Wyjechałeś w poniedziałek, w czwartek przyszedł pozew rozwodowy. Jak to możliwe, że przegapiłam nasze rozstanie?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 marca 2019
Fot. iStock / lupashchenkoiryna
 

Nie spodziewałam się. Nie umiem w tym momencie zareagować innymi słowami, choć pewnie wielu kobietom wydałoby się to absurdalne. Wyjechałeś jak zwykle, w podróż służbową na cały tydzień. W poniedziałek pożegnałeś mnie całusem, co prawda ledwo ciepłym i nieco zdawkowym, ale wszystko zdawało się być takie normalne. W czwartek odebrałam polecony z sądu. Złożyłeś pozew rozwodowy, cztery miesiące temu. I nic mi nie powiedziałeś. Co więcej, ja nie zauważyłam, żeby coś się między nami zmieniło.

Nie wiem, czy mam wyzywać się od tchórzy, czy spakować ci walizki. Nie wiem, czy mam zadzwonić do twoich rodziców i oznajmić im, że oszalałeś, czy szukać śladów twojej zdrady. Na wszelki wypadek dzwonię do ciebie. „Chcesz rozwodu? – pytam od razu, bez ceregieli. Rozłączasz się. Od tej chwili jesteś dla mnie abonentem czasowo niedostępnym. Następne godziny to jakiś inny wymiar rzeczywistości. Nie umiem skupić się na pracy, biorę wolny piątek. Szefowa nie jest zadowolona, ale tłumaczę krótko „sprawy rodzinne”. Matko Boska, ja nawet już nie wiem, czy wciąż jesteśmy rodziną.

Jestem w takim szoku, że nie potrafię się porządnie rozpłakać. Próbowałam, przysięgam. Z tych wszystkich emocji najlepiej wychodzi mi tylko zdziwienie. Muszę z tym zdziwieniem na twarzy wyglądać dość niepokojąca, bo sklepikarz z dołu przygląda mi się podejrzliwie i pyta, czy na pewno nie potrzebuję nic więcej niż jedno awokado i włoszczyzna. Skąd ja mam wiedzieć, czy potrzebuję czegoś więcej? Mój mąż właśnie zażądał rozwodu, choć kilka dni temu planował wspólne wakacje. Zaraz zaraz, czy na pewno rezerwował pokój dla dwóch osób? A jeśli tak, to czy na pewno tą drugą osobą miałam być ja?

Dzwonię do rodziców, rozmawiam z mamą, długo. Natychmiast zajmuje moją stronę, wyzywa cię od nieodpowiedzialnych dupków, trochę mi lepiej. Tata jest bardziej ostrożny. Zawsze cię bardzo lubił. Mówi, że musimy pogadać. No jasne, tylko jak rozmawiać z abonentem czasowo niedostępnym? Wysyłam maile, jeden za drugim. W niedzielę powinieneś być w domu, a ja nawet nie wiem, czy mam na ciebie czekać, czy tu jeszcze wrócisz. Czekam. Nie odpowiadasz, na Messengerze zablokowałeś moje wiadomości.

Zaczynam podejrzewać, że to coś poważnego. Może jesteś ciężko chory i nie chcesz mnie martwić? Pewnie zostało ci jeszcze kilka miesięcy życia i jak każdy „prawdziwy” facet, nie chcesz, bym cierpiała. Boję się. Jest przecież tyle możliwości, ciężkie choroby można wyleczyć. Wezmę kredyt i pojedziemy do najlepszej kliniki w Szwajcarii. Tam znają się na beznadziejnych przypadkach.

Okazuje się jednak, że twój przypadek jest beznadziejny z innego powodu. W sobotę wieczorem przychodzi wreszcie mail od ciebie. W zasadzie to tylko pięć zdań. W pierwszym bardzo mnie przestraszasz za to, w jakiej sytuacji mnie postawiłeś. W drugim oznajmiasz, że małżeństwo jako instytucja bardzo cię rozczarowało i żebym nie brała tego osobiście do siebie. W trzecim informujesz mnie, że zamierzasz teraz podróżować i odkrywać swoje potrzeby. W czwartym wspaniałomyślnie prosisz, żebym się nie wyprowadzała, tylko oddała ci kolekcję encyklopedyczną z Gazety Wyborczej. W piątym masz nadzieję, że ci wybaczę i zrozumiem i „pa”. Możesz je sobie od razy skreślić. Nie zrozumiem i na razie nie wybaczę. Ale jestem wdzięczna za wiadomość. Między linijkami szukam odpowiedzi na pytanie w jaki sposób przegapiłam nasze rozstanie. Nie umiem jednak tu nic konkretnego znaleźć.

Nie jesteś chory, uff.

Zastanawiam się, czy potrzebuję więcej wyjaśnień. Chyba nie. Dziś wreszcie udało mi się szczerze popłakać. Właściwie to nie mogę przestać. Pa.


Agnieszka Lingas-Łoniewska: „Piszmy o miłości, bo to rzecz, o której zawsze warto pisać”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 marca 2019
Fot. Materiały prasowe
 

„Randka z Hugo Bosym” to emocjonalny rollercoaster, książka, która wciąga już od pierwszych stron. Jagoda, główna bohaterka to kobieta, która szuka miłości, a przypadkowe spotkanie z bardzo przystojnym mężczyzną, wywołuje lawinę sytuacji – zabawnych dla czytelnika, niekoniecznie dla samej Jagody. „Randka z Hugo Bosym” to już kolejna książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej.

Ewa Raczyńska: Jagoda pracuje w korporacji. Jej temperament i osobowość sprawiają, że często pakuje się w różne zaskakujące i nieprzewidziane sytuacje. Jak wiele z głównej bohaterki jest Pani?

Agnieszka Lingas-Łoniewska: Myślę, że pisarz zawsze w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od tematyki, przemyca do swoich książek odrobinę siebie. W przypadku „Randki z Hugo Bosym”, która jest romantyczną komedia, a jej bohaterka ma trzydzieści kilka lat, pracuje w agencji kreatywnej, moi znajomi, którzy dobrze mnie znają, mogą w Jagodzie dostrzec pewne podobieństwa. Ona ma coś ze mnie. Ja też przez wiele lat, nim zajęłam się na poważniej pisarstwem, pracowałam w korporacji. Nie musiałam więc do tej książki robić specjalnego rozeznania, tylko mogłam korzystać z własnych doświadczeń.

Poza tym Jagoda – moja bohaterka, jest postacią kolorową bardzo dynamiczną. To gaduła, często wpada na szalone pomysły i nie ukrywam, że wiele cech mamy wspólnych. Ja także o wielu rzeczach zapominam, szybciej mówię niż myślę, często bardzo emocjonalnie reaguję na pewne rzeczy. Jagoda zachowuje się dokładnie w ten sam sposób, co sprawia, że na swoją głowę ściąga często wiele kłopotów.

Z wszystkich bohaterek Jagoda jest najbardziej do Pani podobna?

To nie jest jeden do jednego, bo ta powieść nie jest biografią. Faktem jednak jest, że zawsze w swoich książkach „użyczam” trochę siebie, zwłaszcza w komediach romantycznych, inaczej w przypadku kryminałów, thrillerów, bo tworzę książki różne gatunkowo. Tak się składa, że akurat Jagoda jest mi bliska, podobnie jak bohaterka książki, która ukazała się dwa lata temu: „Wszystko wina kota”. Tam bohaterka jest pisarką, a ja miałam ułatwione zadanie, bo nie musiałam szczegółowo, na potrzeby książki, poznawać świata wydawniczego i literackiego, który jest moją codziennością od kilku lat.

Jak sama Pani mówi, pracowała w korporacji, jak to się stało, że została Pani pisarką?

To było przeznaczenie. Zresztą właśnie „Randka z Hugo Bosym” zadedykowana została wszystkim, którzy wierzą w przeznaczenie z różnych względów. Ja także w nie wierzę. Natomiast historia mojej drogi do momentu, w którym dzisiaj jestem, zaczęła się bardzo dawno temu, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Zawsze wokół siebie miałam ludzi, którzy czytali książki, a te stanowiły treść mojego życia. Żyłam w świecie literackim od strony czytelniczej, uwielbiałam czytać, co zostało mi do dzisiaj. Z czasem doszły do tego moje własne ciągotki do tworzenia i wymyślania różnych historii. Pierwsza książka, którą napisałam w swoim życiu, była powieścią przygodową. To był przełom trzeciej i czwartej klasy szkoły podstawowej. Od tego się zaczęło.

Pisałam bardzo dużo, odręcznie w zeszycie. Ucieczka w wyimaginowany świat była dla mnie niesamowitą zabawą. Z pasji do literatury, ukończyłam filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. W tym czasie nie było pracy dla polonistów we wrocławskich szkołach, więc życie skierowało mnie na inne tory ze względów ekonomicznych. Zaczęłam pracować w jednej firmie, potem w drugiej, aż w końcu trafiłam do korporacji, w której pracowałam wiele lat. W międzyczasie ukończyłam studia podyplomowe na dwóch kierunkach – rzecznictwo prasowe i planowanie kampanii public relations. Jednak jakoś w połowie mojej pracy zawodowej, kiedy już dużo osiągnęłam, pięłam się po szczeblach awansu, aż zostałam dyrektorem dużego działu, pomyślałam, że muszę zrobić coś dla siebie, coś, co sprawi mi ogromną przyjemność i frajdę.

Przypomniałam sobie czasy, kiedy wymyślałam historie i żyłam życiem moich bohaterów. Zatęskniłam za tym i zaczęłam znowu pisać, ale tylko dla siebie, do szuflady. Po pewnym czasie moje przyjaciółki zaczęły naciskać, żebym się z nimi podzieliła swoją twórczością. Wysyłałam im swoje teksty, a one były zachwycone. Oczywiście nie wierzyłam w ich komplementy, bo znamy się tyle lat, więc nawet jakby im się nie podobało, to by pewnie mi tego nie powiedziały. Moje podejście je wkurzało, znalazły więc fora literackie i podpuściły mnie, żebym wrzucała swoje teksty do internetu. I tak rozpętało się istne szaleństwo, niektóre moje historie miały prawie po milion odsłon. Dzięki temu pozyskałam bardzo wielu czytelników. W 2009 roku zdecydowałam się wysłać dwie pierwsze książki do wydawnictw jako propozycje wydawnicze. Po trzech miesiącach miałam podpisane obie umowy.

Pięknie.

Tak. Mój debiut „Bez przebaczenia” wydany w styczniu 2010 roku, sprzedał się błyskawicznie, dzięki tym ludziom, którzy czytali mnie w internecie. Kiedy dowiedzieli się, że wydaję książkę, kupili ją. Wydawca spytał, czy mam jeszcze jakieś książki w tej przysłowiowej szufladzie. Wtedy napisanych miałam siedem powieści. I tak to się rozkręciło. Podpisałam kolejną umowę, kontrakt na pięć lat, teraz kolejny kontrakt z wydawnictwem Burda.

A co z pracą w korporacji?

Odeszłam w 2012 roku. To była bardzo trudna życiowa decyzja. Coraz ciężej było mi jednak pogodzić pracę z licznymi spotkaniami autorskimi. Miałam wrażenie, że pracuję nie na dwóch, a trzech etatach. Stwierdziłam, że muszę coś zrobić, bo zwariuję. Złożyłam w pracy wypowiedzenie, podpisałam kontrakt wydawniczy i to pozwoliło mi zająć się tylko pisaniem. Praca jest moją pasją, a pasja stała się pracą.

Może być Pani przykładem dla wielu kobiet, że warto sięgać po swoje marzenia i robić to, co nam w duszy gra.

Bo naprawdę można to zrobić. I nie należy się bać, rysować scenariuszy w czarnych kolorach. Oczywiście ja też miałam mnóstwo wątpliwości. Zastanawiałam się, czy to się uda. W końcu bycie pisarzem, to wolny zawód, a nie etat ze stałą wypłatą, która regularnie wpływa na konto. To coś zupełnie nieprzewidywalnego. Nie wiedziałam, jak długo moje książki będą się sprzedawać, podobać się.

Czy nie zabraknie weny?

A propos weny, mam swoje zdanie na jej temat. Uważam, że wenę wymyślili ci, którzy są leniwi. Wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego, jak wena. Jest pomysł, który rodzi się w głowie. Wiadomo, że pisarz musi mieć wybujałą wyobraźnię, ale równie ważna jest samodyscyplina i czas, żeby nad tekstem móc pracować codziennie.

Nazywana jest Pani dilerką emocji.

To określenie, wymyśliła jedna z moich czytelniczek, z którą zresztą się zaprzyjaźniłam. Przylgnęło do mnie bardzo mocno. Czytelniczki mówią, że moje książki są jak narkotyk, jak już się zacznie czytać, nie można się od nich oderwać, pochłaniają całkowicie. I faktycznie – tworzę literaturę popularną, która ma zapewnić czytelnikowi rozrywkę, a nie przez pierwszych 50 stron męczyć, nim coś zacznie się dziać. U mnie akcja bardzo szybko się rozwija, by zatrzymać czytelnika od samego początku powieści. To taki mój znak rozpoznawczy.

Faktycznie „Randkę z Hugo Bosym” czyta się jednym tchem.

I bardzo się z tego cieszę. Mam nadzieję, że spodoba się także tym, którzy po moją twórczość sięgną po raz pierwszy, do czego serdecznie zachęcam.


Nowa modowa marka na warszawskiej mapie miejsc, które trzeba odwiedzić. Kelly Couronne z pewnością należy do odważnych kobiet!

Redakcja
Redakcja
12 marca 2019
Mariusz Konfiszer,foto art z Kelly Troung i Magdalena Gawecka

W ostatnim czasie głośno było  w mediach o projektantce z Wietnamu Kelly Truong ,  która od 15 lat mieszka w Polsce i właśnie otworzyła swój pierwszy butik stacjonarny w Warszawie. Kobieta jest bardzo aktywna w businessie modowym i kosmetycznym. Jej kolekcja jest również dla takich właśnie kobiet: odważnych i przedsiębiorczych.

Ambasadorkami marki są dwie piękne kobiety: Magdalena Gawęcka –malarka, YouTuberka,modelka i Kelly Troung, projektantka i businesswoman. Piękno i egzotyka w jednym.  Finalnie zdjęcia z sesji będą użyte do międzynarodowej kampanii reklamowej marki Kelly Couronne.

Magdalena Gaweka i Kelly Troung – ambasadorki marki Kelly Couronne

Już dziś projektantka zapowiada otwarcie kolejnych butików stacjonarnych w Polsce, prezentację nowej strony www oraz otwarcie flagowego salonu w Hanoi. Nie jest wykluczone, że na medialnym otwarciu butiku  w Hanoi pojawią się finalistki konkursu Miss Warszawy , a Kelly Couronne znajdzie się w składzie jury  tej zacnej imprezy.

Kelly Troung i Anna Szymczak – producentka projektu.

Kulisy sesji: https://www.facebook.com/promotioninstytutevents/videos/768654953509188/

Fot. Materiały prasowe


Artykuł powstał we współpracy z Kelly Couronne

Foto backstage: Bruno Fidrych/ Plaster studio
Zdj. Mariusz Konfiszer

 


Zobacz także

14 sygnałów, że on chce do ciebie wrócić, ale nie ma odwagi powiedzieć tego wprost

Stał tam, przy różanym krzewie, delikatnie głaszcząc jej twarz... Love story w powojennej Warszawie

Stał tam, przy różanym krzewie, delikatnie głaszcząc jej twarz… Love story w powojennej, poranionej kulami Warszawie

„Nie boisz się, że tak samo postąpi kiedyś z tobą? Czujesz ten pat?” Odpowiedź żony na list kochanki