Matka na randce, czyli – UWAGA – tych facetów unikajcie jak ognia

Z życia kobiety
Z życia kobiety
23 maja 2018
Fot. iStock/andresr
 

No dobra, jestem z tak zwanego drugiego sortu, przebranego, po doświadczeniach, z przeszłością, którą nie zbyt chętnie wspominam. Ot, kobieta po rozwodzie, matka dwójki nastolatków, która po burzach rozstania i awanturach rozwodowych, bólu zdrady i zrozumienia, że nie było w tym mojej winy, stwierdziła, że życie się jeszcze nie skończyło.

W końcu jestem lekko po 40-tce. Całkiem fajnie wyglądam, lubię niespodzianki i przygody, więc czemu by nie spróbować poznać kogoś, kto myśli podobnie jak ja. Podobno liczba rozwodów wzrasta, a przecież nie każdy facet z odzysku musi być świnią i podłym padalcem, prawda? Przyjaciółka po wypitej butelce wina jednego wieczoru namówiła mnie na portal randkowy. No dobra, w końcu gdzie szukać faceta? Najlepiej w sieci. Nie powiem, że nie polecam, ale fala ofert seksu przeróżnego nawet mnie wprawiła w lekkie zakłopotanie. Jednak z całego tego wora można wyłuskać kilka ciekawych osób. Przynajmniej tak by się na początku wydawało. Mnie jednak trudno zrazić, jak się raz zawzięłam i zdecydowałam, to w końcu muszę wykorzystać swoją szansę.

Tak też zrobiłam i… zaliczyłam kilka fatalnych randek. Naprawdę, gorzej chyba być nie mogło. Przez chwilę się załamałam, ale później pomyślałam, że przecież każdą porażkę można przekuć w sukces. Stworzyłam więc listę sygnałów ostrzegawczych, które od razu po pierwszej randce mówią: „Z tym gościem lepiej daj sobie spokój”.

Spóźnia się

Nienawidzę czekać, ale też nie lubię się spóźniać. Mam gdzieś z tyłu głowy zakodowane, że należy szanować czas innych i że ja powinnam szanować swój. Tymczasem z dwa razy trafił mi się typ, który spóźnił się niemal pół godziny wysyłając lakonicznego SMS-a: „Jeszcze chwila i będę”, tylko ta chwila przedłużała się w nieskończoność. W efekcie zero przeprosin, bo przecież nic się nie stało. Nie, no sorry, może i jestem przewrażliwiona, ale nie chcę być traktowana w ten sposób. Jeśli tak zaczyna, co będzie dalej?

Kontroluje

Wiecie, tu nie chodzi o nic wielkiego, ale jak już facet zamawia za ciebie w knajpce, w której jesteście nie pytając cię na co masz ochotę, to coś tu jest nie tak. Jasne, może się początkowo spodobać, że taki zdecydowany – czytaj – męski, ale ja bym uważała. Pozwoliłam sobie przeciągnąć randkowanie z jednym takim i uwierzcie – ilość SMS-ów, pytań, sprawdzanie moich granic zdecydowanie mnie przerosła. Naprawdę zawierzcie swojej intuicji, która podpowiada wam, że coś tu nie gra.

Jest nieobecny

Rozgląda się, zerka na zegarek, na telefon. Kurde, no na też nie muszę być dla kogoś wymarzoną partią, na trzech randkach grzecznie zapytałam: „To może już się pożegnajmy”. Dwa razy facet był zaskoczony i przepraszał, raz się po prostu zgodził i byłam mu wdzięczna, że nie musimy udawać zainteresowania. Tak jest lepiej i prościej – naprawdę.

Niegrzeczny dla kelnera

Wiecie po czym najłatwiej poznać człowieka? Po tym, jak traktuje innych. To jest idealny test dla każdego, zwłaszcza na pierwszej randce. Matko pamiętam taki jeden koszmar, gość się cały czas czepiał kelnera, że za wolno, za późno, że wino za ciepłe… Było mi wstyd za niego. Oburzony patrzył, jak do rachunku dokładam napiwek. Pouczał mnie po wyjściu, że ludzie muszą wiedzieć, gdzie jest ich miejsce. Szybko pokazałam mu jego – jak najdalej ode mnie.

Agresywnie romantyczny

Umówmy się – romantyzm jest fajny, ale jak gość na pierwszej randce, po wcześniejszej krótkiej wymianie zdań w sieci, mówi, że cię uwielbia, że jesteś kobietą jego życia to… raczej trudno mu uwierzyć. A gdyby nawet, to jeszcze ciężej wziąć go na poważnie. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo – może cię osaczyć, dać fałszywe poczucie bezpieczeństwa, by w efekcie tobą manipulować. Nie znam z autopsji, ale przyjaciółka wplątała się kiedyś w taki związek. Lepiej brać nogi za pas.

Nieustannie mówią o swojej byłej

Jasne, że to działa w dwie strony – jak ty czujesz, że mówisz nieustannie o swoim byłym, lepiej jeszcze wstrzymaj się z randkami. Oczywiście, że nie ma nic złego w mówieniu o swoich eks, zwłaszcza na pierwszej randce – podobno wtedy najlepiej, ale istnieje pewien limit. Co więcej – nie bez znaczenia jest w jaki sposób on mówi o swojej byłej partnerce. Jeśli mówi o niej okropne rzeczy i to ją oskarża o rozpad związku, pomyśl dwa razy nim się umówisz z nim kolejny raz.

Jest zaskoczony różnicą zdań

No kurczę, spotkania dwojga ludzi o różnych poglądach jest dla mnie czymś, co sprawia, że świat jest interesujący. Okazuje się, że nie dla wszystkich, co więcej – że empatia i próba zrozumienia cudzego punktu widzenia jest dla niektórych zbyt trudna.

Jeśli ktoś na siłę próbuje cię przekonać do swoich racji, lekceważy twoje zdanie, traktuje cię z wyższością na zasadzie: „Ja wiem lepiej” – uciekaj. Po pierwsze – jest sztywny jak kij od miotły, po drugie – brak mu dystansu do siebie i otwartości na innych.

Czasami na pierwszej randce ktoś ze zdenerwowania robi głupie rzeczy, ale wiecie – to łatwo zauważyć i wyczuć, bo kiedy złapie trochę luzu, staje się fajnym człowiekiem. Mam kilka nieudanych randek za sobą, kilka nijakich, były też takie, na których poznałam fantastycznych facetów, z którymi mam kontakt, choć nie zaiskrzyło. Ale wiecie co, nie rezygnuję. W końcu życie to spotkania, kto wie, kto czeka na mnie za rogiem. Jedno jest pewne – jestem bogatsza o te doświadczenia i… trochę jednak mądrzejsza.


„Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył

Z życia kobiety
Z życia kobiety
31 maja 2018
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Krzątasz się po kuchni jak zwykle, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znam na pamięć ten schemat. Woda w czajniku, kilka razy otwarta lodówka, wymięte w narzekania. Miniesz mnie siedzącą na kanapie bez słowa. Nawet nie spojrzysz w moją stronę. Od dawna jestem dla ciebie jak powietrze. Jak mebel na wyposażeniu naszego mieszkania w kredycie, który dzisiaj chyba tylko nas łączy.

Tyle lat chcę od ciebie odejść i nie mogę. Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że nie chcę z tobą być, że niczego oprócz frustracji, złości i bezsilności nie czuję. Ale to znaczyło, że jeszcze mi zależy, skoro się złoszczę, skoro próbuję coś zmienić.

Czy między nami w ogóle była miłość? Może to zauroczenie, zachłyśnięcie się sobą. Kochałeś mnie kiedyś prawdziwie? Te początki trzymania się za rękę, wieczorów nad rzeką, ukradkowych spojrzeń podczas spotkań ze znajomymi. Mrowiło mnie w żołądku i to wzięłam za pewnik, że kocham. Wydawało mi się, żeby byliśmy tacy szczęśliwi, gdy zamieszkaliśmy razem, gdy rodził się nasz syn. Tak wiem, zwariowałam na jego punkcie, ale co miałam robić, skoro od ciebie nie dostawałam czułości, uwagi, miłości.

Od lat jesteśmy nieobecni. Traktujemy się mechanicznie, jak mijające się na stacji pociągi – wielkie metalowe maszyny bez dusz, które mają jeden cel – dotrzeć do kresu podróży, po drodze za obowiązek mając wymianę pasażerów. My też wymieniamy się rutynowymi uprzejmościami: „Dzień dobry”, „Smacznego”. Od dawna nie pytasz, jak mi minął dzień, a ja odpuściłam, kiedy zacząłeś zdawkowo odpowiadać, że dobrze.

Czuję się jak w zmniejszającej się z dnia na dzień klatce, w której brak mi oddechu i przestrzeni do życia, jakbyś ty odbierał mi powietrze. Kiedy krążysz po mieszkaniu, cała sztywnieję, czekam na moment, aż znikniesz, staniesz się niedostrzegalny – pójdziesz spać, wyjdziesz, zamkniesz się w łazience. Wtedy dopiero biorę głęboki oddech i myślę o tym, jakby wyglądało moje życie, gdyby ciebie w nim nie było. Widzę uśmiechniętą, ubraną na kolorowo kobietę, która wie, czego chce od życia, która uwolniła się ze związku, w którym z czasem zabrakło wszystkiego, co do szczęścia było jej potrzebne.

Wiem, że niedługo odejdę. Nabieram w sobie pewności, że to najlepsze, co mogę sobie dać, w końcu sama dla siebie staję się ważna i przestaję uzależniać swoje szczęście od ciebie. I chociaż decyzję podjęłam już dawno, nie mogłam się od ciebie uwolnić. Odchodzenie nie jest łatwe, bo na drugiej szali uparcie wisi nadzieja – ta trzyma się mocno i nie chce puścić. Nadzieja na to, że coś się zmieni. Że pewnego dnia przyjdziesz z bukietem kwiatów i powiesz: „Kochanie, tak bardzo cię kocham”. Wiesz, to by wystarczyło. Może to głupie, ale zostałabym, na pewno dłużej.

Ta nadzieja zmusza mnie, bym przy tobie trwała, bym wierzyła, że moje: „Nie mogę tak dłużej, nie czuję się kochana” w końcu do ciebie dotrze. Chlasnął cię te słowa w twarz i przebudzą i każą zrozumieć, jak jestem dla ciebie ważna. Bo tylko tego bym chciała – być ważną, być tą, bez której nie wyobrażasz sobie życia, która jest dopełnieniem twojego szczęścia, twojej radości, codzienności. Chciałabym poczuć się wyjątkowo, wiedzieć, że dla ciebie jestem tą jedną – najważniejszą. Czekałam na to, jak idiotka.

Odchodzę tak długo, bo nadal cię kocham, a nadzieja na miłość umiera ostatnia. Przecież musiałeś mnie kochać, musiałam coś dla ciebie znaczyć, skoro to mnie wybrałeś? Ile razy płakałam w poduszkę przypominając sobie te pierwsze wspólne roześmiane lata? Co się z nami stało? Kiedy się zgubiliśmy? Mam wrażenie, że zupełnie poza naszą wolą oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że już nie mamy do siebie powrotu. Dzisiaj to wiem. Przestałam żebrać o twoją czułość, o uwagę. To mnie upokarzało, sprawiało, że wstydziłam się siebie samej. A przecież „nic się nie zmieniło” – powtarzałeś za każdym razem, gdy pytałam, czy jeszcze mnie kochasz. Ale zmieniło się wiele, mój strach budził fakt, że nie widziałeś, że przestałam być przy tobie szczęśliwa.

Tak, mogłabym tak trwać. Udawać, że jest w porządku, że rutyna jest tym, co daje mi poczucie stabilizacji i szczęścia. Że poczucie bezpieczeństwa trzyma mnie przy tobie kurczowo. Że nadzieja podszeptuje: „Poczekaj jeszcze trochę, jeszcze rok, dwa lata”… Tylko, że nie mam już siły udawać. Pytając siebie, czego chcę jeszcze od życia – od dłuższego czasu widzę siebie uśmiechniętą bez ciebie. W końcu to zrozumiałam – żeby wyjść z tej ciasnej klatki, muszę zamknąć za sobą drzwi naszego mieszkania i powiedzieć: „Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył, co – uwierz mi – jest dla mnie najtrudniejsze.

Nie chcę już tak żyć. Chcę jeszcze być kochana, szczęśliwa, chcę zachłysnąć się życiem, które doceniam każdego dnia coraz bardziej, a ty tego zupełnie nie rozumiesz. Dlatego odchodzę. Wybacz.


„Chcesz wiedzieć, jak zdradzają kobiety? To ja ci opowiem”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 marca 2018
Fot. iStock/mixetto

Chcesz wiedzieć, jak zdradzają kobiety? To ja ci opowiem. Nie potrzebują wielkich słów, ogromnych deklaracji. One nie chcą tu i teraz, od razu i na zawsze. W ogóle tego nie potrzebują. Kobiety zdradzają długo i ostrożnie.

Dzwoni K. i mówi: „Boję się, że będę miała romans”. Już go ma? Czy może naprawdę się boi? 16 lat małżeństwa, razem są ponad 20. Co się dzieje? Rutyna? Nuda? Rozczarowanie? „Boję się, że już niczego nie przeżyję, że już nic w życiu nie będzie mnie ekscytować” – słyszę. Ale to nie tak. Nuda w parze z rutyną przyszła dużo wcześniej. Później on przestał ją zauważać, widzieć jako kobietę. Byli „my”, „oni”, nigdy „ty” czy „ja”. Jak jedno wielkie zrośnięte cielsko, z którego ona teraz chce się wyzwolić i poczuć, że sama może o czymś zadecydować. Że ma jeszcze jakieś swoje „ja”, że jest ktoś, kto ją samą dostrzega, widzi tu i teraz, bez całego bagażu doświadczeń, zmian, tłumaczeń. Dzisiaj jest inną kobietą, niż była 20 lat temu. Jej mąż tego nie widzi, ale za to on widzi ją taką, jaką prawdziwie jest. Niezależną, radosną, seksowną, która chce od życia więcej, poza całusem w czoło i poklepaniem po tyłku po dobrym obiedzie. Lubi się przeglądać w oczach tamtego, bo taką siebie lubi.

I wcale nie chce rezygnować z tego, co dzisiaj ma. Jest na tyle świadoma, że ceni tę stabilizację, bezpieczeństwo. Wie, ile może stracić, wie, ile może zyskać umawiając się na tę jedną kawę. W końcu to tylko jedna kawa po pracy. Nic wielkiego. Wyjście do kina… Przecież nie zawsze musi chodzić z mężem, przyjaciółką czy dziećmi. A on akurat lubi te same filmy, których nikt z nią nie chce oglądać… „To może być fajna przyjaźń” – myśli choć wie, że stąpa po bardzo cienkim lodzie. Ale nie chce zawracać. Chce zbadać tę cienką granicę, bo tak naprawdę nie wie, czy ją przekroczy.

Gra na czas, woli tę przeciągającą się niepewność, ten jeszcze wydaje się jej, że niewinny, choć już bardzo otwarty, flirt, niż pójście do łóżka przy pierwszej lepszej okazji. Delektuje się ciekawością, jaką budzi, pożądaniem i rodzącą się namiętnością, którą jej samej trudno utrzymać na wodzy…

Czy będzie miała romans? Nie wiem.

A. spotykała się przez rok z gościem poznanym przypadkiem, podczas służbowej imprezy. Był kolegą jej znajomej z pracy. Nawet nie wie, jak się dostał wtedy na tę kolację. Po 17 latach małżeństwa pomyślała o kimś w TEN sposób. „Mogłabym z nim iść do łóżka” – powiedziała jakiś czas później. Mąż w służbowych rozjazdach. Właściwie od dawna ze sobą nie sypiali. Odkąd urodziło im się czwarte dziecko? Maks miał już 5 lat… Ona nie czuje się kobietą. Pierwszy raz zobaczyła siebie inną w oczach faceta. Nie, nie wskakuje mu od razu do łóżka. Nie pisze SMS-ów prosząc o spotkanie. To on ją uwodzi. Proponuje spotkanie, kawę, jakieś wyjście. Jej nie jest trudno. Męża nie ma. Córka ma 17 lat, bez problemu jeden wieczór zajmie się najmłodszym bratem, który i tak wcześnie idzie spać. Nie robi żadnego ruchu, nie wychyla się, owszem stwarza sytuacje. Umawiają się w miejscach, gdzie wystarczyłby jeden jego gest, a ona by uległa. Ale on tego nie robi. „Dupek” – powie o nim później. Nie chciał jej przelecieć albo się bał, że ją przestraszy. Dała sobie spokój. Nadal czeka, nie szuka. Czeka, żeby przejrzeć się w oczach innego faceta i poczuć, że ktoś jej pożąda.

„Nie wiem, skąd to przyszło” – mówi N., nie radząc sobie z emocjami, które wywołał w niej nowo poznany kolega jej męża. „Czujesz to po prostu. Jest chemia, która nie pozwala ci przejść nawet obojętnie koło niego i wiesz, że tak samo działa to w drugą stronę” – tłumaczyła. Myślała, że w pewnym wieku już się tego nie przeżywa. Że romans, który wisi w powietrzu to widzimisię znudzonych żon, które szukają jakieś atrakcji. A teraz? Sama jej szuka? I znowu – tylko jedna kawa, tylko jedno namówienie się na wspólne wyjście, a raczej wyjazd za miasto, żeby nikt ich nie widział, jakby od początku i tak wiedzieli, do czego to prowadzi.

Kobiety zdradzają powoli i ostrożnie. Jak gdyby nigdy nic wracają do swoich domów. Czasami trochę szybciej kładą się spać. Bywają nieobecne. Uśmiechają się do siebie nalewając zupę do talerzy i puszczają oko, gdy widzą się w lustrze. Ale nikt mało uważny tego nie zobaczy, nie dostrzeże tych niuansów w jej zachowaniu, które mogłyby ją zdradzić.

Kobiety zdradzają, bo czują się potwornie samotne

Bo przez lata powtarzane: „Nie ma ciebie w moim życiu” odbijają się tylko głuchym echem. Jest dom, praca, dzieci, czasami pies. Obiad i kolacja. Niedzielna poranna kawa. I co z tego? Kiedy ona nieustannie jest obok, od dawna nie uczestniczy ani on w jej, ani ona w jego życiu. Są jak dwie planety, dla których ktoś wybrał to samo niebo, a które nie mają możliwości się do siebie zbliżyć. Co więcej, przyzwyczaili się do tego. Jemu tak wygodnie, ona nie chce już walczyć.

Kobiety zdradzają, bo nie czują się kochane

„O co ci chodzi. Przecież obrałem ziemniaki” – usłyszała. Ziemniaki to dowód miłości w jej małżeństwie. Ona nie cierpi ziemniaków. Przez te wszystkie lata robi je tylko dla niego, a on nawet nie widzi, że sama ich nie je. Miała romans z facetem, który do pracy przynosił jej kanapki i od razu zapamiętał, że lubi kawę z dużą ilością mleka, bez cukru. Nie za mocną.

Kobiety zdradzają, bo nie czują się ważne

Jasne, ważne są ich ręce do pomocy, głowa do ogarnięcia, nogi do rozłożenia, cycki do pomacania. Ale romansują z facetem, który ich słucha. To tak banał. Który pamięta, co powiedziała, wie, co lubi, o czym marzy, czego pragnie. Przez zaledwie kilka niedługich chwil zna ją lepiej, niż jej własny mąż, który dawno przestał pytać, co u niej słychać. Bo przecież nigdy nic nowego, tym bardziej interesującego. Nie wie o niej nic, bo nie ma ochoty wiedzieć. Po co zaprzątać sobie głowę rzeczami, które go w żaden sposób do nie dotyczą.

Romans nie jest drogą na skróty. Choć pewnie bywa. Jest raczej długą wydeptywaną ścieżką. Każdy odcisk buta, stopy, dłoni, łzy się w niej kryje. Każda uraza, pretensja, wypowiedziane i przemilczane na końcu słowo. Kobiety raczej nie zdradzają przypadkowo, pod wpływem chwili czy impulsu. Ulegają urokowi uwodzenia. Chcą być uwodzone, otwierają na to swoje życie, siebie same. Zdradzają i wracają do mężów uśmiechając się do wspomnień. Zdradzają i odchodzą, niekoniecznie do swoich kochanków, tylko do innego życia, gdzie mogą żyć tak, jak same tego chcą. Zdradzają, by poczuć się silniejszymi i pewniejszymi siebie. Najczęściej robią to jednak tak, by skrzywdzić jak najmniej bliskich jej osób.