6 typów kobiecego orgazmu. Który z nich lubisz najbardziej?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
2 grudnia 2016
Fot. iStock / sakkmesterke
Fot. iStock / sakkmesterke

Orgazm jest fantastyczną nagrodą za energię włożoną w łóżkowe igraszki. Niezależnie, czy przeżywany z partnerem lub samodzielnie, jest wyjątkowo pożądanym zakończeniem rytuału przyjemności. Nie da się ukryć, że panowie mają o wiele łatwiej. U nich orgazm osiągany jest praktycznie za każdym razem, a w większości przypadków wystarczy impuls, by zawrzało w męskiej głowie. 

Widok nagiej partnerki, a nawet oglądanie zdjęć czy filmów pornograficznych wyjątkowo panom w tym pomaga. Czasem wystarczy kilka ruchów, by mężczyzna czuł się usatysfakcjonowany przyjemnością, jakiej za każdym razem doświadcza. Męski orgazm jest bardziej naturalny i wdrukowany w ich naturę reproduktora. Kobiety mają w tej materii odrobinę pod górkę.

Dobry kochanek czasem nie wystarcza

No właśnie, nawet najprzystojniejszy facet, cudowny kochanek nie zaprowadzi kobiety na szczyt przyjemności, jeżeli on nie zna dobrze jej ciała, a ona, jako strona bierna nie potrafi mu pokazać, czego pragnie w łóżku. Jeśli trafią się kochankowie otwarci na siebie, świadomi swoich ciał i preferencji, mogą wzajemnie doprowadzić się do rozkoszy bez przeszkód. Te mniej świadome z nas, powinny najpierw poznać swoje ciała i zrozumieć, jaki typ przyjemności będzie najkrótszą i najprzyjemniejszą ścieżką do orgazmu.

Różne techniki, różne orgazmy u kobiet

Ile kobiet, tyle ulubionych form i siły dotyku, stref erogennych, pozycji, które opóźnią lub przyspieszą orgazm. Jedna kobieta będzie pragnęła delikatnego, klasycznego seksu, druga przejmie inicjatywę i zdominuje w łóżku swojego partnera. Jeszcze inna najlepiej przeżywa rozkosz w samotności, przy pomocy akcesoriów erotycznych, które umożliwiają zabawę z samą sobą na wiele fantazyjnych sposobów. Jedną pobudzą pieszczoty piersi, a inna z rozkoszą odda się zabawom oralnym.

6 typów orgazmów, które kobiety przeżywają najczęściej

Tylko jedna trzecia kobiet doświadcza orgazmu regularnie podczas stosunku, podczas gdy jedna trzecia potrzebuje dodatkowej stymulacji do jego osiągnięcia. To jest normalne, dlatego pary chętnie poświęcają czas grze wstępnej. Warto spróbować choć raz różnych typów orgazmów, by wiedzieć, który daje największą przyjemność.

1. Orgazm łechtaczkowy

To jeden ze sposobów na osiągniecie ekspresowego i bardzo przyjemnego doznania. I to nie jeden raz, bez udziału partnera oraz różnych akcesoriów erotycznych. Pobudzanie łechtaczki np. poprzez mocniejszy nacisk czy delikatny dotyk prowadzi do szybkiego orgazmu, ponieważ jest to miejsce, na którym znajduje się 8000 wrażliwych zakończeń nerwowych, czyli więcej niż w prąciu. Jedyne, na co powinny uważać kobiety dopiero poznające swoje możliwości, to zbyt mocny, bezpośredni ucisk łechtaczki, który może przynieść ból. Lepiej na początku delikatnie odkrywać przyjemność z jej stymulacji.

2. Orgazm pochwowy

Tu potrzeba odrobinę więcej czasu poświęconemu kobiecie i dobrania odpowiedniej techniki penetracji przez partnera czy np. wibrator. Różne pozycje, a także siła pchnięć, wybitnie wpływają na to, czy kobieta będzie szczytować, czy nie. Orgazm pochwowy nie musi pojawiać się za każdym razem i czasem udaje się go osiągnąć tylko poprzez jedną ulubioną pozycję. 30% kobiet aktywnych seksualnie twierdzi, że pobudzanie ich punktu G, o którego istnienie sprzeczają się naukowcy, gwarantuje i efektywnie przyspiesza orgazm pochwowy.

3. Orgazm łączony

Tu potrzeba już ciut większych umiejętności i doświadczenia, by bez kłopotu osiągnąć orgazm jednocześnie poprzez stymulowanie łechtaczki i pochwy. Wymaga on dobranej gry wstępnej, by osiągnąć wysoki poziom pobudzenia jeszcze przed stosunkiem — niektóre z kobiet potrzebują aż 30 minut wstępnej zabawy, by w pełni gotowe mogły przystąpić do ostatecznego działania. Synchronizacja działań partnera oraz własnych są tu kluczem do sukcesu.

4. Orgazm sutkowy

Przynosi satysfakcję poprzez pieszczoty poświęcone piersiom, a w szczególności sutkom. Jego osiągnięcie zależy od predyspozycji kobiety, panie z bardziej wrażliwymi piersiami mogą pieszczoty odbierać jako nieprzyjemne, bolesne. Takie pieszczoty prowadzą do orgazmu, jak w przypadku pobudzania genitaliów, ponieważ stymulacja sutków i łechtaczki pobudza tę samą część mózgu, zwanej korą czuciową genitaliów.

5. Orgazm analny 

Typ orgazmu, którym nie każda z nas jest zainteresowana. Potrzeba tu dużego pobudzenia seksualnego i zaufania do partnera, by odnieść z pieszczot analnych wielką przyjemność. Do głosu mogą dochodzić opory kwestii moralnej czy estetycznej, związanej z funkcją jelita. Orgazm jest jednak jak najbardziej możliwy do osiągnięcia, ponieważ łechtaczka ma kształt wahacza, który u wielu kobiet rozciąga się aż do odbytu. Podczas penetracji analnej, łechtaczka również jest stymulowana. Innymi słowy, orgazm analny odbywa się poprzez pośrednią stymulację punktu G, poprzez wspólną ścianę pomiędzy pochwą a odbytem.

Każda z kobiet ma szanse na osiągniecie satysfakcji seksualnej, jeśli naprawdę ma na to ochotę, i żaden z osiągniętych orgazmów nie będzie z założony ani lepszy, ani gorszy. Jedyny orgazm, którego nikt nie chce, to ten udawany.


źródło: www.medicaldaily.com


Nie chciałam tego dla mojej córki, przestałam chcieć tego dla siebie. Oddycham, żyję, ale przede wszystkim – czuję

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 grudnia 2016
Czas mijał. Żyłam ze świadomością, że podejmując te trzy, najważniejsze decyzje, popełniałam błąd za błędem. Nie chciałam tego...
Fot. iStcok/Portra

Kiedy zapytasz mnie dziś, w jakim jestem miejscu, co z tego życia zrozumiałam, a ile jeszcze się musza nauczyć, nie odpowiem ci jak kiedyś, że przecież mam i wiem już wszystko, że nie mogłabym być bardziej szczęśliwa. Jeszcze rok temu, żyłam iluzją, zaplątana w sieć złych decyzji, podejmowanych jedna po drugiej. Żyłam tak, jak tego chcieli inni, z przyklejonym, nie moim uśmiechem na ustach. Gdzieś w głębi, w środku mnie mała iskierka szeptała jednak coraz głośniej: Zobaczysz, kiedyś zostawisz to wszystko, odejdziesz, znikniesz. Przestaniesz żyć zgodnie z oczekiwaniami innych. Kiedyś będziesz szczęśliwa. Udało się.

Decyzja pierwsza: Miłość

Historia klasyczna. Młodzieńczy, licealny związek, który powinien był zakończyć się tam, gdzie się zaczął: w liceum. Ale nie zakończył się. Oboje pochodzimy z małego miasteczka, po maturze przyjechaliśmy więc razem do Warszawy na studia. Dla naszych rodziców to było oczywiste, że jesteśmy razem, że wyjeżdżamy razem, że po studiach weźmiemy ślub. Że życie ułożymy sobie razem. Dla mnie też. Tkwiłam w tym związku, bo myślałam: „tak musi być, tak wygląda miłość, spotykasz chłopaka, jesteście razem, już zawsze”. Wiedziałam, że tuż po mojej obronie pracy magisterskiej dostanę pierścionek zaręczynowy, wiedziałam, że powiem „tak”. Czy tego chciałam? Myślałam, że tak. Nasi rodzice byli szczęśliwi, znajomi uznali to małżeństwo za pewnik, oczekiwali go. Mieliśmy piękną uroczystość w rodzinnym mieście i wesele w najlepszej restauracji. I pierwszy seks w noc poślubną, ta myśl: „to tylko tyle, to wszystko?”. Odrzuciłam ją, odsunęłam. Nie chciałam jej zauważyć.

Byliśmy zgodnym małżeństwem. Nie kłóciliśmy się, byliśmy dla siebie wsparciem. Seks, jak w kalendarzu, raz w tygodniu, w sobotę. Bo z niedzieli na poniedziałek trzeba się wyspać. Miałam spokojne, poukładane życie, córkę. I pustkę w sercu. Nasz związek przestał mieć rację bytu już w momencie, kiedy przyjeżdżaliśmy na studia do Warszawy. Już wtedy byliśmy bardziej jak para przyjaciół. A jednak, brnęliśmy w to dalej.

Pięć lat temu zorientowałam się, że mój mąż prowadzi podwójne życie. Miał romans, z koleżanką z pracy, młodą, fantastyczną dziewczyną. Zabolało. Nie, nie dlatego, że kochałam. Dlatego, że czułam, że to godzi w ten układ, który zawarliśmy bez słów. Że jesteśmy razem. Że jesteśmy W TYM razem. Mimo, że już dawno nie czujemy do siebie tego, co powinni czuć kochankowie, mąż i żona. A jednak, milczałam. Zgodziłam się na ten romans, dałam mu swoje przyzwolenie. Żona nie odchodzi od męża. W mojej rodzinie nie było rozwodów. Byłam jak uśpiona, jak wyzuta z emocji. „Zdarza się” – myślałam. Nie potrafię tego dzisiaj zrozumieć. Przeżyłam tak cztery długie lata, coraz bardziej zapadając się w siebie, doprowadzając do początków depresji, tracąc wiarę we własną wartość i w swoje możliwości.

Decyzja druga: Studia

Wybrałam ekonomię, bo tak doradzili mi rodzice. Wybrałam ekonomię, bo mówili, że to pewny chleb. Wybrałam ekonomię, wbrew sobie. Rodzice się nie mylili się, po studiach dobrą pracę w dużej firmie znalazłam bardzo szybko. Staż, umowa, awans. Czego chcieć więcej? Satysfakcji z pracy, z wykonywanych przeze mnie obowiązków. Tego nie miałam. Lata mijały, a ja coraz bardziej czułam. Kiedy zaczęło mnie to przerażać, zrobiłam to, co zwykle. Odsunęłam, wyrzuciłam z głowy myśl, że mogłoby być inaczej.

Jeszcze w szkole kochałam fotografować. Kolekcjonowałam albumy ze zdjęciami Cartier-Bressona, a na gwiazdkę zamawiałam u rodziców analogowy aparat. Potraktowali to jako niegroźną zachciankę, ja – jako przepustkę do magicznego świata, w którym czułam się szczęśliwa. Do Warszawy nie zabrałam moich zdjęć, ani aparatu. – Nie będziesz miała na to czasu – mówili. Skup się na karierze i studiach. Posłuchałam.

Decyzja trzecia: Dom

Pieniądze odkładali na niego nasi rodzice. Dom to prestiż, to znak, że czegoś się w życiu drobiłaś – mówił tata. Moja mama prawie rozplanowała jego rozkład, teściowa podsyłała linki z propozycjami aranżacji. Od początku był bardziej „ich” niż nasz.

Zresztą, ja nigdy nie chciałam mieć domu, zawsze wolałam przytulne mieszkania, w cichych, rodzinnych dzielnicach.

– Zobacz, będziemy mogli przyjąć całą rodzinę w święta – mówił jednak mój mąż. Poszliśmy do banku i wzięliśmy kredyt na dom. Na ich wymarzony dom.

Po dwóch latach zamieszkaliśmy w nim. Od tej pory, rodzice, ciocie, kuzynki z mężami i dziećmi odwiedzali nas przynajmniej raz w miesiącu. Byliśmy jedną, wielką rodziną, bez swojej intymności, bez swoich rytuałów.

Przebudzenie

Czas mijał. Żyłam ze świadomością, że podejmując te trzy, najważniejsze decyzje, popełniałam błąd za błędem. Ale zamiast cokolwiek z tym zrobić, brnęłam w to dalej, tłumiąc w sobie żal, unikając konfrontacji ze swoimi uczuciami. I pewnie żyłabym tak i dziś, gdyby pewnego listopadowego wieczora moja jedenastoletnia córka nie przyszła do mnie zapłakana i nie powiedziała, że widziała tatę z inną kobietą. Nie potrafiłam jej okłamać, że nie wiem o romansie taty. Ale nie potrafiłam też wytłumaczyć dlaczego nic z tym nie zrobiłam, dlaczego pozwalałam nam na życie w kłamstwie. Jej spojrzenie było jak zimny policzek, jak lodowaty prysznic.

Otrzeźwiła mnie też wizja mojej córki, jako dorosłej kobiety w tym samym punkcie co ja teraz. Nie chciałam tego dla niej, przestałam chcieć tego dla siebie.

Spakowałam siebie i dziecko, pojechałam do przyjaciółki. Przyjęła mnie bez słowa. One popłynęła następnej nocy razem z dużą ilością wina. Oczyszczenie.

Tego samego wieczora napisałam do męża list, w którym opisałam wszystkie tłumione emocje. Napisałam, że wiem o jego miłości. I że nie ma jej już dawno między nami.

Zadzwonił. Pamiętam jak drżącą ręką odbierałam ten telefon. Ale powiedział tylko: dziękuję. Wiem, że sam nie zdecydowałby się odejść.

Trzy miesiące temu założyłam własną firmę. Wróciłam do zdjęć, zajmuję się ślubną fotografią. Oddycham, żyję. Ale przede wszystkim, czuję.

Z perspektywy czasu myślę, że przez ostatnie piętnaście lat dążyłam nieustannie do samodestrukcji. Nie wiem dlaczego żyłam jakby w uśpieniu, bojąc się poczuć coś, do doprowadziłoby mnie w końcu do zmian. Każdej kobiecie życzę jak największej świadomości swoich potrzeb, swoich emocji. Umiejętności podejmowania decyzji zgodnych ze swoim sumieniem. I odwagi.


Leworęczne osoby myślą i czują inaczej. Tak twierdzi nauka

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
2 grudnia 2016
Fot. iStock / webphotographeer
Fot. iStock / webphotographeer

Leworęczność niegdyś postrzegana była jako swego rodzaju ułomność, którą starano się na siłę i wbrew naturze „wyprostować”. Gdy tylko zauważano, że dziecko przejawia cechy leworęczności, zapobiegliwi rodzice od pierwszych chwil, starali się wyćwiczyć posługiwanie się prawą ręką, karcąc za naturalne predyspozycje dziecka.

Problem wynikał z faktu, że porażająca większość ludzkości, ok. 90 procent całej populacji, posługuje się prawą ręką. To właśnie dla praworęcznych, pomyślana została znaczna większość przedmiotów codziennego użytku jak np. nożyczki, klawiatury, skrzynie biegów w aucie czy choćby zwyczajne pióro z nabojami atramentowymi. Leworęczni mogą wykonywać lewą dłonią jedynie pewne czynności, np. pisanie, wykazując tendencje do oburęczności lub posługiwać się przez cały czas dominującą, lewą ręką.

Niewinna odmienność, która wpływa na życie

To, którą ręką będziemy się posługiwać, nie zależy od naszej woli. Dominacja danej ręki jest cechą uwarunkowaną genetycznie, za którą odpowiada m.in. gen PCSK6. Dominująca strona ciała jest określana już w życiu płodowym. Wszystko zależy od połączeń nerwowych pomiędzy półkulami mózgowymi a rdzeniem kręgowym. Połączenie to ma charakter krzyżowy – lewa półkula zawiaduje prawą stroną ciała, a prawa półkula lewą stroną ciała. Nie wiadomo, co wpływa na ustalenie dominującej strony dla każdego z nas, ale jedno jest pewne — tego ustalenia natury nie da się zmienić.

Co ciekawe, dominująca półkula odpowiada nie tylko za to, którą ręką piszemy, ale określa również inne umiejętności, np. zdolności matematyczne i artystyczne, widzenie przestrzenne oraz myślenie abstrakcyjne.

Leworęczni mają wyjątkowe predyspozycje i uzdolnienia. Dzięki temu mogą: 

1. Myśleć szybciej

Osoby leworęczne łatwiej i skuteczniej wykorzystują obie półkule mózgu, co przekłada się na procesy myślowe. Szybsze połączenia między prawą i lewą półkulą mózgu, prowadzą do szybszego przetwarzania informacji, co potwierdziły badania opublikowane w 2006 r., w czasopiśmie Neuropsychology. Jedno z badań polegało na obserwacji monitorów, na których spontanicznie pojawiały się kropki — po lewej lub prawej stronie dzielącej ekran linii. Zadaniem badanych (80 praworęcznych i 20 leworęcznych) było naciśnięcie guzika w chwili, gdy dostrzegą kropkę. Osoby leworęczne wykazały się większym refleksem — szybciej dostrzegały kropkę, a więc ich mózgi szybciej przetwarzały informację.

2. Łatwiej się uczyć

Naukowcy z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego zajęli się badaniami, które miały celu wskazanie różnic w przetwarzaniu informacji słownych (głównie mowy) przez osoby zarówno leworęczne, jak i praworęczne. Okazało się, że osoby piszące lewą ręką, szybciej przyswajają nowe informacje, lepiej dostrzegają niuanse, a nawet myślą bardziej „efektywnie”.

3. Być bardziej kreatywni

Przeprowadzone badania sugerują związek pomiędzy leworęcznością i kreatywnością. Wynika z nich, że mają większą zdolność do tworzenia wielu rozwiązań do jednego problemu, co traktuje się jako znak rozpoznawczy twórczości. Bardziej rozwinięta prawa półkula, sugeruje  umiejętność większego zaangażowania w twórcze myślenie. Leworęczni działają intuicyjnie i częściej wybierają zawody artystyczne niż karierę naukową.

4. Posiadać lepsze predyspozycje do pewnych sportów

Leworęczni świetnie sprawdzają się w sportach wymagających szybkiego podejmowania decyzji i działania. Krótszy czas reakcji mózgu na zdarzenie sprawia, że dobrze odnajdują się oni w grach takich jak boks, szermierka, tenis czy baseball.

5. Mieć lepszą orientację w terenie

Badania udowodniły, że leworęczni mają przewagę nad praworęcznymi podczas prowadzenia pojazdów. Lepsza orientacja w przestrzeni ułatwia podróżowanie i orientację na mapie. Co więcej, mańkuci mogą swobodnie rozmawiać podczas jazdy (nie polecamy korzystać z tej umiejętności!), nie tracąc skupienia na drodze oraz łatwiej jest im korzystać z różnego rodzaju kas np. wjazdu na autostradę.

Emocje leworęcznych są inaczej rozmieszczone w mózgu

U osób leworęcznych, motywacja wiąże się z większą aktywnością w prawej półkuli mózgu, podczas gdy u osób praworęcznych jest odwrotnie.  Może to mieć znaczenie w leczeniu zaburzeń nastroju, które są niekiedy leczone za pomocą stymulacji mózgu w celu zwiększenia aktywności neuronowej w lewej półkuli.

Niespodzianka! To nie leworęczni są „odmieńcami”

Jeśli choć raz wpadło wam do głowy, że mańkuci są „inni”, to pora na przytoczenie naukowych dowodów na tezę, że to właśnie leworęczni są pomimo mniejszości, tymi „normalniejszymi”. Najnowsze badania nad genem PCKS6 wykazały, że uszkodzenie tego genu, może leżeć u podłoża preferencji prawej strony ciała. To nie osoby leworęczne noszą w genach jakąś wyjątkową mutację, ale te uważane za „normalne”, czyli praworęczne. Podczas ewolucji u człowieka musiał się pojawić wariant genu kodujący prawostronność, bo u większości zwierząt preferencje te są rozłożone po równo. Osoby leworęczne są najwyraźniej pozbawione ludzkiego genu „prawostronności”, dlatego asymetria jest u nich mniejsza. Praworęczni mają silniejszą preferencję posługiwania się prawą ręką niż osoby leworęczne do posługiwania się ręką lewą, którzy są częściej oburęczni.

Osoby leworęczne, posiadają predyspozycje, które nie tyle czynią ich lepszymi czy bardziej inteligentnymi, ile które dzięki odpowiedniej stymulacji, mogą zwiększyć ich naturalne możliwości do szybszej nauki czy odnoszenia sukcesów w pewnych dziedzinach sportu. Mogą, choć wcale nie muszą.


źródło: www.huffingtonpost.com, odkrywcy.plwww.newsweek.pl


Zobacz także

„Jeśli powiem coś teraz, pomyśli, że nie jestem spoko”. Seks, gumki i pewność siebie...

„Jeśli powiem coś teraz, pomyśli, że nie jestem spoko”. Seks, gumki i pewność siebie…

Fot. iStock / coehm

„Zabawa, seks, dystans”. O tym dlaczego lepiej mieć przelotnych kochanków

Fot. iStock / kieferpix

Seksualny egoista. 6 oznak, że lądujesz w łóżku z samolubem