od razu powiedziała mu o swoim romansie, przekonana, że rozstaną się za obopólnym porozumieniem. Dlatego reakcja męża zaskoczyła ją kompletnie. Maciek najpierw błagał, by nie odchodziła. No bo jak to będzie wyglądać, kiedy ona go zostawi? Jego – człowieka sukcesu, poważnego kontrahenta i twarz firmy znanej na całym świecie. Zabolało. Zaproponował, by żyła z Rafałem ” na boku”, on nie będzie robił wyrzutów. Potem zagroził, że nie odda dzieci, że prawo jest po jego stronie. I wyjechał na tydzień do Japonii. W interesach. Czekając na taksówkę, pocałował ją jeszcze w głowę. – To chyba była największa czułość, jaką zdołał z siebie kiedykolwiek wykrzesać – myśli głośno Monika. Ociera łzę.

Bo ten niespodziewany gest męża poruszył ją. Tego wieczora, całując na dobranoc dwie dziecięce główki: jasną – syna i ciemną – córeczki nie była już tak pewna swej decyzji o odejściu. Postanowiła dać sobie pięć dni tylko z dziećmi. Nie dzwonić, nie spotykać się z Rafałem, nie wyobrażać sobie tego wymarzonego szczęścia. Rozważała wszystkie „za” i każde „przeciw”. Wspominała lepsze chwile spędzone z Maćkiem, te zaraz po urodzeniu dzieci. I jeszcze te, jak się poznali. I dzień ich ślubu, kiedy pod wpływem jego spojrzenia poczuła się naprawdę piękna. I… zrozumiała, że żadne z uczuć towarzyszących tym momentom nie może się równać z tym, co czuła przy Rafale.

Kiedy mąż wrócił zakomunikowała: Odchodzę. Chcę wziąć ze sobą Polę. Po Pawełka wrócę, gdy tylko znajdę dla nas miejsce. Ale Maciek Poli nie oddał. I zagroził ograniczeniem praw.

Więc Monika odeszła sama. W nocy, żeby mała Pola nie płakała. I żeby nie widziała jej łez, lejących się strumieniami na gustowne, drogie walizki. Walizki do których spakowała też pierwsze dziecięce kosmyki włosów i i wspólne fotografie. Jedna z nich, to właśnie ta z Polą w zielonych ogrodniczkach.

Dziś Monika i Rafał mieszkają razem w jego kawalerce. Monika próbuje rozkręcić firmę ogrodniczą. Trzy razy w tygodniu jeździ do Konstancina, żeby być z dziećmi. Wychodzi zawsze nim Maciej wróci do domu, bo małżonkowie rozmawiają jedynie przez prawnika. On pewnie nigdy jej nie wybaczy. Nie, nie tego, że pokochała innego, że oszalała z miłości do tego stopnia, by zostawić dzieci. On nie wybaczy tego, że odchodząc zburzyła coś, co długo budował: wizerunek człowieka sukcesu.

„Jesteś najbardziej chybioną inwestycją” – wykrzyczał jej, kiedy pakowała walizki. To było ostatnie zdanie, jakie od niego usłyszała.

Myślę o dzieciach Moniki i Maćka. –  Wiesz, że to one zapłaciły najwyższą cenę za twoje szczęście? – mówię, zanim dociera do mnie, że może nie powinnam. – Jak one zniosły to, że z ich codzienności zniknęła mama, która była całym ich  światem, która czuwała, kiedy budziły się w nocy, czy chorowały? Monika spogląda w okno. – Będę walczyć o to, by były ze mną. Miałam zrezygnować z własnego szczęścia? Czy tu w ogóle jest jakieś dobre rozwiązanie?

Nie odpowiadam na to pytanie. Nie znam odpowiedzi.


Wiśnie na torcie – moja kalifornijska rak-story

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
28 października 2015

W 2013 roku zdiagnozowano u mnie raka piersi. Sprawa jawiła się jako poważna, tumor był agresywny i nietypowy, a ja miałam wtedy 39 lat i oniemiałam ze zdumienia. W tym też stanie swoistej, mentalnej blokady wpadłam w tryby medycznej machiny i zanim na dobre zorientowałam się w sytuacji, byłam po pierwszej operacji i podążałam drogą szybkiego ruchu prosto do „komory chemicznej” na kilkumiesięczne chemo-party.

Świat w jakim się wtedy znalazłam był dla mnie terenem niezbadanym i na mój instynkt, niebezpiecznym. Był przy tym tak doskonale zorganizowany i tak sprawny, że niejednokrotnie chyliłam przed nim czoła. Ten medyczny ul wiedział co robił, a robił wszystko na czas i za niebagatelne pieniądze.

Aby jakoś ogarnąć szalejące w moim życiu tornado, potrzebowałam odzyskać grunt pod nogami. I wtedy zaczęłam pisać. Zapisywałam wszystko co leżało mi na duszy i bolało w ciele. Było terapeutycznie więc powstał rakowy memoir. Pierwsza część mojej przyszłej książki.

Potem przyszedł czas na rozdział drugi. To w nim zapisałam moją autorską pigułkę na raka. Spreparowałam sobie takową, bo niezależnie od medycznych sztuczek, musiałam mieć jakiś własny wachlarz sposobów na raka. Dieta, medytacje i zdrowy tryb życia. Z jednej strony stały się one moją tarczą i mieczem na rako-wojnie, z drugiej zaś, zawiodły mnie do miejsca w duszy, w którym odnalazłam spokój i siłę, o której nie wiedziałam, że we mnie jest. Pojęłam też znaczenie całej tej rako-bzdury i postawiłam na „La Grande Bellezza”, Wielkie Piękno.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

„Wiśnie na torcie” nie o wypiekach lecz o raku traktują. Co ważne, czynią to w sposób, który odziera chorobę z czarnego PR’u, tego samego którym raczy się raka od lat wielu, siejąc postrach wśród żywych, chorych i zdrowych. Rak ma Wielkie Oczy, bo taki dostał profil. Tymczasem z doświadczenia wiem, że i tę chorobę można oswoić i nadać jej barw. Chorzy na raka znacznie bardziej potrzebują barwnego świata niż zdrowi. Moja książka pełna jest więc koloru, zdjęć, cytatów i myśli, które odczerniają raka i zachęcają do kreatywnego spojrzenia na chorobę. Jest zaproszeniem do podróży, metafizycznej podróży w głąb siebie i zachętą do życia, którego jakość, bez względu na chorobę, jest najlepsza jaka może być.

Po to ją napisałam.
Po to wydałam.
I w tym to celu udostępniam tym wszystkim, którzy nie chcą dać się rako-bzdurze.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 


Zobacz także

Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!

Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!

Pijana? Nie, „tylko” niewyspana. Brak snu destrukcyjnie wpływ na mózg

Czy cipka to brzydkie słowo? Może lepiej brzoskwinka czy muszelka? Przestańmy udawać, że to COŚ między naszymi nogami nie istnieje