Przez dwa lata byłam kochanką. Odeszłam od męża. Warto walczyć o swoje szczęście

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 lutego 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
 

Kiedyś przy okazji kolejnej kłótni wykrzyczałam: „Zobaczysz, zdradzę cię w końcu, żeby od ciebie nie słyszeć pretensji i obelg za coś, czego nie zrobiłam. Więc zrobię to, wtedy będę wiedzieć, że ubliżasz mi nie bez przyczyny”.

Pawła poznałam po 10. latach mojego małżeństwa. Małżeństwa, w którym nie było miłości. To było szczenięce uczucie. Ja tuż po skończeniu podstawówki, on starszy o cztery lata imponował swoją mądrością i zaradnością. Poza tym miło, gdy interesuje się tobą starszy chłopak. W wieku 20. lat wyszłam za mąż. Tak bardzo chciałam wierzyć, że nam się uda. Najtrudniej jest przyznać się samej przed sobą, że związek w którym tkwisz, nie czyni cię szczęśliwą.

Częściej jednak myślałam: „Nie narzekaj. Przecież nie pije, nie bije, wszystko jest w porządku”

Wydawało mi się, że moje życie tak właśnie ma wyglądać. Nawet seks – na poziomie nastolatków, o którym w ogóle nie potrafiliśmy rozmawiać. Czego więcej miałam wymagać. A że bywał zazdrosny? Na początku mi to imponowało, bo to znak, że mu zależy.

Przy Pawle poczułam się kobietą. Nie poszliśmy do razu do łóżka. To była jedna ze służbowych imprez. Usiedliśmy naprzeciwko siebie… a ja myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach… „Kiedy z tobą tańczę, to jakbym unosił się nad ziemią” – mówił, jak z kiepskich harlequinów, ale ja czułam podobnie,

Wcześniej myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi, jakbym była garbata, brzydka. Po dwóch latach małżeństwa urodziłam córkę, która otworzyła mnie na ludzi, stałam się bardziej wrażliwa, mniej zamknięta w sobie. Zaczęłam rozglądać się wokół siebie i to wtedy pierwszy raz poczułam się samotna. Mąż nigdy nie zaangażował się w opiekę nad dzieckiem. Sama musiałam ze wszystkim dać sobie radę. Kiedy po kilku latach urodziłam syna, dla męża była to komfortowa sytuacja. Siedziałam w domu, rzadziej spotykałam się z ludźmi. To wtedy mówiłam: „Odejdę od ciebie, jeśli nic się nie zmieni”. A on wiedział, że to puste groźby – bez pracy, pieniędzy, z dwójką dzieci – gdzie miałabym pójść. I tak trwaliśmy obok siebie.

Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają. Być może, ale ja uważam, że tylko na krótką chwilę

Żeby stworzyć pełny związek, trzeba być podobnymi do siebie. Z Pawłem mogliśmy rozmawiać godzinami. Śmieszyły nas te same rzeczy, mieliśmy wspólne zainteresowania. Czasami umawialiśmy się po prostu na spacer, bez seksu. Tu nie chodziło tylko o seks… On pokaleczony w małżeństwie i ja, która zaczęłam przed samą sobą przyznawać się, że moje małżeństwo to farsa. Bo od początku zabrakło w nim miłości. Byliśmy parą dzieciaków, które postanowiły pobawić się w rodzinę. Kompletnie nie dojrzeliśmy do związku. Żyliśmy obok siebie, a ja nigdy nie wierzyłam, że się razem zestarzejmy.

On nieustannie mnie kontrolował. Zazdrość stała się chorobliwa, więc kłamałam, by uniknąć awantur. Jedno kłamstwo goniło następne, a kolejne kryło to wcześniejsze. Kłamałam, żeby wyjść z koleżanką, spotkać się po pracy ze znajomymi, wyskoczyć do kina.

Ale nie miałam odwagi odejść

Znam kobiety, które zdradzają, bo są nieszczęśliwe. One jednak nie odchodzą, zostają. Bo co ludzie powiedzą, bo przecież są dzieci. Bycie kochanką to tajemnica, to sekrety, spotkania w wyjątkowych miejscach. Uczucie podkręca smakowanie zakazanego. Związek z kochankiem? Po co? Przecież przez codzienność straci swój cały urok. Ale ja nie wahałam się ani chwili. Nigdy nie udawałam szczęśliwej żony wracając do domu. Rozwód był naturalną konsekwencją tego, jak wyglądało nasze małżeństwo.

Żałuję jednego, że przez dwa lata byłam kochanką. Do końca życia będę miała wyrzuty sumienia, że oszukiwałam, że byłam nieuczciwa. Mam nadzieję, że mój były mąż mi to kiedyś wybaczy.  Mam też świadomość tego, że przeze mnie cierpiała inna kobieta. Ale tam – w tamtym małżeństwie nie było uczucia. Ja nie byłam ta osobą, która zabrała jej męża, bo jego już dawno tam nie było. Rozwód był skutkiem tego, co się działo.

Kiedy mój syn miał dwa lata, wróciłam do pracy i odżyłam. To wtedy powiedziałam sobie, że już nigdy nie pozwolę, by ktoś podcinał mi skrzydła. W domu niekończące się awantury o to, z kim sypiam i z kim się spotykam. „Na pewno mnie zdradzasz, ciekawe z kim tym razem”. To było jak samospełniająca się przepowiednia.

Dlaczego nie odeszłam wcześniej?

Bo bałam się, że mój były mąż sobie nie poradzi. On zresztą sam tego argumentu używał. Straciłam dla niego resztę szacunku, kiedy zaproponował mi układ: „Żyjmy w trójkę” – wiedział już o Pawle. To wtedy zdobyłam się na szczerą rozmowę. Mówiłam mu, że od wielu lat jesteśmy nieszczęśliwi ze sobą, że może to jest ten czas, kiedy każde z nas powinno pójść swoją drogą, znaleźć siebie w tym życiu, spojrzeć na świat inaczej, że zakochaliśmy się w sobie będąc dzieciakami i nic z tego dobrego nie wynikło. Zatrzymaliśmy się na nastoletniej miłości i nie jesteśmy dobrym małżeństwem. Tłumaczyłam, że chciałabym, by nasze dzieci widziały mnie i jego szczęśliwych, ale poza tym małżeństwem, bo w tym związku nie będzie to naszym dzieciom dane. Chcę, by moje dzieci wiedziały, że w życiu trzeba podejmować bardzo trudne i że to one czynią nas szczęśliwymi.

Czy się bałam? Wchodziłam w nieznane. Znaliśmy swoją przeszłość. On zdradzał żonę przez wiele lat. Miał trójkę dzieci, ja dwójkę. Wspólne mieszkanie, życie. Nikomu, nawet sobie, nie obiecywałam gwiazdki z nieba.

Wobec dzieci od początku byliśmy szczerzy i uczciwi. Nigdy nie wciągnęliśmy ich w nasze sprawy. Po prostu – nie udało się. Pawła syn powiedział mu kiedyś: „Tato, jak dobrze widzieć cię szczęśliwym”, a moje dzieci paradoksalnie zyskały własnego ojca, który teraz się nimi zajmuje, gdy u niego są. Nie było łatwo. Musieliśmy stawić czoło wszystkim dookoła. Znaliśmy się z pracy, tam pewnie od plotek huczało. Mój tata długo nie mógł się pogodzić z moją decyzją. Ale we mnie była pewność. Chciałam raz w życiu być egoistką i pomyśleć o własnym szczęściu. I kiedy podjęłam decyzję, że odchodzę do innego mężczyzny wszystko zaczęło się układać. Na zasadzie – zamykasz jedne drzwi, otwierają się kolejne i kolejne.

Dzisiaj?

Dzisiaj po sześciu latach związku z Pawłem mogę powiedzieć, że każdego dnia kocham bardziej. Czuję się atrakcyjną kobietą, czuję się kochana, nasze życie pomimo, że nie ma już tajemnicy bycia kochankami jest przepełnione miłością i zrozumieniem. Od Pawła wiele się uczę. Oczywiście, że się kłócimy, że spieramy się o dzieci, trzaskami drzwiami. Mamy swoje nawyki wyniesione z poprzednich związków, które cały czas w nas tkwią i czasami bardzo przeszkadzają. Ale przeszłość odcięliśmy grubą kreską. Kupiliśmy mieszkanie, gdzie dla każdego z naszych dzieci jest miejsce. Dwa lata temu wzięliśmy ślub. Mamy pięciomiesięcznego synka, który jest dzieckiem prawdziwej, spełnionej i dojrzałej miłości. Taki patchwork. Szczęśliwy. Paweł ma świetny kontakt ze swoimi dziećmi, które spędzają u nas dużo czasu. Każde z naszych byłych małżonków poukładało sobie życie i również są szczęśliwi. Wszystko to, co się wydarzyło, wszystkie te naprawdę trudne decyzje okazały się właściwymi…

Tego szczęścia i tej pewności życzę każdej kobiecie, która może jest w podobnym momencie życia, jak ja sześć lat temu. Nie można tracić okazji do tego by być szczęśliwą, bo co ludzie powiedzą, bo dzieci. Kiedyś koleżanka, której zwierzyłam się, że chcę się rozwieść, ale nie wiem, czy dobrze robię, powiedziała mi: „A na co ty czekasz? Na to, że w wieku 90-ciu lat będziesz żałować, że tę decyzję podjęłaś za późno”. Walczcie o to, by być szczęśliwymi.  Jeśli jesteście pewne swoich i jego uczuć – idźcie za tym.


Polska to dziwny kraj, w którym nie opłaca się być zaradnym. My, biedni bogacze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 lutego 2016
Fot. iStock / Joel Carillet
 

Naprawdę nie ma absolutnie żadnej różnicy w tym, czy na banknotach mamy polskich królów, czy będziemy mieć wszystkich świętych. 500 zł piechotą nie chodzi – wszyscy się zgodzimy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Mało kto zastanawia się, jak wielu Kowalskich w Polsce żyje tak jak ja. A dla nas program 500 plus jest śmieszny i żałosny (nie wiadomo do końca, co bardziej).

Mieszkam w Warszawie, mam dwójkę małych dzieci. Mam pracę, mój mąż również (choć jego zatrudnienie jest dość nieregularne, wolny zawód, cóż). Ile zarabiamy? Dużo (dla jednych), mało (za mało – dla nas). Ja 3 tysiące netto, on 3-4 tysiące – w zależności od zlecenia. Jeśli podzielić jego pensję na równe części (średnia z ostatnich dwóch lat) miesięcznie wychodzi około 2,5 tysiąca, no może 3 (czasem wpadnie jakaś fucha).  Co oznacza nieregularnie? Owszem czasem zdarza się kosmiczna gaża 5-6 tysięcy, ale potem pracy nie ma przez kilka miesięcy (choć na PIT-cie może wyglądać dostojnie)…

I tu pojawia się pytanie czy 5-6 tysięcy złotych, to dużo czy mało? Pewnie wielu wydaje się, że dużo…

Policzmy:

1.800 zł miesięcznie – wynajem mieszkania. Jesteśmy za bogaci na „socjal”, spółdzielczych mieszkań nie ma, a na kredyt jesteśmy za biedni (nie mamy wkładu własnego, ani oszczędności chociażby na konieczne formalności i podatki). Wybór jest prosty, gdy nie ma wyboru.

140 zł miesięcznie – (120zł prąd, 20zł gaz) – podstawowe media.

1.600 zł miesięcznie – prywatny klubik zamiast żłobka dla młodszego dziecka. Niestety, w rekrutacji się nie powiodło,  jedyna opcja państwowego żłobka oznaczała spory dojazd (placówka z rezerwy). To nie kwestia wygody – tylko logistyki. Żeby zawieść dziecko do żłobka przed pracą, musiałabym wytargać dzieci z domu ok. 6 rano, pojechać z dwójką do żłobka, wrócić, odprowadzić dopiero starsze do przedszkola (otwierają dopiero po 7:30) itd. Podobnie po południu – najpierw przedszkole, bo krócej czynne, potem do żłobka na styk, jeśli bym zdążyła na 18-tą, około 19-tej w domu. Odpada. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby niespełna 2-latka i 4-latka były na nogach 13-14 godzin – z czego 11 w placówkach (?). To chore. Została opcja „prywatnie”, za więcej niż połowę mojej pensji – i nie jest to wygórowana stawka w Warszawie (razem z wyżywieniem).

240 zł miesięcznie – państwowe przedszkole. Czyli zapłata za dodatkowe godziny (poza tymi z urzędu), wyżywienie, nieobowiązkowa (ale obowiązkowa) darowizna zamiast rady rodziców, bo przedszkole nie ma funduszy na wodę do picia, teatrzyki, czy kredki. O przepraszam – kredki, papier, bloki, plastelinę i wszystkie przybory co roku kupują rodzice – to tzw. Wyprawka. Do tego dochodzą nieregularne koszty – wycieczki, składki, wyjścia dzieci, ubezpieczenie etc., ale nie rozdrabniajmy się.

120 zł miesięcznie – bilet na komunikacje miejską.

170 zł miesięcznie – telefony, Internet. Ktoś powie, to nie są rzeczy bez których nie da się żyć. Owszem. Ale bez nich nie da się pracować, i zarabiać. Przynajmniej nie w moim przypadku. Pracuję Internetem i telefonem. Albo poświęcam 170 zł albo nie zarabiam 3 tysięcy. Proste.

To nie wszystkie koszty. Mamy właśnie w podsumowaniu 4.070 zł. Średni miesięczny budżet mojej rodziny to 5-6 tysięcy. W gorszych miesiącach, gdy jest 5 tysięcy, na życie zostaje niespełna tysiąc złotych. Czteroosobowa rodzina. Podzielcie sobie. Małe dzieci (w tym trzeba upchnąć pieluchy, górę prania, jedzenie lepsze niż buła z masłem – przynajmniej dla dzieci, nie będę biadolić o lekach i prywatnych lekarzach dla dzieciaków, jeśli coś się dzieje – każdy z nas to ma i zna, za dobrze).

Kiedyś ze znajomymi przygotowywałam Szlachetną Paczkę, lubię te akcję. Lubię pomagać. Ale pakowałam te rzeczy do kartonów, słuchałam rozmów niektórych osób – że to straszne, że ci ludzie mają na życie na osobę 250-300 zł miesięcznie. I pomyślałam, ja pier**lę, mam tyle samo – czasem mniej. Ale jestem przecież za bogata… żeby ktoś mi pomógł albo chociaż nie dokopywał.

Ach taki szczegół. Pracujemy na śmieciówkach. Od ośmiu lat nie mam ubezpieczenia (zdrowotnego). Nigdy nie miałam urlopu macierzyńskiego, ani wychowawczego. Parę godzin po porodzie, gdy inne położnice relacjonowały na Facebooku stan swojego krocza/dziecka/oddziału– ja grzecznie wrzucałam zlecenie dla pracodawcy. Na szpitalnym korytarzu, bujając nogą córkę w szpitalnej mydelniczce. Oczywiście mój ówczesny pracodawca gratulował i pytał czy aby na pewno nie potrzebuje wolnego (przecież nie jest potworem). Ale pytał również czy nie chciałabym sobie zrobić jednak przerwy, przecież zawsze, kiedyś w przyszłości, możemy wznowić współpracę…

Nie będziemy mieli emerytury. Z opieki medycznej nie korzystamy (na szczęście dzieci są ubezpieczone przez dziadków z etatami, jest taka opcja). Oczywiście można ubezpieczyć się dobrowolnie. To tylko 385,27 zł miesięcznie (plus „wpisowe” – czyli kara za lata nieubezpieczone).

Próbowałam kiedyś zarejestrować się w urzędzie pracy jako bezrobotna. Niestety, ten jest zrejonizowany. A tak się składa, że skoro nie mam swojego mieszkania, nie mam i meldunku w nim. Meldunek 300 km dalej. Koszty podróży?

Kilka lat temu, Urząd Pracy.Nie miałam zatrudnienia. I tak nie dostałabym żadnej zapomogi, zależało mi na ubezpieczeniu. Bardzo miła i chętna do pomocy Pani poradziła mi – Niech się Pani wymelduje i zostanie bezdomna, wtedy będę mogła panią zarejestrować u nas i nikt o nic pytać nie będzie … Kurtyna.

20 tysięcy ubezpiecza się dobrowolnie. Jest też około 800 tysięcy osób, za które ubezpieczenie płacą różne instytucje. Na przykład za bezdomnych składkę na ubezpieczenie zdrowotne opłaca budżet państwa. Za bezrobotnych pobierających zasiłek płaci powiatowy urząd pracy.(*gazeta)

Bardziej opłaca się być bezdomnym lub zasiłkowcem, niż sobie radzić w życiu…

Szkoda, że brak meldunku nie przeszkadza w ogóle w US, w którym płacę swoje podatki – ze względu na miejsce zamieszkania, a nie zameldowania. Postępowa instytucja! Za to w bibliotece publicznej już tak kolorowo nie jest, bo potrzebny jest meldunek – lub chociaż status studenta danego miasta… No ale taki bezrobotny, który podatków na tę bibliotekę nie płaci, sobie poczyta, czas ma. I ma to nawet sens, ja za bardzo czasu na czytanie nie mam, pracuję po 12-14 godzin dziennie…

I tak naprawdę nie wiadomo, czy wszyscy powinniśmy się z tego śmiać, czy płakać. I prawie każdy Polak, natrafia w swoim życiu na takie absurdy.

Przyszło nam żyć w wyjątkowo dziwnym kraju. Bez względu na to, kto aktualnie bawi się w rządzenie, bo o prawdziwej polityce, chyba mówić nie wypada. Przyszło nam żyć w kraju, w którym dążąc do poprawy sytuacji demograficznej – miast ludzi produkować, powoli się ich zarzyna. Tak, również teraz. W kraju absurdów. Dobrze zarabiam, na życie jednak niewiele mi zostaje. Program 500 złotych – jest śmieszny w obliczu tego, co dzieje się z całą resztą. Jak bardzo trzeba być krótkowzrocznym i cynicznym, żeby próbować sobie zaskarbić wdzięczność ludu tak absurdalnym rozwiązaniem?

Szanowna Pani Premier, Panie Prezydencie, Posłowie (obecni, byli i przyszli),

Nastawcie czasem uszu, wyjdźcie na spacer. Zobaczcie ludzi. Nie swoich krewnych obsadzonych po urzędach. To my klasa średnia. Też dzielimy się na tych biednych i tych bogatych. A wszystko zaczyna i kończy się nie na tym, ile zarabiamy, a na tym jak bardzo jesteśmy zaradni. Ci bardziej zaradni jakoś ciagną – innego wyjścia nie mamy, nie dla nas zasiłek, kredyt czy socjal. Przecież jak nie będziemy mieli na chleb albo dentystę, pożyczymy. A następny rok zamiast oszczędzać, spłacimy długi i zaczniemy od nowa. My, biedni bogacze…

PS: Jeszcze nigdy nie pojechaliśmy na wakacje.


Nie bądź księżniczką zamkniętą w wieży… Znajdź w sobie siłę

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 lutego 2016
Fot. Unsplash / Dmitry Zelinskiy / CC0 Public Domain

Skąd czerpiemy ten wewnętrzny napęd, który pomaga wstać z łóżka w najczarniejszy poranek? Co pozwala nam zebrać się w sobie wtedy, gdy wydaje nam się, że nie przetrwamy następnego dnia? W jaki sposób dochodzimy do tego momentu w życiu, kiedy wiemy, że praktycznie nie ma takich okoliczności, które mogłyby na złamać, że cokolwiek się wydarzy, prędzej czy później, będzie dobrze? Wszyscy mamy w sobie wewnętrzną siłę, energię, która nas napędza. Ważne, by umieć ją „ładować” jak akumulator. I nieważne jaką siebie teraz widzisz, co o sobie myślisz. Ty też możesz tę wewnętrzną siłę rozwijać i wzmacniać. W jaki sposób?

1. Buduj autentyczne, realne relacje z ludźmi

Nie takie, których podstawą jest kontakt przez media społecznościowe, kiedy wymiana myśli polega jedynie na zdawkowych komentarzach pod umieszczanymi na profilu wpisami i pozowanymi zdjęciami. Jako kobieta obserwujesz na pewno często uprzedmiatawianie naszego ciała, kreowany w mediach wizerunek kobiety jako obiektu seksualnego, intelektualnie pustego. Szczere, prawdziwe relacje z innymi ludźmi, wartościowe znajomości i przyjaźnie to kopalnia możliwości: wymiany intelektualnej, rozwoju emocjonalnego i stymulacja do rozwoju w ogóle. To umiejętność przykuwania uwagi swoją prawdziwą wartością, a co za tym idzie, całkiem spory kamyczek do twojego ogródka z wewnętrzną siłą. Gratyfikacja za to KIM jesteś, tam w środku.

2. Wzoruj się na silnych kobietach

Nie, nie każę ci być ani kobietą sukcesu, ani kobietą – męczennikiem. Ale myślę, że w najbliższym otoczeniu na pewno masz przynajmniej kilka silnych, odważnych kobiet, które imponują silną wolą i nawet najdrobniejszymi sukcesami. Warto je podpatrywać, czerpać z ich doświadczenia. Ich towarzystwo jest szalenie motywujące i napawające nadzieją. Choć niewiele z nas lubi kiedy się je poucza, kiedy daje się dobre rady, uwierz mi: czasem warto posłuchać innych kobiet. Zwłaszcza tych, którym się udało: pokonać kryzys, czy trudny emocjonalnie okres w życiu, przetrwać domowe piekło, walczyć każdego dnia z chorobą, odważyć się zmienić cokolwiek. Kontakt z taką energią mnoży twoją energię.

3. Nie bądź księżniczką zamkniętą w wieży i nie uzależniaj swojego szczęścia od innych

Nie czekaj aż ktoś cię uratuje. Ratuj się sama, bierz zawsze swój los w swoje ręce. Nic tak nie umacnia, jak przeświadczenie o tym, że najwięcej zależy od nas samych, że nie musimy czegoś innym zawdzięczać, że „dałyśmy radę”. Podstawą jest jednak umiejętność prawidłowego „wymierzenia”. Nie wyznaczaj sobie zbyt wysokich i nieosiągalnych celów. Już teraz, a tym momencie masz w sobie moc i siłę by zmieniać siebie, swoje życie. Nie czekaj na to, aż ktoś cię uszczęśliwi, nie uzależniaj swojego osobistego szczęścia od innych, od tego czy jesteś przez kogoś kochana. Najważniejsza dla naszego rozwoju jest tak naprawdę miłość do siebie samej. Oczywiście, w granicach rozsądku.

4. Wyjdź z roli ofiary

Być może mimo całkowitej zmiany twojej sytuacji, ciągle jeszcze bezpieczniej (tak!) czujesz się w roli osoby pokrzywdzonej. Te relacje znasz na pamięć, umiesz się w nich poruszać. Ale tkwienie w takim martwym punkcie nie doda ci siły. Siłę dają zmiany, wola zmian, wola rozwijania się. Odważ się przejąć funkcję tej, która potrafi walczyć o swoje szczęście i być szczęśliwa.

5. Stawiaj sobie cele i wyzwania

Życie w stagnacji, bez wewnętrznej motywacji i chęci „czegoś więcej” (mowa o drobnostkach, które pomagają szczęśliwie żyć) osłabia. Rozładowuje twoje wewnętrzne baterie. Jak to możliwe, skoro nie podejmujesz żadnych działań? Pustka jest po prostu bardzo męcząca. Wyznaczaj zatem drobne cele i odhaczaj je na swojej liście czerwoną kredką.

Zazwyczaj zadziwia nas jak wiele jesteśmy w stanie unieść. Ale to nie jest przypadek. To jak duża jest nasza wewnętrzna siła, to wynik naszych doświadczeń, odrobiny szczęścia i jeszcze tego wszystkiego, co dostajemy od innych ludzi. Więc życzę ci przede wszystkim dużo życzliwości ze strony najbliższych. To najlepszy napęd.


Zobacz także

Mężczyźni na portalach randkowych… Czyli dlaczego jesteś dla niego opcją, nie priorytetem, a on znika i nie dzwoni?

Czego większość z nas (nieświadomie) pragnie?

„Oddałbym wszystko, gdyby ktoś uświadomił mi, jakim dupkiem byłem dla mojej żony… Jej już nie ma. Ty o swoją możesz jeszcze zadbać”