Pan „nie wiem co do ciebie czuję”. Czy warto o niego walczyć?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 czerwca 2016
Fot. iStock / Luso
Fot. iStock / Luso

Byłam dzisiaj świadkiem takiej sytuacji. M. stanęła przede mną i powiedziała, że K. (jej partner) nie wie. Wyglądało to jakoś tak.

– On nie wie – jęknęła dramatycznie.

– Czegóż to on nie wie? – spytałam.

– Czy chce ze mną być, czy chce ratować nasz związek, czy chce mieć dziecko.

Ups. Niedobrze.

– Kazałaś mu się wyprowadzić? – kontynuowałam rzeczowo.

– Wyprowadzić???? – zdenerwowała się.

Nie rozumiałam zdenerwowania, skoro nie wie, to niech idzie pomyśleć w samotności.  Co w tym złego.

– Stracę go wtedy – jęknęła.

Uff. Chciałam jej przywalić, potrząsnąć nią. Zrobić coś, co sprawi, że ona oprzytomnieje. Uśmiechnęłam się jednak i spytałam rzeczowo.

– A tak to go nie stracisz?

– Nie wieeeeeem– zajęczała. – Boję się, że tak.

Tu mam kontakt dla ciebie. Psycholog. Psychoterapeuta. Idź, zapisz się. Wiesz dlaczego? Nie, nie dlatego, że uważam, że jesteś szurnięta. Uważam tylko, że masz problem z odpuszczaniem kontroli. To bardzo charakterystyczne dla osób z syndromem DDA. Ale też dla dzieci niestabilnych rodziców czy dzieci doświadczających w dzieciństwie zmienności. Wyrastają na dorosłych, którzy mówią: „muszę kontrolować, bo stanie się coś złego”. Nie rozumieją, że czasem to właśnie kontrolowanie kogoś doprowadza do dramatu. W miłości, ale i w każdej innej dziedzinie życia.

Też byłam kiedyś dziewczyną, która „nie wiem” uważała za początek walki. Bo przecież on zrozumie, ogarnie, pojmie i tak dalej. Tariraram, srutututu. Jedną z cech, którą powinien mieć facet (człowiek?) to zdecydowanie. Chcę, nie chce, biorę, nie biorę. Nie wie? Okej, jego sprawa, niech idzie sobie gdzieś, przemyśli, wróci, jak się zdecyduje. Nie zdecyduje się? No trudno. Trzeba to przeżyć.

Skąd się bierze Pan Nie wiem?

Hmm….

To najczęściej chłopak, który chętnie, by gdzieś czmychnął, ale nie potrafi powiedzieć: „koniec”. No bo on nie wie…

To najczęściej mąż, który już się szykuje do ewakuacji, ale jeszcze nie znajduje słów (albo odwagi). „Nie wiem” jest jego przykrywką.

To CZASEM człowiek, który serio „nie wie”, ale należy go wtedy po prostu zostawić.  Bo jeśli będziemy go osaczać, on nie dowie się na pewno.

Jak wygląda relacja z Panem „nie wiem”. ? Każda z nas miała przynajmniej jednego takiego pana, no chyba, że jest oazą spokoju, kwintesencją racjonalności i nigdy by się z kimś takim nie zadała. Ale to są wyjątki.

Pan Nie Wiem typ 1.

„Jeśli czegoś chcę, chcę na maksa. Przestaję chcieć? To jestem tak samo na maksa, ale w uciekaniu”

Pamiętasz go jeszcze, gdy wiedział. Wow. przeleciał pół Europy, żeby do ciebie dotrzeć, zostawił żonę, zdradził żonę albo kobietę z którą był. Żadne obietnice nie były ważne. On chciał ciebie. Czułaś jego pewność w 100 proc, wydawał ci się najbardziej zdecydowanym człowiekiem świata. Po latach życia mówi ci, że nie jest pewny co czuje?

To lepiej mu uwierz i spakuj walizki ( swoje lub jego).  Wie co mówi. Nie poświęcaj mu czasu. Wiesz co robi, gdy mu zależy.

P.S Ohydny typ:)

Pan Nie Wiem typ 2.

„ Kochanie, ale co powinniśmy zrobić?”

On zawsze nie wie. Nie wie co chce zjeść, jak urządzić mieszkanie, kiedy zdecydować się na dziecko. Ślub tak czy nie. Ratunkuuuuuuuu. Świetne, gdy kochasz decydować. Gdy nie przeszkadza ci, gdy robisz więcej rzeczy. Masz gdzieś co mówi on, robisz swoje. Wychodzisz za mąż za jego „nie wiem” ( sama to załatwiasz), koisz jego „nie wiem” w każdym momencie życia.

Powodzenia. Mam nadzieję, że nie zwariujesz kiedyś.

P.S Typ do przeżycia, gdy ty wiesz za was dwoje :).

Pan Nie wiem typ 3.

„Udowodnij, że mnie kochasz”

Proś, przepraszaj, walcz. Robię to po to, żebyś mnie kochała. Jak rozpoznać taki typ? Mówisz mu: „okej”, a on prostuje: „Nie o to mi chodziło”.

Z doświadczeń z mężczyznami.

– Jeśli facet jest naprawdę zaangażowany, wie. To zawsze powtarza mi mój mąż: „każda niepewność wynika z braku uczuć”. Kochający człowiek przeniesie dla ciebie góry”.

Z autopsji:

– Czasem mówimy „nie wiem”, gdy chcemy, żeby ktoś nas dostrzegł, zauważył, potwierdził, że jesteśmy ważne. ( ważni). Dzielmy takie „nie wiem” na milion części. Ale… czy chcemy być z kimś niedojrzałym? Czy chcemy całe życie udowadniać komuś? Ej. Lepiej powiedzieć: okej, widzę, że potrzebujesz atencji. Jesteś ważny, zależy mi, jak mogę ci pomóc?

To tyle.

Gdy ktoś mówi: „nie wiem” to jest jego problem. Nie proś, nie tłumacz, nie angażuj się zanadto. Możesz dać czas, ale nie wieczność. Możesz rozumieć, ale nie zawsze.

Masz prawo się wściec. W końcu.

To dotyczy kobiet i mężczyzn. Jeśli ktoś nas kocha, prędzej czy później przyjdzie. Bo zrozumie, bo będzie chciał przeprosić. Tak naprawdę jest. Nie bójmy się puścić kontroli. Puszczenie kontroli jest często zawalczeniem o siebie i swój spokój.

Puszczenie kontroli, to nie zawsze zrywanie. Czasem po prostu powiedzenie: „okej, przemyśl sobie, jestem jakby co”. Tylko tyle. Aż tyle. :)


„Jestem zmęczona, smutna, mam dość”. Boższ, dlaczego to takie tabu mówić o prawdziwych uczuciach?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
15 czerwca 2016
Fot. iStock / milicad
Fot. iStock / milicad

Zbieram się. Jeszcze tylko chwila. Za chwilę zrobię wielką rewolucję. Spakuję się, wyjadę na koniec świata, nie pasuje mi jak jest. Znacie to? Czy może nigdy nie doprowadzacie do takiego momentu, bo umiecie powiedzieć „dość” w odpowiednim momencie, w odpowiedniej chwili, umiecie powiedzieć sobie: „przecież to ja mam na wszystko wpływ”.

Dziś rozmawiałam z przyjaciółką. Przez godzinę opowiadała o swoim toksycznym związku. Płakała, krzyczała, klęła. Nagle zamilkła. „To jakieś kuriozum co ja gadam, przecież mam na to wpływ. To moje życie. Mogę tego faceta w minutę zostawić”. Jego, tego faceta. Wow, cóż za odkrycie. Możemy. Możemy wiele rzeczy, ale ich nie robimy.

I nie chodzi tylko o faceta. Chodzi o miliony rzeczy, w których tkwimy, choć wszystko nam mówi: „Nieeee”.

Więc za chwilę to zrobię. W sumie liczę tylko te poranki, które jeszcze jakoś wytrzymuję. Dzień Dobry, ukochany dniu Świstaka. Szybciutko tylko ogarnę przestrzeń, pójdę pobiegać, wezmę psa, nakarmię koty. Wykonam szereg obowiązkowych czystości. Ogarnę dzieci, podjadę do mamy, podam jej lekarstwa, wysłucham, że świat jest straszny, a ludzie beznadziejni. Wiadomo, trzeba się dużo uśmiechać. Najwięcej wtedy, gdy chce się płakać. To modne, to fajne i w cenie.

Wrócę od niej, przeleję jej jeszcze pieniądze, bo ich potrzebuję. To moja matka. Muszę to robić. Najwyżej nie będę spała w nocy, ale zarobię. Jestem to winna jej starości, choć starość bliskiej osoby samą ciebie doprowadza na granicę śmierci i pytania: po … my żyjemy? Ale dam radę. Zawsze daję.

Pojadę do pracy. Znów tysiąc maili. Młodzi ludzie o tym marzą. Ludzie bezrobotni o tym marzą. Każdy kolejny mail z jakimś pytaniem jest dowodem na to, że jesteś ważna. Serio? Proszę… Takie rzeczy trwają tylko chwilę. Gdy to wiesz, już nie musisz się tym karmić. Kariery, fajne stanowiska, bezpieczne posadki. Potem gapisz się w telefon, w maile na które nie ma odpowiedzi i myślisz: hmm, serio nie widziałam pierwszego kroku dziecka? Nie pamiętam rysunków, powiedziałam mężowi, ukochanemu: „później”, przyjaciołom: „sorry, nie mam czasu, nie rozumiecie?!! Pracuję!!!” Zrobiłam to?! Przecież tej pracy już nie ma, to minęło. To nawet za wiele mi nie dało, choć wydawało mi się wtedy, że daje wszystko. Tylko dziecko coraz starsze, przyjaciele coraz dalej. Naprawdę jest sens tak poświęcać? No może dla siebie…. Ale nigdy dla kogoś.

Ale spoko, może potrzebujesz czasu. Tak jak ja go potrzebowałam. W końcu poczujesz zmęczenie.

Zmęczenie jest twoim najgorszym wrogiem, tak myślisz na początku. Pojawia się nagle, nieproszone. Jest bladą cerą w lustrze, podkrążonymi oczami, nieobecnością w rozmowach, nieuważnością, nazywaniem „kawy” i „spotkań w kawiarni” marnowaniem czasu. Jest poddenerwowaniem, patrzeniem co chwila na Facebooka, sprawdzaniem maili. Nie byciem „tu i teraz”, ale gdzieś tam.

Spacer w spokoju? A co to, k…, jest spacer?

Wolny weekend? A co to, k…., jest wolny weekend?

Leżenie w łóżku? Oszalałaś?!!!!!

Jest nieustannym „muszę”, „powinnam”, „trzeba”.

Nieustanną irytacją na kogoś, że robi mniej. W ogóle nieustanną irytacją. Na wszystkich. Jest złością, która doprowadza cię do coraz większego szaleństwa.

Aż w końcu staje się przyjacielem. Ufff. Wreszcie. To dzieje się w momencie, gdy myślisz sobie. „Pier…, nie robię”. To jest już uczucie niemal fizyczne, że dłużej nie wytrzymasz w jakiejś sytuacji. Albo nie możesz wstać w łóżka. Albo nie masz motywacji, choć wcześniej tryskałaś energią, miałaś moc i przecież jesteś zdolna.

To jedyny moment, gdy możesz powiedzieć sobie, że:

Muszę coś zrobić dla siebie, nieważni są inni. Nieważni choć przez chwilę.

– muszę wreszcie zadać sobie pytanie: „Dlaczego czuję się tak zmęczona?”

– muszę wreszcie przestać się starać.

– muszę wreszcie przestać udawać. Udawać lepszą niż jestem, mądrzejszą, idealniejszą. Po co to?

– muszę wreszcie uznać, że jestem zmęczona i TERAZ nie daję rady.

Dlaczego to jest takie cholerne tabu. Dlaczego to taki wstyd powiedzieć: „jestem bezradna, jest mi źle”. „Mam dość”.

Jestem zmęczona tym gadaniem coachów. Tą presją na bycie dzielnym, dającym radę, byciem poukładanym, w porządku, kontrolującym.

Kończy się tak. „Mam ochotę spakować walizki, zaraz to zrobię. Obiecuję. Świat mi nie pasuje”.


Eksperymentalny dzień dobra. Dla siebie. Kto z nami?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
9 czerwca 2016
Fot. iStock / NinaMalyna
Fot. iStock / NinaMalyna

Koniec, koniec. Dziś wagary od bycia miłą, grzeczną i kochaną. Wrr. Wczoraj pół dnia chodziłam z telefonem w kieszeni, czekając aż z wycieczki zadzwoni mój syn (o ja, nadopiekuńcza), robiłam zakupy na jego ulubiony obiad, upiekłam ciasto. Wisiałam na telefonie wspierając kilka moich przyjaciółek, sprzątałam, gotowałam obiad, pracowałam. Stresowałam się. Pracą, koleżankami, no i dzieckiem, które na moją wiadomość odpisało tylko: „Aha”. Ahaaaaaaa?!!!! Phi, to po co ja to ciasto piekłam?! Służąca mam na imię?

Jedna z moich koleżanek (matka trójki dzieci) zerwała się o czwartej. Gotowała, prała, sprzątała. Potem spędziła cały dzień pracy w korpo ze straszną szefową, której nic się nie podoba. Szefowa wampir, a zaraz potem dzieci piranie. Lekcje, zabawy, gry, rozwiązywanie sporów, a wieczorem… wieczorem trzeba było pomóc mężowi przy ważnym projekcie.

– Co zrobiłaś dla siebie? – spytałam

– Dla siebie? – zdziwiła się.

Auć. Tak, dla siebie, dla siebie. Wiadomo, najbardziej to my potrafimy być dobre dla innych. Pomóc, nie urazić, zaopiekować się. Niektóre z nas dużo krzyczą (koniec, koniec z tym, na zawsze), a potem wracają do ulubionej roli. „Dzień dobry, jestem paź podnóżek. Sprzątam, gotuję, prasuję, robię dobrze i tu, i tam”.

Wczoraj postanowiłam z przyjaciółką. Czwartek 9 czerwca  to dzień dobra. Nie, nie dla dzieci, partnerów, naszych koleżanek, szefowych, rodziców, ciotek, babć.  Dzień dobra dla nas. Kto dołącza? Wystarczy przestrzegać kilku zasad.

Po pierwsze…. rano się nie zrywaj ( no, dziś już wstałaś, więc zacznij dzień dobra od 10. i kontynuuj do 9 rano następnego dnia). Poleż chwilę w łóżku, zastanów się czego byś dziś chciała, jakie masz plany.

Po drugie… myśl o tym, jaki to będzie dzień obrazami. Jeśli chcesz iść na randkę, wyobraź sobie jak będzie fajnie, co zjesz, gdzie pójdziecie, co zrobicie potem. Wyobrażaj sobie ten dzień, nawet pracę w miły sposób. To cię nastroi pozytywnie. Nasze życie to w dużej mierze nasze myśli.

Po trzecie… zapisz swoje plany. I niech 30 proc. tych planów zajmą przyjemności. Ustal co zrobisz dla siebie. Pójdziesz na fitness zamiast znów jechać na drugi koniec miasta do przyjaciółki czy stać przy garach. Albo właśnie pojedziesz do przyjaciółki, do której miałaś już jechać milion razy. Zrezygnuj z mniej ważnych rzeczy, a przyjemności „wykonaj” koniecznie. To twój dzień.

Po czwarte… bądź choć przez 20 minut sama. Idź na spacer, zamknij się w pokoju, poleż w łóżku. Moja przyjaciółka ( matka trójki) uważa, że myślenie o sobie to strata czasu. Aaaaaaaa, nie mogę tego słuchać. Myślenie o sobie to zastanawianie się czego się chce, co przeszkadza, co można zmienić, jak można spełnić swoje marzenia. To jest bardziej niż potrzebne!

Po piąte… jeśli jesteś na kogoś zła, masz żal, nie ukrywaj tego. Odważ się, powiedz co myślisz. Zobaczysz jaka to ulga.

Po szóste… przełam rutynę. Zrób coś nowego. Zastanów się, czego ci brakuje. Oczywiście, dziś nie skoczysz na spadochronie, ale możesz zadzwonić i zapisać się na skoki w weekend. Marzyłaś o języku? Poszukaj kursów wakacyjnych. Zrób coś, co cały czas odkładasz, a co chodzi ci po głowie. A dziś? Może pojedź inną trasą do pracy, wróć inną, wyjdź wieczorem, pojedź na spacer za miasto.

Po siódme… przełam rutynę w myśleniu i zachowaniu. Jeśli całe życie się kontrolujesz, dziś się nie kontroluj. Idź na lody, kup sobie czekoladę, zrób coś innego „dziecięcego”. Jeśli raczej ulegasz impulsom, dziś bądź kobietą zen. Zobacz, że kontrola nie jest taka trudna i daje mnóstwo satysfakcji. Po co to? Żebyś zrozumiała, że tylko ty masz wpływ na swoje zachowania.

Po ósme… cały dzień myśl: czy to mi sprawia przyjemność, czy ja tego chcę? Jeśli czegoś nie czujesz, po prostu tego nie rób. No jakoś wszyscy przeżyją ten jeden dzień z tobą dobrą przede wszystkim dla siebie.

Napiszcie wieczorem jak wam poszło:)