„Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył

Z życia kobiety
Z życia kobiety
31 maja 2018
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Krzątasz się po kuchni jak zwykle, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znam na pamięć ten schemat. Woda w czajniku, kilka razy otwarta lodówka, wymięte w narzekania. Miniesz mnie siedzącą na kanapie bez słowa. Nawet nie spojrzysz w moją stronę. Od dawna jestem dla ciebie jak powietrze. Jak mebel na wyposażeniu naszego mieszkania w kredycie, który dzisiaj chyba tylko nas łączy.

Tyle lat chcę od ciebie odejść i nie mogę. Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że nie chcę z tobą być, że niczego oprócz frustracji, złości i bezsilności nie czuję. Ale to znaczyło, że jeszcze mi zależy, skoro się złoszczę, skoro próbuję coś zmienić.

Czy między nami w ogóle była miłość? Może to zauroczenie, zachłyśnięcie się sobą. Kochałeś mnie kiedyś prawdziwie? Te początki trzymania się za rękę, wieczorów nad rzeką, ukradkowych spojrzeń podczas spotkań ze znajomymi. Mrowiło mnie w żołądku i to wzięłam za pewnik, że kocham. Wydawało mi się, żeby byliśmy tacy szczęśliwi, gdy zamieszkaliśmy razem, gdy rodził się nasz syn. Tak wiem, zwariowałam na jego punkcie, ale co miałam robić, skoro od ciebie nie dostawałam czułości, uwagi, miłości.

Od lat jesteśmy nieobecni. Traktujemy się mechanicznie, jak mijające się na stacji pociągi – wielkie metalowe maszyny bez dusz, które mają jeden cel – dotrzeć do kresu podróży, po drodze za obowiązek mając wymianę pasażerów. My też wymieniamy się rutynowymi uprzejmościami: „Dzień dobry”, „Smacznego”. Od dawna nie pytasz, jak mi minął dzień, a ja odpuściłam, kiedy zacząłeś zdawkowo odpowiadać, że dobrze.

Czuję się jak w zmniejszającej się z dnia na dzień klatce, w której brak mi oddechu i przestrzeni do życia, jakbyś ty odbierał mi powietrze. Kiedy krążysz po mieszkaniu, cała sztywnieję, czekam na moment, aż znikniesz, staniesz się niedostrzegalny – pójdziesz spać, wyjdziesz, zamkniesz się w łazience. Wtedy dopiero biorę głęboki oddech i myślę o tym, jakby wyglądało moje życie, gdyby ciebie w nim nie było. Widzę uśmiechniętą, ubraną na kolorowo kobietę, która wie, czego chce od życia, która uwolniła się ze związku, w którym z czasem zabrakło wszystkiego, co do szczęścia było jej potrzebne.

Wiem, że niedługo odejdę. Nabieram w sobie pewności, że to najlepsze, co mogę sobie dać, w końcu sama dla siebie staję się ważna i przestaję uzależniać swoje szczęście od ciebie. I chociaż decyzję podjęłam już dawno, nie mogłam się od ciebie uwolnić. Odchodzenie nie jest łatwe, bo na drugiej szali uparcie wisi nadzieja – ta trzyma się mocno i nie chce puścić. Nadzieja na to, że coś się zmieni. Że pewnego dnia przyjdziesz z bukietem kwiatów i powiesz: „Kochanie, tak bardzo cię kocham”. Wiesz, to by wystarczyło. Może to głupie, ale zostałabym, na pewno dłużej.

Ta nadzieja zmusza mnie, bym przy tobie trwała, bym wierzyła, że moje: „Nie mogę tak dłużej, nie czuję się kochana” w końcu do ciebie dotrze. Chlasnął cię te słowa w twarz i przebudzą i każą zrozumieć, jak jestem dla ciebie ważna. Bo tylko tego bym chciała – być ważną, być tą, bez której nie wyobrażasz sobie życia, która jest dopełnieniem twojego szczęścia, twojej radości, codzienności. Chciałabym poczuć się wyjątkowo, wiedzieć, że dla ciebie jestem tą jedną – najważniejszą. Czekałam na to, jak idiotka.

Odchodzę tak długo, bo nadal cię kocham, a nadzieja na miłość umiera ostatnia. Przecież musiałeś mnie kochać, musiałam coś dla ciebie znaczyć, skoro to mnie wybrałeś? Ile razy płakałam w poduszkę przypominając sobie te pierwsze wspólne roześmiane lata? Co się z nami stało? Kiedy się zgubiliśmy? Mam wrażenie, że zupełnie poza naszą wolą oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że już nie mamy do siebie powrotu. Dzisiaj to wiem. Przestałam żebrać o twoją czułość, o uwagę. To mnie upokarzało, sprawiało, że wstydziłam się siebie samej. A przecież „nic się nie zmieniło” – powtarzałeś za każdym razem, gdy pytałam, czy jeszcze mnie kochasz. Ale zmieniło się wiele, mój strach budził fakt, że nie widziałeś, że przestałam być przy tobie szczęśliwa.

Tak, mogłabym tak trwać. Udawać, że jest w porządku, że rutyna jest tym, co daje mi poczucie stabilizacji i szczęścia. Że poczucie bezpieczeństwa trzyma mnie przy tobie kurczowo. Że nadzieja podszeptuje: „Poczekaj jeszcze trochę, jeszcze rok, dwa lata”… Tylko, że nie mam już siły udawać. Pytając siebie, czego chcę jeszcze od życia – od dłuższego czasu widzę siebie uśmiechniętą bez ciebie. W końcu to zrozumiałam – żeby wyjść z tej ciasnej klatki, muszę zamknąć za sobą drzwi naszego mieszkania i powiedzieć: „Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył, co – uwierz mi – jest dla mnie najtrudniejsze.

Nie chcę już tak żyć. Chcę jeszcze być kochana, szczęśliwa, chcę zachłysnąć się życiem, które doceniam każdego dnia coraz bardziej, a ty tego zupełnie nie rozumiesz. Dlatego odchodzę. Wybacz.


Jestem gruba, bo za swoimi kilogramami ukrywam swój dramat. Do dziś potwornie wstydzę się tego, co robili mi rodzice w dzieciństwie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
5 czerwca 2018
Fot. iStock/MarinaZg
 

Być może minęłaś mnie kiedyś na ulicy, może stałyśmy w jednej kolejce do kasy. Co wtedy pomyślałaś? „Matko, jaka ona gruba”, „Fuj, ale obrzydliwa”, „Jak można tak nie dbać o siebie”?

Wiesz, że kobiety, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, chowają się za masą swoich kilogramów? Wypełniają swoim ciałem świat tak, by nikt nie mógł dotrzeć do ich wnętrza?

Ledwo pamiętam smak tego wszystkiego, co jadłam w dzieciństwie. Przez 17 lat rodzice znęcali się nade mną fizycznie i psychicznie, każdy mój zmysł był odrętwiały. Kiedy starasz się jedynie przetrwać, nic nie czujesz…

Mój dom, na pierwszy rzut oka, niczym nie różnił się od innych. Zwykły wolno stojący domek jakich było wiele w mojej okolicy. Za to w środku czekało na mnie piekło. Ojciec decydował o wszystkim, był panem i władcą wymagającym bezwzględnego posłuszeństwa. Matka stała przy drzwiach trzymając jego teczkę, gdy wychodził z domu i stawiała obiad na stole, gdy parkował auto na podjeździe. Cokolwiek ugotowała dla niego, ja nie mogłam tego zjeść. Nie byłam godna, miałam szczęście, że w ogóle pozwalał mi jeść. Podczas obiadu siedziałam w milczeniu, starannie jedząc placki mojej matki, nie chcąc upuścić żadnych okruchów. Byłam przerażona mówiąc cokolwiek, co mogłoby ich zmartwić. Wierzyłam, że gdybym była wystarczająco dobra dla moich rodziców, w końcu zdobyłabym ich miłość. Nigdy jednak nic takiego się nie wydarzyło.

Kiedy uważali, że byłam „niegrzeczna”, nie pozwalali mi jeść. Byłam w stanie ukraść wszystko, co tylko udałoby mi się włożyć do ust. Chowałam ser, kromki chleba w swoim pokoju i jadłam je w tajemnicy. Gdy mnie na tym przyłapali…. musiałam cierpieć.

Moi rodzice nigdy nie potrzebowali specjalnego powodu, żeby mnie ukarać. Wystarczyło pięć minut spóźnienia ze szkoły, źle zawiązane buty, niedokładnie pościelone łóżko, żebym oberwała drewnianą łyżką, szmatą, paskiem czy została zgwałcona przez mojego ojca w zależności od tego, w jakim on był nastroju. Kiedy zwymiotowałam rano jedząc owsiankę, mama zmusiła mnie do zjedzenia moich własnych wymiocin. Nadal potwornie wstydzę się tych wspomnień…

Nie mogłam odwiedzać koleżanek, ale pewnego dnia pozwolili mi iść do domu mojej przyjaciółki. Było wesoło, głośno, pachniało ciastem. Pamiętam, jak dziwne dla mnie było, że dzieci mogły otworzyć lodówkę nie ponosząc za to żadnej kary…

Przez lata bycia wykorzystywaną przez mojego ojca i innych mężczyzn nie byłam w stanie uciec przed jego emocjonalną kontrolą. W końcu, w wieku 22 lat wyjechałam za granicę, gdzie pracowałam jako niania. Chciałam znaleźć się jak najdalej od domu, od rodziców, poczuć się w końcu wolna.

Próbowałam zbudować „normalne” życie, byłam przekonana, że odzyskuję nad nim kontrolę, tymczasem ulegałam coraz bardziej niszczącym mnie nawykom.

Kiedy miałam osiem lat po raz pierwszy okaleczyłam swoje ciało. Powtarzano mi, że jestem pełna trucizny, chciałam więc zadać sobie tyle bólu, ile tylko mogłam, aż w końcu zaczęłam bezmyślnie i gorączkowo się objadać.

Mój ojciec kazał mi wierzyć, że wszyscy mnie obserwują, że ludzie widzą, jak jestem zepsuta. Chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to ukryć. Myślałam: „Skoro już jestem brzydka, dlaczego nie sprawić, że będę brzydsza jeszcze bardziej, wtedy ludzie nie będą chcieli mnie poznać”. Obżerałam się i tyłam. Zamawiałam jedzenie i jadłam w swojej sypialni. Kiedy kończyłam, przez ułamek sekundy czułam ulgę w bólu, który zadali mi moi rodzice. Jadłam i jadłam do momentu, kiedy nie poczułam się źle i było mi wstyd. Po kilku godzinach na nowo zaczynałam się objadać.

Codziennie zakładałam maskę. Dla mnie otyłość była przebraniem. Chroniła mnie przed czujnymi oczami tych, którzy dostrzeli by we mnie samo zło, sprawiała, że czułam się bardziej niewidoczna. Kto by się martwił kimś, kto jest brzydki i gruby?

Słyszałam różne komentarze na mój temat: gruba beka, słoń, słonina, spasiona świnia… Uważałam, że te epitety były tym, na co zasłużyłam, czego pragnęłam.

Przez wiele lat ciężko pracowałam nad tym, by wyglądać normalnie. Przed całym światem ukryłam ból mojego dzieciństwa, nigdy nikomu nie mówiłam, co działo się w moim domu. Poznałam cudownego męża, urodziłam pięknego synka. Wszystko, czego chciałam, to stworzyć szczęśliwą rodzinę i dać moim najbliższym najpiękniejsze wspomnienia. Zepchnęłam wgłąb siebie swój własny ból, by oni poczuli się kochani.

Jedzenie i samookaleczenie było tym, co musiałam nieustannie kontrolować, zwłaszcza gdy czułam się gorzej.

Miałam 40 lat, gdy wszystko się rozpadło. Na wakacjach zauważyłam mężczyznę. Było coś znajomego w jego sposobie poruszania się, ubrania, co wywołało u mnie stres pourazowy. Wszystko wróciło. Przez siedem tygodni leżałam w szpitalu, w tym także na oddziale psychiatrycznym. Zagrażałam sama sobie, w szpitalu na nowo zaczęłam się objadać, zamawiałam pizzę, zjadałam słodycze, czekoladki, które przynieśli mi bliscy i tak samo jak kiedyś… chowałam jedzenie.

Wreszcie trafiłam do terapeuty, który pomógł mi się otworzyć, pomagał uporać się z tym, przez co przeszłam w dzieciństwie. Nie mogłam jednak przestać jeść. Bolały mnie nogi i kolana. Miałam zapalenie stawów, groziła mi cukrzyca. Ale tylko objadanie się pomagało mi utrzymać kontrolę nad moimi emocjami.

Musiałam schudnąć, nie chciałam umierać, nie chciałam zostawić mojej rodziny. Znajdowałam różne grupy wsparcia, ale tam rozmawiano o zgubieniu wagi, dietetycznym jedzeniu, a nie o traumie, która  zmusiła mnie do jedzenia. Było ze mną już tak źle, że lekarze zdecydowali się na operację zmniejszenia żołądka. Gdy się obudziłam, poczułam się naga. Im bardziej chudłam, tym bardziej wpadałam w panikę, bo czułam się bezbronna, bałam się, że wszyscy w końcu zobaczą, jaka w środku jestem zła. Znalazłam terapeutę, bo wiedziałam, że sama przez to nie przejdę.

Gdy w wyniku powikłań po operacji trafiłam znowu do szpitala, dowiedziałam się, że mój ojciec miał zawał i zmarł… dwa piętra niżej. Musiałam to zobaczyć, przekonać się, że jego naprawdę już nie ma. Trzęsłam jego ciałem, sprawdzając czy przypadkiem się nie obudzi. Straciłam kontakt z rzeczywistością… Jednak tam, wtedy, zbrodnie mojego ojca wobec mnie umarły razem z nim. Nigdy tego nie zgłosiłam na policję, ani on, ani moja matka nie zostali ukarani za to, co mi zrobili.

Minęły dwa lata od operacji, a ja nauczyłem się patrzeć na moje ciało z życzliwością, pielęgnować je i wierzyć, że zasługuje na jedzenie. Zaczęłam mówić głośno o tym, co mnie spotkało, otwieram się na ludzi. Uczę się wierzyć, że zasługuję na miłość.

Nadal mam blizny na ciele, ale one opowiadają moją historie. Moje ciało może nie jest ładne, ale nie jest już dla mnie zagrożeniem. Mogę czerpać przyjemność z najprostszych rzeczy, takich jak siedzenie w samolocie bez pytania o przedłużenie pasów bezpieczeństwa, jazdę na rollercoasterze czy obcinanie paznokci u stóp. Możliwość spożywania posiłków bez chęci zranienia się jest wyzwalająca. Teraz, kiedy mój syn wraca do domu, mogę razem z nim i moją rodziną usiąść do niedzielnego obiadu.

Nadal borykam się ze swoimi problemami psychicznymi, ale jestem zdrową osobą i nauczyłem się radzić sobie ze stresem. Kiedy mam ochotę zjeść, by zapomnieć, by zadać sobie ból, skupiam się na emocjach, sięgam po swój pamiętnik.

Mam nadzieję, że pewnego dnia wszyscy, którzy potrzebują pomocy, będą mieli do niej dostęp. Chciałabym wierzyć, że jestem przykładem dla tych, którzy doświadczyli cierpienia w dzieciństwie – wy też macie wybór. Nie musicie się samounicestwiać. Opowiadam moją historię, żebyś kolejnym razem, gdy pomyślisz o kimś, że jest obrzydliwy, bo gruby, miał świadomość, że pod tym ciałem kryje się być może dramatyczna historia człowieka. Człowieka, który potrzebuje pomocy.


 

Na podstawie: bbc.com/


Matka na randce, czyli – UWAGA – tych facetów unikajcie jak ognia

Z życia kobiety
Z życia kobiety
23 maja 2018
Fot. iStock/andresr

No dobra, jestem z tak zwanego drugiego sortu, przebranego, po doświadczeniach, z przeszłością, którą nie zbyt chętnie wspominam. Ot, kobieta po rozwodzie, matka dwójki nastolatków, która po burzach rozstania i awanturach rozwodowych, bólu zdrady i zrozumienia, że nie było w tym mojej winy, stwierdziła, że życie się jeszcze nie skończyło.

W końcu jestem lekko po 40-tce. Całkiem fajnie wyglądam, lubię niespodzianki i przygody, więc czemu by nie spróbować poznać kogoś, kto myśli podobnie jak ja. Podobno liczba rozwodów wzrasta, a przecież nie każdy facet z odzysku musi być świnią i podłym padalcem, prawda? Przyjaciółka po wypitej butelce wina jednego wieczoru namówiła mnie na portal randkowy. No dobra, w końcu gdzie szukać faceta? Najlepiej w sieci. Nie powiem, że nie polecam, ale fala ofert seksu przeróżnego nawet mnie wprawiła w lekkie zakłopotanie. Jednak z całego tego wora można wyłuskać kilka ciekawych osób. Przynajmniej tak by się na początku wydawało. Mnie jednak trudno zrazić, jak się raz zawzięłam i zdecydowałam, to w końcu muszę wykorzystać swoją szansę.

Tak też zrobiłam i… zaliczyłam kilka fatalnych randek. Naprawdę, gorzej chyba być nie mogło. Przez chwilę się załamałam, ale później pomyślałam, że przecież każdą porażkę można przekuć w sukces. Stworzyłam więc listę sygnałów ostrzegawczych, które od razu po pierwszej randce mówią: „Z tym gościem lepiej daj sobie spokój”.

Spóźnia się

Nienawidzę czekać, ale też nie lubię się spóźniać. Mam gdzieś z tyłu głowy zakodowane, że należy szanować czas innych i że ja powinnam szanować swój. Tymczasem z dwa razy trafił mi się typ, który spóźnił się niemal pół godziny wysyłając lakonicznego SMS-a: „Jeszcze chwila i będę”, tylko ta chwila przedłużała się w nieskończoność. W efekcie zero przeprosin, bo przecież nic się nie stało. Nie, no sorry, może i jestem przewrażliwiona, ale nie chcę być traktowana w ten sposób. Jeśli tak zaczyna, co będzie dalej?

Kontroluje

Wiecie, tu nie chodzi o nic wielkiego, ale jak już facet zamawia za ciebie w knajpce, w której jesteście nie pytając cię na co masz ochotę, to coś tu jest nie tak. Jasne, może się początkowo spodobać, że taki zdecydowany – czytaj – męski, ale ja bym uważała. Pozwoliłam sobie przeciągnąć randkowanie z jednym takim i uwierzcie – ilość SMS-ów, pytań, sprawdzanie moich granic zdecydowanie mnie przerosła. Naprawdę zawierzcie swojej intuicji, która podpowiada wam, że coś tu nie gra.

Jest nieobecny

Rozgląda się, zerka na zegarek, na telefon. Kurde, no na też nie muszę być dla kogoś wymarzoną partią, na trzech randkach grzecznie zapytałam: „To może już się pożegnajmy”. Dwa razy facet był zaskoczony i przepraszał, raz się po prostu zgodził i byłam mu wdzięczna, że nie musimy udawać zainteresowania. Tak jest lepiej i prościej – naprawdę.

Niegrzeczny dla kelnera

Wiecie po czym najłatwiej poznać człowieka? Po tym, jak traktuje innych. To jest idealny test dla każdego, zwłaszcza na pierwszej randce. Matko pamiętam taki jeden koszmar, gość się cały czas czepiał kelnera, że za wolno, za późno, że wino za ciepłe… Było mi wstyd za niego. Oburzony patrzył, jak do rachunku dokładam napiwek. Pouczał mnie po wyjściu, że ludzie muszą wiedzieć, gdzie jest ich miejsce. Szybko pokazałam mu jego – jak najdalej ode mnie.

Agresywnie romantyczny

Umówmy się – romantyzm jest fajny, ale jak gość na pierwszej randce, po wcześniejszej krótkiej wymianie zdań w sieci, mówi, że cię uwielbia, że jesteś kobietą jego życia to… raczej trudno mu uwierzyć. A gdyby nawet, to jeszcze ciężej wziąć go na poważnie. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo – może cię osaczyć, dać fałszywe poczucie bezpieczeństwa, by w efekcie tobą manipulować. Nie znam z autopsji, ale przyjaciółka wplątała się kiedyś w taki związek. Lepiej brać nogi za pas.

Nieustannie mówią o swojej byłej

Jasne, że to działa w dwie strony – jak ty czujesz, że mówisz nieustannie o swoim byłym, lepiej jeszcze wstrzymaj się z randkami. Oczywiście, że nie ma nic złego w mówieniu o swoich eks, zwłaszcza na pierwszej randce – podobno wtedy najlepiej, ale istnieje pewien limit. Co więcej – nie bez znaczenia jest w jaki sposób on mówi o swojej byłej partnerce. Jeśli mówi o niej okropne rzeczy i to ją oskarża o rozpad związku, pomyśl dwa razy nim się umówisz z nim kolejny raz.

Jest zaskoczony różnicą zdań

No kurczę, spotkania dwojga ludzi o różnych poglądach jest dla mnie czymś, co sprawia, że świat jest interesujący. Okazuje się, że nie dla wszystkich, co więcej – że empatia i próba zrozumienia cudzego punktu widzenia jest dla niektórych zbyt trudna.

Jeśli ktoś na siłę próbuje cię przekonać do swoich racji, lekceważy twoje zdanie, traktuje cię z wyższością na zasadzie: „Ja wiem lepiej” – uciekaj. Po pierwsze – jest sztywny jak kij od miotły, po drugie – brak mu dystansu do siebie i otwartości na innych.

Czasami na pierwszej randce ktoś ze zdenerwowania robi głupie rzeczy, ale wiecie – to łatwo zauważyć i wyczuć, bo kiedy złapie trochę luzu, staje się fajnym człowiekiem. Mam kilka nieudanych randek za sobą, kilka nijakich, były też takie, na których poznałam fantastycznych facetów, z którymi mam kontakt, choć nie zaiskrzyło. Ale wiecie co, nie rezygnuję. W końcu życie to spotkania, kto wie, kto czeka na mnie za rogiem. Jedno jest pewne – jestem bogatsza o te doświadczenia i… trochę jednak mądrzejsza.