5 mitów o męskiej seksualności. W które z nich wierzysz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 czerwca 2016
5 mitów o męskiej seksualności
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Męskość równa się seks. Skojarzenie jest równoznaczne. Na temat męskiej seksualności krąży wiele legend – tych, w których jest trochę prawdy, ale też mnóstwo bajek kompletnie wyssanych z palca. To pewnie one często są przyczyną rozczarowań i seksualnych pretensji, a także braku zrozumienia partnerów.

Bo niby mówi się nam, że to nieprawda, ale czy na pewno w to wierzymy?  Czy przypadkiem mity o męskiej seksualności nie zakorzeniły się w nas zbyt głęboko?

5 mitów o męskiej seksualności. Sprawdź, w które z nich nadal wierzysz

Mężczyźni nie są stworzeni do monogamii, w przeciwieństwie do kobiet

To oczywiście fałsz, co potwierdzają badania. Testy DNA wykazały, że u większości gatunków zwierząt żadna z płci nie wykazuje większych predyspozycji do monogamiczności, choć oczywiście wiele z nich jest społecznie monogamiczne. Tak, jak człowiek. Decydujemy się na związki monogamiczne, ale nie jest prawdą, że to mężczyźni nie są w stanie w niej wytrwać w równym stopniu jak kobiety. Po prostu społecznie kobiety mające więcej niż jednego partnera są piętnowane, kiedyś były nawet za to karane. Nazywa się je puszczalskimi, dziwkami – zresztą epitetów można by mnożyć. To bardzo często powstrzymuje ich pociąg seksualny do innego mężczyzny niż stały partner. O facetach wiadomo – im więcej kobiet, tym najczęściej lepiej to o nich świadczy.

Mężczyźni częściej myślą o seksie niż kobiety

To także fałsz. Oczywiście są kobiety, które w wyniku wielu zdarzeń wykazują zdecydowanie mniejsze zainteresowanie seksem. Często jest to wynikiem doświadczenia przemocy seksualnej, złych doświadczeń, ale także problemów w relacjach z kochankami, braku akceptacji własnego ciała.

Jednak jeśli mamy kochanka, który jest czuły, wrażliwy. Jeśli czerpiemy przyjemność z seksu i jest on dla nas sferą dającą spełnienie i też szczęście, to nie powiecie mi, że nie myślicie o seksie. Przecież każda kobieta mająca naprawdę dobry seks, o nim myśli i chce więcej. Nie ma co zaprzeczać.

Podobno mit o tym, że mężczyźni częściej myślą o seksie bierze się między innymi stąd, że ich narządy płciowe są mniej ukryte i nie mają w sobie tajemnicy, jaką skrywają kobiety. Może? Poza tym to mężczyznom przekazuje się, że seks jest dla nich przyjemnością. Kobietom raczej się mówi, że seksem chwalić się nie powinny, i rozmawiać im też nie przystoi, bo… oczywiście świadczyć to będzie o ich rozwiązłości.

Oznaką osiągnięcia przyjemności w seksie przez mężczyznę jest wytrysk

Cóż, otóż też nie. Brak wytrysku wcale nie musi oznaczać, że mężczyzna nie spełnił się w seksie. Często kobiety sobie zarzucają „Co ze mną nie tak, skoro on nie może skończyć”. A ten koniec wcale nie musi oznaczać wytrysku. Poza tym zdarza się, że mężczyźni wstydzą się wytrysku, zwłaszcza przy kobiecie, na której mu zależy i z którą dopiero zaczyna współżyć. Bywa też i tak, że partnerka nie wie, jak pobudzić mężczyznę, by wytrysk uwolnić. Ale trzeba pamiętać jedno – brak wytrysku nie oznacza braku orgazmu. Dla wielu mężczyzn seks bez wytrysku to taki multi-orgazm, przeżywany na wielu poziomach. Gdy mężczyzna nauczy się osiągania orgazmu bez wytrysku, nie zawsze chce do niego dążyć.

Gra wstępna jest równoznaczna z męską erekcją

To kolejne błędne założenie. Fakt, że często kobiety grę wstępną przedkładają nad sam stosunek, gdyż daje im ona więcej przyjemności, zwłaszcza gdy nie jest jedynie sposobem na to, by partner jak najszybciej mógł przejść do penetracji. Tak często grę wstępną postrzegamy.

Tymczasem możne ona dostarczyć zarówno kobiecie, jak i mężczyźnie wiele przyjemności, zwłaszcza gdy nie skupimy się jedynie na penisie i pochwie. Co więcej, facet może być bardziej wrażliwy na wszelkie doznania, gdy jego penis znajduje się – nazwijmy to, w pół-erekcji. To wówczas staje się bardziej otwarty na doznania całego ciała, a nie skupia się jedynie tylko na penisie. Niestety o tym często nie wiedzą kobiety i podczas gry wstępnej dążą jak najszybciej do erekcji swojego partnera, wierząc, że właśnie tak sprawiają mężczyźnie największą przyjemność i potęgują doznania – to nieprawdziwa teoria.

Im większy penis, tym lepiej

Wiecie, co jest ważniejsze od wielkości penisa – umiejętność z korzystania z niego. Wiadomo, ze duży penis, mała pochwa to niezbyt szczęśliwe połączenie, choć mężczyźni często nie chcą wierzyć, że ich okazały penis to dla kobiety problem. A jednak – panowie uszanujcie to i szukajcie sposobów, by wasza kobieta mogła czerpać przyjemność z seksu.

A co, gdy penis jest mały? To wcale nie znaczy, że mężczyzna jest gorszym kochankiem. Mniejszym penisem łatwiej manewrować wewnątrz pochwy, a tym samym łatwiej odkrywać różne sposoby na zadowolenie partnerki. Tu apel do mężczyzn – nie dajcie się wpędzić w kompleksy. Zresztą nie bez kozery mówi się, że „mały, ale wariat” – w tych słowach naprawdę może być dużo prawdy.


źródło: Psychology Today

 


„Jest pani za młoda, żeby umierać na raka!”. Doktor House potrzebny od zaraz!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
16 czerwca 2016
Fot. iStock / xmee
Fot. iStock / xmee

„Jest pani za młoda, żeby umierać na raka czy inną poważną chorobę”. Pan doktor uśmiechnął się pod nosem i wypisał mi receptę, na której widniał tylko paracetamol. Drugi miesiąc studiów był pierwszym z wielu, które miałam spędzić szukając diagnozy, na którą nie jestem za młoda.

Norma nad normami

Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie – ból głowy, drętwienie prawej ręki, problemy ze wzrokiem. Na początku sama pomyślałam, że to po prostu nerwobóle, w końcu studiowanie, nawet na AWF-ie, nie należy do zadań bezstresowych. Każdy wymaga stuprocentowej obecności, doskonałego przygotowania do zajęć, a najlepiej jeszcze nienagannego wyglądu i bycia fit – w końcu to Akademia Wychowania Fizycznego! Nawet jeżeli studiujesz zarządzanie sportem.
Pewnego dnia na uczelni, w czasie ulubionych zajęć z marketingu, zdrętwiała mi ręka, a głowa zaczęła boleć niemiłosiernie. Z pola widzenia znikł przystojny wykładowca, a ból głowy był nie do wytrzymania. W toalecie zauważyłam, że na prawej piersi pojawiła się wysypka, naczynka tworzyły maleńkie czerwone krwiaki, a sama pierś wydawała się większa.

Młoda może poczekać

Zerwałam się z uczelni, pojechałam prosto do rejonowej przychodni. Ciągle nie przytomna i przerażona, musiałam ustąpić miejsca starszym paniom, które czekały na wizytę u lekarza krócej niż ja, ale przecież to ja miałam 20 lat, mogłam postać!

Siwy pan doktor nie przejął się zbytnio moimi opowieściami. Nawet fakt, że w rodzinie występował rak, a nawet rak piersi, nie miał dla niego znaczenia. Badanie polegało na osłuchaniu i (dosłownie!) spojrzeniu na pierś. Nawet faceci w autobusie lepiej przyjrzeli się anatomii mojego biustu.

Doktor stwierdził, że nie ma się czym martwić. Mogę spokojnie wracać na uczelnię, a na szczegółowe badania poczekać kilka lat. Nie wytrzymałam.

– Panie doktorze, czy ja nie mam raka.

– Jaki rak?! Jest pani za młoda. To zwykłe nerwobóle, pomoże paracetamol.

„Skończysz jak ojciec, tylko szybciej”

Przez kolejne miesiące przekonywałam siebie samą, że jestem zdrowa. W końcu taka była diagnoza.

Miałam na głowie uczelnie i pracę, która wiązała się z ciągłymi wyjazdami, więc każdy ból głowy zwalczałam prochami przeciwbólowymi, a złe samopoczucie tłumaczyłam przemęczeniem. Do lekarza poszłam dopiero po miesięcznym wyjeździe, podczas którego czułam się idealnie. Powrót do domu wiązał się z obniżeniem poziomu adrenaliny, a organizm odmówił posłuszeństwa. Przesypiałam całe dnie, na uczelni wytrzymywałam maksymalnie dwie godziny, bo ból głowy był nie do wytrzymania, a ja przypominałam zombie.

Lekarka rodzinna w czasie badania wyczuła zgrubienie w piersi, wysłała mnie na natychmiastowe USG. Na koniec wizyty powiedziała tylko, że jeżeli się nie wezmę za swoje zdrowie, skończę jak ojciec, tylko szybciej. Tata przez swój pracoholizm przeszedł dwa zawały, ale przez niezbyt zdrowy tryb życia, operacji tętniaka mózgu nie przeżył.

23 marca 2017

Pomimo początkowej niechęci, postanowiłam się zawziąć i szybko się wyleczyć.  Z jednej strony motywacją była historia taty, a z drugiej fakt, że dopiero co się zakochałam. Po wizycie u ginekologa nr 1, który ostatecznie potwierdził stan zapalny piersi, musiałam znaleźć onkologa – specjalistę chorób sutka.

Mieszkam na Śląsku, więc do wyboru miałam kilkanaście miast, w których mogłam szukać lekarza. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie z laptopem i telefonem, rozpoczynając poszukiwania. W pierwszej poradni pani była bardzo miła, ale słysząc ile mam lat uprzejmie poinformowała mnie, że to bardzo zły wiek na chorowanie – dla NFZ nie jestem już dzieckiem, ale dorosłym do końca jeszcze też nie. Następne telefony to ciągły zajęty sygnał, czasem przyjemne melodyjki, które z czasem zaczęły psuć mi nerwy. Rozmowa z rejestratorką z jednego z największych ośrodków medycznych w Katowicach, stała się już kultową opowieścią w mojej rodzinie.

-Mogę panią zarejestrować na 23 marca 2017 roku. – oznajmiła pani po drugiej stronie telefonu.

-2016?

-Nie, 2017.

– Wie pani, że jest 20 kwietnia 2015? Jeżeli mam raka, nie dożyję tej wizyty.

-Niech się pani nie martwi! Wtedy będzie mógł z niej skorzystać ktoś inny z pani rodziny.

Wakacje w tropikach

Czułam się coraz gorzej. Bóle głowy nie ustawały, widziałam coraz gorzej, przytyłam 20 kg i wiedziałam, że nie jestem za młoda na chorowanie. Chcąc nie chcąc, musiałam skorzystać z usług przychodni prywatnych, bo nawet skierowania ‚pilne’ nie przybliżały mnie do wizyt. Każda prywatna wizyta u lekarza to koszt około 150-300 zł. Ostatnio policzyłam, ile wydałam żeby dowiedzieć się, co mnie rozbija od środka. W sumie, miałam na to bardzo dużo czasu. W końcu na odwiedziny u lekarza trzeba poświęcić więcej czasu, niż na urodziny u ciotki; rejestracja – 10 minut, oczekiwanie – godzina, sama wizyta to już pestka – 15 minut gadania, 5 minut USG, by w dwie minuty stwierdzić, że „to będzie ciężka droga ku diagnozie”. Cennik tych wizyt to równie wielkie szaleństwo – sama wizyta kosztuje około 200 złotych, choć pierwsza zawsze jest droższa.

Mogłabym sobie pozwolić na dwutygodniowe wakacje w tropikach, ale zdrowie jest najważniejsze i dopiero wtedy zaczęłam je doceniać, tak samo jak dobrego lekarza.

Doktor House potrzebny od zaraz!

Odwiedziłam kilku specjalistów. Dwóch endokrynologów, czterech ginekologów, dwóch okulistów i neurologa. W czasie pobytu na oddziale neurologicznym podejrzenia sięgały nawet stwardnienia rozsianego, na to nie byłam za stara. Jednego lekarze byli pewni – gruczolak przysadki mózgowej był jedną z odpowiedzi na pytanie, co mi jest. Tylko objawy wykraczały poza te, związane z gruczolakiem. Czułam się jak ciekawy przypadek, który każdy chce zobaczyć, bo w końcu niecodziennie zdarza się spotkać tak schorowaną osobę w tak młodym wieku, a w dodatku od tylu miesięcy nikt nie wpadł na to, co jej jest! Jeden z panów profesorów, który próbował mnie diagnozować, wziął nawet ksero mojej dokumentacji, żeby skonsultować ją w czasie jednej z tych super ekskluzywnych konferencji.

Neurolog rozkładał ręce – bo co on może, skoro w rezonansie wszystko w miarę dobrze? Ginekolog odsyłał do endokrynologa, który twierdząc, że to nie tylko sprawa hormonów, wysyłał mnie na basen (!), no bo dlaczego nie? Pan endokrynolog, do którego o dziwo nie było kolejki, zapytał, czy mam jakieś pytania. –Panie doktorze, czy uda nam się w ogóle zlikwidować te problemy? Po chwili namysłu, pan doktor jakby niczego nie słysząc poprosił o 100 złotych za wizytę.

Okulistka grzmiała, bo pole widzenia zmniejszyło się do 30 stopni (u zdrowego człowieka wynosi 100 lub 140 stopni). W pewnym momencie wizyty zaczęła mnie przekonywać do załatwiania oświadczenia o niepełnosprawności, skoro jej zawodowi koledzy nie spieszyli się do zrobienia czegokolwiek.

Minął rok, a ja miałam już: raka piersi, gruczolaka przysadki mózgowej i stwardnienie rozsiane.  Dopiero ostatni ginekolog, którego odwiedziłam z nastawieniem, że to ten lekarz, który mi pomoże, głośno przeklną nazywając swoich kolegów „bandą debili”. Wychodząc od niego szczerze płakałam, nie ze strachu, ale z radości, że ktoś coś w końcu zrobił.

System do zmiany

Kiedy leczysz się u jednego specjalisty, musisz brać pod uwagę, że on nie może zrobić nic bez innego specjalisty, a już na pewno nie wypisać skierowanie na badanie, które mogłoby być refundowane przez NFZ. Przykład? Tylko endokrynolog może wypisać skierowanie na badanie poziomu prolaktyny we krwi, ginekolog by mógł, ale z dobrym uzasadnieniem, a lekarz rodzinny nie może, bo straci swoje „punkty”.  I tak tułasz się od lekarza do lekarza z nadzieją, że ktoś w końcu pomoże. Czas mija nieubłaganie, a choroba postępuje. I o ile system „Szybkiej Terapii Onkologicznej” jest naprawdę dobrym pomysłem, to w przypadku braku podejrzenia nowotworu, a innej poważnej choroby, nie masz umożliwionej wcześniejszej konsultacji czy badania.

Walka o siebie

Nikt nie jest za młody na chorobę i trzeba o tym pamiętać. Przez poddawanie się temu tekstowi u lekarza, wiele osób zostało zdiagnozowanych za późno. My znamy swój organizm najlepiej, choć koncerny farmaceutyczne próbują nam wmówić, że bez kolejnych kapsułek na odchudzanie czy lepszy sen, nie damy rady.

W pewnym momencie tej całej zdrowotnej bieganiny straciłam wszystko, na co pracowałam ostatnie kilka lat, a jedyne co zyskałam, to totalne zwątpienie, które nasilało się po każdym kolejnym dniu pełnym badań i oczekiwania. Poprosiłam przyjaciółkę, studentkę ostatniego roku medycyny, żeby coś mi doradziła. „Nie wychodź z gabinetu, dopóki czegoś ci nie powiedzą!”. Trochę podziałało, ale bardziej niż to, zadziałało poczucie własnej wartości –  właśnie dlatego, że jestem młoda, mam prawo zawalczyć o swoje własne życie, które nie skończy się za kilka lub kilkanaście lat, bo diagnoza była nieprawidłowa lub w ogóle jej nie było.

Po półtora roku nadal nie jestem w pełni zdiagnozowana, jedyne czego jestem pewna, to fakt, że nie będę miała dzieci. Bo za późno zaczęłam brać leki, hamujące wydzielanie prolaktyny, która skutecznie niszczyła kolejne narządy mojego organizmu.


Pomóż swojemu dziecku kształtować czytelniczy gust. Może i ono stanie się Strażnikiem książek?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 czerwca 2016
strażniczka
Fot. Pixabay / Pezibear / CC0 Public Domain

Mówisz „moje dziecko” i co wtedy myślisz? Zapewne uśmiechasz się sama do siebie, wyliczasz jego mocne strony, które napawają cię wielką dumą. Patrzysz na nie i widzisz młodego indywidualistę, który w wielu materiach kształtuje własny gust. W końcu starsze dziecko, szczególnie wkraczające w nastoletni wiek, podpatruje swoich rówieśników, podąża za nimi lub wręcz przeciwnie, stara się wyróżnić. Najważniejsze, by miało przed sobą dobry przykład.

Tyle ile mogłaś, już dziecku dałaś, teraz nadchodzi czas na samodzielne zbieranie doświadczeń. Nauczyłaś je wielu pożytecznych rzeczy, być może i zaszczepiłaś pasję, której poświęca długie godziny w ciągu dnia. A czy nauczyłaś dziecko czytać?

Czytanie, to coś więcej niż umiejętność posługiwania się literami

W czytaniu nie chodzi wyłącznie o umiejętność odczytywania i zastosowania liter, ale o zagłębianie się w treść, poznawanie bohaterów, łączenie faktów, wyciąganie własnych wniosków. Czytanie książek od najmłodszych lat ma swoje uzasadnienie. Nic nie wpływa lepiej na rozszerzenie zasobu słownictwa u dzieci jak czytanie. Najprostsze wierszyki, rymowanki uczą dziecko brzmienia słów, zachęcają do ich wymowy. Starsze dzieci podczas lektury rozwiną umiejętności, które ułatwią w przyszłości naukę. Oczywiście, jeśli od samego początku wypracujecie rytuał wieczornej lektury, będzie łatwiej zachęcić dziecko do samodzielnego czytania. Jednak, gdy książka w dziecięcym pokoju służy jedynie jako ozdoba, dziecko wiele straci.

Starsze dziecko nie chce czytać? Na zmianę nawyków nigdy nie jest za późno

Jeśli do tej pory nie wystarczało wam czasu lub sił na wieczorne czytanie, a kilku/kilkunastolatek wzbrania się przed samodzielnym czytaniem, czeka was sporo pracy, by nadrobić zaległości. Trudne, ale nie niemożliwe – tymi słowami można określić czekające was zadanie.

Daj dobry przykład. Nie zdziw się, że pociecha nie chce spędzać wolnego wieczoru nad książkami, jeśli własnych rodziców nigdy nie widziała z książką w ręku. Łatwiej będzie oderwać się dziecku od telewizora lub komputera, jeśli w domu będzie sprzyjał klimat do czytania. Brzęczący sprzęt nie zachęca do refleksji nad treścią z kart książek. Nie omijajcie również biblioteki, pójdźcie razem na poszukiwania ciekawych tytułów, może doradzisz dziecku książkę z młodzieńczych lat, która tobie głęboko zapadła w pamięci. Książki rzadko kiedy tracą na aktualności, bo wartości jakie przekazują, są uniwersalne.

Nie zmuszaj nagle dziecka do czytania książek. To działanie zamiast zachęcić do czytania, sprawi, że dziecko zaprotestuje. Zamiast czytania, będzie jedynie trzymało książkę w ręku, dopóki ktoś będzie miał je na oku. Nawet jeśli zechcesz sprawdzić czy dziecko wie o czym czyta, młody człowiek najpewniej sprawdzi streszczenie lub recenzję w internecie. Nie tędy droga. Zamiast stale powtarzać, że czytać należy, podaruj dziecku książkę w prezencie. Nawet bez okazji wybierz treść, która go zainteresuje. Jest ogromny wybór książek na rynku,więc decyzja nie nastręczy wiele trudności. Jeśli liczysz na to, że jednak dziecko się wciągnie, podaruj mu książkę będącą częścią danego cyklu. Być może po zakończeniu książki sam sięgnie po kontynuację przygód ulubionego bohatera. Dorastającym dzieciom najczęściej odpowiada fantastyka,  książki przygodowe i detektywistyczne.

„Strażniczka książek” ułatwi zadanie

I nie chodzi tu o kogoś, kto będzie stale przypomniał dziecku o czekającej go lekturze. To coś znacznie ciekawszego, dzięki czemu twoje dziecko będzie poznawać dzieła światowej literatury z zapartym tchem.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

„Strażniczka książek” autorstwa Mechthild Gläser, to nowość, która jeszcze pachnie drukarnią. W książce dedykowanej dzieciom powyżej 12 r. ż., czytelnicy zetkną się z główną bohaterką, Amy, która w wyniku niezwykłego splotu wydarzeń zdobywa możliwość podróżowania po świecie książek. Jej celem jest uratowanie największych dzieł w historii literatury, z których ktoś ukradł kluczowe pomysły, przez co rozpada się ich fabuła.

Wasze dzieci mogą zanurzyć się w niezwykły świat i wraz z Amy podróżować na grzbiecie Shere Khana przez „Księgę dżungli”, u boku Werthera Goethego walczyć z czarownicami z Makbeta, a wraz z Elisabeth Bennet wzdychać do Mr. Darcy’ego… Razem z główną bohaterką głęboko wejdą w każdą z opowieści, przeżyją fascynującą i zaskakującą przygodę, bowiem w świecie literatury panuje kompletny chaos i nic nie jest takie, jakie być powinno.

Młodzi czytelnicy pokochają „Strażniczkę książek”, czytając ją z zapartym tchem dzięki magii, przygodzie, pierwszej miłości i odrobinie grozy. Spróbujcie, być może „Strażniczka książek” uczyni wasze dziecko ich najwierniejszym czytelnikiem i opiekunem na resztę życia?

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka

 


Zobacz także

Fot. iStock/SrdjanPav

Życie z egoistą. Ona wie, że powinna odejść, bo nigdy nie poczuje, że jest dla niego ważna

Fot. iStock/Onfokus

Żyjemy jak w bajce. Ciągle wierzymy, że seks zbliża ludzi, małżeństwo – cementuje, dzieci ratują…

Czego wstydzą się duże dziewczynki

Kobiety nie milczą w seksie. Nie jesteśmy z kamienia