Nic tak nie wkurza kobiety jak… wszystko, a szczególnie głupi mężczyzna

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 czerwca 2017
Fot. iStock/knape
Fot. iStock/knape
 

Porządnie wkurzyć kobietę, nawet jeśli zazwyczaj jest ona aniołem cierpliwości, nie jest trudno. Wydaje wam się, że do białej gorączki doprowadzi ją legendarna deska w toalecie? A może stos nieposprzątanych naczyń, który odkryje w domu po powrocie ze służbowego wyjazdu? Otóż nie. Ten, kto myśli o nas w ten sposób, najwyraźniej nas nie docenia. Żeby doprowadzić kobietę do szewskiej pasji trzeba spełnić inny warunek. Należy być głupim facetem. Celowo nie użyłam słowa „mężczyzna”. Mężczyźni głupi nie bywają. Ale faceci, owszem.

Więc, drodzy panowie, jeśli wybranka waszego serca właśnie przestała być wybranką waszego serca albo jeśli lubicie ryzyko i po prostu chcecie przetestować jej cierpliwość – mam dla was krótki poradnik o tym, jak być głupim facetem i wkurzyć kobietę. Najlepiej, na jakiś czas (stosowny, by osiągnąć zamierzony rezultat – tu: uwaga, może być nieodwracalny), wcielić się w jeden z czterech najczęściej spotykanych przedstawicieli gatunku. Do wyboru, do koloru. Możecie być:

1. Facetem, który kłamie i myśli, że jego kobieta jest na tyle głupia, by się nie zorientować

To nie jest trudne. Idź ze znajomymi po pracy na piwo, wróć przed północą i ziejąc alkoholem wmawiaj jej, że przed dwudziestoma minutami wyszedłeś z biura, a ten intensywny zapach i zachwiany krok jest konsekwencją działania leków przeciwbólowych. Albo zaproś bliską znajomą (najlepiej tę bardziej atrakcyjną) na kawę. W skrajnych przypadkach niech wspólny wieczór zakończy się śniadaniem. Potem, jak gdyby nigdy nic zadzwoń do swojej ukochanej i powiedz jej, że nigdy nie uwierzy, ale w nocy wylądowałeś na ostrym dyżurze, prawie umarłeś, dlatego nie mogłeś odebrać od niej jej 107 połączeń. Na szczęście już jest wszystko w porządku i za 20 minut będziesz w domu. Możesz też zrobić coś bardziej ambitnego i jak były mąż mojej sąsiadki przez pół roku udawać, że nadal pracujesz. Codziennie rano wychodź do pracy i przez cały dzień szlajaj się po mieście nie zważając na to, że jakiś znajomy cię w końcu zobaczy. Pieniądze na pensję pożycz od znajomych swojej żony.

2. Facetem naprawdę głupim

Nie musisz właściwie bardzo się starać. Jeśli tylko masz wrodzone predyspozycje, zachowuj się naturalnie.

3. Facetem, który tylko udaje, że jest głupi

Kiedy ona tłumaczy po raz setny rzeczy, które są dla niej ważne, kiwaj zgodnie głową, żeby pięć minut potem popełnić ten sam błąd. W towarzystwie jej koleżanek i twojej mamy, „przez przypadek” powiedz, że te długie rzęsy to nie natura, tylko bardzo droga odżywka albo robota kosmetyczki. Mów bezmyślne rzeczy, które sprawiają jej przykrość, doprowadzaj ją do płaczu wspominając „nieumyślnie” najlepsze wakacje twojego życia, spędzone z twoją poprzednią partnerką. Na koniec dodaj: „Przecież tylko żartowałem, żeby cię wkurzyć. Tak naprawdę doskonale wiem, o co ci chodzi”. I przyszykuj się na prawy sierpowy.

4. Facetem, który pozwala odejść fantastycznej kobiecie ze swojego życia

Naiwnie wierząc: „nie ta, to następna”. Nie doceniaj jej, umniejszaj jej sukcesy, porównuj ją do swoich „byłych”, zapominaj o ważnych datach i ważnych momentach w jej życiu. Przestań się starać, kładź się spać tuż obok niej w koszulce, w której byłeś w pracy. Obrażaj się o byle co i nie rozmawiaj z nią o waszych problemach. Pozwalaj, by to ona pielęgnowała wasz związek za was dwoje. Spędzaj więcej czasu ze swoimi znajomymi niż z nią. Krytykuj jej wygląd i kpij z jej marzeń. A kiedy pewnego dnia wrócisz do pustego mieszkania, nie bądź zdziwiony.

Powodzenia. Wybrankom serca współczuję. Albo właściwie cieszę się ich szczęściem. Właśnie zaczynają nowy, wspaniały etap swojego życia.


Czego nie powinieneś mówić (w) rodzinie. To, co osobiste, zachowaj po prostu dla siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 lipca 2017
Fot. iStock/courtneyk
Fot. iStock/courtneyk
 

W mojej głowie takie wspomnienie: mam kilkanaście lat, przygotowujemy się do wyjścia na rodzinne spotkanie. Tym razem będzie nas sporo, bo jeszcze wujek z Ameryki, którego nigdy nie poznałam, ze swoją nową żoną, której nie zna moja babcia, ale już jej nie lubi i obiecała ją „znosić” tylko przez wzgląd na syna, bo dla niego, wiadomo – wszystko. Mama gorączkowo przypomina ojcu: „Z nim nie można o polityce, pamiętaj. A z ciocią Kazią o jej wnuczkach. Nie pytaj o nic, bo tam jest konflikt z synową, zrobi jej się przykro. I nie komentuj głośno bieżących wydarzeń (rzecz działa się przed wyborami).”

– Dajcie spokój  –  myślę głośno – to już nie można być ze sobą szczerym w rodzinie? I wtedy z małego pokoju odzywa się babcia. – Dorośniesz, to zobaczysz. Jest wiele rzeczy, o których nie możesz powiedzieć rodzinie. No bo co? Rodzina to tacy sami ludzie, jak inni. Nie można im tak do końca zaufać.

Dorosłam i zobaczyłam. Skończyłam studia, znalazłam pracę, zmieniłam pracę, kupiłam mieszkanie. Zakochałam się na zabój, poznałam JEGO rodziców, odkochałam się i zakochałam znowu, ale w kimś innym. Wyszłam za mąż, mam dwójkę dzieci i nagle stałam się częścią bardzo licznej rodziny. I już trochę rozumiem, że nie wszystko mogę im powiedzieć. Że pewne rzeczy trzeba zachować dla siebie.

Takie na przykład pieniądze. Moja przyjaciółka raz, dodajmy, że pod sporą presją, wydała się rodzicom, ile zarabia. Kwota imponująca, ale zasłużona, bo i praca odpowiedzialna i w stresie. Mama przyjaciółki powiedziała co prawda „tylko” swojej siostrze, ale jakimś cudem rozeszło się po rodzinie… I to tej najdalszej. Tydzień później, telefon. Od kuzyna, takiego, z którym kontaktu nie było 10 lat. Co u ciebie, jak żyjesz. Pożycz mi proszę, parę złotych. Parę tysięcy, mówiąc dokładniej, złotych Jak to nie pomożesz? Rodzinie?!

O kłopotach finansowych nie mówimy o nich rodzicom z dwóch powodów. Po pierwsze wstydzimy się, że nie potrafiliśmy sobie poradzić. Po drugie nie chcemy słyszeć „a nie mówiłem” i„gdybyś mnie posłuchał, nie wpakowałbyś się w taką kabałę”… No jasne, wiadomo – oni są mądrzejsi, rozważni i doświadczeni.

O, albo tajemnice zawodowe. Brat koleżanki jest policjantem. Prowadzi śledztwa, tropi przestępców. Każde duże spotkanie rodzinne to dla niego olbrzymi stres, bo ci „dalsi bliscy” wypytują go o jego pracę, proszą o zdradzenie szczegółów, których on zdradzić nie może, bo obowiązuje go tajemnica… „No jak to, stary? Wujkowi nie opowiesz nad czym teraz pracujesz? Przecież ja nikomu nie powtórzę”. Niektórzy naprawdę, nigdy się nie zmienią.

A polityka? Zwłaszcza teraz, gdy nastroje społeczne nie sprzyjają szczerym rozmowom o tym, kto na kogo i dlaczego, głosował? Znam rodziny, w których od ostatnich wyborów jest taki podział, że nie rozmawiają ze sobą bracia z siostrami, ojciec z synem, a ciotka z imienin wychodzi wcześniej, żeby się nie spotkać ze bratankiem, z którym się kiedyś tak posprzeczała na temat premiera i prezydenta, że trzeba było jej nalewać kropli na uspokojenie. Wigilia w takiej atmosferze to prawdziwe wyzwanie. Albo raczej – koszmar.

A choroba? Przecież to dość oczywiste, że kiedy jesteśmy chorzy, potrzebujemy wsparcia najbliższych osób. Wszystko zależy jednak od tego, jak oni wyobrażają sobie to wsparcie. Bo jeśli masz anginę i dzwoni do ciebie babcia dając dobre rady („przepłucz szałwią, zrób sobie ciepłe mleko z miodem i masłem”) jest uroczo. Ale jeśli twoje dolegliwości są nieco bardziej poważne, i traktuje się je jako rodzinną sensację, sprawa jest bardziej męcząca niż przyjemna. Zwłaszcza, jeśli za każdym razem musisz słuchać opowieści o operacjach (nie zawsze udanych) krewnych i znajomych, których na oczy nie widziałeś. I na nic wtedy powtarzane w duchu: „oni tak z życzliwości”…

Miłość? Jeśli jest świeża, „nowa” i szalona, zachowaj ją dla siebie. Nie chcesz przecież po trzeciej randce odbierać telefonów z gratulacjami od dziadka i nie chcesz, by twój ukochany wpadł w objęcia babci wołającej: „witaj w rodzinie, synku”. Świeże uczucie wymaga cieplarnianych warunków. I intymności. A jeśli coś pójdzie nie tak, nie będziesz zmuszona odpowiadać na miliony pytań i nikt cię nie będzie nieudolnie pocieszał („taka jesteś młoda, jeszcze znajdziesz męża”).

Kłopoty w małżeństwie to już sprawa złożona. Bo jeśli dzieje ci się krzywda, to oczywiste, że nie powinnaś przed bliskimi zatajać, że w twoim związku „coś jest nie tak”. Oni są po to, by ci pomóc, wesprzeć cię. Ale drobne, normalne sprzeczki to zdecydowanie rzecz, która powinna zostać między partnerami. Nawet nasi rodzice potrafią (często nieświadomie) wykorzystać taką wiedzę na szkodzę naszej relacji…

Zasada jest jedna i ta sama, co w przypadku każdej innej relacji: musisz wiedzieć, co komu możesz powiedzieć. A tak w ogóle, to, co osobiste, zachowaj po prostu dla siebie. Tak będzie lepiej. Dla twojego dobra i dla niczym niezmąconego, rodzinnego szczęścia również.


Wydawało mi się, że z każdej lekcji wyciągam wnioski. I dobrze mi się wydawało, aż spotkałam mojego męża

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 czerwca 2017
Fot. istock/MilosStankovic
Fot. istock/MilosStankovic

Wydawało mi się zawsze, że potrafię uczyć się na błędach. Bo przecież już nigdy nie zafarbuję włosów w domu tą farbą, która na opakowaniu obiecywała piękny, jasny blond, a wyszło… jak wyszło. Już nigdy nie wrócę do pracy u znajomej, która nie płaciła mi pensji przez trzy miesiące, twierdząc, że to wina banku. Nie pójdę na ważne spotkanie w nowych butach, które miały podkreślać moje długie nogi, a zamieniły te kilka godzin w bolesne doświadczenie, z którego pamiętam jedynie desperackie poszukiwanie najbliższej apteki i zakup plasterków z Kubusiem Puchatkiem. Wydawało mi się, że z każdej lekcji wyciągam wnioski. I dobrze mi się wydawało, aż spotkałam mojego męża.   

Nikt nie jest doskonały, to dość oczywiste. Każdy zasługuje na drugą, trzecią, a czasem nawet czwartą szansę. Niektórzy naprawdę się zmieniają. Ale inni – nie. A mimo to, to właśnie w tych innych wierzymy bezgranicznie i z ich powodu popełniamy ciągle jeden podstawowy błąd: pozwalamy im do siebie wracać, pozwalamy karmić nas niczym uzasadnioną nadzieją, że tym razem będzie inaczej. I co? I nic. Po chwili, zwanej w psychologii „miodowym miesiącem”, wszystko wraca do normy, a my kolejny raz obiecujemy, wymyślając sobie w myślach od idiotek, że to był naprawdę ostatni raz.

Ten pierwszy błąd był naprawdę zaskakujący. Kochający, czuły, troskliwy facet, którego znałam zamienił się w obcego człowieka, człowieka, którego nie interesują ani jego własne dzieci, ani samopoczucie żony, a jego irytacja na widok tych właśnie, trzech osób dawno przekroczyłaby poziom zenitu, gdyby to tylko było możliwe. Człowieka, który potrafi skrzywdzić, nie tylko słowem. Człowieka, na którym nie można już polegać, z którym nie można planować – ani codzienności, ani życia. Zmiana, która dokonywała się na moich oczach, zamiast jednak zaświecić mi w głowie czerwony neon z napisem „UCIEKAJ”, rozłożyła mnie na łopatki na długie miesiące odbierając rozum i zdolności analityczne, zwane rozsądkiem.

Z zaskoczenia i bezradności wyszłam po kilkunastu tygodniach, z poczuciem, że jednak przecież nadal kocham, że dzieci, że dom, że kredyt, że nad związkiem trzeba pracować, a on się tak bardzo stara. I że korporacja to straszne zło, które niszczy w tym, wspaniałym, mężu i ojcu wszystko co najlepsze, zabiera całe dobro i nie pozwala mu kochać tak, jak dawniej. Powiedziałam: wróć, spróbujmy.

Ten drugi błąd, mniej zaskoczył mnie swoją formą, co faktem, że w ogóle miał miejsce. Bo przecież, było obiecanie poprawy, była wspólna terapia i łzy i skrucha. I kilka przeczytanych książek o tym, co zrobić, żeby było lepiej. I całkiem udana Wigilia, a nawet wakacje. I naprawdę nic nie zapowiadało tego, to znów miało się wydarzyć. To znaczy, ja nadal nie odrobiłam lekcji i nie zauważyłam symptomów. Dwója po prostu, a nawet jedynka.

Przemoc przybiera różne formy, nie każdą potrafimy nazwać po imieniu, zwłaszcza gdy spotyka nas ona ze strony najbliższej osoby. „Nie, to na pewno nie to, to jedynie słabszy dzień” – wmawiamy sobie za każdym razem z coraz mniejszą wiarą w to, że mamy rację. Chyba tylko po to, by nie przyznawać się do kolejnego błędu. I znowu łzy i znowu skrucha, więc powiedziałam: wróć, spróbujmy.

Ten trzeci błąd, zatoczył koło jak bumerang i ze dwojoną siłą puknął mnie w czoło, tak, że w końcu oprzytomniałam i zrozumiałam. Że, do cholery, są dzieci, które na to wszystko patrzą. Patrzą i chłoną – każde słowo, gest, każdą nieobecność na urodzinach „bo tak”, każdą dotkliwą karę tam, gdzie kary na pewno być nie powinna, każdy siniak, każde wulgarne słowo. Czwartego błędu nie będzie, bo ile można?

Kiedy kochasz bardziej niż trzeba, uczenie się na błędach kosztuje cię dużo więcej i trwa o wiele dłużej. Ale jest dla ciebie szansa. Pomaga to, co najtrudniejsze – dystans. I świadomość, że w szkole życia błędy kosztują więcej niż mogłaś się spodziewać. I że ten koszt rozkłada się na kilka osób, także na te, za które jesteś odpowiedzialna.