Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
29 listopada 2016
Fot. iStock/svetikd
 

–  Ja i Kuba pracowaliśmy w jednej firmie, ale niewiele o sobie wiedzieliśmy. Słyszałam, że kilka lat wcześniej zmarła mu żona, że jest sam. Podobał mi się, to mało powiedziane, taki typ faceta, o którym myślisz przed zaśnięciem. Odpowiedzialny, ciepły, mądry. I przystojny. Wysokim smukły i te jego oczy. Przejęłam inicjatywę, bo nie uważam tego za coś złego. Zagadnęłam raz, potem kolejny. Zauważyłam, że podoba mu się to, że nie czekam, że otwarcie pokazuję, że zależy mi na bliższym poznaniu. Zaczęliśmy się spotykać. Na spokojnie, czasem jakaś kawa, czasem krótka kolacja, po której zawsze odwoził mnie do domu. Dwa czy trzy razy się zdarzyło, że musiał wracać nagle, bo pilny telefon. Nie dopytywałam, bo szczerze mówiąc najchętniej ominęłabym w ogóle temat jego żony. Czułam, że to dla niego nadal bolesne, a dla mnie niezręczne. To nie tak, że chciałam się jej pozbyć czy zastąpić, po prostu nie bardzo wiedziałam jak i czy w ogóle, z nim o tym rozmawiać. Minęły trzy miesiące i nagle przyjechał do mnie sam. „Monika posłuchaj. Chyba właśnie zacząłem cię kochać. Pierwszy raz od śmierci Gosi to poczułem, choć myślałem, że już nigdy. Tylko nie powiedziałem ci czegoś. Ona odeszła, zabrała ją choroba. Ale zostały dzieci, nasze dwie córki”. Pamiętam, że usiadłam w fotelu i patrzyłam przed siebie. Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham. I, że nie jestem najgorszym człowiekiem. Więc skoro tyle czuję do Kuby, to pokocham też jego córeczki. Niestety, to było trudniejsze, niż mi się wydawało.

Dziewczynki Milena i Jagoda,  bliźniaczki zresztą, miały po 11 lat. I nawet nie chciały o mnie słuchać, a co dopiero  poznać. Powtarzałam Jakubowi, żeby dał im czas, że nic na siłę, bo to tylko pogorszy sytuację. Buntował się, mówił, że nie może być tak, żeby dzieci nim rządziły. Są i zawsze będą najważniejsze ale on też już dłużej, nie chce być sam. Bo czuję, że moglibyśmy być razem bardzo szczęśliwi. Przekonywał ponad tydzień swoje córki do tego, żeby zaprosić mnie na obiad. Niechętnie, ale zgodziły. Szłam jak na skazanie. Miałam dla nich po drobiazgu, bo nie chciałam, żeby ktoś zarzucił, że chcę je sobie kupić prezentami. Nawet ich nie obejrzały, nie zajrzały do torebek z upominkami i ostentacyjnie zostawiły na szafce, przy drzwiach wejściowych. Nabrałam głębokiego oddechu, Kuba mrugnął porozumiewawczo, więc poczułam się trochę pewniej. Przy stole był istny cyrk. Popisywały się, były niemiłe, nie słuchały, gdy usiłowałam się odezwać. Gdy Jakub zwrócił im uwagę, Milena syknęła, że nie musi być miła dla obcej baby, która i tak tu nigdy nie zamieszka i wyszła. Jagoda za to wstała, podeszła do mnie i pokazując mi zdjęcie swojej mamy bezczelnie zakomunikowała, żebym się nie łudziła. Tata bowiem lubi piękne kobiety, ja jestem podrzędna i zwyczajna. Nie wyszłam, choć chciało mi się płakać. Szalę goryczy jednak przelała nagła, niby przypadkowa wizyta byłych teściów mojego partnera. O ile były teść Kuby przyjął mnie miło i serdecznie, wręcz miałam wrażenie, że szczerze nam kibicuje, o tyle eks teściowa już nie bardzo. Potem się wydało, że jedna z dziewczynek zadzwoniła ze skargą, że tu jestem i babcia postanowiła przyjść z odsieczą i… wykładem dla mnie, czy ja w ogóle mam pojęcie o wychowywaniu dzieci. I to najgorsze z pytań: dlaczego 32 -letnia kobieta, nadal nie ma swojego dziecka? I sugerowanie, że macierzyństwo nie każdemu jest pisane. Wtedy wyszłam. Jakub oczywiście wybiegł za mną, ale prosiłam, żeby wrócił do córek. Czułam że zwątpiłam. Pierwszy raz.

Drugi raz chciałam zrezygnować po kolejnym naszym spotkaniu. Tym razem wybraliśmy bardziej neutralne miejsce. Miał być park, potem zoo i wspólne lody. Niestety zaczęło się i skończyło w parku, bo dziewczynki najpierw były naburmuszone. Dwoiłam się i troiłam, żeby jakoś do nich zagadać, dotrzeć. Żeby im pokazać, że możemy się po prostu polubić, a z czasem nawet zaprzyjaźnić. W ogóle nie zwracały na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było. W końcu nie wytrzymałam, przysiadłam na ławce i powiedziałam głośno, że nie czuję się tu mile widziana. Oczywiście usłyszałam, że to dobrze, że one nie muszą mi tego tłumaczyć. Że najlepiej będzie, jak zostanie po staremu, gdy są one i tatuś. Kuba mnie przeprosił i powiedział, że przyjedzie do mnie później. Im kazał wracać do auta i podkreślił, że bardzo się na nich zawiódł, że jeszcze nigdy nie czuł takiego wstydu przez ich zachowanie. Wiedziałam, że karę za jego słowa poniosę ja. Nie myliłam się, bo Jagoda dorwała telefon ojca i wykradła mój numer. Zadzwoniła i oznajmiła, że nie jestem pierwszą koleżanką z pracy, którą ojciec przyprowadził do domu. Żebym zaoszczędziła sobie nerwów i lepiej sama zniknęła. Nie wiem, co mnie szokowało bardziej. Sposoby w jaki chciały się mnie pozbyć, brak jakichkolwiek hamulców czy to, że były takie zimne, takie wyzbyte z uczuć. Że oceniły mnie, choć tak naprawdę nie znały, od razu pozbawiły szans, odepchnęły i nie życzyły mojej osoby. Tłumaczyłam sobie, że to nie ich wina. Że tyle musiały przejść i to już jako małe dzieci, że kieruje nimi lęk i zazdrość. O miłość ukochanego i jedynego taty.

Próbowaliśmy jeszcze kilka razy, nic się nie zmieniało. Gdy byliśmy we dwoje, czułam się najszczęśliwsza na świecie.  Mogliśmy rozmawiać godzinami o wszystkim, albo milczeć i nie czuć się z tym niezręcznie. Wszystko nas łączyło: od zainteresowań, poprzez pracę i znajomych, aż po uczucie, którego byliśmy coraz bardziej pewni. Ale dzieliły nas nadal jego dzieci. Czas leciał, a my się miotaliśmy między dwoma domami, między dziewczynkami, które za nic nie chciały ustąpić, a mną, która przestawała w to wierzyć. W to, że kiedykolwiek będzie normalnie. I wtedy Kuba zaproponował, żebym się do nic wprowadziła. Roześmiałam się gorzko i rzuciłam czarnym żartem, że pewnie na powitanie stracę włosy. Bo córeczki tatusia mi je obetną jak już zasnę. Albo wymyślą jeszcze coś gorszego. Kuba zaczął mi wyrzucać, że mogłabym się bardziej postarać, że brak mi wyrozumiałości. Że one tyle przeszły, że się zwyczajnie boją. Zapytałam go, czy ma pojęcie, jak ja się boję? Bo nikogo nie chcę skrzywdzić, ale za to sama obrywam. I, że chyba jednak nie mam sił na rywalizowanie. Zresztą nie takim jestem człowiekiem. Myślałam, że pomału się to wszystko poukłada, bo za nic w świecie nie chciałam zastępować im matki. Za bardzo szanuję pamięć o tamtej kobiecie i cieszyłabym się nawet wtedy, gdybym mogła się z nimi po prostu zakumplować. Nie matkować, nie narzucać, nie zabierać miłości ich ojca. Raczej się dzielić.

I to był trzeci raz, gdy postanowiłam odejść. A Kuba nie bardzo mnie zatrzymywał. Choć widziałam łzy w jego oczach. I nie miałam pretensji, wiem, że znalazł się między młotem a kowadłem. Że czasem nie ma dobrych rozwiązań. Wyjechałam służbowo na tydzień, prawie się ze sobą nie komunikowaliśmy. Dwa razy zapytał, czy wszystko u mnie dobrze. Odpisywałam tylko zdawkowo, nawet słowa o tym, że za nimi tęsknię. Tak – za nimi, bo nagle sobie uświadomiłam, że te dwie niemiłe istoty są mi bliskie. Że jest mi ich żal, bo walczą o swojego tatę dlatego, że straciły już matkę. Nowy ktoś zabierze mu czas przeznaczony dla nich. A to przecież nieprawda. Wróciłam i zadzwoniłam do Kuby, powiedziałam, że chcę porozmawiać. Ucieszył się, miałam wrażenie, że do mnie biegł. Płakaliśmy oboje, tłumaczył mi, że on nie wie co robić. Że ten tydzień beze mnie był koszmarem ale z drugiej strony są jego córki, którym on nie potrafi przekazać i wytłumaczyć. Że nie chce być już sam, że one dorosną nie wiadomo kiedy i pójdą swoją drogą. Że przecież, gdy żyła ich matka, którą kochał ponad wszystko, to one na tym nie ucierpiały. I teraz też tak będzie. Bo tak różna jest miłość ta rodzicielska od tej, do drugiej kobiety. Powiedział im o tym. I o tym, żeby przestały prowadzić swoje gierki, bo mnie kocha i chcę ze mną być. Oczywiście nadal nie było i nie jest za różowo. Ale się trochę uspokoiło. Zrezygnowałam chwilowo z przeprowadzki, wiem, że nie powinno się niczego ponaglać. Ale nie rezygnowaliśmy już z siebie. Dziewczyny rosną, zmieniają się. Minęły dwa lata odkąd nie chciały mnie wpuścić do swojego domu po raz pierwszy.

Dziś przewożę rzeczy i słyszę od Mileny, że mają nadzieję, że się dogadamy w kwestii łazienki. I, że robię dobre naleśniki ze szpinakiem, choć wiadomo, że mama robiła lepsze. Bajkę o złej macosze, już dawno schowałyśmy na najwyższą półkę. Lubimy się, docieramy, poznajemy. I to mnie cieszy. Gdy ktoś mnie pyta, czy mam dzieci, zawsze odpowiadam, że dwie piękne córki. I one tego nie komentują, nie przytakują. Ale się uśmiechają. Czy usłyszę kiedyś, jak mówią do mnie mamo? Nie myślę o tym w ten sposób. Najważniejsze, że jesteśmy razem. Ja, on i nasze dziewczyny.


„Weźcie się wreszcie do roboty, a nie świrujcie…”. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego zamożni, młodzi ludzie ryzykują życiem?

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
29 listopada 2016
Fot. iStock / aetb / igor_kell
 

„Ceremonia kambo” to jeden z najmodniejszych ostatnio sposobów oczyszczania organizmu, usuwania z niego chorób i przywracania harmonii między ciałem a duchem. Koszt ok. 250 zł. Za te dwie i pół stówy uczestnicy ceremonii mogą sobie do woli, za przeproszeniem, rzygać. W towarzystwie innych osób zakochanych w medycynie naturalnej.

Co wyrzygają? To zależy od koloru wymiocin. Potem szaman razem z uczestnikami analizuje zawartość wiaderka i mówi o problemach zdrowotnych uczestnika.

W ostatnich dniach nie ma chyba gazety, portalu czy stacji telewizyjnej czy rozgłośni radiowej, która by nie wspomniała o jadzie amazońskiej żaby wykorzystywanej właśnie do kambo.

Tyle, że owe wzmianki nie dotyczą bynajmniej cudownego działania jadu. Media donoszą o śmierci 30-letniej Haliny T., która najprawdopodobniej zmarła po zażyciu pigułki z jadem żaby.

Moje pytanie jest takie: czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego zamożni (wnioskuję po kosztach), młodzi ludzie ryzykują życiem (przed zażyciem jadu podpisuje się oświadczenie, że robią to na własna odpowiedzialność) spotykają się w sobotę wieczorem, by sobie wspólnie porzygać?

Nie rozumiem tego tak samo, jak nie potrafię zrozumieć rodziców małej, zaledwie półrocznej Magdy z Brzeznej, którą rodzice tak długo leczyli według wskazówek lokalnego znachora, że dziecko zmarło. Znachor leczył wysypkę u dziecka nakazując odstawienie karmienia piersią i w zamian kazał podawać dziecku rozwodnione kozie mleko. Dziewczynka zmarła z głodu.

Głód jest dziś modny. Sprawdziłam. Wczasy z głodówką kosztują ok. 2 tys. zł za tydzień. Kurczę, głodna i wściekła na cały świat to ja mogę być w domu, a nie w wypasionym ośrodku. Może jestem dziwna, ale jak mnie ssie w żołądku, to ja się relaksować nie potrafię.

Tak samo nie rozumiem kobiety, której wpis widziałam ostatnio na jednej z parentingowej grup w internecie. Kobieta opisywała, że jej półtoraroczne dziecko ma właśnie krztusiec. Dla przypomnienia, to ta zakaźna choroba, która przed laty dziesiątkowała dzieci. Chore maluchy dusiły się i umierały.

Obecnie krztusiec występuje, ale nie jest już tak śmiertelny. Leczy się go i zapobiega zakażeniom za pomocą specjalnych antybiotyków. Ale mama wspomnianego dziecka lekarstw nie chciała mu podać. Dopytywała koleżanek w grupie, co ma zrobić, by ten wstrętny lekarz wespół z wyrodnym ojcem, uchronili dziecko przed antybiotykiem. To sama chemia. Ona chciała wyleczyć dziecko naturalnie. Ziółkami.

Kurczę, najgorsze jest to, że nikt z całej grupy nie powiedział jej wprost: kobieto, puknij się w łeb i się ogarnij, bo możesz stracić dziecko. Tylko wszyscy wspierali panią w antylekarskiej krucjacie.

Nie jest tak, że neguję medycynę tradycyjną. Pewnie, nie należy byle przeziębienia leczyć antybiotykami, bo mamy później problem z antybiotykoopornością. Lekarze coraz częściej zwracają uwagę na to, że ich zbyt częste stosowanie uodporniło drobnoustroje na działanie lekarstw. Rozumiem ludzi, którzy walczą o możliwość leczenia marihuaną padaczki lekoopornej czy jak były rzecznik SLD Tomasz Kalita o to, by można było za pomocą oleju z konopi leczyć ból w chorobach nowotworowych. I sama też miewam stawiane bański.

Nauka pokazuje, że są niektóre substancje, które dobroczynnie wpływają na organizm. Warto jeść szpinak, brokuły, nieprzetworzoną żywność i unikać tego, co zamiast składnikami odżywczymi nafaszerowane jest różnymi wzmacniaczami smaku i zapachu. Wierzę, że katar świetnie się leczy gorącą kąpielą, wodą z imbirem czy cebulą z miodem. A człowiek jest z pewnością zdrowszy, gdy się wysypia, nie stresuje i się rusza, a nie jak ja dziś – siódmą godzinę gniję przy kompie…

Ale nie łudźmy się, że uda nam się  wyleczyć choroby i całe zło świata za pomocą ziółek. Gdyby tak było, to nasi przodkowie żyliby wiecznie, a nie schodzili z tego padołu w wieku 35 lat w najlepszym wypadku.

Wkurza mnie, jak ktoś aplikuje sobie lub co gorsza dzieciom, jakieś podejrzane mieszanki ziółek twierdząc, że to przecież sama natura, że zioła nie zaszkodzą. Jeśli tak nie działają, to po cholerę to bierzesz? I skąd wiesz, co rzeczywiście dali ci do łykania szamani z Azji czy Afryki w ładnie wyglądającym gabinecie medycyny naturalnej. Wierzysz w państwo? Że niby jak by szkodzili, to by ich zamknęli? Naprawdę tak uważasz? To wiedz, że w Polsce nie potrzeba żadnych kwitów, by taką działalność prowadzić. Tak samo, jak możesz jeździć w Bieszczady na psylocybki. Kto ci zabroni żreć halucynogenne grzybki? No i przecież to sama natura. Niektórzy by pewnie rzekli, że zero chemii…;)

Pewnie na koniec powinnam wspomnieć o ruchu antyszczepionkowym. Fakt, przybywa ludzi, którzy rezygnują ze szczepienia swoich dzieci. Robią to jednak z różnych powodów. Są tacy, którzy raz zaszczepili, dziecko bardzo źle zareagowało na szczepionkę, przestraszyli się i nie szczepią. Trudno ich nie rozumieć.

Są też tacy, którzy uważają, że szczepienia zastąpi karmienie piersią, dieta tłuszczowa czy beztłuszczowa, brak glutenu, warzywka z działki. Nie wiem, w jaki sposób żywność miałaby przeciwdziałać zakażeniu tężcem, ale może są jakieś badania naukowe, które to uzasadniają. Nie widziałam.

Rosnąca popularność do alternatywnych metod leczenia z pewnością niepokoi. Ale wydaje mi się też, że jest to w jakimś stopniu skutek słabnącego zaufania do lekarzy. Kto z nas nie spotkał się z takim, który lekceważy pacjentów i leczy tak, że idziemy do niego w ostateczności, jak już brakuje w przychodni numerków. Co zresztą nie jest szczególnie trudne, bo w wielu przychodniach brakuje ich już przed ósmą rano, a w kolejce do specjalisty stoi się kilka miesięcy czy nawet lat.

Może więc warto by było wreszcie przebudować system opieki zwrotnej na taki bardzie sprzyjający pacjentom. Może by wtedy pole do popisu dla różnej maści znachorów, szarlatanów i magików z żabą w ręku było mniejsze.

A tym, którzy eksperymentują z własnym organizmem by znaleźć harmonię trzeba powiedzieć krótko: weźcie się wreszcie do roboty, a nie świrujcie w towarzystwie żab.


A co dla ciebie w życiu jest najważniejsze? Zrób jedno z dwóch zadań i przekonaj się, czy umiesz odpowiedzieć na to pytanie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 listopada 2016
Fot. iStock/RossHelen

Naszą największą tragedią jest to, że nie doceniamy tego co mamy. Dopiero, gdy to tracimy, otwierają się nam oczy – jest żal, smutek i bezsilność, bo nie da się już tego odzyskać. Można tu mówić o miłości, przyjaźni, pracy, relacjach z innymi ludźmi. O decyzjach, które podjęliśmy, a których w efekcie jednak żałujemy, bo działaliśmy pod wpływem impulsu. I o tych, których nie podjęliśmy i straciliśmy coś cennego. Tyle tylko, że kiedy zdamy sobie z tego sprawę, jest już często za późno.

Nie dajemy sobie szansy na weryfikację naszych priorytetów. Mówimy: „najważniejsza jest rodzina, miłość”, ale to tylko słowa. Czy one przekładają się na nasze codzienne życie?

Dzisiaj chciałybyśmy, żebyście na chwilę się zatrzymali. Jest jedno banalne zadanie.

Połóż przed sobą 20 małych kartek papieru. Na każdej z nich napisz to, co jest dla ciebie ważne, wyjątkowe w twoim życiu. To może być wszystko – rodzina, imiona dzieci, partnera, męża, przyjaciela, twoja praca, samochód, dom rodzinna pamiątka,. 20 rzeczy, to naprawdę dużo, ale zapełnij wszystkie kartki i nie zmieniaj swojej decyzji.

A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie twój zwykły dzień, codzienność. Wracasz do domu i czujesz ostry ból, trudny do zniesienia. Po drodze jedziesz do lekarza. Musisz zgnieść jedną kartkę. Z tych najważniejszych rzeczy tą, z którą najłatwiej mimo wszystko jest ci się rozstać. Samochód, praca? Co ma dla ciebie najmniejsze znaczenie spośród tych najważniejszych.

Lekarz zleca badania i stawia diagnozę. Już wiesz, że czeka cię najgorsze. Wyrzucaj po kolei te rzeczy, z którymi jesteś w stanie się rozstać, z których jesteś w stanie zrezygnować. Zostało ci mało czasu. 10 kartek, osiem, pięć. Wiesz, że umierasz. Wyrzucasz kolejne. Zostają dwie, może trzy kartki. A teraz wyobraź sobie, że umierasz… I już nic nie możesz zrobić. Co zostawiłaś? Imiona dzieci? Męża? Kogoś, kogo kochasz?

Takie zadanie wykonują uczestnicy warsztatów umierania w Japonii, po których Japończycy wychodzą i nagle znajdują czas na zabawę ze swoimi dziećmi, na zadbanie o swój związek. To po tych warsztatach zmieniają pracę, rozwodzą się, bo chcą walczyć o swoją prawdziwą miłość. Te jedne warsztaty uświadamiają im, co tak naprawdę jest w ich życiu jest najważniejsze, co czyni ich szczęśliwymi. Z czego są w stanie zrezygnować, by zadbać o te najważniejsze dla siebie wartości.

Jest jeszcze jedno zadanie. Podpowiedziała mi je kiedyś moja przyjaciółka, coach, która sama zdecydowała się je zrobić. Weź jedną białą kartkę i podziel ją na pół. Po jednej stronie wypisz wszystko to, co uważasz za priorytety w swoim życiu, w kolejności od tych najważniejszych. Gotowe? A teraz obok, na drugiej połowie, wypisz te rzeczy, na które poświęcasz najwięcej czasu. Jak się ma jedno do drugiego. Gdzie w ważnych dla ciebie wartościach masz porządek, a na którym miejscu jest sprzątanie, jeśli chodzi o czas. Gdzie jest rodzina, a ile rzeczywiście czasu jej poświęcasz?

To nie jest łatwe zmierzyć się z sobą, z tym, jak często bywamy nieświadomie zakłamani. Na zewnątrz mówimy, czujemy co innego, a w środku… bywa zupełnie inaczej.

Trzeba mieć dużo odwagi, by przygotować sobie te 20 kartek z najważniejszymi rzeczami, tak jak zdać sobie sprawę z tego, że na to, co dla nas w życiu stanowi najwyższą wartość poświęcamy mało czasu. Nie dbamy o to, bo wydaje się nam, że jest po prostu dane i zostanie na stałe.

Czy aby na pewno? Zatrzymaj się. Znajdź chwilę na wykonanie jednego z tych zadań. Zmierz się z tym i wyciągnij wnioski. Nie musisz swojego życia nagle przemeblowywać, robić ogromnej rewolucji. Po prostu pomyśl, co dla ciebie jest ważne, a co najważniejsze… Co możesz stracić, czego będziesz żałować, gdyby nagle okazało się, że umierasz, odchodzisz? Nie bój się takiej refleksji, na nią nigdy nie jest za późno…

P.S.1: Paulina, dziękuję za inspirację i za zadanie z 20 kartkami.

P.S.2: Podajcie dalej te zadania ludziom, na którym wam zależy, których kochacie i chcecie, by byli szczęśliwi

 


Zobacz także

Do widzenia Perfekcjo! Tak naprawdę nie istniejesz

Już za dwa dni startuje najsympatyczniejszy festiwal tego lata – 12. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi

Babskim okiem: subiektywny przegląd wydarzeń minionego tygodnia na Oh!me