Przestałam tworzyć iluzje. Odeszłam, dziś uczę się akceptować błędy z przeszłości

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 października 2017
Fot. iStock/JTSorrell
Fot. iStock/JTSorrell

Odchodziłam dwa razy. To o jeden za dużo. Powinnam odejść od razu i nie oglądać się za siebie, nie dawać nawet tej jednej, dodatkowej szansy. Nie zabierać sobie czasu, bo przecież i tak już wiele straciłam. Ale nie udało się, trudno. Muszę nauczyć się z tym żyć. Nauczyć się akceptować swoje błędy, wybaczać je sobie. To nie jest łatwe. Trudne jest to całe odchodzenie. Bo na spakowaniu walizek i zmianie adresu sprawa się nie kończy. Odchodzenie to proces emocjonalny, podczas którego musisz sprawić, że ważna dotąd część ciebie musi umrzeć. Po to, żebyś ty mogła żyć.

Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie – tego, że zasługuję na miłość. Na dobrą miłość, wspaniałe życie, na szczęście po prostu. Jasne, że tego chciałam, marzyłam o tym. Kiedy pojawił się on, miałam już dziecko z pierwszego związku. Nie zraziło go to – zakochał się we mnie, syna zaakceptował z radością. To było dla mnie najważniejsze. Poddałam się uczuciu, uwierzyłam w nie, zakochałam się. Stworzyliśmy rodzinę, we trójkę. Taką, o jakiej marzyłam, jakiej pragnęło moje dziecko. Pełną rodzinę. I iluzję związku opartego na miłości, szacunku, partnerstwie. Małżeństwem nie byliśmy długo. Szybko okazało się, że twoja miłość jest bardzo zaborcza i bardzo… trudna. Dlaczego nie zorientowałam się wcześniej? Nie wiem. Za pierwszym razem, gdy stałam po drugiej stronie drzwi własnego mieszkania, bez butów, w cienkiej koszuli błagając cię, żebyś wpuścił mnie do środka i modląc się, żebyś nie zrobił krzywdy naszemu synowi, usprawiedliwiałam cię każdą myślą. Tak trudno było mi zrozumieć, że ktoś kto kocha tak mocno jak ty, kto wielkimi gestami udowadnia mi swoją miłość, może być zdolny do okrucieństwa, przemocy, do najgorszego. Uciekłam, ale szybko wróciłam. Płakałeś, obiecywałeś, że się zmienisz. Chciałam, żeby bajka, którą wymyśliłam i którą opowiadałam o nas wszystkim wokół, była rzeczywistością. Za drugim razem, zmądrzałam. Przestałam zakrywać siniaki, przestałam okłamywać bliskich. Przestałam tworzyć iluzje i zaprzeczać temu, że nasz związek w niczym nie przypomina kolorowych zdjęć przedstawiających dwoje, bardzo szczęśliwych ludzi. Odeszłam naprawdę.

Jestem sama. Nie, to wcale nie jest łatwe. Jasne, że jest teraz lepiej – spokojnie, bezpiecznie, dobrze. Otaczają mnie ludzie, którzy mnie wspierają i kochają. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjęłam najlepszą decyzję. Wracam do równowagi. Choć, czy to na pewno już ten etap? Dużo płaczę, wydawałoby się, bez powodu. Ale ja płaczę, bo przeżywam żałobę po moim niedanym związku. Mocno wrosłam w tę moją bajkę, w iluzję, którą wspólnie tworzyliśmy. I w swoją rolę. Rozstanie boli, bo pozbywam się właśnie sporej części mojego dotychczasowego „ja”. Uzależniłam się trochę od swojej roli ofiary. Poddawałam się jej biernie, pozwałam mojemu mężowi kierować moim życiem, uwierzyłam, że słowa, którymi mnie określał, rzeczywiście mnie definiują. Że zasłużyłam na wszystko, co mi się przytrafiło. Dziś, odzyskana wolność przeraża mnie trochę. Oczywiście – oddycham, nikt mnie nie obraża, nie zabrania mi wrócić do własnego domu, nie straszy, że mnie „zniszczy”. Ale boję się, czy znajdę w sobie siły, by znów być sobą – niczego nie udawać, cieszyć się moim spokojem, doceniać to, kim jestem.

I tak, ciągle jeszcze zdarza mi się za NIM tęsknić. Mimo wszystko. Denerwuje mnie to, martwi, boli głęboko w środku. I to również uczę się akceptować – emocje, których nie wolałabym nie odczuwać. To część mojej terapii, niezbędnego elementu mojej nowej rzeczywistości.

Nie, nie zawrócę z mojej drogi, jestem już „po drugiej stronie”. Przeżyłam złą miłość, zapamiętam ją, ale już do niej nie wrócę, bo poznałam tę destrukcyjną moc. Czasem bardzo boję się momentu, w którym znów kogoś pokocham. Boję się marzyć o dobrej miłości. Boję się pomylić, ale nie chcę też myśleć, że nic pięknego już mi się nigdy nie przydarzy. Jestem w „zawieszeniu” między tym, co się wydarzyło, a nadzieją na to, że mogę być jeszcze prawdziwie szczęśliwa. Ta niepewność samej siebie jest chyba najtrudniejsza. Ale jeśli uda mi się ją pokonać, jeśli uwierzę, że zasługuję na to, co najlepsze, będę w stanie w końcu pokochać właściwą osobę.


Zamiast mówić o tym, co złe, powiedz… Dobro wraca do ciebie. Dlaczego nie uczymy tego naszych dzieci?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
12 października 2017
Fot. iStock
Fot. iStock

„Karma wraca…”, „To ty możesz zmienić swoje i czyjeś życie”, „Róbmy dobro…” – lubimy te hasła. Pięknie prezentują się na naszych facebookowych tablicach, dodają nam skrzydeł, motywują. A jak często używamy tych narzędzi, by pokazać naszym dzieciom, co dane światu dobro może zdziałać? Zbyt rzadko…

Ile razy opisując rzeczywistość czy próbując rozwiązań konflikt między dziećmi, sami zapominaliśmy o tej prostej i jakże ważnej zasadzie? Przykładów nie trzeba daleko szukać…

Zamiast mówić o tym co złe, powiedz… dobro wraca do ciebie

To my uczymy nasze dzieci tego, jak oswajać świat. Pokazujemy, każdym swoim zachowaniem, czy opłaca się być dobrym – tak zwyczajnie, bezinteresownie. I choć wolelibyśmy pewnie myśleć, że coroczna zbiórka karmy dla schroniska albo „piątka” w WOŚP-owej skarbonce wystarczy, jest inaczej… Dzieci nasiąkają tym, co otacza je codziennie.

Zamiast omijać szerokim łukiem bezdomnego, zainteresuj się nim…

Mamy taką tendencję, że gdy idziemy z dzieckiem i mijamy bezdomnego, żebraka, a nawet staruszka, zaczynamy obierać jak najdalsze trajektoria. „Może nie zauważy…”. Jakby szarość tego świata mogła nas zarazić albo nie istniała tak długo, jak długo nie musimy z bliska jej oglądać.

A przecież warto pomagać. Nie mów, że na pewno wszystko przepije – nie musisz dawać pieniędzy, czasem wystarczy, że taka osoba przestanie być niewidzialna, że poślesz jej uśmiech, powiesz dzień dobry, zapytasz, czy nie potrzebuje pomocy, jedzenia, szklanki wody.

A co, jeśli nie będzie uprzejmy i nie odwzajemni dobra? Cóż, w życiu i tak bywa, ale czy nasza niechęć, zamieni taki świat na lepszy?

Zamiast mówić „on/ona jest zły”, spróbuj pomóc…

Ile razy zdarzyło nam się skwitować, że inne dziecko jest: złe, niegrzeczne, niewychowane itd.? Szczególnie, gdy mowa o sytuacjach kryzysowych. Bronimy jak lwy naszych dzieci. Róbmy to dalej, ale pamiętajmy o tym, że świat nie jest czarno-biały.

Rozmawiajcie z dzieckiem, tłumaczcie i pytajcie. Tak, on/a zrobił/a źle. Ale pomyślmy, dlaczego tak się stało. Uczmy asertywności, żeby nasze dzieci potrafiły się przed agresją bronić… ale uczmy też empatii. Być może ktoś w ten sposób woła o pomoc?

Zamiast piętnować czyjąś biedę, wyciągnij rękę…

Dzielimy. Nie celowo, a podświadomie. Są w klasach naszych dzieci, ci inni – dzieci, które „nie pasują”, te których się boimy, czasem myślimy „ta patologia” i nawet wstydzimy się tych myśli, ale instynktownie  staramy się trzymać z daleka. A przecież tak dobrze wiemy, że nie wybieramy sobie życia… i że niektóre dzieci, już na starcie zepchnięte na margines nigdy nie otrzymają swojej szansy. Nikt nie zaprosi ich po południu do domu, nie kupi im książki, nie powie: „ale piękny obrazek”. A może jedno takie popołudnie było najwspanialszym prezentem od losu? Tym momentem, który zmieni wszystko w ich życiu?

Zamiast mówić „przyjaciele się na ciebie wypną, musisz dbać o siebie”, powiedz: „każdy z nas potrzebuje kogoś bliskiego”

Jeśli nauczysz dziecko, że ludzie i świat są źli, że może liczyć tylko na siebie, załadujesz mu na plecy bagaż, którego bardzo trudno się pozbyć. Bagaż, który trudno jest udźwignąć.  To jak definiujemy świat, w dużej mierze zależy od nastawienia.

Nie, nie kłam i nie udawaj, że życie jest różowe jak puchata chmurka. Mów o tym, że ludzie nas zawodzą, ale to nie znaczy, że nie warto w nich wierzyć. Każdy może się zmienić, każdy zasługuje na swoją szansę. Przecież to ty, ja – tworzymy ten świat.

Zamiast mówić „sam świata nie zmienisz”, powiedz „spróbuj, czasem drobiazg może odmienić czyjeś całe życie”…

Ile razy nasz dorosły cynizm i sceptycyzm zabijał dziecięcy zapał do pomagania? Nie, skarbie, to nic zmieni – mówimy chcąc zaoszczędzić naszym dzieciom rozczarowań, czasu… To prawda, że jedno dziecko ma niewielkie narzędzia do poprawiania świata, ale gdy sami się do tego dołączymy, to już znacznie więcej, prawda?

Zamiast głowić się, jak to zrobić – poczytaj z dzieckiem książkę!

A najlepiej taką, która w prosty i zarazem piękny sposób mówi o życiu. O tym, że nie wszyscy mamy na starcie równe szanse, że życie czasem bardzo nas obciąża… i o tym, że czasem wystarczy przypadkowo znaleźć małego anioła, który zmienia świat…

11 października ukaże się „Opowieść o Angelinie Brownie” wydana nakładem Wydawnictwa Zielona Sowa. Genialna książka, pokazująca w bardzo namacalny sposób, że warto „robić” dobro. Że taki mały anioł znaleziony w kieszonce, może sprawić, że nagle zrobi się ciepło, promienne, lepiej. I że takim metaforycznym aniołem może być najdrobniejszy dobry gest i wyciągniecie do kogoś ręki…

Opowieść o Angelinie Brownie

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Wiek: 9+
Liczba stron: 272


Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa


Od jutra zmiana przyzwyczajeń. Wiesz, czego nie należy robić tuż po przebudzeniu?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
11 października 2017
Fot. iStock/filadendron
Fot. iStock/filadendron

Wiesz już, że nie należy późno kłaść się spać i lepiej też zrezygnować z wieczornego drinka, by rano po prostu obudzić się, a nie zmartwychwstać. Idziesz więc do łóżka o stałej porze, nie jesz przed snem, gasisz wszystkie światła w pokoju, a mimo to nie możesz rano dojść do siebie, jesteś poirytowana i masz problemy z koncentracją w pracy. Bardzo możliwe, że o poranku, zaraz po przebudzeniu popełniasz kilka podstawowych błędów.

Zaliczasz kilka drzemek

Budzik dzwoni po raz pierwszy, a ty zamiast wstać, naciskasz przycisk drzemki. Potem znowu i znowu. To duży błąd, ponieważ w ten sposób kilka razy wybudzasz się ze snu, co totalnie rozstraja organizm. Gdy jutro budzik znów zadzwoni, po prostu wyłącz go i wstań. Żadnych drzemek!

Zwijasz się w kłębek

To właśnie rozciąganie i przeciąganie się w łóżku dodaje nam sił i energii. Jeśli po przebudzeniu przekręcasz się na drugi bok, obierasz pozycję embrionalną i otulasz się kołdrą, zbyt szybko się nie rozbudzisz.

Wstajesz w ciemności

Światło daje nam sygnał, że czas już się obudzić. Latem wystarczy odsłonić zasłony tuż po przebudzeniu. Jesienią i zimą warto zapalić lampkę. Zdecydowanie łatwiej wstać, gdy wokół jest jasno.

Sprawdzasz pocztę

I to najczęściej jeszcze w telefonie, leżąc w łóżku. W ten sposób już po otwarciu oczu wywołujesz u siebie stres. Jeśli dodatkowo chodzi o pocztę służbową, zaczynasz żyć pracą, zanim jeszcze przekroczyłaś próg biura.

Robisz wszystko bardzo dokładnie

Rano najlepiej działać na autopilocie, zamiast wysilać swój mózg. Energii musi bowiem starczyć ci na cały dzień. Nie przykładaj zbyt wielkiej uwagi do porannych czynności.

Pijesz kawę

Jeszcze do końca nie wiesz, jaki dziś dzień tygodnia, a już grzejesz wodę na kawę? Niedobrze. Pierwszą filiżankę powinniśmy pić dopiero po 9:30. W przeciwnym razie zmniejszy się produkcja kortyzolu, hormonu, który dodaje nam energii. A najlepiej w ogóle zrezygnuj z kawy. Na początku będzie ciężko, ale efekty naprawdę cię zaskoczą.

Zostawiasz niepościelone łóżko

Tuż po przebudzeniu powinnaś zrobić porządek z pościelą. To bardzo dobry nawyk, ponieważ pozwala nam w pełni „zakończyć porę snu” i przejść do kolejnych elementów dnia codziennego. Co więcej, dzięki temu łatwiej będzie ci wieczorem zasnąć, gdy pójdziesz do sypialni, w której panuje ład i porządek.

Źródło: Business Insider


Zobacz także

Fot. istock/ViewApart

Skąd wiesz, że już nie kochasz? To wcale nie musi być „takie proste”

Facet z odzysku... Jak żyć z rozwodnikiem?

Facet z odzysku… Jak żyć z rozwodnikiem?

Fot. iStock/AleksandarNakic

Partner z odzysku. Rozwód może nas nauczyć, jak być lepszym w kolejnym związku