„Nie zazdrość szczęśliwym parom, pomyśl co możesz zrobić”. Mężatka do innych kobiet

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
27 lutego 2016
Fot. Unsplash/Johnatan Pendleton / CCO
 

Jesteśmy parą, która w niedzielne przedpołudnie idzie na spacer do lasu. Bierzemy naszą 7– letnią córkę i psa. Dużo się śmiejemy, a w lesie gramy w podchody ( zawsze to mąż wymyśla nam gry terenowe). Potem idziemy na obiad, trzymamy się za ręce i mówimy do siebie „mycho” i „kotku”, z czego tak się śmieją niektórzy ludzie. W domu razem gotujemy, kokosimy się na jednej kanapie( my plus córka plus dwa koty plus pies) i oglądamy filmy.

Nasz związek nie jest kompromisem, rezygnacją, poświęceniem dla dziecka.  Uprawiamy seks częściej niż statystyczne trzy razy w tygodniu, jest nam dobrze, czasem uciekamy na weekend i snujemy się po polskich miastach, sami, bo nasza córka zostaje z babcią.

Jesteśmy parą (rodziną), której być może zazdrościsz na ulicy (jeśli jesteś nieszczęśliwa, smutna, zakochana lub samotna). Widzisz, że my się przytulamy i śmiejemy. A może jesteś tą samotną (w związku lub sama), która widząc jak pakujemy rowery na dach samochodu zazdrości nam szczęścia. I tego, że wyglądamy jak z kolorowego obrazka. I zawsze mamy z kim jechać na rower, kochać się, chodzić do kina.

Ale chciałabym ci coś powiedzieć, o czym rzadko się mówi. O czym rzadko mówią małżeństwa, bo to takie tabu. Te wszystkie zdrady, prawie zdrady, zobojętnienia, albo po prostu wegetowanie obok siebie, bez romansów, ale z zamrożonym ciałem. I emocjami.

Ja o naszym kryzysie mówię głośno, bo chciałabym, żeby choć jedna osoba wiedziała, że kryzys jest często składową wieloletnich związków. I że warto walczyć. Nasz związek był ruiną. Doskonale wiem co to samotność w relacji, mój mąż też to wie. Sypiałam na kanapie w salonie, często bolała mnie głowa, a on za dużo pracował. Wiem wszystko o chodzeniu później spać, żeby nie musieć się kochać.  Nie chodziliśmy przytuleni, mijaliśmy się w kuchni, nasze rozmowy dotyczyły tylko mleka w lodówce, sprzątania i dziecka. Gdybyś nas wtedy zobaczyła na ulicy, pomyślałabyś: małżeństwo to koszmar.  Albo: tylko współczuć.

Jesteśmy dowodem na to, o czym często mówią starzy ludzie– że długi związek to przypływy i odpływy namiętności. Że wszystko można wybaczyć i nigdy nie jest za późno, by próbować od nowa. I nie zawsze warto ufać odczuciom– przecież naprawdę już myślałam, że nie kocham, podczas sporadycznego seksu patrzyłam w sufit, marzyłam o innym, zazdrościłam parom w kinie i na ulicy. Chciałam znów słyszeć: „kocham” i mówić to komuś.  A przynajmniej nie czuć pustki, z którą zasypiałam i budziłam się co rano.

Nie wiem na jakim jesteś etapie życia, może mnie rozumiesz, bo też to przeszłaś, może jesteś w tej samotni teraz.

W naszym życiu nie stał się cud. Nie wróciliśmy w swoje ramiona ot tak. Nie przestałam patrzeć w sufit na „raz, dwa, trzy” . Ale wiem, że można chociaż spróbować. Zanim spakuje się walizki i odejdzie. Potrzebujemy jednak do tego kilku rzeczy.

ŚWIADOMOŚĆ

Ona jest najgorsza. Możesz zapchać życie zajęciami, miłością do dzieci, pracą. Możesz co rano się oszukiwać, że nie jest tak źle, możesz po każdej awanturze myśleć sobie: „pomyślę o tym jutro”, ale tak będzie tylko gorzej i gorzej. Mnóstwo ludzi to robi. Zamiata pod dywan. I dla przyjaciół, i dla rodziny, ale też dla siebie. Bo prawda jest tak bolesna, że nie chce się jej znać. Bo przecież jest ten kolorowy obrazek, więc jak mam powiedzieć teraz, że to tylko iluzja?

Ale jedynym rozwiązaniem to stanąć i powiedzieć sobie, że jest najgorzej na świecie. Ale nie tylko sobie mówić i dalej z tym żyć. Zrobić coś. Powiedzieć jemu, nie zwracać uwagi, gdy on rzuca: „Ale o co ci chodzi?” (częste zaprzeczenie), zadzwonić, umówić się na terapię. Inaczej prędzej któreś z was zdradzi. Albo odejdzie. Albo wycofa się w miejsce, z którego nie ma odwrotu.

Mnie świadomość tego, co się dzieje w moim domu, powaliła. „Po prostu nie kocham” – powiedziałam sobie któregoś dnia. Nie chcę bliskości. On nie chce. To guzik prawda, że jesteśmy zapracowani. Nie jesteśmy na tyle. On mnie nudzi. On mnie brzydzi czasem. I wścieka. Ileś miesięcy „chodziłam” z tą prawdą. To bzdura, że robię te awantury o łyżkę, pranie, zapracowanie. Przecież chodzi mi o coś innego. W nosie mam tę łyżkę. Ale nie mam w nosie tej pustki. I powiedziałam to. Nie, że się wkurzam, bo on. Powiedziałam, co ja czuję.

On był w szoku. A potem ja byłam w szoku – bo tak długiej listy zażaleń nie usłyszałam od nikogo. Ale cóż, tak się kończą miesiące (prawie lata życia) w fikcji.

Chciałam spakować walizki. Marzyłam o samotnych wypadach do kina i brudnych – swoich– naczyniach w zlewie. Zazdrościłam singielkom.

Ale umówiłam nas na terapię– dla dziecka. I dlatego, że obiecywałam mu, że do końca życia. Może to głupie, nie jestem specjalnie wierząca, ale jednak ważna jest dla mnie odpowiedzialność za drugiego człowieka i dane mu obietnice.

CHĘĆ ZMIANY

Bez niej nie zrobisz kroku. Ta wola zależy od dwóch stron, sama możesz zmieniać się i zmieniać, ale związek to jednak relacja. On musi chcieć choć trochę.

Miliony razy chciałam wyjść od terapeuty. Myślałam, że mój mąż zwariował, kłamie i plecie bzdury. Myślałam też, że chyba żyjemy w dwóch różnych związkach i opowiadamy dwie zupełnie inne historie. Tak zresztą było.

Ale zacisnęłam zęby. Przestałam tylko tokować, mądrzyć się, wyszłam poza „ja to, ja tamto”. Zaczęłam słuchać. Brr.

W oczach faceta, którego pokochałam byłam męczącą, znudzoną, histeryczną żoną. Byłam nieuważna (ja?!!!), skoncentrowana na sobie (ja?!!!), i nie potrafiłam słuchać (to już był cios poniżej pasa!). Po tych terapiach wychodziłam do lasu z psem (sama) i biegałam. Inaczej nie zniosłabym tych oszczerstw. Zabiłabym go. To było takie niesprawiedliwe. ( serio?)

Ale fajny jest moment, gdy nagle rozumiesz, że to bzdura, że jesteś idealna. Że czasem ktoś widzi nas inaczej. A jeśli już to zrozumiesz – czujesz, że możesz fruwać. Koniec z obwinianiem, możesz się zmieniać i też polepszyć ten związek.

PRZEBACZENIE

Tak, wiem, nie ma gorszych awantur niż te awantury bliskich ludzi. To wypominanie, świadomość słabych punktów, perfidne ich wykorzystywanie, te słowa, które zostają. O których nikomu nie mówimy, bo sami nie chcemy pamiętać.

Wybaczyłam wiele słów. Że nie da się ze mną wytrzymać, że robię syf wokół siebie, że jestem męcząca i marudna, a budzenie się koło mnie przyprawia o mdłości, bo od rana narzekam i psioczę. Że się nie staram w seksie. Wybaczyłam każde trzaśnięcie,  „rozwiedźmy się”, „radź sobie sama”. Bo pomyślałam o tym, co ja mówiłam. I nie wiem czy te słowa nie były gorsze.

W momencie, w którym przestajesz mówić „To ty mnie źle traktowałeś, bo powiedziałeś to i tamto, zrobiłeś tak i tak” w związku robi się czysto. Trzymać się teraźniejszości– to chyba najlepsze rozwiązanie.

PRACA

Tygodniami i miesiącami. Robienie kolacji i czekanie w szpilkach (choć w duchu myślisz: WTF? To jest tylko komiczne, bo na pewno nieerotyczne), wyjazdy i rezygnowanie z tych miliona bodźców, żeby być tu i teraz z tym mężczyzną. Bieganie na terapię, rozmowa, rozmowa.

Seks, którego też znów uczysz się powoli. Otwierać też się uczysz powoli. Kilka takich rzeczy wbrew sobie (ja tak miałam) i nagłe odkrycie, że to jest wciąż ten sam facet, w którym się zakochałaś. Zmienił się tylko ciut ciut. Ale przecież ja już też nie ta sama. Może możemy od nowa, choć inaczej?

Dodaj do tego nieustanną pracę nad sobą, dobre chęci, nadzieję i już związek bardziej przypomina związek, a nie trupa. A przecież mogłam się rozstać i przy kolejnym partnerze dojść do tego samego. Szkoda rodziny, miłości i tego co razem zbudowaliśmy. Szkoda domu, wspólnych kubków i planów.

Jeśli jeszcze jest jakaś nadzieja – zrób wszystko. Nie jest powiedziane, że nie można pokochać znów tego samego mężczyzny.

A ty dziewczyno samotna, nie zazdrość parom i małżeństwom z dziećmi. Ludzie w wieloletnich związkach, jeśli chcą mieć wspaniale, najczęściej muszą już nad tym pracować. Ciesz się, że to czyste zakochanie, bez pracy, wciąż przed tobą.


„Odejdź albo daj się porzucić, nie żałuj”. Jak wymienić drania na lepszy model

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
29 maja 2016
Fot. Flickr / Butz.2013 / CC BY
 

To było kilka lat temu. Byłam w okolicach trzydziestki, miałam narzeczonego od lat dziesięciu. Związek z nim to był prawdziwy rollercoaster. „Wszystko przez ciebie” zwykł mawiać po każdej awanturze. Robił jeszcze wiele innych rzeczy, ale zawsze myślałam, że to moja wina. Wiadomo, która z nas nie miała takiej relacji. W mniejszym lub większym stopniu. Snułam w wyobraźni scenariusze rzucenia Drania. Bo wiadomo, że przecież to ja miałam go zostawić. Scenariusz miał być taki.

Pierwszy. Po kolejnej awanturze nie dzwonię do niego nigdy więcej. Gdy on zagaja tym swoim „co tam, co robisz?” nigdy mu nie odpisuję.

Drugi. Poznaję idealnego, normalnego mężczyznę i rzucam drania. On, oczywiście, wtedy rozumie co stracił. Błaga, przeprasza, rozumie.

Trzeci. Może nie błaga, ale już nigdy, nigdy, przenigdy nie układa sobie życia. Bo rozumie, że tylko ja byłam idealna. Rozumiejąca, czuła, wspaniała, boska.

Przyznam szczerze, że byłam pewna, że scenariusz będzie właśnie taki.

Ale to Drań mnie rzucił. Przyszedł któregoś dnia (po kłótni) i powiedział: koniec.

Do końca był draniem. Nie powiedział uczciwie, że się zakochał w innej (donieśli mi znajomi), zwalił wszystko na mnie: „jesteś taka, siaka, i po prostu nie da się”.

Wszyscy, którzy zostali kiedyś porzuceni wiedzą co to za uczucie

Jakby ktoś palił cię żywcem i dolewał jeszcze kwasu, żeby bardziej bolało. Zna też te poranki, gdy budzisz się i dociera do ciebie TA prawda i po prostu skręca ci żołądek. Nie jesz, nie śpisz i tak dalej.

Oczywiście, wszyscy mądrzy mówią: zapomnij, nie myśl, czas leczy rany, masz ochotę zabić, bo ty chcesz jednego. a.) powrotu b.) zadośćuczynienia, c.) zemsty.

Gówno cię obchodzi czas i obietnice, że będzie lepiej. Tak samo jest w związkach. Czasem po prostu upieramy się na kogoś i tkwimy w tej beznadziei, bo

– nikogo nigdy tak nie pokochamy (chlip, chlip)

– tyle czasu zmarnować? Tyle chwil

– mamy wspólne dzieci, dom (to najgorzej)

No i oczywiście, on się w końcu otrząśnie, zrozumie.

Niestety, często jest tak, że im gorszy jest (współ) partner, tym bardziej się na niego upieramy. Tak samo kobiety, jak i mężczyźni, bo przecież drań ma też wersję żeńską, równie bezwzględną i narcystyczną.

No ale cóż, jako kobieta po przejściach, wiem jak wygląda życie z Draniem

– przez większość życia czujesz napięcie (często nie wiesz, jak on zareaguje)

– często musisz przepraszać (bo on robi to rzadko albo tylko wtedy, gdy się oddalasz)

– czujesz, że robisz więcej dla tego związku, bardziej się starasz

– w sumie nie potrafisz powiedzieć jak stara się on– poza początkiem czy kilkoma zrywami, które miał w trakcie relacji

– czujesz, że jego sprawy są ważniejsze

– musisz się tłumaczyć z uczuć, emocji, sytuacji

– gdy mówisz co czujesz, on się obraża

– nie możesz na nim przez większość życia polegać

– nie czujesz wsparcia

– to cię z jednej strony kręci (skrypt z dzieciństwa: „muszę zasłużyć”), z drugiej strony czujesz obezwładniające zmęczenie i poczucie, że to niesprawiedliwe

– boisz się, że on odejdzie

– jesteś z nim, ale jakby sama (poza zrywami)

– ten związek cię unieszczęśliwia, ale ciągle dajesz mu (wam szansę)

Dopóki to jest Twoja jedyna, najważniejsza relacja, dopóty nie zrozumiesz, że można żyć zupełnie inaczej. Można się budzić bez stresu, być najgorszym człowiekiem na świecie i wiedzieć, że ta druga strona cię zrozumie, bo życie ze sobą to jest nieustanne balansowanie między „bosko”, a „beznadziejnie”. „Normalnie”, a „niezwykle”.

Musisz dać sobie szansę i zdecydować się na rozstanie. Albo na jego odejście. Gdy on nie dba o ten związek bardzo trudno jest powiedzieć: „puszczam, niech idzie”. Spotykamy się ze wszystkimi swoimi demonami. Trzeba, co prawda, często przeżyć piekło. Upokorzenia, cierpienia, żale. Słabe jest to, gdy dowiadujesz się, że on ma inną, że doskonale sobie radzi, że tej innej się oświadcza, że ma z nią dziecko…. że ona uważa, że to ty jesteś dziwna, wiadomo.

Potrzebujesz czasu, żeby zrozumieć:

– to nie była relacja, tylko wymiana usług, w której ty dawałaś więcej

– to była przemoc, tyko wtedy tego nie widziałaś

– to było używanie, tylko zamykałaś oczy

– dawał ci miliony sygnałów, ale nie chciałaś ich widzieć

– to co wydawało się nie do przeżycia, po przeżyciu żałoby (średnio do roku), jest tylko śmieszne

– to co bolało, nie boli wcale, a nawet jeśli cokolwiek wciąż czujesz, to myślisz: „ale to głupie”.

Bo spotkasz człowieka, który:

– nie będzie powodował, że czujesz napięcie (czyli to jednak nie twoja wina)

– będzie dużo robił dla związku (rany, to wszyscy mogą tak szczęśliwie żyć? Wow.)

– będzie rozmawiał z tobą o emocjach, uczuciach, a nie cię z nich rozliczał. Będzie to robił nawet jeśli nie jest mistrzem rozmowy i analizowania.

– będzie cię wspierał

– nie będziesz się bała, że odejdzie

– będziesz czuła, że jesteś z kimś

– ten związek cię uszczęśliwi

Większość relacji jest prostsza niż myślimy, a nawet jeśli nie jest, to dwie strony próbują to naprawić. Słowo klucz: próbują.

Po czym sprawdzić czy związek ma szansę? Odpowiedź jest tylko jedna – po tym, że oboje chcecie go naprawiać. Jeśli jedna strona wyraźnie pokazuje: mam to gdzieś, to taki związek nie ma szans. Możesz tracić ten czas na oszukiwanie siebie, a możesz go poświęcić na psychiczną odbudowę i danie sobie szansy na poznanie Właściwego. Z którym po prostu jest fajnie. No chyba, że jesteś masochistką;-)


„Wtrącasz się, osaczasz, nie rozumiesz”. Dlaczego kobieta nie lubi swojej teściowej

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
26 lutego 2016
Fot. Pixabay / gpalmisanoadm / CC0 Public Domain

Dlaczego kobieta może nie lubić teściowej? Hmm, zastanówmy się. Bo jest złośliwa, wredna? (kobieta, nie teściowa). Nie. My, żony, partnerki facetów najczęściej chcemy polubić matki swoich mężów. 

W pierwszej fazie związku staramy się, walczymy o ich względy. Ale jest moment, gdy czujemy, że coś tu nie gra. Bo:

– nie chcemy, żeby ktoś wtrącał się w nasze życie

– nie chcemy, żeby ktoś nas pouczał

– nie chcemy fałszu.Teściowa się uśmiecha, jest słodziutka, a w potem słyszysz co mówiła o tobie swojemu synowi, ciotkom, koleżankom. Takie rzeczy wychodzą. Halo, naprawdę.

– nie chcemy, żeby ktoś naruszał naszą autonomię (wystarczy, że często walczyłyśmy o to ze swoimi rodzicami).

Dlaczego nie lubię cię, moja Teściowo. Inaczej, patrzę na ciebie z dystansem? Choć jestem raczej dziewczyną miłą, ciepłą i prawie nie mam konfliktów z innymi?

To zacznijmy.

Pouczasz mnie, że jestem złą matką…

Oczywiście, nie mówisz tego wprost. Ty po prostu przewracasz oczami i robisz miny „Jakże ty go/ją ubrałaś?”, „Nie za zimno mu/jej?”, „O taki maluszek zagłodzony, chodź, babcia da ci ciasteczko”. Za dużo zajęć, za mało zajęć. Jak oni mogą razem w jednym pokoju. „Takie jedzenie dajesz?” Każdy powód jest dobry. Nawet tego nie widzisz, że większość tego co mówisz, podważa mój autorytet. Poza tym dobijasz mnie – nie chcę słuchać, że jestem beznadziejna. Chcę otaczać się dobrymi i życzliwymi ludźmi.

A jaką ty byłaś matką?

Dlaczego nie nauczyłaś swojego syna samodzielności? Tyle rzeczy podtykałaś mu pod nos, że dziś to ja walczę, żeby zrozumiał, że nie wszystko należy mu się pod nos. Dlaczego nie nauczyłaś go dobrej miłości, rozumienia innych i odpowiedzialności? To ja go tego uczę każdego dnia. Rozmawiając z nim, tłumacząc mu co czuję, pytając co czuje on. Wiesz, że on mi kiedyś powiedział, że nigdy go nie pytałaś o jego uczucia?

Pozwól mi być matką taką jaką chce: czułą i troskliwą. Po swojemu. Ty już przeszłości nie zmienisz, ale ja mam jeszcze wpływ na przyszłość swoich dzieci. Zostaw mi to. Przykro mi, ale nie możesz być dla mnie w tej dziedzinie autorytetem, nawet jeśli bardzo bym się starała.

Pouczasz mnie, że jestem złą żoną

Szukasz w moim domu kurzu, bałaganu i brudu. Tyle, że kurz to dla ciebie jeden pyłek, bałagan nieuprasowane rzeczy na fotelu, a brud trzy kubki w zlewie. Halo, „Mamo”. Tak. W moim zlewie stoją czasem przez noc kubki, a ciuchy czekają na uprasowanie wieczność. Ale co z tego? Bzykam się z moim mężem do upadłego, gadamy, jesteśmy szczęśliwi. Naprawdę jestem złą żoną?

A zresztą jaką ty jesteś żoną?

Nawet nie zauważyłaś, że twój mąż jest  smutny w tym sterylnym mieszkaniu. Ucieka, nurkuje w swoje światy, zakłada słuchawki na uszy, żeby nie słyszeć gderania. Wiem, że latami razem nie spaliście, bo ciągle cię bolała głowa. Spaliście nawet w oddzielnych łóżkach, a wasz syn nigdy nie widział jak się przytulacie.

Jestem okrutna? A może ty też przestań być okrutna, bo to słabe, gdy mówisz mojemu mężowi, że jestem bałaganiarą i o niego nie dbam. Dbam o niego. I dałam mu to, czego ty nie potrafiłaś. Może ciesz się z tego, zamiast mnie niszczyć.

Pouczasz mnie, że za dużo pracuję

Świat zwariował, żyje tylko pracą, kobiety dzisiaj oszalały. Nie, kobiety dzisiaj walczą o siebie. Praca jest moją pasją – i dzięki temu ja uczę dzieci, że nie da się żyć bez pasji. A nawet jeśli się da – to to życie jest jałowe i smutne. Koncentrujemy się wtedy obsesyjnie na innych, osaczamy ich.

A jak ty pracowałaś?

Żyłaś nienawidząc swojej pracy. Nie miałaś pasji. Osaczałaś więc i obsesyjnie dbałaś o innych, nie dbając o siebie. Ale czy byłaś w ten sposób bliżej i bardziej niż ja z rodziną? Nie sądzę. Też cię nie było, tylko byłaś tam gdzie nie czułaś się dobrze. Dlaczego nie możesz mnie podziwiać, że jestem tam gdzie chcę, ciesząc się, że twoje wnuki mają dobry wzór? Zazdrościsz mi, że jestem szczęśliwsza? Widzisz we mnie młodość i radość, i wściekasz się, że ty swoją straciłaś na rzeczy, które nie miały sensu? Tak to czuję. I to jest przykre.

Wtrącasz się

We wszystko. Często ziejesz ogniem i złością. Tyle w tobie jadu. Jest mi przykro, gdy to widzę, bo wiem, że pod spodem jesteś smutną kobietą, a każdy twój atak jest tylko formą wyładowania się. Na mnie najlepiej, prawda? Może mam do siebie pretensje, że czasem nie potrafię się zamknąć, że powiem coś złego, obrażę się. Wiem, że jesteś starsza. Ale po prostu tego czasem się nie da znieść. Myślę wtedy, że chciałabym, żebyś utrudniała życie tylko sobie, ale już nie innym.

A przecież sama tego nie nienawidziłaś

Nienawidziłaś swojej teściowej. Bo mówiła, że jesteś złą matką, żoną, wtrącała się. Dlaczego dziś robisz to samo? Zrozum, jesteśmy inne. Jestem gotowa na przyjaźń i porozumienie, ale przepraszam, nie tylko na twoich zasadach.

Jest mi źle z tym, że nie mogę cię podziwiać, że patrząc na ciebie boję się przemijania, bo kojarzy mi się tylko ze złością i żalem. Wiem, że nie wszystkie teściowe takie są. A zmieniać się możemy całe życie. Wierzę w to. Może dlatego jestem szczęśliwsza od ciebie?