Co nas kręci w seksie? 10 fetyszy i zachowań, do których nie każdy zechce się przyznać

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
7 listopada 2016
Fot. iStock / sakkmesterke
 

Bo to, co nas podnieca… Tak, każdy ma coś, co szczególnie kręci go w łóżku. Jedni wolą romantyczne uniesienia oparte na dotyku i znajomości mapy ciała, inni preferują zabawy, od których może zakręcić się w głowie, nawet tym mniej pruderyjnym. Często w chwilach uniesień sięgamy po przedmioty czy myślimy o rzeczach, które wyjątkowo silnie oddziałują na wyobraźnię. Są osoby, które bez fetyszu nie potrafią osiągnąć seksualnego spełnienia. 

Fetysz — o co z tym chodzi?

Rolę fetyszu może pełnić dosłownie wszystko, co ma wpływ na podniecenie u konkretnej osoby. Od rzeczy dawno przebrzmiałych, typu czerwone szpilki, aż po płyny ustrojowe. Z fetyszu można korzystać dotykając, wąchając, smakując dany przedmiot bądź po prostu patrząc na niego. Fetyszem może być dosłownie wszystko i o ile nie krzywdzi to innych osób i nie zaburza porządku publicznego, nie jest traktowane jako seksualna dewiacja. W przypadku fetyszyzmu wiele do szczęścia nie trzeba, bo dany przedmiot czy sytuacja wywołują intensywne podniecenie seksualne i rozbudzają fantazję.

To, co nas kręci, a do czego nie każdy ma odwagę się przyznać

Są niecodzienne fetysze i sytuacje oddziałujące na wyobraźnię, skrywane wstydliwie za zamkniętymi drzwiami. Bo definicja fetyszu wychodzi daleko poza obręb patrzenia na kobiecą bieliznę, szpilek, używania erotycznych gadżetów. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a dopóki partner zgadza się na wszystko dobrowolne, nawet najdziwniejszy fetysz przestaje być problemem.

1. Klasyczny fetyszyzm

Najbardziej popularny to szpilki na kobiecych stopach. Chód kobiet na wysokich obcasach uznano za bardziej kobiecy i atrakcyjny niż chód kobiet chodzących w innych butach. Do najbardziej popularnych, klasycznych fetyszy należą także: części ciała (głównie stopy), kształty ciała (np. otyłość), piercingi czy tatuaże.

2. Wąchanie nieseksualnych części ciała 

W nasofilii obiektem podniecenia seksualnego jest nos, w odontofilii — ludzkie zęby, a w okulofilii — oczy. Najczęściej chodzi w zabawie o to, by wąchać części ciała, które seksualnie są zupełnie neutralne. Można wąchać stopy, pachy, włosy… na co tylko przychodzi ochota.

3. Masochizm

To już termin znany powszechnie. Masochiści oddają się przyjemności podczas odczuwania bólu, poniżenia, zniewolenia. Jej najbardziej niebezpieczna forma, asphyxiophilia, zbiera swoje żniwo. W skrócie jest to autoerotyczne duszenie, gdy uczestnicy pozbawiają się tlenu podczas masturbacji.

4. Urofilia

To osiąganie podniecenia seksualnego przy pomocy moczu. Miłośnicy „złotego deszczu” szukają spełnienia najczęściej podczas oddawania moczu na partnera lub np. poprzez poniżenie i zgodę na oblewanie się moczem, czy jego wypicie.

5. Skatologia telefoniczna

To osiąganie satysfakcji seksualnej w czasie prowadzenia rozmów telefonicznych o obscenicznej treści. Miłośnikom tego typu rozmów, wystarczy sama rozmowa z nieznaną osobą po drugiej stronie telefonu, by osiągnąć swój cel. W wielu przypadkach, gdy nie można znaleźć przypadkowego partnera ”do obscenicznych rozmów”, zdarzają się przypadki wydzwaniania na darmowe infolinie i telefony zaufania.

6. Pluszofila

Niestety, pluszaki przestają kojarzyć się w tym przypadku z miłą, mięciutką przytulanką dla dzieci. Są ludzie, którzy wykazują pociąg do pluszowych zabawek lub ludzi przebranych w pluszowe kostiumy. Jednym wystaczają przebieranki, a inni wykorzystują pluszowe zabawki do zaspakajania się przy nich lub za ich pomocą.

7. Klizmafilia

To nic innego jak osiąganie satysfakcji seksualnej, poprzez stosowanie wlewów doodbytniczych. Prościej powiedzieć, że to po prostu lewatywa, podczas której jej miłośnicy sięgają po różne płyny – woda, ciepłe płyny, płyny ustrojowe. W ten sposób osiągana jest stymulacja seksualna i satysfakcja wynikająca z odczuwania pełności lub ciśnienia wewnętrznego w jelicie. Niestety, nie zawsze jest to bezpieczne, co pokazuje przypadek 27-letniego mężczyzny, który zastosował u siebie lewatywę z żywicy epoksydowej. Żywica wprowadzona do odbytnicy za pomocą pistoletu do klejenia stwardniała i mężczyzna wymagał operacji. Lekarze wyciągnęli z jego ciała, odlew jelita o wymiarach 16 centymetrów!

8. Triolizm

Tu większymi zwolennikami takich układów (trójkątów) są mężczyźni. Aż co piąty z nich nie miałby nic przeciwko włączeniu osoby trzeciej do seksualnych zabaw ze swoją partnerką/partnerem. Triolizm może być zarówno homoseksualny, jak i heteroseksualny. Wszystko zależy od predyspozycji uczestników „trójkącika”.

9. Agrofilia i inne miejsca

Osoby cierpiące na agorofilię osiągają satysfakcję seksualną jedynie w miejscach publicznych. Preferowanie zachowań seksualnych w tłumie nazywa się ochlofilią. W przypadku akrofilii seks uprawiany jest na wysokich miejscach (balkony, dachy budynków). Klaustrofilia to odnajdywanie rozkoszy w kontaktach seksualnych w małych pomieszczeniach. Preferowanie pociągów do uprawiania seksu nazywane jest siderodromofilią.

10. Ocieractwo

To sposób osiągania satysfakcji seksualnej przez ocieranie się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych, np. autobusach, ciasnych przejściach, windach.

Granica między normą i fetyszyzmem a dewiacjami seksualnymi jest elastyczna i rozległa. Niekiedy trudno rozdzielać indywidualne preferencje od dewiacji, która wymaga leczenia. Warto skonsultować się ze specjalistą i rozpocząć terapię, gdy miłośnik fetyszu lub innych zachowań nie potrafi znaleźć się w zwyczajnym związku lub przestają go podniecać partnerzy.


źródło: www.livescience.comwww.psychiatria.plw-spodnicy.ofeminin.pl


My unikamy lekarzy jak ognia, pacjentów unika NFZ. Na wizytę u endokrynologa czekamy nawet 823 dni… Jak chorować?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 listopada 2016
Fot. iStock / monkeybusinessimages
 

– Przychodzi do mnie pacjentka w ciąży. Po wynikach widzę, że z tarczycą dzieje się coś niepokojącego. Wiem, jakie leki jej zapisać, ale nie mogę, bo NFZ nie uzna mi tej recepty. Daję jej zatem skierowanie do endokrynologa, tyle, że ona na wizytę z NFZ będzie musiała czekać około pół roku… Widzisz gdzieś tu logikę? – to historia, jaką jakiś czas temu opowiadał mi znajomy ginekolog. Od kilku lat przyjmuje tylko prywatnie, zerwał kontakty z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Nie lubimy rozmawiać o chorobach, odsuwamy je zawsze jak najdalej od siebie, a hasło: „najgorzej to zacząć chodzić do lekarzy” staje się naszą myślą przewodnią. Tak, lekarzy unikamy jak ognia. Przychodzi jednak moment, kiedy musimy zmierzyć się z naszą służbową zdrowia. Lekarz rodzinny – oprócz problemów z dodzwonieniem się rano na recepcję właściwie większych problemów nie ma. Chyba, że wypada początek jesieni i przychodnia zapełniona jest kichającymi i pociągającymi nosami dziećmi.

A nam zależy właściwie tylko na skierowaniu. Bo skoro już opłacam te cholerne składki zdrowotne do ZUS-u, to dlaczego mam płacić za wizyty u specjalistów. Ile płacimy za nasze leczenie, z którego oby jak najrzadziej korzystać? Ci na własnej działalności, wiedzą, że jest to miesiąc w miesiąc 288,95 złotych – stawka zmienia się jak w kalejdoskopie. Ci pracujący na umowę o pracę oddają na własne zdrowie ze swojej pensji 9% – przy 4000 brutto, to „tylko” ok. 310 złotych miesięcznie. A jak zarabia więcej? Tu nie działa zasada: więcej płacę, więcej dostaję – każdemu po równo w oczekiwaniu na lekarza.

Może błędnie myślę, ale wydaje mi się, że przy takich wpłatach na służbę zdrowia powinniśmy żyć jak pączki w maśle, w zdrowym maśle. Bo jeśli każdy dorosły pracujący odprowadza co miesiąc kwotę średnio licząc około 300 złotych na służbę zdrowia – no nikt mi nie powie, że to jest mało, zbyt mało na to, by móc udać się do specjalisty, gdy przychodzi taka potrzeba. W końcu niewiele z nas choruje trzy razy w miesiącu i przynajmniej raz korzysta z usług specjalisty. Nie wymagam szpitali ze złotymi klamkami, ale poczucia bezpieczeństwa, że kiedy jestem chora – idę do lekarza po prostu, korzystam z tego, za co płacę. Czy czegoś nie rozumiem?

I tak jak my lekarzy unikamy jak ognia, tak pacjentów jak ognia unika chyba NFZ. Postanowiłam sprawdzić czas oczekiwania na wizytę do lekarzy, którzy nie są tymi pierwszego kontaktu.

ENDOKRYNOLOG – rekord oczekiwań bije województwo dolnośląskie. Termin oczekiwania na wizytę wynosi 823 dni*. Prawie trzy lata. Trzy lata z problemami hormonalnymi, trzy lata z guzkami na tarczycy. Wizyta po trzech latach to właściwie… wycieńczenie organizmu, a w skrajnych przypadkach może i śmierć…

Jak się przedstawia sytuacja w innych województwach?

– mazowieckie – 334 dni

– świętokrzyskie – 150 dni

– opolskie – 476 dni

– wielkopolskie – 230 dni

– śląskie – 271 dni

– dolnośląskie 823

– lubuskie 176 dni

– małopolskie – 247 dni

– podkarpackie – 110 dni

– kujawsko – pomorskie 230

– zachodniopomorskie – 230 dni

– pomorskie – 338 dni

– podlaskie – 195 dni

– warmińsko – mazurskie – 240 dni

– lubelskie 129

-łódzkie – 211

Wizyta prywatna waha się w zależności od województwa od 80 do 150 złotych. To same konsultacje, zerknięcie w wyniki i najczęściej prośba o ich powtórzenie – tym razem ze skierowaniem z prywatnego gabinetu, wiec i za badania zapłacić trzeba. A jeśli doliczyć do tego USG. Znajoma powiedziała, że w Warszawie prywatna wizyta u endokrynologa być może zamknie się łącznie w 400 złotych… A to i pewnie od rodzaju dolegliwości zależy.

Idźmy dalej.

KARDIOLOG

Może i nie zawsze myślimy o sercu. Jakoś się przyjęło, że to częściej problem mężczyzn… A jednak, stres, pęd, gonitwa wpędzają nas w taki kołowrotek, że nasz organizm zaczyna się buntować. I co wtedy, co gdy czujesz ucisk w klatce piersiowej – nie na tyle silny, by jechać na pogotowie, ale od czasu do czasu, może kłucia? Wizyta z NFZ u kardiologa? Proszę bardzo, tylko nie szukajcie wizyty w województwie mazowieckim czy opolskim. Czas oczekiwania średnio to 190 dni.

Tylko w województwie świętokrzyskim do kardiologa można dostać się po 57 dniach oczekiwania. Średnia pozostałych województw to około 100 dni.

Można czekać, gdy nas nic nie martwi, gdy myślimy o rutynowej kontroli – bo wiek, bo warto chociaż raz w roku sprawdzić swoje zdrowie. Tak – na ten raz w roku na pewno się załapiemy czekając cierpliwie.

Wizyta prywatna? Z EKG i echem serca to koszt od 80 do 250 złotych. I oby się po tej jednej wizycie okazało, że nic nam nie dolega.

NEUROLOG

Zawroty głowy, kłopoty ze snem, utrata przytomności? A może ogólne osłabienie organizmy, kłopoty z koncentracją, ze wzrokiem, słuchem? Neurolog to najczęściej specjalista, do którego trafiamy dopiero, gdy odwiedzimy innych. Pytanie, czy mamy cierpliwość czekać kolejne trzy miesiące na wizytę? Jeśli już przebadał nas kardiolog, okulista, ortopeda, to zebraliśmy do puli łącznie jakiś rok oczekiwań na wizyty u poszczególnych specjalistów. Nasz stan się pogarsza, a neurolog z NFZ przyjmie nas w województwie kujawsko-pomorskim, czy mazowieckim za około 115 dni. Chyba, że zdecydujemy się szukać lekarza poza miejscem naszego zamieszkania. Na przykład w zachodniopomorskim czekamy „tylko” 44 dni. Pytanie, czy podróż do Szczecina nie wyjdzie drożej niż wizyta prywatna u specjalisty.

ORTOPEDA?

Proszę bardzo. W województwie mazowieckim czas oczekiwania to około 123 dni, w województwie opolskim 80 dni, najszybciej skorzystamy z państwowej służby zdrowia w tym przypadku w województwie świętokrzyskim – czekania mamy zaledwie miesiąc.

A jeśli dostaniemy skierowanie na REHABILITACJĘ. Cóż trzeba się przemęczyć i odczekać swoje. Chciało się mieć uraz – cierpienie wpisane w życie. Średnia długość kolejki na rehabilitację to około 130 dni. Przy czym w tej walce nieprzynoszącej nikomu dumy wygrywa województwo zachodniopomorskie – 236 dni.

Ja nie choruję, nie chorują moje dzieci, ani nikt z moich bliskich. Nie biegam po przychodniach, nie załatwiam wizyt w prywatnych klinikach, nie zastanawiam się, ile w tym miesiącu wydam na leki i czy w końcu usłyszę, co mi dolega po kolejnej wizycie i kolejnym zrobionym za własne pieniądze rezonansie. Ja nie. Ale wiele innych osób tak.

I jednego nie rozumiem, dlaczego odbiera się nam możliwość decydowania. Bo nie dość, że kolejki do specjalistów współpracujących z NFZ są długie, to jeszcze niekoniecznie lekarz, do którego trafiamy jest tym faktem zachwycony. Znowu przykład ginekologa. Trafiła do niego pacjentka z zapaleniem dróg moczowych, u kobiet dość częsta przypadłość. Przepisane leki, wszystko dobrze. Po półtora roku wróciła ponownie z tą samą dolegliwością – lekarz od NFZ usłyszał, że nie otrzyma pieniędzy za leczenie tej pacjentki, gdyż jest to kontynuacja poprzedniego leczenia. Tego sprzed półtora roku. I jak ma taki lekarz się czuć, który pilnuje, czy w odpowiedni sposób wypełnił dokumenty, zamiast skupić się na tej osobie, która do niego przyszła? A może za chwilę przyjmuje prywatnie i zwyczajnie, po ludzku – tam wie, za jakie pieniądze pracuje?

My wiemy, ile na nasze zdrowie co roku „odkładamy” pieniędzy do państwa. Średnio? Może 3600 złotych. Do tego doliczyć należy wszystkie wizyty prywatne – nasze, naszych dzieci.

A gdyby tak mieć te pieniądze w ręce. Te 3600 złotych i decydować samemu, na jakiego specjalistę je wydam, jakie badanie za te pieniądze wykonam. Gdyby szpitale prywatne miały z góry ustalone stawki, gdzie wchodzę i wiem, na co mnie stać, ile muszę zapłacić i w jakim terminie zostaną mi wykonane badania?

Brzmi jak pobożne życzenie? Pewnie tak, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdzie bliżej nam do upaństwowienia każdego obszaru naszego życia, niż do oddania prawa do decyzji zwykłemu człowiekowi.

Ciężko chorować w takim systemie. W systemie, tak nieudolnym, gdzie szpitale w sprzęt zaopatrywane są przez fundacje, przez chociażby WOŚP Jurka Owsiaka. Jak chorować w państwie, gdzie największe pieniądze na ratowanie ludzkiego życia zbierane są wśród osób prywatnych. Gdzie wsparcie państwa, gdzie opieka, kiedy co chwilę każdy z nas widzi: „Pomóż Oli”, „Szymon zbiera na rehabilitację”, „Monika chce dożyć kolejnych urodzin swojej córki. Pomóżmy jej”.

Konkluzja? Ponad dwa tygodnie temu zwróciłam się z prośbą do Narodowego Funduszu Zdrowia o komentarz w tej sprawie, w kwestii tak długiego czasu oczekiwania do specjalistów. Nie otrzymaliśmy do dzisiaj żadnej odpowiedzi.

Pozostaje mi życzyć nam wszystkim zdrowia.


*dane za Świat Przychodni


7 dziwnych pytań, które pomogą ci odnaleźć sens w życiu

Karolina Krause
Karolina Krause
7 listopada 2016
Fot. iStock / ferrantraite

Kim chciałyście być w przyszłości będąc nastolatkami? Bo ja chciałam być nauczycielką. Spotkało się to oczywiście, delikatnie mówiąc, z niezrozumieniem ze strony moich rodziców – Nauczycielem? Dziecko! Przecież nauczyciele zarabiają „krocie”! Czego niby miałabyś uczyć? No i nie zostałam. Te słowa utkwiły mi w głowie na wiele, wiele lat, mając jednocześnie wpływ na wszelkie decyzje, jakie od tego momentu miałam podjąć.

Byłam akurat nie najgorsza z matmy, to też poszłam za radą pod tytułem „byś się wzięła za jakieś inżynierskie studia, a nie za nauczanie”. To się wzięłam i skończyłam architekturę. Ocknęłam się dopiero na trzecim roku, kiedy przyszło mi pracować w biurze konstrukcyjnym. – Co ja wyprawiam?! Przecież nie mogę przez resztę życia 90 proc. mojego czasu spędzać przed komputerem!

W ten sposób dowiedziałam się czego nie chcę robić w życiu. Pozostawało tylko odpowiedź sobie na pytanie, co zatem chcę robić? To „tylko” zajęło mi ładnych kilka lat. Choć i tak myślę, że nigdy nie jest za późno. Wielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, co chcieliby robić dopiero po 40., a nawet 50. Czegoś się jednak przez ten czas nauczyłam, a konkretnie tego, że aby znaleźć dobrą odpowiedź, najważniejsze jest zadanie właściwego pytania, a czasami nawet kilku pytań.

I wtedy trafiłam na nie. Kilka dziwnych, a nawet zabawnych pytań, które wywróciło moje życie do góry nogami. Mam nadzieję, że pomogą i wam.

Jaką najgorszą kanapkę chciałabyś zjeść, i z czym ona by była?

Tak, dobrze przeczytałaś. Jaką „gównianą kanapkę” chciałabyś zjeść? Bo każdy w życiu, w końcu taką dostanie. Wiem, nie brzmi to zbyt optymistycznie, ale wszystko w życiu wiąże się z pewnego rodzaju poświęceniem. Nie ma rzeczy, które sprawiałyby nam tylko przyjemność. Pytanie brzmi: jakiego rodzaju nieprzyjemności jesteś w stanie zaakceptować? Co jesteś w stanie przełknąć? Czy potrafiłabyś spędzić całą noc nad projektem? Czy mogłabyś odłożyć założenie rodziny na 10 lat? Czy jesteś w stanie poradzić sobie z milionem porażek, by w końcu zrobić coś dobrze?

Jaką najgorszą kanapkę chciałabyś zjeść?

Jaka prawda o tobie dzisiaj doprowadziłaby ciebie z przeszłości do płaczu?

Kiedy byłam mała bardzo lubiłam pisać. W pewnym momencie zaczęłam pisać pamiętnik. Nie po to, jak powszechna wieść niesie, żeby go ktoś potem przeczytał, ale po to, by coś z siebie wyrzucić.

Złość, smutek, cokolwiek to było – zapisane na kartce, przestawało wiercić mi dziurę w brzuchu. W podstawówce pisałam nawet do szkolnej gazetki, ale z biegiem czasu jakoś o tym zapomniałam. Przypomniało mi się dopiero niedawno. A raczej przypomnieli mi o tym inni ludzie. Przyjaciele, którzy zwrócili uwagę na to, że moje teksty mają ręce i nogi. Promotor, który stwierdził, że dawno nie czytał tak interesującej pracy.

Najdziwniejsze jest chyba jednak to, że gdybym mając 8 lat zapytała siebie z przyszłości, dlaczego przestałam pisać, nie wiedziałabym co odpowiedzieć. Myślę, że podałabym jej te same argumenty, które podano mnie „Bo nie można na tym zarobić”, „Bo pewnie nie jestem w tym wystarczająco dobra”. Co nie tylko jest kompletną bzdurą, a doprowadziłoby tę biedną dziewczynkę do płaczu.

Co sprawia, że zapominasz pójść do toalety?

Kojarzysz te momenty, gdy po kilku godzinach zdajesz sobie sprawę, że nie zjadłaś nawet śniadania albo, że zapomniałaś pójść do toalety? Co wtedy robisz?

Ja na przykład lubię tworzyć. Cokolwiek by to nie było – budynek, ubranie, tekst. Kiedy robię coś z niczego, cieszę się jak małe dziecko.

Może dla ciebie jest to coś innego. Może lubisz organizować swój czas, może lubisz uczyć albo rozwiązywać problemy. Cokolwiek by to nie było, nie myśl tylko o tym, co konkretnie robisz, gdy zapominasz o bożym świecie, ale o tym co za tym stoi, co tobą kieruje.

Kiedy najczęściej się rumienisz?

Jeśli chcesz być w czymś dobra najpierw musisz być w czymś beznadziejna. Brzmi to jak frazes, ale tak właśnie jest. Bycie beznadziejnym w czymś co się robi, nierozerwalnie wiąże się z wielokrotnie powtarzającym się poczuciem wstydu. Wiele ludzi unika tego typu doświadczeń, głównie dlatego, że jakby nie patrzeć, nie jest to zbyt przyjemne. 

Chcąc jednak zrobić coś wartościowego w swoim życiu musimy często mierzyć się z tym, co nieprzyjemne i przerażające. Co więcej, im bardziej poważna życiowa decyzja cię przeraża, tym większe szanse na to, że to właśnie powinnaś zrobić. 

Jak chciałabyś zbawić świat?

Pewnie każdy chciałby zbawić świat, no ok, może tylko ja tak mam i kilka tysięcy miss na całym świecie. Tak czy inaczej jest nas sporo. Zastanawiając się nad tym, co ważnego mogłabyś zrobić ze swoim czasem, warto by zerknąć na listę aktualnych problemów świata. Jest z czego wybierać: głód, przemoc domowa, system zdrowia, efekt cieplarniany. Można by tak długo wymieniać.  Wybierz problem, który obchodzi cię najbardziej i zacznij działać. A tak na poważenie, to jasne, że nie uda ci się zbawić świata w pojedynkę, ale możesz przyczynić się do jakiejś zmiany. To na początek wystarczy.

Gdyby ktoś przystawił ci spluwę do głowy i kazał wyjść z domu na cały dzień, dokąd byś poszła i co byś robiła?

Większość z nas zapomina o tym, że nasze pasje, hobby i zainteresowania wynikają z tego, że coś robimy, a nie na odwrót. Nie uda ci się więc znaleźć odpowiedzi na pytanie, co chciałabyś robić w życiu siedząc na kanapie.

Problem w tym, że najczęściej nie ruszamy się z domu, o ile coś nas do tego nie zmusi. Wyobraź więc sobie, że ktoś przykłada ci pistolet do głowy i każe ci wyjść z domu na cały dzień. Dokąd byś poszła i co zrobiła?

Zapisała się na kurs tańca? Dołączyła do klubu książki? Zaczęła kolejne studia? Wyjechała za granicę? A może coś kompletnie innego? Jeśli przeraża cię ilość możliwości zapisz je na kartce i próbuj wszystkiego po kolei (Dodatkowe punkty, za to, jeśli będziesz musiała się przy tym wstydzić).

Gdybyś wiedziała, że został ci rok z życia, co byś zrobiła i jak chciałabyś zostać zapamiętana? 

Ja już mam kilka pomysłów, a wy?


Zobacz także

A może by tak seksfilm?

A może by tak seksfilm? „Wiedziałem, że zupełnie nie mam kontroli, ale nie umiałem tego pokonać. Było mi wstyd”

YES WE DID IT! Seks językiem korporacji pisany

Majtochy Bridget Jones, czy zmysłowe koronkowe majteczki? Czyli czy wygodna bielizna może być też zmysłowa?