„Kiedy potrzebujesz spodni albo majtek, po prostu je sobie kupujesz. Ja nie. Nie mów, że to nasze pieniądze. Tak długo jak muszę cię o nie prosić, nigdy nasze nie będą”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 listopada 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Drogi mężu,

poprosiłam cię wczoraj, żebyś przelał mi pieniądze, bo muszę zrobić opłaty. Miałam wtedy na koncie 60 złotych. Przelałeś 300.

Trzysta złotych to niemało, ale to nawet nie jedna trzecia opłat, które muszę zrobić. Mówiłam ci to nie raz, zresztą nie musisz tego zapamiętywać, za każdym razem, gdy wydaję pieniądze, dostajesz powiadomienie na swoim telefonie. Nikt mnie to tego nie zmuszał, po prostu uważam, że każdy z nas powinien wiedzieć, ile mamy pieniędzy i na co je wydajemy. I właśnie dlatego to, co jakiegoś czasu robisz, to przemoc ekonomiczna. Ale powoli, opowiem ci o świecie, w którym teraz żyję, a ty nie.

Nie dostałam jeszcze pensji w tym miesiącu, wiesz o tym doskonale, bo masz dostęp do mojego konta. Ja do twojego nie. Nie wiem też, kiedy ją dostanę, firma ma od kilku  miesięcy problemy. Płaci, ale musimy racjonalne „dzielić” przelewy. Duży klient nie zapłacił faktury, US ściągnął za nią VAT – straciliśmy płynność, zero zaskórniaków. Dlatego w tym miesiącu jest gorzej niż zwykle, gorzej dla mnie. Dopóki dostawałam swoją pensję, jak w zegarku, byłam w stanie uregulować wszystkie rachunki i bieżące sprawy. Dla mnie nie zostawało.

Ponieważ od dziesięciu lat nie możesz zrozumieć, dlaczego mnie tym krzywdzisz, dzisiaj po raz ostatni ci to wytłumaczę.

Nie wiem, ile zarabiasz. Ani razu odkąd masz nową pracę z wysoką pensją nie odpowiedziałeś wprost na moje pytanie.

Nie wiem, ile masz oszczędności. Ja nie mam żadnych.

Czym różnią się nasze życia? To bardzo proste

Kiedy ty cokolwiek chcesz sobie zaplanować, po prostu to robisz. Ja nie

Nie wiem, ile mamy pieniędzy, czy będzie nas na coś stać. Pewnie tak, skoro nie wkładasz zbyt wiele do domowego budżetu (wiem, że się teraz oburzysz, bo ostatnie trzy miesiące musisz dokładać więcej, ale spójrz bardziej wstecz, i policz realnie). Ale nie planuję, nie umiem i nie chcę tak żyć. Przeszkadza mi również twoja zdawkowość. Gdy pytam, odpowiesz: stać nas lub nie stać. Cyfry są tajemnicą, nie traktujesz mnie na równi ze sobą. Czuję się gorsza, zależna, bez możliwości decydowania. I nie tylko się czuję. Bo jeśli nie mam żadnego wpływu na decyzje finansowe, które podejmujesz, to już nie tylko moje odczucie. To fakt.

Kiedy potrzebujesz spodni albo majtek, po prostu je sobie kupujesz. Ja nie

Bo albo wiem, że nie zmieści się to w budżecie z mojej pensji albo muszę cię poprosić, żebyś mi dołożył na to pieniądze. Nie mów proszę, że to się nie liczy, bo przecież nie odmawiasz. Za każdym razem, kiedy muszę prosić cię o przelew, czuję się poniżona i tracę swoją decyzyjność – bo bez względu na to, czy zgodzisz się czy nie – to już nie jest tylko moja decyzja.

Mówiłam ci to wiele razy. Nie reagujesz na to.

Tak, nie zabraniasz mi kupić stanika, to prawda, ale ja muszę cię o tym poinformować, bo sama nie mam na niego pieniędzy – widzisz teraz tę przepaść?

Kiedy coś mi się stanie, nasza rodzina będzie miała z czego żyć. Kiedy coś stanie się tobie – nie

To ty masz oszczędności i zarabiasz dużo więcej. Gdyby coś ci się stało, nie mam żadnego dostępu do pieniędzy. Frustruje mnie to i stresuje. Też o tym rozmawialiśmy. Nie przekonuje cię to zupełnie. Nie chcesz też przyjąć do wiadomości, jak ciągną się bankowe formalności. To nie słowa rzucane na wiatr – przechodziłyśmy to z mamą po śmierci taty. Wiesz o tym. Gdyby nie miała dostępu do konta, zostałaby na kilka miesięcy z ręką w nocniku.

Czuję się jak dziecko, które dostaje kieszonkowe

Nie było to tak wyraźne dopóki nasze zarobki były porównywalne, bo nasze życia aż tak się nie różniły. Naprawdę nie trzeba komuś czegoś wypominać, żeby czuł źle i niewartościowo.

Od lat wydaje wszystko, co mam na wspólne życie

Pamiętasz, jak rozmawialiśmy na początku roku o naszych finansach, kiedy usiedliśmy nad wyciągiem z konta i zobaczyłeś, że NASZE wspólne życie pochłania 100% pieniędzy, które zarabiam? Sorry, od roku nie palisz, ja tak. Więc to mój jedyny osobisty wydatek (około 300 zł miesięcznie) – bądźmy uczciwi (tak, to sarkazm). Owszem ostatnio, gdy wychodzimy, płacisz w kinie czy sklepie, jeśli jesteśmy tam razem – ale też wiesz doskonale, że to wszystko wydatki ekstra, okazjonalne. I pewnie sama bym tam zwyczajnie nie poszła, gdybym musiała je sfinansować, bo nie starczyłoby mi na to pieniędzy. Czuję się trochę, jak nastolatka, która jedzie z mamą na zakupy – w nadziei, że ta zaproponuje, że zapłaci.

Świadomość, że od prawie roku, moja sytuacja jest tylko gorsza, mimo, że „nasza” (tak, to znowu sarkazm, wybacz, ale naprawdę mi się już nazbierało) zmieniła się diametralnie z „życia na debecie” na „naprawdę dobre zarobki”- sprawia, że jedyne co uzyskujesz, to rosnące we mnie poczucie niesprawiedliwości i coraz większej rozdzielności. NASZE – działa i jest tylko do momentu, kiedy odpowiada tobie, potem się kończy.

Nie mam żadnego wpływu na sytuację, w jakiej jesteśmy. To ty ją kontrolujesz i tylko ty możesz zmienić. To trwa lata, bez mojej zgody, z twoją pełną świadomością sytuacji.

Nie mów, że mnie nie kontrolujesz i że to nasze pieniądze. Nie są nasze. Tak długo jak muszę cię o nie prosić, nigdy nasze nie będą. Tak długo jak nie mogę z nich samodzielnie skorzystać – nie są nasze.

Zastanów się, jak chcesz rozwiązać tę sytuację.

Tak, uważam to za przemoc finansową, ponieważ:

  • Nie zgadzam się na to, jestem zmuszona do życia według twoich reguł. A ty robisz to z premedytacją.
  • Nie mam na to żadnego wpływu.
  • To twoje narzędzie kontroli nade mną.

Dlaczego akurat dziś napisałam ten list? Bo dostałam piany, gdy przelałeś mi 300 zł. Znowu. Przecież widzisz, ile mam pieniędzy na koncie, przecież wiesz, na co je wydaję, przecież wiesz, ile mamy opłat i zobowiązań. A jednak raz po razie, gdy muszę cię o te pieniądze poprosić, przelewasz troszkę, jakby na odczepnego. Po co, żebym jutro znów musiała prosić? Tak się właśnie czuję.

Jesteś wobec mnie szalenie nieuczciwy.

PS: Nasze rachunki:

Zapłaciłam:

  • Za gaz 25 zł
  • Jedna sesja rehabilitacji 50 zł (dziś wypłaciłam z bankomatu)

Muszę zapłacić w tym miesiącu (nie jest źle prąd dopiero za miesiąc – 250 zł)

  • Przedszkole 230 zł
  • Telefon i Internet 150 zł (mój)
  • Obiady w szkole 120 zł
  • Składka na świetlicę 15 zł
  • Angielski 250zł
  • Gimnastyka 150 zł
  • Rehabilitacja jeszcze ok. 500 zł
  • Kieszonkowe Tomka 25 zł

PS2: Muszę jeszcze robić zakupy. Mówiłeś też,  – umów się do dentysty wreszcie – wiesz, nie umiem traktować twoich pieniędzy jak naszych, dlatego od dwóch miesięcy chodzę z wpadniętą plombą, mnie na to nie stać. Choć to niby ważne, i nie problem, za każdym razem, kiedy mam wydać pieniądze tylko na siebie – coś mnie blokuje. Wstydzę się prosić.

PS3: Opłacasz czynsz i kablówkę plus swój telefon. Kiedy mi już brakuje pieniędzy na koncie przelewasz „coś”. Ja zarabiam 4 tysiące złotych, mam w tym miesiącu obiecane 2, reszta jak staniemy na nogi. Zarabiasz 2,5 razy więcej ode mnie (minimum, nie wiem dokładnie, przynajmniej tyle deklarowałeś, kiedy zaczynałeś pracę). Pewnie teraz więcej  – dostałeś w międzyczasie poważny awans.

PS4: Ponieważ nie dostałam pensji, a nasza finansowa historia wygląda tak, a nie inaczej, w załączeniu do tego maila wysyłam ci zestawienie kont bankowych i rachunki, które trzeba opłacić (z datami). Proponuję, żebyś do czasu ustabilizowania się mojej sytuacji w pracy, przejął na siebie na ten obowiązek. Możemy uzgodnić w domu, jaką kwotę potrzebujemy na bieżące wydatki (jedzenie, chemia, kosmetyki itp.) – będę je nadal robić, jeśli będę miała za co.

Usuwam ci dostęp do mojego konta (którego nigdy nie chciałeś). Gdyby coś mi się stało, a ty potrzebowałbyś pieniędzy – poproś moją mamę, udzieliłam jej na wszelki wypadek pełnomocnictwa (nadal uważam, że to normalne i oczywiste, jeśli myślisz o bezpieczeństwie swojej rodziny). Gdybym umarła – spokojnie, jesteś uposażony. Na subkoncie mam 70 zł – to oszczędności Tomka, z jego skarbonki – zbiera na telefon na dziesiąte urodziny.

Do zobaczenia w domu

Żona


Wnętrza, które pomagają w koncentracji – urządzamy miejsce do pracy i nauki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 listopada 2017
Fot. iStock / poligonchik
Fot. iStock / poligonchik
 

Oprócz ciszy i spokoju, w produktywnej pracy może pomóc kilka aranżacyjnych rozwiązań. Zobacz, o czym pamiętać przy urządzaniu wygodnego miejsce do nauki i pracy dla siebie lub swojego dziecka.

Kącik do nauki dla najmłodszych

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Najważniejsze elementy naukowego kącika Twojej pociechy to oczywiście biurko i krzesło. Nie kupuj gotowych zestawów – lepiej będzie samodzielnie wybrać blat i podstawę (oraz – koniecznie! – szuflady), dopasowując ich rozmiar nie tylko do wzrostu dziecka, ale również wymiarów pokoju. By zapewnić uczniowi swobodę pracy, biurko powinno mieć minimum 75 cm szerokości i 50 cm głębokości. Dopasuj do niego krzesło (najlepiej z regulowaną wysokością), na którym stopy dziecka będą swobodnie opierać się o podłogę. Dla najmniejszych konieczny może być zakup podnóżka.

W miarę możliwości stanowisko pracy w pokoju dziecięcym ustaw w taki sposób, by dziecko nie siedziało plecami do drzwi ani twarzą do ściany lub okna. Krótko mówiąc: najlepiej urządzić mu pokój małego prezesa, z biurkiem blisko okna i widokiem na cały pokój. Taka aranżacja korzystnie wpłynie na koncentrację małego ucznia lub uczennicy.

Jeśli nie dysponujesz odpowiednią przestrzenią, miejsce pracy możesz również urządzić przy ścianie – najlepiej w rogu pokoju, niedaleko okna. Musisz jednak zadbać o to, by znalazły się na niej rzeczy, które będą przyciągać dziecko do jego kącika, np. półki z książkami i kilkoma zabawkami, plakat z ulubioną bajką lub tablica korkowa z planem lekcji i najważniejszymi słówkami na angielski.

Kolejnym krokiem będzie wybór odpowiedniego oświetlenia. Do nauki najlepsze będzie światło o temperaturze w zakresie 3500-4100 K i współczynniku oddawania barw (CRI) na poziomie minimum 70 jednostek. Ustawienie lampy będzie zależeć od ręki, którą pisze Twoje dziecko. Praworęcznym powinna świecić z lewej strony, a leworęcznym – z prawej. Jeśli na biurku nie będzie wystarczająco dużo miejsca na klasyczną lampkę, pomyśl nad lampą stojącą lub zaciskową.

Na sam koniec najcenniejsza rada: spróbuj zaangażować swoje dziecko w tworzenie kącika do pracy. To w końcu jego miejsce, dlatego pozwól mu wybrać niektóre elementy (np. lampę czy plakat) – dzięki temu na pewno chętniej będzie tu przesiadywać, częściej sięgając po książki i zeszyty. Daj szansę nawet najbardziej szalonym pomysłom i pamiętaj, że potrzeby i upodobania będą zmieniać się wraz z wiekiem.

Studia, czyli walka o koncentrację

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Powyższe wskazówki dotyczące ergonomii, oświetlenia i komfortu śmiało można zastosować również przy urządzaniu miejsca nauki podczas studiów. Oczywiście konieczne będzie większe biurko – by zdołało pomieścić laptopa, książki oraz kserówki i notatki.

Stworzenie wygodnego kącika może być niemałym wyzwaniem zwłaszcza wtedy, gdy musimy dopasować się do warunków w wynajmowanym pokoju lub akademiku. Nauce i skupieniu nie zawsze sprzyja również życie pod jednym dachem ze współlokatorem. Warto więc zadbać o to, by wszystko było pod ręką. Niezbędne będzie obrotowe krzesło o odpowiedniej wysokości i twardości (zdrowy kręgosłup do postawa nawet podczas najcięższej sesji!) oraz regał, na którym umieścisz wszystkie niezbędne pomoce. Zastanów się, czy nie warto będzie ustawić go w taki sposób, by odgradzał Twój naukowy kącik od reszty pomieszczenia.

Studencka rzeczywistość często sprawia, że o cichy kąt do nauki bywa trudno. Skuteczniej niż aranżacyjne triki pomóc mogą… dobre słuchawki o zamkniętej konstrukcji, skutecznie wytłumiające odgłosy otoczenia. Jeśli jednak nawet spokojna muzyka przeszkadza Ci się skoncentrować, w poszukiwaniu ciszy zawsze możesz udać się do biblioteki lub czytelni.

Aranżacja domowego gabinetu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wygodny azyl, w którym nic nie zaburza skupienia jest szczególnie ważny, jeśli pracujesz w domu. O czym pamiętać przy aranżacji własnego gabinetu?

Jeśli chcemy przeznaczyć na niego całe osobne pomieszczenie, oprócz obowiązkowego zestawu biurko + fotel zaprośmy do niego meble, które pomogą stworzyć atmosferę pracy. Gabinet to idealne miejsce na domową biblioteczkę, a także wygodny fotel lub kanapę, na który na pewno chętnie wskoczysz, gdy zmęczy Cię siedzenie w jednej pozycji. Przyda się również kilka roślin, które pomogą przełamać surowy charakter pomieszczenia.

Urządzając swój pokój do pracy, dobrze zastanów się nad doborem kolorów. Postaw na neutralne barwy na ścianach: beż, biel lub subtelną szarość. Unikaj wyrazistych czerwieni, pomarańczy czy fioletów – będą Cię tylko niepotrzebnie rozpraszać. Brak kolorów możesz sobie zrekompensować plakatem, obrazem lub zdjęciem, które w takim otoczeniu na pewno będzie się prezentować wyjątkowo efektownie.

Gdy nie dysponujesz osobnym pokojem na gabinet, miejsce do pracy możesz zaaranżować również w pokoju dziennym (odradzamy sypialnię – łóżko to naprawdę potężny magnes…). By oddzielić się od innych domowników możesz skorzystać z wspominanej już sztuczki z ustawieniem regału lub kanapy. Pamiętaj jednak, by ustawić biurko w taki sposób, by nie widzieć telewizora. Zamiast niego możesz również pomyśleć o stole, z którym w razie potrzeby szybko zamienisz swój mały gabinet w jadalnię.


O autorce:

Katarzyna Lasocka – pasjonatka pięknych wnętrz i redaktorka bloga Morizon.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Niekochani synowie nie potrafią kochać mądrze i bardzo trudno ich „odczarować”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2017
Fot. istock/gruizza
Fot. istock/gruizza
 

Tak, to się zdarza. Matki, które nie kochają synów, ojcowie, którzy pokazują im pogardę, a nawet próbują z nimi rywalizować. Chłopcy, którzy dorastają w poczuciu braku akceptacji, braku miłości ze strony osób, które powinny być im najbliższym wsparciem. Co się dzieje z niekochanymi synami, gdy wkraczają w dorosłe życie? Jakimi są partnerami, czy stać ich na to, by obdarzyć kogoś dobrym, szczerym uczuciem?

Kiedy mężczyzna opowiada kobiecie swoją historię życia, najprawdopodobniej (tak wynika z przeprowadzonych przez psychologów badań) zacznie ją o opowiedzenia o swoim ojcu. Bo opowieść o matce wyda mu się mało męska, bo boi się reakcji partnerki na słowa dotyczące jego więzi z pierwszą ważną kobietą w jego życiu. Te więzi nie zawsze są łatwe.

Jednym z największych mitów dotyczących macierzyństwa jest ten, że ​​wszystkie kobiety instynktownie kochają swoje dzieci. I że synów darzą mocniejszym uczuciem niż córki. Pewnie sami łapiecie się na tym, że mówicie o kimś „synek mamusi”, mimo że ów „synek” dawno przekroczył trzydziestkę. Ostrożnie z ocenami. To, co widzicie niekoniecznie jest miłością, a dużo częściej dziwnym rodzajem uzależnienia. A czasem  nawet takiej miłości nie ma wcale. Niewielu mężczyzn przyzna się jednak głośno do tego, że uczucia ze strony matki w dzieciństwie mu zabrakło, albo że była ta osoba bardzo krytyczna, zimna, wymagająca i nieokazująca czułości. Nie potrafią przyznać się do emocjonalnego bólu, bo sami nie zdają sobie do końca sprawy z jego źródła. A poza tym, wpojono im, że analizowanie takich ran nie jest męskie.

Jak brak miłości ze strony matki krzywdzi mężczyzn?

Przede wszystkim wpływa na ich sposób nawiązywania bliższej więzi z kobietami w dorosłym życiu. Ziarno zostało zasiane – pierwsza ważna kobieta w ich życiu okazała się pozbawiona uczuć. Dorosłe relacje z ukochaną mają w sobie coś z masochizmu – kochasz mimo, że wiesz, że nie dostaniesz tego samego w zamian. Kochasz niemądrze – dajesz sobą poniewierać. Albo kochasz w niesamowicie zaborczy sposób, bojąc się, że jej miłość zniknie. Niekochani synowie tłumią swoje emocje – właściwie od samego początku. Za okazywanie tego, co czują byli w dzieciństwie karani lub też… lekceważeni.

By udowodnić, że są coś warci opanowali „kod męskości” – nie mówią o tym, co czują, a zatem o wiele trudniej im komunikować się z ukochaną osobą, ponieważ nie potrafią wyrazić swoich potrzeb, miłości, lęku, żalu, a nawet radości. W psychologii mówi się, że takim mężczyznom założono ograniczający ich „kaftan płci”. Jak to działa?

Matka, która od samego początku dąży do wytrenowania w swoim synu powstrzymywania emocji, buduje w chłopcu poczucie, że spontaniczne wyrażanie uczuć, nawet negatywnych, jest czymś nienormalnym, że „chłopcy tak nie robią”. Jedyną dozwoloną emocją okazuje się gniew. Takie macierzyństwo jest szczególnie okrutną i okaleczającą mieszanką.

Pozostawia po sobie siedem głębokich blizn:

– brak pewności siebie (w związku objawia się ciągłym lękiem przed rozstaniem przy jednoczesnej bierności w razie ewentualnych kłopotów w relacji – „zostawiła mnie, widocznie na to zasłużyłem”);

– brak zaufania (zazdrość o partnerkę może przybierać bardzo niebezpieczne formy i paraliżować ten zwiazek);

– problem z ustawianiem granic (nie wiem, na co mogę sobie pozwolić w tej relacji, nie wiem, na ile mogę pozwolić mojej partnerce, co jest akceptowalne, a co nie);

– trudności z realnym postrzeganiem samego siebie (nie widzę swoich błędów albo nie widzę swoich zalet, popadam w skrajności);

– unikanie zaangażowania (miłość nie jest niczym pewnym, nie wiadomo, czy trzeba na nią zasłużyć, nie wiadomo jak ją zdobyć i utrzymać, miłość boli, należy jej unikać);

– przesadne reagowanie na krytykę („niekochanego syna” bardzo łatwo głęboko zranić);

– powtarzanie tych samych schematów zachowań (jak w relacji z matką) w innych związkach („masochistyczna wręcz tendencja do wiązania się z kobietami niezdolnymi do szczerych, głębokich uczuć).

Oprócz tego niekochani w dzieciństwie chłopcy, jako dorośli mężczyźni eksternalizują tłumione wcześniej zachowania- agresją, wrogością i gniewem. Wszystko to ma sens, ponieważ gniew u mężczyzn jest akceptowalny kulturowo, mimo, że bezproduktywny, a czasem samodestrukcyjny. Wolno im  – i co ważniejsze  – wolno im bezkarnie. Nikt nie zapyta, jakie głębsze emocje kryją się za tą maską.

Niekochani synowie cierpią tak samo jak niekochane córki a, w pewnym sensie, być może jeszcze głębiej, ponieważ cierpią samotnie i w ciszy, nie szukając pomocy, nie starając się rozwiązać swoich problemów. Choć ich wewnętrzne bariery są takie same, rzadziej szukają odpowiedniej dla siebie terapii.

Jeśli jesteś niekochanym synem , pamiętaj – bez względu na to, co wpojono ci w dzieciństwie uznanie bólu sprawi, że będziesz lepszym, silniejszym mężczyzną, kochankiem, mężem, przyjacielem i ojcem.


Zobacz także

Fot. iStock / CoffeeAndMilk

Związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć

Fot. iStock / yulkapopkova

Dlaczego tak trudno zakończyć toksyczny związek? Jest przynajmniej 5 powodów, które związują ręce

Fot. iStock / simonkr

Miłość znajduje nas, kiedy wracamy późnym wieczorem. A twoje serce zawsze wróci do miejsca, w którym biło najmocniej