„Moją żoną jesteś już tylko w dokumentach, a matką chyba nigdy nie byłaś…”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 listopada 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Magdo…

Długo zastanawiałem się jak zacząć ten list, bo moją żoną jesteś już tylko w dokumentach, a matką chyba nigdy nie byłaś. Inaczej przecież nasz syn nie płakałby, gdy przychodzi bezsilność i nie pytał, co z nim jest nie tak, że nawet mama go nie chciała. Pamiętasz lato blisko 20 lat temu, gdy ty się śmiałaś, a ja snułem plany o naszej przyszłości. Opowiadałem ci, jak będą miały na imię nasze dzieci, po kim z nas będą miały uśmiech i że oczy koniecznie muszą mieć twoje. Szafirowe, głębokie i piękne, aż po zachwyt. Mówiłem o domu, który nam wybuduję, o hamaku, na którym będziesz zasypiać ciepłą wiosną.

Wtulałaś się we mnie, głaskałaś moją twarz i powtarzałaś, że to wszystko co materialne, jest takie odległe, że aż nieważne. Bo nasze szczęście starczy na wszystko. Urodził się nasz syn, ten wyczekany, wyśniony i wygłaskany przeze mnie jeszcze w twoim brzuchu. I nie przeszkadzało nam nic, nawet ta za ciasna kuchnia razem z imitacją łazienki, ani to podłe trzecie piętro, gdzie ciężko było wnosić wózek. Ja biegłem uskrzydlony do domu zaraz po pracy, bo wiedziałem, że na mnie czekacie. I nie było niczego ważniejszego. Niczego i nikogo ponad was. Aż któregoś dnia limit szczęścia, które miało wystarczyć na zawsze i załatać, każdą dziurę, się wyczerpał. A ponieważ ja tu miałem stałą pracę, a ty miałaś wyjechać tylko na chwilę, pomyślałem, że tak się zdarza. Że przecież w tych czasach, to takie normalne, że czasem na chwilę trzeba się rozstać, żeby znowu na zawsze móc być razem. Tylko ty kochana, zapomniałaś o czymś. Żeby żyć wspólnie, potrzeba cię tu. A ty zapomniałaś do nas wrócić.

Wczoraj po raz setny analizowałem tamtą decyzję i czas. Krok po kroku, słowo po słowie. Znowu, jak praktycznie każdej nocy, odkąd cię z nami nie ma, zastanawiałem się, czy aby nie powiedziałem czegoś nie tak. Może źle się zachowałem, za mocno przytulałem na lotnisku, za często dzwoniłem, żeby się upewnić, czy nic ci nie grozi. Może w ogóle nie powinienem się na ten wyjazd zgodzić. Ale to ty mnie przekonywałaś, że tak będzie lepiej. Miałaś jechać na trzy miesiące, żebyśmy mogli spokojnie dołożyć do większego mieszkania i wrócić. I wróciłaś. Ten pierwszy i jedyny raz. I już wtedy nie moja. Choć utwierdzałaś mnie, że tylko mi się wydaję, że to zmęczenie. Naszego syna, też już nie tuliłaś jak wcześniej. Gładziłaś tylko przelotem jego włosy i powtarzałaś, że jest zbyt dziecinny jak na swój wiek.

A przecież on po prostu tęsknił, nie dostrzegłaś tego, gdy biegł do ciebie z płaczem? Gdy rzucił ci się na szyję i nie chciał oderwać?  Aż wszyscy patrzyli ze wzruszeniem.  Bo ja to widzę, dopiero teraz. To jak on wręcz wnikał w ciebie i powtarzał bez końca: „Mamusiu już jesteś, nareszcie, mamusiu”, a ty stałaś jakaś taka obca, nieswoja. Jakbyś, chciała go odepchnąć. I w nocy, gdy w końcu mogliśmy porozmawiać, pierwsze co powiedziałaś, że musisz wracać tam, dla naszego dobra. Bo mieszkanie samo się nie umebluje, bo nasz Wojtuś za chwilę do szkoły, że trzeba na książki. Prosiłem, tłumaczyłem, że potrzebujemy cię tu i że jakoś sobie poradzimy. Odparłaś tylko, że nie chcesz żyć jakoś. Mogłaś już wtedy powiedzieć, że nie chcesz żyć z nami.

Nie umiałem cię zatrzymać, może dlatego, że naiwnie myślałem, że nie muszę tego robić. Bo przecież tu jest ktoś, kogo nigdy nawet myślą nie powinno się zostawiać. Nasz syn, który w tobie rósł, dojrzewał i rozkwitał potem na twoich oczach. Już nie pamiętasz swoich łez, gdy postawił pierwsze kroki? I swojej udawanej złości, gdy jego pierwsze wypowiedziane słowo brzmiało „tata”. Boję się tym napisać, ale pomyślałem, że może intuicyjnie czuł, że to ja z nim będę zawsze, a nie ty. Że to ja będę ojcem i matką, to ja będę mu gotował i pomagał pakować tornister do szkoły. I to ja będę przybiegał w nocy, gdy ma koszmarne sny. I to ja będę dzielił się z nim każdej Wigilii opłatkiem i zapewniał, że kocham go za nas dwoje. Patrzyłem, jak dorastał, jak stawał się mężczyzną. Jak miotał się, gdy pierwszy raz się zakochał. A ja się tak panicznie bałem, że nie podołam, że zawiodę. A ty w tym czasie, odkładałaś na potem kolejny powrót, coraz rzadziej dzwoniłaś, coraz mniej cię było w naszym życiu. Jedynym akcentem, twoim istnieniem są te przelewy, regularne co miesiąc. Jakbyś chciała systematycznością, zagłuszyć wyrzut sumienia. Tylko czy ma sumienie ktoś, kto wiedząc o tym, że kilkaset kilometrów dalej, ktoś kogo nosił pod sercem, ma kolejne urodziny. I kolejny raz zdmuchując świeczki, będzie patrzył na twoje zdjęcie i wzrokiem marzył. To jedno najważniejsze urodzinowe pragnienie. Żeby mama wróciła. A ty już nawet nie dzwonisz w ten dzień, mówisz, że to zbyt ciężkie i piszesz SMS. To jedno, znienawidzone już przez nas zdanie, żeby był dzielny, że życie nie jest łatwe i on to kiedyś, zrozumie.

A ja myślę, że to ty powinnaś już zacząć rozumieć, że nie chodzi o mnie. O to, że czuję się oszukany, zdradzony i zostawiony. Ty nie wiesz, jak to jest patrzeć na niego i czuć jego ból. I nie wiesz, jak serce ojca rozdziera bezsilność, który nie umie wytłumaczyć naszemu dziecku, dlaczego milczysz. Przestałem już wierzyć, że kiedyś się opamiętasz i przyjedziesz. Przestałem już wypatrywać cię w oknie z fotografią przyciśniętą do serca. Ale wiem, że za ścianą, w pokoju obok, pomimo buntu i blisko już 18 lat, on nadal to robi. Mój mądry, wrażliwy, odważny syn. Ten, który każdego dnia, daje mi milion powodów do lęków i do nieopisywalnej radości. Mój, bo już nie nasz Magdo. Zbyt wiele samotnych poranków, gdy patrzyliśmy na twoje puste krzesło, zbyt wiele pytań, tych bolesnych, dziecięcych pytań, bez odpowiedzi. Bo co powiedzieć 8-latkowi, który ze łzami w oczach pyta, dlaczego mama go nie kocha? Bo przecież gdyby kochała, czytałaby mu na dobranoc.

Ale nie martw się, jeśli znasz w ogóle takie uczucie. Moje szczęście nie ma limitu. Patrzę na nie każdego dnia. I czuję jego zapach i dotyk. I spojrzenie, które upewnia mnie w tym, że nie zawiodłem, że jestem i będę najważniejszy.  I gdy słyszę: „Jesteś najlepszym, co mogło mnie w życiu spotkać, tato”.

Za tydzień nasz syn będzie miał kolejne urodziny. Może tym razem, choć raz, będzie mógł zamarzyć o czymś innym.  I już nie będzie musiał patrzeć na zdjęcie, bo pomożesz mu zdmuchnąć świeczki na torcie. Wystarczy tylko, żebyś sobie przypomniała, że z każdej podróży zawsze można wrócić.


7 dziwnych pytań, które pomogą ci odnaleźć sens w życiu

Karolina Krause
Karolina Krause
7 listopada 2016
Fot. iStock / ferrantraite
Fot. iStock / ferrantraite
 

Kim chciałyście być w przyszłości będąc nastolatkami? Bo ja chciałam być nauczycielką. Spotkało się to oczywiście, delikatnie mówiąc, z niezrozumieniem ze strony moich rodziców – Nauczycielem? Dziecko! Przecież nauczyciele zarabiają „krocie”! Czego niby miałabyś uczyć? No i nie zostałam. Te słowa utkwiły mi w głowie na wiele, wiele lat, mając jednocześnie wpływ na wszelkie decyzje, jakie od tego momentu miałam podjąć.

Byłam akurat nie najgorsza z matmy, to też poszłam za radą pod tytułem „byś się wzięła za jakieś inżynierskie studia, a nie za nauczanie”. To się wzięłam i skończyłam architekturę. Ocknęłam się dopiero na trzecim roku, kiedy przyszło mi pracować w biurze konstrukcyjnym. – Co ja wyprawiam?! Przecież nie mogę przez resztę życia 90 proc. mojego czasu spędzać przed komputerem!

W ten sposób dowiedziałam się czego nie chcę robić w życiu. Pozostawało tylko odpowiedź sobie na pytanie, co zatem chcę robić? To „tylko” zajęło mi ładnych kilka lat. Choć i tak myślę, że nigdy nie jest za późno. Wielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, co chcieliby robić dopiero po 40., a nawet 50. Czegoś się jednak przez ten czas nauczyłam, a konkretnie tego, że aby znaleźć dobrą odpowiedź, najważniejsze jest zadanie właściwego pytania, a czasami nawet kilku pytań.

I wtedy trafiłam na nie. Kilka dziwnych, a nawet zabawnych pytań, które wywróciło moje życie do góry nogami. Mam nadzieję, że pomogą i wam.

Jaką najgorszą kanapkę chciałabyś zjeść, i z czym ona by była?

Tak, dobrze przeczytałaś. Jaką „gównianą kanapkę” chciałabyś zjeść? Bo każdy w życiu, w końcu taką dostanie. Wiem, nie brzmi to zbyt optymistycznie, ale wszystko w życiu wiąże się z pewnego rodzaju poświęceniem. Nie ma rzeczy, które sprawiałyby nam tylko przyjemność. Pytanie brzmi: jakiego rodzaju nieprzyjemności jesteś w stanie zaakceptować? Co jesteś w stanie przełknąć? Czy potrafiłabyś spędzić całą noc nad projektem? Czy mogłabyś odłożyć założenie rodziny na 10 lat? Czy jesteś w stanie poradzić sobie z milionem porażek, by w końcu zrobić coś dobrze?

Jaką najgorszą kanapkę chciałabyś zjeść?

Jaka prawda o tobie dzisiaj doprowadziłaby ciebie z przeszłości do płaczu?

Kiedy byłam mała bardzo lubiłam pisać. W pewnym momencie zaczęłam pisać pamiętnik. Nie po to, jak powszechna wieść niesie, żeby go ktoś potem przeczytał, ale po to, by coś z siebie wyrzucić.

Złość, smutek, cokolwiek to było – zapisane na kartce, przestawało wiercić mi dziurę w brzuchu. W podstawówce pisałam nawet do szkolnej gazetki, ale z biegiem czasu jakoś o tym zapomniałam. Przypomniało mi się dopiero niedawno. A raczej przypomnieli mi o tym inni ludzie. Przyjaciele, którzy zwrócili uwagę na to, że moje teksty mają ręce i nogi. Promotor, który stwierdził, że dawno nie czytał tak interesującej pracy.

Najdziwniejsze jest chyba jednak to, że gdybym mając 8 lat zapytała siebie z przyszłości, dlaczego przestałam pisać, nie wiedziałabym co odpowiedzieć. Myślę, że podałabym jej te same argumenty, które podano mnie „Bo nie można na tym zarobić”, „Bo pewnie nie jestem w tym wystarczająco dobra”. Co nie tylko jest kompletną bzdurą, a doprowadziłoby tę biedną dziewczynkę do płaczu.

Co sprawia, że zapominasz pójść do toalety?

Kojarzysz te momenty, gdy po kilku godzinach zdajesz sobie sprawę, że nie zjadłaś nawet śniadania albo, że zapomniałaś pójść do toalety? Co wtedy robisz?

Ja na przykład lubię tworzyć. Cokolwiek by to nie było – budynek, ubranie, tekst. Kiedy robię coś z niczego, cieszę się jak małe dziecko.

Może dla ciebie jest to coś innego. Może lubisz organizować swój czas, może lubisz uczyć albo rozwiązywać problemy. Cokolwiek by to nie było, nie myśl tylko o tym, co konkretnie robisz, gdy zapominasz o bożym świecie, ale o tym co za tym stoi, co tobą kieruje.

Kiedy najczęściej się rumienisz?

Jeśli chcesz być w czymś dobra najpierw musisz być w czymś beznadziejna. Brzmi to jak frazes, ale tak właśnie jest. Bycie beznadziejnym w czymś co się robi, nierozerwalnie wiąże się z wielokrotnie powtarzającym się poczuciem wstydu. Wiele ludzi unika tego typu doświadczeń, głównie dlatego, że jakby nie patrzeć, nie jest to zbyt przyjemne. 

Chcąc jednak zrobić coś wartościowego w swoim życiu musimy często mierzyć się z tym, co nieprzyjemne i przerażające. Co więcej, im bardziej poważna życiowa decyzja cię przeraża, tym większe szanse na to, że to właśnie powinnaś zrobić. 

Jak chciałabyś zbawić świat?

Pewnie każdy chciałby zbawić świat, no ok, może tylko ja tak mam i kilka tysięcy miss na całym świecie. Tak czy inaczej jest nas sporo. Zastanawiając się nad tym, co ważnego mogłabyś zrobić ze swoim czasem, warto by zerknąć na listę aktualnych problemów świata. Jest z czego wybierać: głód, przemoc domowa, system zdrowia, efekt cieplarniany. Można by tak długo wymieniać.  Wybierz problem, który obchodzi cię najbardziej i zacznij działać. A tak na poważenie, to jasne, że nie uda ci się zbawić świata w pojedynkę, ale możesz przyczynić się do jakiejś zmiany. To na początek wystarczy.

Gdyby ktoś przystawił ci spluwę do głowy i kazał wyjść z domu na cały dzień, dokąd byś poszła i co byś robiła?

Większość z nas zapomina o tym, że nasze pasje, hobby i zainteresowania wynikają z tego, że coś robimy, a nie na odwrót. Nie uda ci się więc znaleźć odpowiedzi na pytanie, co chciałabyś robić w życiu siedząc na kanapie.

Problem w tym, że najczęściej nie ruszamy się z domu, o ile coś nas do tego nie zmusi. Wyobraź więc sobie, że ktoś przykłada ci pistolet do głowy i każe ci wyjść z domu na cały dzień. Dokąd byś poszła i co zrobiła?

Zapisała się na kurs tańca? Dołączyła do klubu książki? Zaczęła kolejne studia? Wyjechała za granicę? A może coś kompletnie innego? Jeśli przeraża cię ilość możliwości zapisz je na kartce i próbuj wszystkiego po kolei (Dodatkowe punkty, za to, jeśli będziesz musiała się przy tym wstydzić).

Gdybyś wiedziała, że został ci rok z życia, co byś zrobiła i jak chciałabyś zostać zapamiętana? 

Ja już mam kilka pomysłów, a wy?


Niedopasowani. Skąd wiadomo, że do siebie nie pasują?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2016
Fot. iStock/Drazen Lovric
Fot. iStock/Drazen Lovric

Zobaczyłam ich póżnym popołudniem. Szli za ręce, dyskutując. Przy księgarni, on przystanął, prosząc: „Podejdz ze mną, zobacz, może jest coś nowego.”. Jego dziewczyna zdecydowanie pokręciła głową. – Nie ma mowy, to nuda. Zimno mi! – wycedziła wściekła przez zęby i odeszła. Chłopak z żalem obrzucił wystawę sklepową szybkim spojrzeniem i westchnął głośno. Dogonił ją jeszcze przed światłami.

„Niedopasowani” – pomyślałam mimowolnie, choć powodów jej zniecierpliwienia mogło być tysiące. Może właśnie się pokłócili? Może naprawdę było jej zimno? Może?…

Nauczyć się żyć wspólnie, nie jest łatwo, nawet jeśli jesteśmy bardzo zaangażowani emocjonalnie w nasz związek. Czasem, mimo tych emocji, mimo najszczerszych chęci po prostu nie wychodzi, bo dzieli nas zbyt wiele.

Świat rzadko kiedy stawia nam na drodze „idealnie dopasowaną” połówkę. I tak jest dobrze, bo jak inaczej mielibyśmy się od siebie czegoś nauczyć? Bywa jednak, że gdy już wyruszymy w tę wspólną drogę, to oboje chcemy od wspólnego życia czegoś zupełnie innego. Nasz marzenia, pragnienia, wykluczają się wzajemnie, stawiając nam ultimatum: jedno z nas musi „zrezygnować z siebie”, żeby drugie mogło być szczęśliwe. Kiedy tak się dzieje?

Syndromy niedopasowania

Zaangażowanie oznacza dla was co innego

Ty uważasz, że znakiem zaangażowania jest zdolność do spędzania ze sobą każdej wolnej chwili, a miara miłości jest liczba wysłanych do siebie wiadomości. On sądzi, że najlepsze dla związku są przypływy i odpływy – momenty, kiedy raz jesteście bardzo blisko, raz oddalacie się od siebie, by zatęsknić i ponownie się odnaleźć. To dwie, zupełnie różne wizje miłosnej relacji. Łatwo tu o wzajemne żale i prędkie rozczarowanie. Jedynym rozwiązaniem jest wzajemny szacunek dla waszych potrzeb i próba odnalezienia „złotego środka”.

Macie różne plany na przyszłość

Jeśli twój partner jest tradycjonalistą, chce małżeństwa, dzieci i domku z ogródkiem jeszcze przed ukończeniem 30-tki, a ty jesteś kolorowym ptakiem, którego trudno złapać, a jeszcze trudniej uszczęśliwić, nie łatwo będzie wam osiągnąć porozumienie. Te dwie wizje przyszłości wydają się nie do pogodzenia, nawet jeśli teraz on mówi, że na ciebie poczeka. Uwierz, z czasem zacznie naciskać, a ty… Może nigdy na małżeństwo i dom z ogródkiem nie będziesz gotowa?

Macie inne priorytety

Chcesz osiągnąć równowagę między życiem zawodowym a osobistym. On czuje, że w chwili obecnej praca jest dla niego wszystkim, że to jego „tu i teraz”, angażuje się w nią całkowicie i w niej spala. Czujesz się zaniedbana, twój partner nie potrafi tego zrozumieć. Zamiast wyrzutów, oczekuje wsparcia i radości z jego osiągnięć. Pędzicie ku związkowej katastrofie.

Podobnie byłoby, gdyby tylko jedno z was postawiło na pierwszym miejscu waszą relację, oczekując tego samego od partnera, którego priorytetem jest na przykład rozwój osobisty.

Inne podejście do rozwiązywania problemów

Oczywiście, rozmowa o problemach w związku to podstawa jego pielęgnacji. Ale jeśli słowa nie odnoszą skutku i macie wrażenie, że kompletnie się nie rozumiecie, to problemy stają się jeszcze bardziej poważne. Ci, którzy w relacji uważają się za „lepszych”, „mądrzejszych” nie chcą zrezygnować ze monopolu na „to ja mam rację, więc zrobimy tak jak ja uważam”. Ich podejście, wykluczające kompromis, z góry skazuje związek na porażkę.

Więcej was różni niż dzieli

Niby oczywiste. Poobserwujcie związki waszych znajomych, pomyślcie ile razy zadaliście sobie pytanie: „Jak to możliwie że oni ze sobą ciągle są?”… Różne cele życiowe, różne wrażliwości, różne poglądy, różne metody wychowawcze w stosunku do dzieci, różna kultura osobista, jedno… łóżko. I coraz większy dramat. Bo uczucie ciągle jest, ale porozumienia już brak.

Czy niedopasowanie zawsze musi oznaczać koniec związku? Nie, oczywiście, tak wcale nie musi być. Bo istnieją takie uczucia, które pomagają pokonać największe trudności. Podstawą jest jednak dobra wola i chęć – obu stron.

 


Zobacz także

Fot. iStock / Bojan Kontrec

Przygotuj skórę dziecka na lato. Czyli, o czym pamiętać przed słoneczną kąpielą

Fot. iStock/stock-eye

Naukowcy odkryli 11 cech idealnego mężczyzny. Chyba nie tego się spodziewaliśmy…

produkty rozgrzewające zimą

Co nas rozgrzeje w zimowe wieczory?