„Nie szukamy matki. Krytykowani uciekamy, byłe zapominamy”. Jak kocha mężczyzna. Wyznanie faceta

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
25 lutego 2016
Fot. Pixabay / unsplash / CC0 Public Domain
 

Piotrek (imię zmienione) jest moim przyjacielem od lat. Ostatnio rozmawialiśmy o miłości i o tym,  że kobiety bywają męczące, irytujące, osaczające, straszne. A nasza (kobiet) największa wada to wieczne krytykowanie.  „Mało znam wspierających kobiet” powiedział Piotr.

Piotr od pięciu lat jest w stałym, stabilnym związku. Wcześniej jego relacje kończyły się najpóźniej po roku, dwóch. Poprosiłam go o to, żeby opowiedział co w miłości przeszkadza mężczyznom, dlaczego odchodzą, czy nigdy nie żałują i kiedy dojrzewają do tego, by też się zmieniać.

Męska pamięć

Ostatnio napisała do mnie była: „Hej, co słychać, chciałabym być twoją przyjaciółką”. Nie odpisałem. Kolejna wiadomość i kolejna. Myślę: czego ona chce ode mnie po pięciu latach. Przyjaciel podpowiedział: „Kontroli chce. One tak mają”. My najczęściej zamykamy za sobą rozdziały. Jest cierpienie szybkie, mocne, ale potem nie ma nic. Przynajmniej tak jest często. Mam wrażenie, że kobiety lubią kolekcjonować swoich byłych w ramach jakiegoś wyższego dobra. Oczywiście, zdarzają się wśród nas facetów wyjątki. Mam przyjaciela, który wzdycha do swojej byłej, wciąż chce się z nią spotykać. Śmiejemy się z niego w męskim gronie.  Jeśli ona nas porzuca – to nie ma wyjścia, trzeba walczyć o godność i jak najszybciej się leczyć. Kobieta, którą to my porzuciliśmy najczęściej przestaje dla nas istnieć. I prawda jest jedna – ona jest naszym chodzącym wyrzutem sumienia. Nie chcesz być blisko kogoś kogo skrzywdziłeś. Trzeba dużej dojrzałości, żeby pokonać ten naturalny instynkt ucieczki.

Męskie zdobywanie i walka

Wy mówicie, że to my uwielbiamy walczyć i zdobywać. To mnie rozśmiesza, bo to jest tylko część prawdy. Każdy z nas lubi walczyć i zdobywać. To naturalne w człowieku. Nie doceniamy tego, co przychodzi łatwo i prosto. Miałem kiedyś w dziewczynę – była tak dobra, tak czuła, tak oddana, że szybko mnie znudziła. Czy byłem okrutny? Nie. Bo kilka lat później mnie z kolei rzuciła dziewczyna dla której ja byłem za dobry. Raz masz taką rolę w relacji, drugi raz inną. Szkoda, że tak rzadko zdarza się, że oboje chcą tak samo i to trwa i trwa. Myślę, że do tego potrzeba dojrzałości. Większość facetów dojrzewa późno.

Męskie zakochanie

Kobiety są jednak na początku miłości rozważniejsze. Gdy my się zakochujemy – tracimy głowy. Jesteśmy gotowi do radykalnych decyzji, bez zważania na konsekwencje. To instynkt, zew natury. Prawda jest taka, że chcemy was posiąść. Wiedzieć, że jesteście tylko dla nas. Większość mężczyzn zrobi wszystko, żeby osiągnąć cel. Będą kłamać, ściemniać, czarować, obiecywać złote góry. Tak często jest w przypadku kochanek. Kochanek wolnych kobiet i kochanek mężatek. My chcemy mieć odskocznię od stałego życia. Nawet jeśli jesteście nam bliskie najczęściej nie wiążemy z wami poważnych planów. Najczęściej. Bo nie chciałbym być zatłuczony przez faceta, który oszalał na punkcie swojej kochanki. Może powiem tak: zakochujemy się też w swoich kochankach. Ale to jest tzw.„zakochanie kontrolowane”. Tu jest twoja szufladka, mała. I nie wyskakuj z niej, bo będą kłopoty.

Ja mojej aktualnej partnerki nie zdradzam. Ale wcześniej bywało różnie. Nie robię tego nie dlatego, że nie pociągają mnie inne kobiety. Przeciętnego faceta pociąga prawie każda ładna kobieta (choć od tej reguły są wyjątki). Po prostu nie chce ranić i burzyć sobie życia. Ale to też się rozumie z czasem.

Uwierzcie, czasem nawet milusi mąż, słodziak marzy o innej kobiecie. Wiem to doskonale, bo na spotkaniach z kumplami, facetami w stałych związkach często byłem świadkiem, jak po odpowiedniej ilości procentów milusim mężusiom rozwiązywały się języki.

Ale – uwaga – my nie rozmawiamy raczej ze szczegółami o seksie, który uprawiamy z bliskimi kobietami, żonami.

Męskie bycie

Jakby to nie było głupie, ciężko nam jest znosić krytykę. Kobieta ma jakąś mega zdolność do rozumienia, że kiedy on mówi: „bo ty nigdy o tym nie pomyślisz” to nie chce jej zabić. Dla nas słowa: „bo ty nigdy o tym nie pomyślisz” są ciosem. My (ja) najczęściej je czytamy tak: jesteś chu….owy, beznadziejny, głupi, zawiodłeś mnie. To dotyka tylu czułych punktów, że trudno dalej o konstruktywną rozmowę. Włącza się syndrom ucieczki. Skoro ona krytykuje – lepiej się ukryć. Po co to znosić? Znam wielu facetów, którzy odeszli pierwsi, żeby nie zostać porzuceni. Bo włączał się im mechanizm – ona krytykuje, czytaj krytykuje całokształt, czytaj: nie akceptuje mnie, zaraz rzuci.

Podobnie działamy, gdy ona mówi: „Nie podoba mi się sposób, w jaki się ubierasz, skróć włosy, ogól się”. To dla nas też powód do ucieczki. Ja akurat miałem bardzo mocny syndrom: „spierdal*cza”. Przerabiałem to na terapii. To nie chodzi o kobietę, z którą się jest tylko o przeszłość. Moja matka była zbyt osaczająca: wchodziła bez pukania do mojego pokoju, zmuszała do jedzenia, przeglądała listy, oceniała dziewczyny. Później miałem tak silne granice, że każdy drobiazg traktowałem jako zamach na siebie. Z rozmów z kolegami wiem, że wielu z nas to ma. Ona chce dobrze, czuje się troskliwa, a nam pali się czerwona lampka: Kuźwa, druga matka, odwrót.

Męska wolność

Można oczywiście tak uciekać i uciekać. Dla pocieszenia powiem, że facet, który ma problem z tobą, będzie miał problem z inną. Nawet jeśli ty się o tym nie dowiesz. Bo to nie chodzi o ciebie, ale o niego. W każdym razie na pewno tak jest z tymi facetami uciekającymi, którzy wiecznie poszukują ideału. Prędzej czy później spotkają się ze sobą. Jeśli czujesz, że masz takie problemy ze swoim partnerem – wyślij go na terapię. To często jedyna szansa na zbudowanie czegoś poważniejszego i na totalną odmianę związku.

To moment,  w którym facet rozumie, że nie chce być sam. Nie chce mieć kochanek. Po prostu ma cholerny problem ze sobą, bo bliskość narusza jego granice i wstrząsa jego fundamentami.


Ile ja ci synu jeszcze tych drożdżówek przywiozę w życiu?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
26 lutego 2016
Fot. Pixabay / ctvgs / CC0 Public Domain
 

Nie wiem dlaczego, bo przecież to tylko próbny egzamin szóstoklasisty, ale zamykają się drzwi mojego samochodu, a ja płaczę jak bóbr. Jest taki duży ten synek mały, ma 13 lat, białą koszulę i sięga mi do ucha. I nie wiem, czy płaczę nad nim czy nad sobą, bo każde z nas ma dziś swój egzamin.

Jak jesteś matką, pewnie wiesz o czym mówię, bo przecież dzieje się to przy okazji innych ważnych momentów albo też nagłych nieoczekiwanych emocji. Gdy uświadamiasz sobie, że twoje dziecko jest już prawie dorosłe. A więc tym samym ty jesteś starsza, czas pędzi jak szalony, a twój syn lub córka za chwilę odejdzie. To wszystko trudne, z którym nie mierzysz się na co dzień, bo po co? Obiad nastawiony, zupa, kanapki do szkoły, lekcje, zajęcia dodatkowe i tak dzień za dniem. Aż nagle widzisz jak oddala się z twojego auta, trzymając pod ręką piórnik, wyprostowany skupiony mądry człowiek, którego nie zatrzymasz już i zatrzymywać ci nie wolno.

Więc najpierw myślisz o nim. Jak się urodził, a ty pomyślałaś, że już nigdy nie będziesz sama. Gdy powiedział „Mamo”, a ty nie mogłaś zrozumieć długo, że to do ciebie. Ty matka? Gdy zrozumiałaś w końcu, że nią jesteś, ba, że jesteś matką syna, a syn to facet, nie kobieta a ty nie masz pojęcia jak go wychowywać. Gdy zrozumiałaś, wcale nie od razu, że kochasz go jak nigdy nikogo, tak bezgranicznie mocno i bezwarunkowo, że to miłość najczystsza. Gdy poczułaś także strach, że go stracisz. Ten lęk, który czuje każda matka, do którego musi się przyzwyczaić. Lęk także o siebie, bo przecież teraz już nie żyjesz tylko dla siebie, ale dla niego też i zdajesz sobie sprawę, jaka jest twoja rola i że twój brak zmieniłby wszystko. Gdy musisz go od siebie oddzielić, mimo iż nie chcesz, musisz zmusić go, by sobie poszedł, tak jak teraz, aby nie był potem kaleką i mamisynkiem, by umiał żyć dojrzale, gdy pierwszy raz zasypiałaś bez niego albo gdy mówi, że zostanie na noc u kolegi. To wciąż konfrontowanie się z własnymi brakami.

Myślisz o tym, jak on się zmienia i mówi nagle jak twój ojciec, to znaczy wygłupia się i rozśmiesza cię do łez albo patrzy ci w oczy z takim samym skupieniem jak jego tata kiedyś. Gdy musisz nauczyć się kochać w nim to, co w sobie tępiłaś, te wszystkie cechy niedobre, a jednak obecne, bo to krew z krwi, gdy tym samym zaczynasz akceptować to w sobie, bo widzisz, że to, co negatywne ma także swoje dobre strony, a impulsywność nie jest tylko ofensywna, jest także spontaniczna i radosna. Rozumiesz też, że będąc takim samym, jest inny. I ma prawo myśleć inaczej, czuć inaczej i czego innego pragnąć.

Myślisz także o sobie. Czy zdążyłaś mu wszystko powiedzieć, nauczyć, wytłumaczyć. Czy wystarczająco mówiłaś, że kochasz? Czy wie na pewno, że zawsze może na ciebie liczyć? Czy gdy będziesz stara, będzie miał potrzebę zadzwonić? Czy zadzwoni tylko, bo będziesz stara? Czy będzie szukał ciebie w swoich kobietach, czy będzie od ciebie w tych wyborach uciekał? Czy nauczyłaś go kochać, uczciwie, odważnie, tak by nigdy nie tracił siebie, ale by też nie ranił zbyt mocno? Czy będzie ludzi kochał czy będzie się z nimi męczył?  Czy będzie na słowo „matka” czuł w swoim sercu czułość największą? Czy da w mordę każdemu, który źle o tobie powie? Czy pomyśli kiedyś „Nie zamieniłbym mojej matki na na żadną inną” czy może zbyt wiele oczekujesz? Czy będzie mu ciebie brakować, gdy odejdziesz; czy będzie miał wtedy potrzebę do ciebie mówić? Czy będzie dobrym ojcem, bo wie jak nim być? Czy pokazałaś mu dobrą miłość? Czy wybaczy ci błędy? Czy błędów nie było więcej niż tego, co dobre? Czy byłaś wystarczająco obecna? Czy zauważył twoją nieuwagę? Czy zrozumiał smutek i cierpienie, które doświadczałaś przy nim? Czy pamiętałaś o nim, gdy zajmowałaś się sobą? Czy wie, że jest najważniejszy, że zawsze będzie?

Myślisz także o tym, co ze sobą zrobisz, gdy to będzie ten egzamin właściwy. Gdy odejdzie dorosły już.  Czy będziesz wiedziała, gdzie masz pójść, czy będzie z kim wypić kawę, przytulić głowę. Komu wetkniesz nos we włosy, aby poczuć znajomy zapach czułości. Komu upieczesz szarlotkę, czekając na okrzyk radości „pachnie ciastem!”. Czy będziesz miała komu opowiedzieć jak ci minął tydzień. Czy będzie obok ktoś, kto poda ci leki, gdy zwali cię gorączką albo coś gorszego. Czy będziesz jeść sama śniadania. Czy będziesz czuła samotność. Czy będzie cię męczyć wyrzut sumienia, że za mało zrobiłaś, czy siądziesz dumna jak paw, że ten chłopak wspaniały to przecież moje dziecko, moja krew, mój dom.

I tak klepiąc nad klawiaturą, wyrwał mnie z tego chlipania telefon od syna, który ma przerwę pomiędzy polskim a angielskim i prosi, bym mu przywiozła drożdżówkę z naszego spożywczego. Więc biegnę jak na skrzydłach, myśląc tylko, ile ja ci Synu jeszcze tych drożdżówek przywiozę w życiu?


„Nie mów, że nie masz siły, ale walcz. Ważyłam 120 kg, dziś biegam maratony. Człowiek może wszystko”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
25 lutego 2016
Fot. Archiwum prywatne

– W styczniu trzy  lata temu byłam smutną, ważącą 120 kg dziewczyną. Przepraszam, byłam dziewczyną nieszczęśliwą i schorowaną. Patrzyłam czasem na maratończyków i myślałam:  to wielcy ludzie. Oglądałam ich w telewizji, czytałam o nich w internecie – sama leżałam wtedy na kanapie. Dziś ważę 40 kilogramów mniej, sama jestem maratonką i czuję się silna.

Ale to nie jest historia o Annie Kamińskiej, trzydziestolatce, która była gruba i postanowiła schudnąć. To nie jest nawet historia o kimś, kto postanowił przebiec maraton.

To jest opowieść  kobiecie nieszczęśliwej, która pewnego dnia pomyślała: „dość”. I wzięła życie w swoje ręce. I zobaczyła jak wiele rzeczy może zmienić. Czy się nie bałam? Pewnie. Ale to, czego boimy się najbardziej, jest przeważnie właśnie tym, co powinniśmy zrobić.

Narzekasz? Uważasz, że nic nie da się zmienić albo da się zmienić niewiele? Posłuchaj mojej historii.

Kryzys i ból życia

quote szary ohme2„Jedzenie jest jak kołdra, w którą można się zawinąć, gdy jest źle. Kiedy świat jakoś nie sprzyja. Ludzie daleko i niedobrzy. Przez chwilę jest fajnie i ciepło. Przez chwilę jest bezpiecznie. Przez tę chwilę nie czujemy tego, czego się boimy. Odwracamy od tego uwagę. Boli brzuch. Kto wtedy myśli o tym, że boli dusza?”

Jak można się doprowadzić do takiego stanu? – czasem ktoś myśli.  Ale ja nie myślałam o tym w ten sposób. Właściwie nie byłam nawet świadoma, że za dużo jem. Kiedyś, w dzieciństwie, byłam karana za to, że mówię to, co myślę. Nauczyłam się więc, że złości nie należy okazywać. Właściwie niczego nie wolno okazywać. Lepiej zrobić sobie talerz kanapek i cichutko przemknąć do pokoju. Włączyć telewizor i zapomnieć. Lubiłam tak znikać.

A potem wybuchałam. Jak tornado. To wpływało na wszystkie moje relacje i w rezultacie mnie osłabiało.

Nie warto bać się kryzysu. Czasem ratunek przychodzi właśnie wtedy, kiedy jesteśmy na dnie. Moim była śmierć ukochanej babci, potężny konflikt z ojcem i rozstanie z narzeczonym. Kiedyś powiedziałam mu, że chciałabym być dla niego ideałem i dlatego się odchudzam. Zaczął się śmiać: ty ideałem? Nigdy nie będziesz.

Dziś piszą do mnie kobiety. Chcą się zmieniać dla mężczyzny, dla innych. Któraś z nich usłyszała: „Żeniłem się z kobietą, a nie gruba babą, powinnaś jeść tylko tyle, żeby przeżyć”. Czuję smutek, że jesteśmy z takimi ludźmi. Jedyna trwała motywacja pochodzi ze środka. Warto chcieć zrobić coś dla siebie, dla własnego dobra. Nie dlatego, że nie podobam się innym.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Krok

quote szary ohme2„Gdzieś w internecie krąży motywacyjny obrazek z cytatem „Za rok o tej porze będziesz żałować, że nie zacząłeś rok temu”. Powiem więcej. Jest duża szansa, że za pięć, dziesięć i piętnaście lat też będziesz żałować. Prędzej, czy później. Mniej lub bardziej”.

Telefon do terapeuty dostałam od przyjaciółki. Siedziałam u niego w gabinecie, kupka nieszczęścia i kompleksów. Z pokomplikowanym życiem. Ale przekonaniem, że chce coś z nim zrobić. Mówiłam i mówiłam. Nie radzę sobie z tym i z tamtym. A on nagle spytał: „Je pani?” Pomyślałam, że to absurdalne trochę pytanie – każdy przecież je. Bo nie zdawałam sobie sprawy, że się objadam. Człowiek w transie jedzeniowym jest taką studnią bez dna, wrzucasz w siebie aż rozboli cię brzuch. Tak, wiedziałam, że jestem gruba. Mam lustro i wagę. Nie wychodziłam na rower, na plażę, nie mogłam na siebie patrzeć. Oczywiście, odchudzałam się wcześniej. Przerabiałam miliony diet, momentami ocierając się o głodówki. Kończyło się zawsze tak samo.  

Terapeuta spytał czy ja zajadam emocje, stres. Słucham? „Nie wydaje mi się” odpowiedziałam. Był pierwszą osobą, która zadała mi takie pytanie. Temat krążył podczas naszych kolejnych spotkań. Później okazało się, że prowadzi grupę dla objadających się. Zaproponował mi przyjście, a przecież ja byłam w środku małą dziewczynką, która nigdy nikomu niczego nie odmawiała. Kilka dni później znalazłam się w grupie obcych ludzi, którzy mieli problem podobny do mojego.

W grupie terapeutycznej dowiadujesz się o sobie różnych rzeczy: w jakie relacje wchodzisz i jaką rolę w nich przyjmujesz, jak reagujesz na różne sytuacje. I uczysz się sobie radzić. Z jednej strony nienawidziłam tych spotkań, z drugiej wiedziałam, że chcę spróbować inaczej, niż dotąd. Mówiłam dużo, bo nie mówili inni. Zawsze uważałam, że muszę wszystko i wszystkich ratować, więc czułam się odpowiedzialna i za tę ciszę. Poza tym uznałam, że skoro już tam jestem, to pracuję na 100%. Zawsze robię wszystko na 100%.

Jeśli chcesz coś zrobić – a milion razy się nie udawało, może spróbuj zrobić to inaczej. Wiedziałam, że nie chcę już żadnej walki ze sobą, drakońskich diet i stresu. Postawiłam na sport, bo całe życie imponowały mi silne i wysportowane ciała. Kurczę, jak to możliwe: coś mi imponuje, marzę o tym i nie mogę tego osiągnąć? Nadal jestem w drodze i daleko mi do celu, ale ten punkt jest milion lat świetlnych od tego, z którego zaczynałam.

Kiedy przestałam się ciągle spinać tym, jaka jestem brzydka i fatalna i po prostu sobie odpuściłam to całe nienawidzenie siebie, w głowie pojawiła się przestrzeń na myślenie o innych rzeczach. Znalazłam na przykład blog Tomka Kowalskiego, himalaisty, który zginął pod Broad Peak. Pomyślałam: Rany, w ciągu 27 lat zrobił tyle niesamowitych rzeczy. A ja? Drugą taka osobą był Darek Strychalski, ultramaratończyk, który w dzieciństwie wpadł pod ciężarówkę, nie dawano mu szans na przeżycie, później na chodzenie, a dziś biega po 240 kilometrów. Zawstydziłam się. Naprawdę zawstydziłam się sobą.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Praca

quote szary ohme2Oglądałam zdjęcia z biegów. Wyglądałam strasznie.  Wykrzywiona, czerwona twarz, wielkie nogi i cała reszta. Wstydziłam się aż do momentu, kiedy patrząc na nie kolejny raz pomyślałam — na tym zdjęciu jest człowiek, który właśnie przekracza swoje gra­nice. Walczy. Który mógłby w tym czasie siedzieć w domu przed telewizorem, ale wstał o 6 rano, żeby dojechać do Falenicy i walczyć. Czego tu się, do cholery, wstydzić?!”

Gdy w Dzień Dobry TVN opowiedziałam o swojej przemianie, dostałam ponad 200 maili od widzów. Powtarzały się pytania: „Jak tego dokonałaś?” „Daj receptę”, „Prześlij dietę”. Ale nie ma cudownej recepty ani jednej wspaniałej diety, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieni czyjeś życie. Sposób jest jeden – ciężka, mozolna praca. Nie przez miesiąc, ani dwa. Najpewniej przez lata. Być może zawsze.

Najpierw była siłownia. Potem wychodziłam truchtać. Zdarzało się, że ludzie się za mną oglądali, śmiali się. Ale odwracałam wzrok i robiłam swoje, bo po prostu wiedziałam już czego chcę. I choć było mi przykro, to priorytetem był dla mnie mój cel, a nie czyjaś głupota. Ten trucht też był dla mnie wysiłkiem, podobnie jak wyjście na siłownię, podnoszenie pierwszej sztangi, pierwszy kilometr. Pierwsze pięć kilometrów, półmaraton, o którym nigdy wcześniej bym nie pomyślała. Że ja. Ale już wtedy byłam otoczona wspaniałymi ludźmi, którzy mnie wspierali. Bo tak jakoś się dzieje, że kiedy jest decyzja i zaczyna się coś robić, to ci ludzie nagle zjawiają się w pobliżu. I są. A jeden krok ułatwia kolejny i kolejny. I kolejny.

We wrześniu 2015 roku przebiegłam maraton. Byłam najszczęśliwszą maratonką świata, przysięgam. Kto mówi, że marzenia się nie spełniają? No, my. I zastanawiamy się nie wiadomo nad czym, zamiast je spełniać.  

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Siła

quote szary ohme2„Jest zasadnicza różnica pomiędzy motywacją, którą miałam 10 lat temu, a tą, którą mam teraz. Wtedy nie tylko potrzebowałam wsparcia z zewnątrz, ale od niego uzależniałam swój sukces, bądź porażkę. Jeden cios i leżałam na deskach. Teraz wsparcie jest częścią mojego sukcesu, jest mi miło słyszeć pozytywne opinie i otrzymywać gratulacje, ale bez nich również dałabym radę. To nie pycha. To siła, która pochodzi ze środka”.

Sport pozwala przekraczać granice, a to daje siłę i przekłada się też na inne sfery życia. Już tak nie uciekam, nie boję się wychodzić do ludzi. W grudniu wystąpiłam na konferencji – kiedyś bym się na to nie odważyła, ponieważ panicznie bałam się publicznych wystąpień.

Ale przecież zrobiłam już tyle rzeczy, których się bałam. I każda kolejna jest prostsza. Dzięki temu idę dalej i robię rzeczy, które wydawały mi się niemożliwe. Na terapię poszłam z  problemem w relacjach z mężczyznami, a –paradoksalnie – to od nich dostałam w tej zmianie największe wsparcie. Terapeuta, znajomi, przyjaciele, trener. Zobaczyłam, że są po prostu w porządku. Że we mnie wierzą i mogę spokojnie być sobą. Nie bać się, że nie jestem lepszą, idealną wersją siebie. Powoli odczarowuję różne stare przekonania i wiem, że naprawdę każdy może to zrobić. Jestem w drodze i cenię każdy dzień. Jeszcze nie dobiegłam do swojej mety. A ty? Wiesz gdzie jest twoja?


 

Anna prowadzi bloga AniaZmienia.pl

Aniazmienia blog

Fot. Screen ze strony Ania zmienia

 


Zobacz także

Pierwszą osobą, która się dowie, że zostałaś ofiarą przemocy, jesteś ty sama. Zobacz to, czego nikt inny nie widzi

Kim jest dziś prawdziwy mężczyzna?

Kim jest dziś prawdziwy mężczyzna?

Do związku trzeba dwojga. Za to rozwalić możesz go sama. Rady Ciotki Zło!