Go to content

Miłość przychodzi po cichu, jak stary przyjaciel. Musisz tylko zacząć w nią wierzyć i się… postarać

fot. LeoPatrizi/iStock

Szybciej, mocniej, więcej. To niezrozumiałe szaleństwo definiuje już chyba każdą dziedzinę naszego życia. Chcemy wyjechać na egzotyczne wakacje i zobaczyć „wszystko”, ale zapominamy o tym, by odpocząć. Chcemy, żeby nasze dzieci mówiły biegle po angielsku, niemiecku i francusku, ale nie zwracamy uwagi na to, że nie potrafią mówić poprawnie w języku ojczystym. Chcemy dać bliskim jak najwięcej tego, co wymierne, ale nie dajemy im swojej uwagi, czasu, uczucia. Nasze związki też dopadła ta przeklęta choroba. Krótkowzroczność. Chęć bycia z kimś emocjonalnie „bezwysiłkowo”, przy jednoczesnej pewności, że ta osoba do nas należy. Bo przecież na to zasługujemy.

Kiedy wchodzisz w nowy związek, nie myślisz zazwyczaj, że ta relacja prędzej czy później się rozpadnie. Rozpiera cię duma, szczęście, poczucie, że w końcu znalazłaś „tę właściwą osobę”. Chcesz właśnie w ten sposób odczytywać wszystkie znaki. Przecież lubicie tę samą muzykę, tak samo przygotowaną kawę, wstajecie o tej samej godzinie… To nie może być przypadek. Ale potem przychodzi codzienność i okazuje się, że jednak więcej was różni niż dzieli. Że on woli czasem pobyć sam, a ty czujesz się wtedy samotna. I zamiast starać się uzupełniać, zrozumieć, pokochać, oddalacie się od siebie twierdząc, że to jednak nie było to. Szukasz dalej i historia się powtarza, w nieskończoność. Łatwo idzie ci rezygnowanie. Łatwo nie wierzyć, że mogło się udać, gdybyście tylko się bardziej postarali.

W miłości, jak w życiu szukamy łatwych, szybkich rozwiązań i pięknej oprawy, coraz mniej liczy się to, co naprawdę… Zachwyca nas para staruszków spacerująca w parku za rękę, a jednocześnie zastanawiamy się z przerażeniem nad tym, jak to jest przeżyć całe życie z jedną osobą, wziąć odpowiedzialność za siebie, za partnera, za związek „na zawsze”. Im większą świadomość mamy tego, jak bardzo się zmieniamy, tym bardziej się boimy. Bo przecież chcemy pięknej, bezproblemowej miłości, a nie kłótni, zdrad i łez. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że taką piękną miłość musimy wypracować sobie sami.

Skąd się bierze ten nasz pęd ku czemuś, co istnieje tak naprawdę jedynie na kartach książki lub filmowego scenariusza? „Łatwa”, piękna, „estetyczna” miłość uwodzi, miłość „twarda”, przyziemna, codzienna i życiowa jest wysiłkiem podejmowanym z pełną świadomością, że się kogoś wybrało na partnera, że chce się z nim być. Bo miłość to wybory, codzienne. Te prostsze i przyjemne, jak kierunek, w który udamy się na wspólny urlop i te skomplikowane – w jakim kraju zamieszkamy, jeśli dzielą nas tysiące kilometrów i kiedy poznać ukochanego z twoimi dziećmi z poprzedniego związku. Miłość to olbrzymia logistyka, organizacja i wzajemne uzupełnianie się. Może na początku jedynie jest błyskiem szaleństwa, zapomnienia. Jeśli przerodzi się w głębokie uczucie, zależy bardziej od naszego rozsądku niż serca. Ale to wcale nie odbiera jej piękna, wręcz przeciwnie.

Wszystkim tym, którzy pragną miłości jak z książkowego romansu lub pięknego filmu w kinie, chciałabym odpowiedzieć cytatem z powieści mojej ulubionej autorki, Lucy Maud Montgomery: „Być może wielkie uczucie nie wkracza w nasze życie w blasku i glorii jak rycerz na koniu; być może wkrada się cichutko, jak stary przyjaciel; być może rozwija się w pozornej monotonii, by nagły błysk olśnienia ujawnił rytm i ukrytą muzykę. Być może miłość rozwija się naturalnie z pięknej przyjaźni, jak herbaciana róża z zielonego pąka.”