Nie ma miłości na całe życie. Są spotkania. Spotkania z wielką miłością

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
20 kwietnia 2017
Fot. iStock / Rawpixel
Fot. iStock / Rawpixel
 

Spotkania, które wywracają życie do góry nogami, spotkania, które pokazują jak wygląda prawdziwa miłość i mężczyzna, który KOCHA. A nic, co prawdziwe, poza miłością matki, nie jest na zawsze. W tym siła takich spotkań. Trwają chwilę, czasem dłużej. Te przeciągnięte w czasie, kończą się tragicznie, w tych, które wegetują – nie znajdziesz już miłości.

Pierwszy raz spotkałam miłość w szkole podstawowej. Spotkania z pierwszą miłością jak się później okazuje – są najważniejsze. Ale nie wieczne. On był pięknym, wysokim kapitanem drużyny koszykarskiej. Ja zapisałam się dla niego do harcerstwa, jeździłam za nim na obozy i biwaki, zbierałam kwiaty i podrzucałam do jego namiotu. I kiedy wydawało mi się, że nie dane mi będzie przejść na wyższy poziom, a piersi już dawno się zaokrągliły, On się po prostu zjawił pod moimi drzwiami. Spotykaliśmy się dwa lata, drogi nasze się rozeszły niespodziewanie, bo za sprawą moich rodziców. Albowiem kiedyś jedynym, dopuszczalnym środkiem antykoncepcyjnym był – zakaz spotykania się.

Potem spotkałam MIŁOŚĆ ZŁĄ ale jeszcze o tym nie wiedziałam, bo kochałam ślepo i mocno. O tym, że jest zła, zdałam sobie sprawę z tego, kiedy na studiach spotkałam MIŁOŚĆ DOBRĄ. Ale to miłość złą wybrałam na dalsze życie, a z dobrą dzisiaj się przyjaźnię. Dzięki dobrej miłości mam przyjaciela z którym dzielę dzisiaj absolutnie wszystko. Oprócz łóżka. Dzięki złej miłości m.in. dzisiaj piszę bloga i z nadzieją wychodzę naprzeciw kolejnym spotkaniom.

Spotkałam też MIŁOŚĆ TOTALNĄ, która jak huragan przeszła przez moje życie. To taka miłość, która otwiera każdą komórkę Twojego ciała, wyrywa serce, a jednak nie jesteś w stanie poświęcić jej niczego więcej, oprócz siebie. A tłok jest wtedy straszny dookoła. Ale to miłość, którą chcesz przeżyć i schować na pamiątkę, żeby uśmiechać się na każde jej wspomnienie. Ja się uśmiecham, mam nadzieję, że ON też. Czasem tylko, kiedy słyszę „Dzień dobry, kocham Cię”, łzy napływają mi do oczu i myślami wracam do chwili, kiedy biegliśmy w deszczu przez las.

Wszystkie spotkania z miłością są ważne i W JAKIMŚ CELU. Mają sens, kiedy nie nastawiasz się, że będą trwać wiecznie. Kiedy każdą chwilę z taką miłością, traktujesz jak ostatnią. Kiedy nie odwracasz się plecami, kiedy Ci się nie wydaje, że zawsze masz czas, żeby przeprosić, albo się pogodzić.

Spotkania z miłością mają sens, kiedy celebrujesz z nią każdą minutę, kiedy Ci się chce, kiedy nie robisz rzeczy, na które nie masz ochoty, nie szukasz kompromisów. Kiedy wybiegasz jej na spotkanie, a nie wciskasz pomiędzy codziennymi obowiązkami.

Kiedy żyje w Tobie, a nie obok Ciebie. Kiedy nie wisisz u jej stóp i nie prosisz, żeby została. Kiedy nie przestajesz oddychać z chwilą, kiedy odchodzi.

Życzę Wam i sobie jak najwięcej takich spotkań. Dla nich warto wyjść z domu z pomalowanymi ustami. Ja właśnie wychodzę na spotkanie ze swoją pierwszą miłością. Wiem, że znowu na chwilę. I wiem, że znowu będzie warto.


A – jak alimenty, czyli alfabet świeżej rozwódki

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
22 kwietnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Alimenty są jak wrzód na tyłku każdego mężczyzny, który rozstaje się z matką swoich dzieci. Do dzisiaj nie zbadano, co ich tak boli najbardziej, portfel, czy duma. (celowo pomijam przypadki, kiedy to rozwódka musi płacić alimenty, bo całe życie dziada utrzymywała i musi zapewnić mu godne warunki, do jakich go przyzwyczaiła).

Cóż więc jest takiego niewygodnego w tej, jakże bolącej sprawie?

Ojciec moich dzieci, z którym się rozstawałam twierdził, że alimenty płaci się tylko kobietom lekkich obyczajów, więc żeby go nie ranić używałam słowa – mecenanty , od słowa „mecenas” – patron, opiekun.

W ogóle uważam, że rozprawa alimentacyjna, jest swoistego rodzaju przypowieścią o człowieku, który odchodzi… „Po alimentach ich poznacie” – rzekłabym nawet. W tej jednej sumie, wyszarpywanej z gardła facetowi, któremu urodziłaś dzieci, jest coś odbierającego godność nam, kobietom, które zostają z całym tym gównem po rozstaniu. Niebywałe jest również ich przekonanie, że to pieniądze, które rozpuścimy na waciki i inne własne przyjemności, bo przecież sumy są to zawrotne, a my już do 18-tego roku życia będziemy dzieci karmić zupą z proszku i podrzucać sąsiadce na wakacje, wysyłając fotki z parówkami znad morza. Zadziwiający jest również wyraz ich twarzy, kiedy pierwszy raz dostają podsumowanie wydatków, jakie ponosimy każdego miesiąca na dziecko. – Co to jest? Jedna para spodni kosztuje 80 złotych?? I nie wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy nie machnąć ręką na te całe alimenty dla świętego spokoju. O nie, drogie Panie po rozwodach, nie ma świętego spokoju, nic takiego nie istnieje. Ja po czterech latach od „rozwodu” spokój mam tylko wtedy, kiedy mój były „mąż” kłóci się ze swoją obecną kobietą. Zabawne są te zwroty akcji, ale o tym w kolejnym odcinku

Ja nie dopilnowałam sprawy alimentów przy rozstaniu, bo uwierzyłam w dobrą wolę i stwierdzenie – „będę płacił za szkołę”. „Będę płacił za szkołę” dzisiaj bowiem oznacza: opłać obiady, zajęcia dodatkowe, opiekę na świetlicy… No i tak obcinał z roku na rok, a ja tylko z wezwań do zapłaty orientuję się, ile jeszcze dołożyć. Opłacam wszelkie „bieżączki”, dlatego tatusia stać na zakup kilku markowych rzeczy w roku i wakacje zagranicą. Z pewnością nie jest po równo, a już z pewnością nie według potrzeb.

Im bardziej starałam się być w porządku, tym więcej gnoju leciało na moją głowę. I wtedy mnie olśniło. Jeśli już dostaję za wszystko, jak leci, to przynajmniej niech będzie wiadomo za co! Przede mną kolejna rozprawa alimentacyjna i postanowiłam pójść na całość. Kujcie drogie Panie żelazo, póki gorące. Zdanie na swój temat i tak znacie, bo przecież znacie. Była teściowa: „Zawsze była pazerna”, były mąż: „Tylko pieniądze są dla ciebie najważniejsze”, obecna kobieta byłego męża: „Dziwię się, że nie ma w sobie za grosz godności”. Brzmi znajomo? Dlatego nie odpuszczajcie żadnej złotówki, honor zakopcie razem z pamiątkami z małżeństwa (ok, ślubne zdjęcie na pamiątkę dla waszych dzieci może zostać) i zalejcie cementem. Wiem, co piszę.


Jaka matka – taka córka, czyli dlaczego tak bardzo zawsze chciałam być inna

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/swissmediavision
Fot. iStock/swissmediavision
 

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn i szkoda wymieniać dalej, jakże dzisiaj nieaktualnych powiedzonek naszych babć. Bo nieaktualne, taka prawda. Jestem totalnym zaprzeczeniem swojej mamy.Myślami wróciłam do czasów swojego dzieciństwa. Nikt się mną nie zajmował. Nie zajmował oczywiście w dzisiejszym sensie „zajmowania się”. Miałam 8 lat, na szyi klucz, w drodze powrotnej ze szkoły odbierałam swoją młodszą siostrę z przedszkola, odkurzałam całe mieszkanie, a za pięć piętnasta wstawiałam obrane ziemniaki na obiad. Taki codzienny rytuał. Dzisiaj co najwyżej, klucz można sobie powiesić na szyi w celach ozdobnych lub wytatuować.

Mama wracała z pracy o 15:15 i była bardzo zmęczona. Nie latała z nami na zajęcia popołudniowe, nie siedziała przy odrabianiu lekcji, nie czytała lektur na głos. Tak sobie po cichu myślę, że dzisiaj odebrano by jej prawa rodzicielskie, bo pozwalała nam na totalną samodzielność: samodzielne wałęsanie po mieście, chodzenie na wszystkie zajęcia pozalekcyjne, na naukę tańca w ośrodku kultury. W domu mnie nie było. Do biblioteki miałam daleko i kiedy tylko trzeba było obgadać ważne sprawy z dziewczynami, bywało, że latałam do niej trzy razy w tygodniu! I co dziwne, nigdy włos mi z głowy nie spadł, nie potrącił żaden samochód. Pamiętam słowa swojej mamy, które towarzyszyły mi przy każdym wyjściu: „Tylko niech ci się coś stanie, to popamiętasz!”… No, nie mogłam sobie na to pozwolić, to zrozumiałe. A kiedy po trzynastu latach przerwy urodziła się najmłodsza siostra, mama wstawiła nam (mi i mojej siostrze) łóżeczko do pokoju, bo chciała się wyspać. O prasowaniu pięćdziesięciu tetrowych pieluch dziennie – nie wspomnę.

Ileż w nas było empatii dla tej naszej dzielnej mamy, która urodziła troje dzieci. Urodzić troje dzieci, to jest coś, nie to, co dzisiaj. Nawet medal honorowy dostała z takiego specjalnego koła rodzin (ale chyba nie dawali już później za kolejne etapy wychowania). A kiedy ostatnią nadzieję na poznanie bardzo przystojnego syna sąsiada odebrał mi okropny wózek, którym musiałam telepać się z małą siostrą po ulicy na spacerach, pomyślałam, że ja swoim dzieciom nigdy tego nie zrobię i będę wszechobecna na każdym etapie ich życia. Jedyne, czego chciałam, to mieć takiego męża, jak mój tata. Moja babcia zawsze mówiła o nim, że „żywcem pójdzie do nieba”. Szybko zrozumiałam dlaczego, a z każdym dniem przekonywałam się o tym coraz bardziej. Dzisiaj nie ma już takich facetów. Dodam tylko, że to mówiła mama mojej mamy, więc nie ma co rozwijać tematu. No i dodam jeszcze, że nie trafiłam na takiego mężczyznę, jak mój tata.

Jak to możliwe, że nie zginęłam bez tej matczynej obsesji, że „wyszłam na ludzi” i właśnie za to kocham dzisiaj swoją mamę najbardziej? I to nieinteresowanie się każdym dniem moich zmagań ze wszystkim dookoła powoduje, że z tym większą ochotą dzielę się z nią sukcesami, finałem swoich spraw. Sama, przywiązana pępowiną do swoich dzieci, która już zaciska się na mojej szyi, (bo przecież nie ich), tak bardzo chcę zrekompensować im swoje porażki życiowe, że za chwilę się uduszę, jak nie odpuszczę.

Ale i może dlatego z kolei tak tęsknię za kimś, kto jak mama mojej znajomej przyjechałby do mojego domu, zrobił za mnie porządek w moim życiu…