„Proś, walcz, a potem żyj!”, czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
7 kwietnia 2016
„Proś, walcz, a potem żyj!", czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej
Fot. Unsplash / dahiana candelo / CC0 Public Domain
 

Gdzieś w internecie przeczytałam list pewnej dziewczyny. Kilka lat temu porzucił ją mężczyzna. List był smutny, utrzymany w duchu rezygnacji, pełen wstydu. Wstyd dotyczył „upokorzenia” przed mężczyzną. Dziewczyna, tuż po rozstaniu, prosiła byłego partnera, żeby został, błagała nawet, pisała SMS-y, dzwoniła. Do tej pory (auć) pamięta to jak zachowała się bez klasy. Pod listem słowa wsparcia od innych kobiet. One też cierpiały, też błagały, też nie mogą się podnieść. Jedna napisała: minęło 10 lat. Jestem w tym samym punkcie co ty.

Nie mogłam oderwać oczu od ekranu monitora. Dziesięć lat?????? Dziesięć lat pamiętać o jakimś dupku, który zapakował się bez słowa i ożenił z inną. Dziesięć lat pięknego życia, gdy można podróżować, pracować, zasypiać i budzić się lekko? Nie–do–wiary.

Jeśli jesteś tuż przed rozstaniem (on wygląda na średnio zaangażowanego i po prostu widzisz jak się wycofuje), tuż po rozstaniu, albo sporo po rozstaniu i bliskie są ci słowa tamtej dziewczyny, błagam, natychmiast się ogarnij. To jest po prostu niemożliwe, żeby piękna i młoda osoba (starsza to już tym bardziej, bo serio szkoda sekundy) rozpaczała i każdą sekundę poświęcała mężczyźnie, który jej złamał serce. Na miłość boską!

I nie ma żadnego znaczenia, że przez chwilę go prosiłaś. Pokaż mi kobietę, która nigdy nie walczyła o związek. Jeśli ją znasz albo sama nią jesteś– szacun. Ale ile z nas takich jest? Ja znam jedną. Dobra. Partner powiedział: „odchodzę”, ta powiedziała: „dobrze”. Zachowała klasę, to pewne. Tyle, że potem przez kolejne lata zastanawiała się czy na pewno wszystko zrobiła? A może mogłaby zareagować inaczej? A zawalczyć? A postarać się? A może to by wszystko zmieniło?  Czy to czasy „Ani z Zielonego Wzgórza?”. Nie, to nie te czasy. Zawalcz jeśli ci zależy, ale jeśli widać, że to nie działa – weź klocki i do widzenia z tej piaskownicy i nawet nie patrz w tamtą stronę, bo po co?

I nie wyrzucaj sobie, że tak się upokorzyłaś. Świetnie zrobiłaś. To naprawdę lepsze niż wzdychanie i czekanie aż on zrozumie (na pewno się pomylił, zrozumie, zatęskni i inne srutututu).  Już lepiej usłyszeć jasno: „nie” i „nie” i „nie” niż czekać i tworzyć setki scenariuszy.

Ale zapamiętaj jedno – żaden mężczyzna, który cię nie chciał, nie jest wart myślenia o nim ileś lat. Życie jest zbyt piękne i to mówi doświadczona kobieta dobijająca czterdziestki (koszmar, zło;-) ).

W ramach witania wiosny urządziłyśmy sobie z przyjaciółkami wieczór wspomnień. Płakałyśmy… ze śmiechu. Każda była przynajmniej raz w życiu porzucona, wyrabiałyśmy naprawdę dziwne rzeczy, żeby kogoś odzyskać. Nie spałyśmy, rozpaczałyśmy, wydzwaniałyśmy do siebie co pięć minut. Żeby tylko do siebie. Do tych potworów (eks) też.

Oto lista rzeczy, którą potrafią zrobić zrozpaczone byłe kobiety

– pisać epistoły o treści: „Daj nam szansę, wciąż wierzę, że możemy być razem, myślę o tobie wciąż, nie ma rzeczy, której nie moglibyśmy zrobić razem”( mam mdłości na samą myśl. No pewnie, że zdarzyło mi się coś takiego napisać. Zachowałam nawet.

– pisać listy w stylu: „Szanuję twoją potrzebę odejścia, ale nigdy nie zapomnę” (hit mojej przyjaciółki)

– wystawać pod blokiem w środku nocy (no ja jednak nie, ale moja przyjaciółka spędziła pięć godzin, w mrozie, przed blokiem eks, bo chciała sprawdzić o której wróci – hmm, nie wrócił ). Ja tylko biegłam za narzeczonym boso po śniegu. 😉

– przejeżdżać po jego oknami w ciągu dnia (robiłam to i myślałam. Chlip, chlip, ale było cudownie – jasne, akurat, jakby było nie poszedłby w diabły)

– podglądać go na Facebooku, pisać posty specjalnie dla niego. Przecież to nie przypadek, że kobiety stają się po rozstaniach bardziej aktywne na portalach społecznościowych ( tak, te powyżej dwudziestki też)

– chodzić w miejsca gdzie on chodzi, żeby wyglądać świetnie i żeby zrozumiał co stracił

– wymyślać historie jak ci jest świetnie i opowiadać wspólnym znajomym

– niszczyć jego mienie. To akurat uważam za niedopuszczalne, chyba że…. Gdy moją znajomą mąż porzucił po tym jak dowiedział się, że ma raka i będzie musiała przejść  mastektomię – przyjaciółki porysowały mu samochód. Przepraszam, wsparłam całym sercem. O zła ja.

– życzyć jego nowej kobiecie najgorzej (prawie najgorzej), no dobra, nie tak dobrze jej życzyć.

– uważać, że on jest i tak twój i żadnej tak nie pokocha (co najgorsze mówić to wspólnym znajomym)

Uff. Odetchnij. Nie martw się, że nie masz godności, jesteś nikim, upokorzyłaś się, zniszczyłaś. Jesteś świetną dziewczyną, która zakochała się w kimś kto w niej się odkochał (albo nie kochał nigdy).

To się zdarza. Zdarza, gdy masz lat 20 i 40. Trudno. Takie życie. Płacz, płacz, rozpaczaj, a potem zajrzysz w przyszłość. Tam jest naprawdę świetnie i wiele kobiet porzuconych ci to powie.

Ja mówię też :).

Porzucić cię musi ktoś, by właściwy mógł pokochać cię :).


Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
11 kwietnia 2016
Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

Moja babcia zawsze powtarzała: jeśli mężczyzna chce, to cię znajdzie. Nawet na końcu świata. Babcia (zresztą nie jedna taka babcia to powtarzała) żyła w dobrym związku przez iks lat, dziadek za nią szalał. On za nią – zaznaczę (ona po prostu kochała).

Nieraz zdarzyło mi się łamać zasadę babci – nigdy dobrze nie kończyłam.

Nie oszukujmy się, zawsze gdy ją łamałam – kończyłam tragicznie (miłośnie tragicznie, rzecz jasna).

Wiadomo, czasy się zmieniły. Jak on ma nas znaleźć na końcu świata, gdy po drodze do końca świata jest tyle pięknych i mądrych kobiet?

Jednak z rozpaczą patrzę na kobiety, które starają się bardziej niż powinny (to mi też przypomina moją nie chlubną przeszłość, przyznaję się bez bicia). Męczą, dręczą, wyjaśniają. Żołądek mnie boli ze stresu niemal, bo skoro on nie odpowiada na wiadomości (na fejsbuku, tinderze, w telefonie) przez dwa dni, a nie umarł, bo jest aktywny na portalach społecznościowych – to po co pisać do niego jeszcze?

Przyjaciółka (zgodziła się, bym o niej napisała) poznała ostatnio faceta. Flow było szalone, wybierałyśmy już niemal dla niej suknię ślubną, choć to poważna pani fizyk. I raczej nie ulega emocjom. Dobra, koloryzuję, ale było magicznie.

Facet (czyt. Książę na białym koniu, o my głupie)  zaczepił ją na fejsie (mieli wspólną koleżankę). Pisali do siebie niemal 24 godziny na dobę przez 16 dni. Tak, dla statecznej żony i matki (ja) 16 dni to nic. Ale przypomnijmy sobie, ile może zdarzyć się przez ponad dwa tygodnie, gdy życie nabiera tempa. Można umrzeć (przepraszam), urodzić dziecko, dowiedzieć się o zdradzie, zmienić pracę. 16 dni to wieczność na życiowe rewolucje. No więc przyjaciółka przeżyła życiową rewolucję. Przez 16 dni była non stop podłączona do sieci. Jej „wybranek” również. Opowiedzieli sobie życie, przeszłość, pili ze sobą poranną kawę i herbatę. Wiedziała czego się boi, znała jego godziny pracy, snu i wk*rwu. Śmieszne? Hmm, być może – ale przecież mnóstwo ludzi się tak poznaje i zdarzają się szczęśliwe zakończenia.

Był poważnym architektem. Widniał w spisie architektów, znamy biuro, w którym pracował, wspólna koleżanka powiedziała, że to świetny gość, tylko po przejściach (o czym zresztą powiedział przyjaciółce).

Ostatnia wiadomość od pana X. przyszła popołudniu w pewien piątek: „Zadzwonię jutro, chcę porwać cię w końcu na kolację”. W sobotę o 15.00 przyjaciółka napisała: „żyjesz?” – odpowiedzi brak. Myślałyśmy, że może pan zabalował.

– Oj, pamiętasz, Mąż MŻK (czyli mój) też zabalował na początku znajomości,  nie dzwonił dwa dni, umierałam. Pamiętasz?

– No pamiętam – jęknęła ona.

– To luz– rzuciłam ja.

W niedzielę rano argument przestał mieć sens, szczególnie, że Książę (czyt. gad) zaczął być aktywny na fesbuku. „Nie do wiary” zamruczałam. Przyjaciółka znów napisała do niego: Hej, co się dzieje?

Obudziła się już we mnie moja babcia, więc tłumaczyłam: nic nie pisz, rozumiesz?

Oczywiście, oczywiście.

Oczywiście, jedno mówimy przyjaciółce, drugie robimy. Napisała. AAAAA, ratunku. Nie odpisał, choć wyświetlił. Więc ona znów, że nie rozumie i dlaczego. „Przestań, do diabła, pisać” wrzasnęłam. A ona, że nie pojmuje i chciała, by wiedzieć, że najgorsza prawda lepsza i tak dalej. Z jednej strony rozumiem, z drugiej….

Mam kumpla. Łamacz serc, pan znikający. Pyta czasem: czy jeśli ja nie piszę dwa dni to nie jest dowód, że powiedziałem już wszystko? Złoszczę się, wkurzam. Może i dowód, ale słaby. Brak klasy, szacunku i tak dalej. Ale jedno, to ocenić faceta znikającego, drugie zrozumieć, że my, baby, czasem naprawdę nie rozumiemy.

Istnieje 5 powodów dla których on nie odpisuje

– umarł (bardzo rzadko)

– zabalował (zdarza się, patrz Mój Mąż – po pierwszej randce, zamilkł na weekend. Milczałam dzielnie. W niedzielę rano napisał, że zabalował. Może kłamał, ale jednak ożenił się ze mną:) )

– musi sobie przemyśleć (tym bardziej milcz)

– przestraszył się (tym bardziej milcz)

– olał (i ty chcesz pisać?!)

– Coś się stało poważnego (słowo, wyjaśni to w końcu – patrz Mój Mąż)

Mój przyjaciel Pan Znikający wciąż podrywa laski na Tinderze. Uwodzi, bajeruje, ulatnia się. Mówi: Rany, to sport. Z większością wcale nie chce się spotkać, sprawdzam się. Jeśli chcę – piszę.

Napisz jedną wiadomość: wszystko ok? Żeby nie było, że on umiera, a ty jesteś księżniczką. Ale poza tym– MILCZ.

PS. Zdarzają się gorsze przypadki niż ten przyjaciółki. Facet potrafi zniknąć po czterech miesiącach. Tak było w przypadku A.

Tłumaczyłyśmy go (durne te wspierające koleżanki). Mówmy lepiej prawdę, a nie mydlmy oczy.

– zachorował (rak, zawał – nie chce cię ograniczać)

– zachorował na duszę (ciężka depresja, nie ma siły wstać)

– miał wypadek (akurat)

– dużo pracy (Boże, powiedziałam to, sucz nie przyjaciółka)

– szuka sensu ( aućććć)

Po kilku latach Uciekinier powiedział A. dlaczego nie pisał. Prawda bolała nas wszystkie: „Pisała do mnie była, poznałem nową, i jeszcze jakąś. W pewnym momencie zacząłem się gubić. Uciąłem więc wszystkie”. Dżizaaaaaaas.

Mąż MZK mówi: Jak naprawdę chce w końcu zadzwoni. To napisz.

Po chwili: No chyba, że ona złamała mu serce.

Po dłuższej chwili: Rany, napisz, że jak kocha zawsze zawalczy. Jak ja o ciebie.

Dajmy facetom czas, kochane.


„Przepraszam, jutro już wstanę”. O silnej kobiecie, która przeżywa załamanie

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
29 lutego 2016
Fot. iStock / da-kuk

Muszę odpocząć. Chcę zawinąć się w kołdrę. Chcę oszukać, że jestem chora. Chcę powiedzieć wszystkim, że nie mam nic do powiedzenia więcej, nic do zrobienia i jest mi tak smutno, że żadne „będzie dobrze” mi nie pomoże. Ani żadne „rozumiem”, ani „przykro mi”. Nie chcę poniedziałku. Ani nie chcę wtorku. Środę też mam w dupie. A weekend mnie nie interesuje. Za chwilę będę znów silna. Wiem to. Ale teraz nie jestem.

Lubiłam swoją siłę. I radość. Inni też ją lubili. Dziś świat jest bardziej klarowny niż kiedyś – nie lubimy maruderów, pesymistów, nazywamy ich energetycznymi wampirami. Bardzo bałam się być energetycznym wampirem. Więc dużo się śmiałam.

Śmiałam się, gdy moi rodzice się rozwiedli i z dnia na dzień zostałam sama z mamą. Myślałam, że tym śmiechem pomogę mojej mamie, która śmiała się mało. Za to dużo płakała. Wtedy pomyślałam, że płacz nie jest fajny. Obiecuję, rzadko płakałam. Pierwszemu narzeczonemu, który mnie rzucił powiedziałam tylko: „okej”. Drugiemu, któremu mnie zdradził, spakowałam wszystkie rzeczy w worki na śmieci i wystawiłam na klatkę. Zmieniłam zamki. Nie płakałam ani razu.

Uważałam, że płacz jest słabością i wrzeszczałam na przyjaciółki, że płaczą. Kazałam im brać się w garść, uprawiać sport i seks bez zobowiązań.

Śmiałam się, gdy raz w życiu zwolnili mnie z pracy. Może inaczej: powiedziałam wszystkim, że w porządku, że to nic. Tak czułam. Powiedziałam też sobie, że to śmieszne się smucić i oni jeszcze zobaczą. Założyłam własną firmę i stałam się konkurencją dla tych, którzy mnie zwolnili. Groźną konkurencją.

Nic nie było w stanie mnie złamać. Nic. A któregoś dnia złamał mnie poranek. Że trzeba w ogóle wstać. Że umyć zęby i włosy. I odwieźć dzieci do szkoły.

Najpierw poszłam do internistki.

– Umarł ktoś? ( słucham???)

– Ale w jakim sensie?

– Czy ktoś umarł, że pani nie śpi, a potem nie może wstać?

– Nie umarł.

– A przeżyła pani stratę?

– Nie.

– To dlaczego pani nie śpi?

(a skąd ja mam to wiedzieć, babo ty, czy poszłabym do ciebie, gdybym wiedziała dlaczego?!)

To był pierwszy razy, gdy zrozumiałam, że silne kobiety nie mogą się załamać. Jeśli mam dom, pracę, pieniądze to muszę się cieszyć.

– Ej, ale o co ci chodzi? Zdrowa jesteś? Ciesz się.

– Rany…… Ty? Nigdy nie widziałam cię w takim stanie

– Trzeba chcieć.

Tak, wiem. Trzeba. Obiecuję, przysięgam, też to mówiłam. A potem leżąc w łóżku widziałam, że pięć metrów dalej jest łazienka. „Później”, pomyślałam. Później umyję zęby, zadzwonię służbowo, zrobię co mam zrobić. „Później”. To takie kojące słowo. Poczucie winy jest ogromne, bo naprawdę wiesz, że twoje problemy są żadne. Ktoś obok walczy o życie, ktoś się rozwiódł, ktoś ma chore dziecko. Masz świadomość śmieszności siebie, ale to twoje ciało mówi „nie”. Biegasz do kolejnego lekarza ( neurologa, bo wciąż boli cię głowa), okulisty ( bo tracisz wzrok w prawym oku ), kardiologa ( bo budzisz się z tak walącym sercem, przecież musi coś być).

W końcu trafiasz do psychiatry i słyszysz: „Przecież to stany lękowe i depresyjne”. I ktoś wreszcie zadaje ci pytania, których wcześniej nie zadawał ci nikt. Dlaczego ma pani poczucie winy? Dlaczego nie daje pani sobie prawa do uczuć?

Kochani,

też tego nie wiedziałam. Bo byłam tą silną, która ganiła innych. Ogarnięta w pracy, w domu, ogarniętą wszędzie. Ale czasem koniec, nul. I nie o to chodzi, że nie wstaniesz zawieźć dzieci. Oczywiście, że wstaniesz. I nie o to chodzi, że nie zrobisz pracy. Oczywiście, że zrobisz. Chodzi o to, że któregoś dnia po prostu czujesz tę obezwładniający smutek. I każdy krok jest walką, i kawa poranna, o której moja koleżanka, w depresji mówiła, że była dla niej wyczynem. Wstawienie ekspresu, naszykowanie córki do szkoły, zawiezienie jej. Codzienność. Sklep, zakupy, tankowanie i tłum w supermarkecie. Coś co kiedyś było oczywistością.

Pomyślałam, że częścią depresji jest wcześniejsze udawanie, że jest tak śmiesznie, nic nas nie dotyka. A przecież rozwód jest bólem i każde rozstanie. I strata pracy. Nie udawajcie. Lepiej naprawdę wyć po rozstaniu, użalać się nad sobą niż później, bez powodu, stać 20 minut przed marketem i zastanawiać się: „wejść czy nie wejść”, bo tak się boisz Nie Wiadomo Czego. Tłumu, hałasu i światła. Ból nieprzeżyty zawsze wróci.

Lepiej przeżywać wszystkie rzeczy na bieżąco, bo one później, zebrane wybuchają ze zdwojoną siłą. W związku, w przyjaźni, w pracy.

Lepiej nie być panią silną. Lepiej być kobietą świadomą, która nazywa uczucia. Wie, co jest stratą, co zdradą, co odrzuceniem, co złością, a co żalem.

Największą mocą wcale nie jest mówienie: „dam radę” , ale raczej: „Dziś się czuję ch…., ale jutro, pojutrze znów to ogarnę”.

A ludzi w depresji (smutku?) boli:

– przemijanie

– choroby bliskich

– choroby obcych

– rozstania bliskich i obcych

– śmierć (wszędzie widzisz tylko śmierć)

– inni ludzie (którzy nigdy nie będą tak empatyczni, żeby zrozumieć cierpiącego, ale to nie jest ich wina)

– oni sami ( że nie są silni, bardzo się tego wstydzą i czekają aż znów będę silni)

Dobra, boli ich wszystko. Ale to naprawdę mija. Nie mówcie im, że będzie dobrze i o co im, k….chodzi, bo są zdrowi. Przytulcie i powiedzcie, że jesteście.