„Małżeństwo nauczyło mnie pokory wobec zmian”. Lekcje, które dało mi moje małżeństwo

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 stycznia 2018
Fot. iStock/YakobchukOlena
 

Zostaliśmy zaproszeni na 15-tą rocznicę ślubu naszych przyjaciół. Nic wielkiego, najbliżsi znajomi, rodzina. Wesoło. Wspominaliśmy ich ślub, bo dokładnie pamiętaliśmy ten dzień, nawet zdjęcia obejrzeliśmy płacząc ze śmiechu. Matko, jak wyglądaliśmy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak te 15 lat nas zmieniło.

Ale zmieniliśmy się nie tylko na zewnątrz, zadziało się coś w środku. Wtedy byliśmy pełni nadziei, wiary, że teraz zaczyna się fantastyczne życie. A dzisiaj? Dzisiaj każdy z nas jest na różnych biegunach swoich ówczesnych postanowień i składanych obietnic. Ale oni wytrwali. 15 lat małżeństwa, które świętowali szczerze, nie na pokaz.

Kiedy mogłyśmy usiąść spokojnie, spytałam najbardziej idiotycznie, jak to było możliwe: „Jak wy to robicie, że po tylu latach jesteście ze sobą szczęśliwi?”. Ale wtedy przyjaciółka powiedziała mi, czego nauczyło ją 15 lat małżeństwa.

Nie możesz myśleć, że coś jest na zawsze

„Pamiętasz, jak wtedy byliśmy pewni, że teraz to już naprawdę razem do śmierci?” – spytała. Jasne, że pamiętałam. Sama na taką przysięgę nigdy się nie zdobyłam, ale wielu z moich znajomych obiecywało sobie miłość na dobre i złe, tylko, gdy przyszło to złe, najczęściej się rozstawali. Sekret polegał jednak na tym, żeby nie myśleć, że skoro jesteście małżeństwem, to macie siebie na zawsze. Każdego dnia powinniśmy być wdzięczni za to, że możemy się budzić obok tej drugiej osoby, wypić z nią kawę, porozmawiać wieczorem. „Nie wiedziałam tego przez długi czas, ale kiedy nasz związek wisiał na włosku, zaczęłam doceniać, że on jest i dziękować każdego dnia (często tylko w myślach) mojemu mężowi, że mną wytrzymuje i że mnie kocha”. To daje siłę.

Bliskość nie równa się obecności

Kto tego nie zna – rutyna. Ile razy siedzieliście obok siebie na kanapie, ile razy jedliście wspólnie obiad, kiedy każde zajęte było swoimi myślami. Jak często piliście rano kawę, każde zapatrzone w swój telefon? W związku nie wystarczy obecność, ważna jest bliskość, a tej nie da się stworzyć samym byciem. „Przez te lata zrozumiałam, jak ważne jest prawdziwie wspólne spędzanie czasu. Jak jemy śniadanie, to mamy czas, żeby ze sobą porozmawiać. Wieczorem zmęczeni chociaż się do siebie przytulimy. To takie banały, ale dzisiaj wiem, że dzięki tym banałom, jesteśmy razem w tym miejscu”.

Nie można zamknąć się w swoim świecie

Często obserwuję kobiety, które wychodząc za mąż zapominają o swoich przyjaciółkach, koleżankach, nie mają już dla nich czasu, bo przecież mąż, dom, za chwilę dzieci. Tylko, że później przychodzi kryzys – w związku, w macierzyństwie, z samą sobą… I wtedy nie ma się do kogo odezwać, z kim porozmawiać. Rozglądasz się wokół i jesteś sama jak palec. „Pamiętam, jak powiedziałaś mi, żebym nie znikała po ślubie. Wiem, że zniknęłam, ale też cieszę się, że wróciłam w porę, że z przyjaciółkami mogłam przejść wszystkie trudne okresy”. Mąż powinien być przyjacielem, ale nigdy nie powinien zastąpić przyjaciółek, one są bardzo ważne w naszym życiu. Bardzo. Bo kto z tobą wypije niejedną butelkę wina, wysłucha, jak ci źle, kopnie w tyłek, kiedy trzeba i zrozumie, gdy powiesz, że masz dość?

Warto przyznać się do błędu

„Kłóciliśmy się kiedyś o wszystko, o kolor ścian w mieszkaniu, o kuchenkę do kuchni, pralkę, o to, czy lepiej pojechać z dziećmi na wakacje do hotelu czy pod namiot. Każde twardo upierało się przy swoim, nie dopuszczając, że drugie może mieć rację. Ale wyjazd z dziećmi pod namiot był cudownym doświadczeniem, a ja myślałam, że z dziećmi to tylko do hotelu…”. Warto czasami odpuścić, oddać inicjatywę, pomyśleć sobie: „Przecież on nie chce dla nas źle” – to bardzo pomaga. Bo on nigdy nie chce źle, tak samo jak ty tego nie chcesz.

Nie matkuj

Jakbyśmy się nie zarzekały, mężczyźni budzą w nas instynkt macierzyński, w końcu mamy kogoś, kim możemy się opiekować, komu dogadzać, kogo uszczęśliwiać. Tyle, że często tracimy granicę między byciem żoną, partnerką, kochanką, a matką. Prawda jest taka, że same przyzwyczajamy mężów do dobrego – śniadanko, ciasto, obiad z dwóch dań, posprzątane, wyprane, choć oni w ogóle tego od nas nie wymagają. I pewnie dlatego są zdziwieni, gdy po latach robimy im karczemną awanturę, że mamy dość tego usługiwania, że on też mógłby coś dać od siebie, i tak dalej. Bywa, że z tego powodu odchodzimy, a oni zostają zdziwieni nie wiedząc o co chodzi… Bo przecież wcześniej nigdy się nie skarżyłaś…

Doceniaj

Nie kwiaty, które w końcu ci przyniesie, nie prezent, który kupi po twoim nieustannym przypominaniu, że za tydzień masz urodziny. Faceci okazują miłość inaczej. „Długo trwało, nim to zrozumiałam. Ale pamiętam, jak musiałam wyjechać służbowo. Wsiadam do auta, a ono wysprzątane w środku, zatankowane. I nie, nie dlatego, że on dba o samochód, wiem, że zrobił to z myślą o mnie. Podobnie jak wiele innych rzeczy. Nowe lustro w łazience, wymienione żarówki w sypialni, porządek w domowych papierach. On tak dba o mnie, o nas, a ja nauczyłam się to dostrzegać i doceniać. A kwiaty mogę sobie sama kupić, skoro chcę je mieć w domu, prawda?”. Prawda.

Szanuj

Eh… szacunek to długi temat. Bo chyba każdy przechodzi w związku moment, kiedy przestaje szanować tę drugą osobę, przestaje jej słuchać, ma ją za nic, jedyne, co czuje to irytację i złość. Szacunku tam nie ma. A on jest niezwykle ważny. Bo jeśli nie będziemy szanować siebie nawzajem, to wpadniemy w błędne koło oskarżeń i kłamstw. A na czym, jeśli nie na szacunku powinniśmy opierać związek? To jeden z najważniejszych filarów.

Naucz się przepraszać

„Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego „przepraszam”. Strzeliłam focha o jakąś głupotę, źle zrozumiałam, co powiedział. Obraziła się na śmierć i życie, a kiedy pozwoliłam sobie wytłumaczyć, o co chodziło, to było mi potwornie wstyd…”. Słowo przepraszam ma w związku wielką moc, pokazuje, że nikt nie jest doskonały, daje prawo do błędów i możliwość ich wybaczania. Obyśmy nie musieli używać go zbyt często, ale też nie zapominali o jego istnieniu.

Zadbaj o siebie

„A co lubi pani robić dla siebie” – spytałam kiedyś pewną kobietę. Po dłuższej chwili usłyszałam: „Nie wiem. O Boże, nie wiem”. Nic dla siebie nie robiła, bo wszystko było dla innych. Dla dzieci, dla męża, dla rodziców, teściów, szefa w pracy. A przecież my też jesteśmy ważne, my też mamy prawo do tego, żeby o sobie pomyśleć. Wyjść na basen, na fitness, na spotkanie z przyjaciółkami. „Przychodzi taki moment, że już wszystko cię wkurza, że myślisz, że dłużej nie dasz rady i wtedy trzaskasz drzwiami i idziesz na długi spacer, i podczas tego spaceru dociera do ciebie, że jest to pierwsza rzecz od dawna, którą zrobiłaś dla siebie. I jest ci z tym dobrze. I to jest początek zmiany na lepsze”.

Zadbaj o swoją niezależność

„Gdyby ktoś się spytał, jaka jest najtrudniejsza rozmowa w związku, to odpowiedziałabym, że ta o pieniądzach”. Nikt nas nie nauczył rozmawiać o pieniądzach, powielamy stereotyp, że moje i twoje to nasze, że głową rodziny, a także tym, który decyduje o domowym budżecie jest facet. Nie pozwólmy, by to przekonanie zakorzeniło się w naszej głowie. Każda kobieta powinna zachować finansową niezależność, bo to daje jej poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Nie można pozwolić się tego pozbawić.

Nie rezygnuj

„Największym grzechem przeciwko związkowi jest zaniechanie. Rezygnacja, machnięcie ręką z poczuciem, że już lepiej nie będzie, że albo decydujemy się żyć według wypracowanych reguł, albo się rozwodzimy”. Tak nie może być. Za każdym razem warto zadać sobie pytanie: „Wyobrażasz sobie życie bez niego, bez niej? Naprawdę chcesz z was zrezygnować? Przecież kiedyś byliście razem szczęśliwi”. Moja przyjaciółka przeszła takie chwile zwątpienia, pewnie zdarzają się one w wielu związkach. Ale nie poddała się. On też się nie poddał. Obojgu zależało na tym, żeby między nimi było dobrze, żeby nauczyli się siebie na nowo. Żeby zaczęli ze sobą w końcu rozmawiać, po latach wymiany komunikatów typu: kto odbierze dzieci, co dzisiaj na obiad, kto zrobi zakupy.

„Wiesz, jaka lekcja jest dla mnie najważniejszą? Małżeństwo nauczyło mnie pokory wobec zmian. Bo nic nie jest takie samo, jak te 15 lat temu. My jesteśmy zupełnie inni, niby tacy sami, a jednak zmieniliśmy się bardzo. Nie chcę doszukiwać się w moim mężu chłopaka, w którym się zakochałam. Chcę kochać mężczyznę, którym się stał, który dzisiaj jest ze mną. Kocham go. Dojrzalej, bardziej świadomie, niż wtedy. I tak, jestem szczęśliwa”.

Mam nadzieję, że i ja będę mogła kiedyś tak powiedzieć.


„Odeszłam, bo od tej miłości bym umarła. Nie dałabym sobie szansy, żeby nauczyć się żyć bez ciebie”…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
17 marca 2018
Fot. iStock/cscafeine
 

A miało być tak pięknie… Całą sobą czułam, że to ty jesteś facetem, z którym chcę spędzić swoje życie. Tak się kochaliśmy. Była wiosna, a mnie oszałamiał twój zapach. Byłeś czuły, troskliwy. Dawałeś mi wszystko to, dzięki czemu czułam się bezpiecznie. Bezpiecznie przy tobie i dzięki tobie. Ginęłam w twoich ramionach. Silny, stanowczy, zwłaszcza gdy stawałeś po stronie tych, którym działa się skrzydła. Zapewniałeś, że będziesz mnie nosić na rękach. Wady? Czy miałeś wady? Może trochę mnie martwiło, że jesteś zamknięty w sobie, że niedużo mówisz, że nie mogę z ciebie wyciągnąć, co cię dręczy. Ale myślałam, że to przejdzie, że ja cię otworzę, nauczę cię mówić. W końcu ty pochodziłeś z domu, w którym rządził wojskowy rygor, kto miał z tobą rozmawiać o emocjach.

„Możesz się zamknąć?!?” – usłyszałam kilka miesięcy po ślubie. Wróciłeś z pracy, a ja tak bardzo chciałam ci coś opowiedzieć, rozśmieszyć cię, podzielić historią. Zamknąć się… warknąłeś, a ja zamarłam, jakby ktoś mi właśnie wymierzył policzek. Łzy napłynęły mi do oczu i zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Szybko się zorientowałeś. Po kilkunastu sekundach już mnie przytulałeś, przepraszałeś, scałowywałeś moje łzy. Nie wiedziałeś, co cię opętało, tłumaczyłeś się zmęczeniem w pracy, stresem, nowymi obowiązkami, które dostałeś. Uspokoiłeś mnie, przynajmniej chciałam wierzyć, że tak się stało.

To był jeden malutki kamyk, który został w moim bucie i czasami boleśnie o sobie przypominał. Ale nie chciałam go zauważać, przecież wszystko było dobrze, nic się nie działo. Bywały dni, kiedy byłeś bardziej oschły, odsuwający się ode mnie, nieobecny. „To praca” – mówiłam przyjaciółce, która wpadła na kawę, a do której ty nie raczyłeś się nawet odezwać. „Jest zmęczony i zestresowany” – szeptałam mając nadzieję, że szybko ci przejdzie.

Zaczęłam ci schodzić z drogi. Wyczuwałam już te momenty, kiedy byłeś rozdrażniony. Ale nadal do mnie wracałeś – ciepły, czuły, kochający. I ciąża! Rety, jak się cieszyliśmy. Zabrałeś mnie do naszej ulubionej kawiarni na wielką porcję toru bezowego, bo przecież sam mówiłeś, że teraz zasługuję na najlepsze. Czułam, że wróciłeś. Że czarne chmury, które się ostatnio nad nami zbierały, w końcu rozgonił wiatr i wyszło słońce. Zapomniałam o tych wszystkich lękach, mówiłam sobie: „Zobacz, głupia, jak on cię kocha, jak mogłaś się go bać, myśleć o nim źle”. I faktycznie, bez lęku czekałam na twoje powroty z pracy. Choć ten czas tak bardzo mi uświadomił, jak się bałam, w jakim napięciu żyłam, jak wyczekiwałam, z jakim humorem wejdziesz po pracy do domu.

Odrzuciłam te myśli. Bo teraz kładłeś głowę na moim brzuchu, głaskałeś go. Wybierałeś wózek, łóżeczko, meble, wanienkę. Chciałeś nawet od razu kupować nocnik. Żeby wszystko było gotowe, kiedy twoja córka pojawi się na świecie. Jak w kompulsji, kiedy się poznaliśmy, na początku pragnąłeś dać wszystko co najlepsze – swoją uwagę, miłość, dobroć, jakbyś wiedział, że masz limit na uszczęśliwianie. Że dawać to, co dobre, możesz tylko do czasu, aż nie wyczerpie się w tobie wypracowany zapas.

Później już nic ci nie pasowało. Że mała płacze, że ja jestem zmęczona, że nie zawsze zdążyłam posprzątać i zrobić obiad. „Pracuję, słyszysz!” – syczałeś wyrzucając mi, że ja siedząc w domu nie jestem w stanie iść po głupie zakupy. Nie reagowałeś na mój płacz. „Przestań się mazać. To już na mnie nie działa” – mówiłeś. A ja na podłodze, koło łóżeczka Neli, pytałam się, gdzie ty jesteś, co za potwór mi ciebie zabrał…

Wyjechałam do mamy. Nic jej nie mówiłam, a ona głośno powtarzała, że muszę odpocząć, że jestem zmęczona, że nie może być wszystko na mojej głowie. Teraz ty płakałeś. „Nie umiem bez was żyć” – pisałeś. Na odległość miałam odwagę ci powiedzieć, że mnie ranisz, że krzywdzisz, że nie zasługuję na takie traktowanie, że ja się staram, kocham cię, ale to jak widać nie wystarcza, żebym była przy tobie szczęśliwa, żebyś ty był szczęśliwy ze mną. Może nie byłam tą kobietą, może go rozczarowałam, może myślał, że będę inna… Przez ten tydzień, kiedy byłam u mamy, rozmawialiśmy chyba więcej niż przez ostatni rok. Przez telefon, wieczorami, nocami. Zapewniałeś, że kochasz, że to nie tak, że nie zasługuję na ciebie, bo to ty nie zasługujesz na mnie. Że jestem taka dobra, kochana, cierpliwa. Obiecałeś zmienić pracę, bo to w niej oboje upatrywaliśmy wszystkich naszych kłopotów.

Kilka razy jeszcze od ciebie uciekałam. Nie byłam w stanie unieść poziomu lęku, który towarzyszyły mi przez lata życia z tobą. Nie wiedziałam, czego się po tobie spodziewać, co przyniesie mi kolejny dzień. Czy okropny chłód z twojej strony, czy złośliwe komentarze na mój temat. A może bukiet kwiatów, kiedy pamiętałeś o naszej rocznicy, moim urodzinach, imieninach, a nawet datę pierwszego spotkania? Ktoś kto nie kocha, mógłby to wszystko pamiętać? Z czasem przestało to być ważne. Za zimny obiad, ręcznik na podłodze w łazience, za za późno wstawione pranie karałeś mnie kilkudniowym milczeniem. Nic nie mówiłeś. Rozmawiałeś jedynie z Nelą, z nią się bawiłeś, jej dawałeś miłość, która dla mnie była coraz bardziej niedostępna.

Moje życie kręciło się wokół pracy, domu, córki i ciebie. Zamknąłeś mnie w złotej klatce strachu. Miałam wszystko – piękny dom, cudną córkę, męża, o którym wszyscy myśleli, że nieba by nam uchylił. Ale to ja przestałam spać po nocach, to ja z obawą czekałam na zgrzyt zamka w drzwiach. To ja wstawałam z łóżka, dopiero jak wyszedłeś z domu, bo nie chciałam stać się już rano pretekstem do kolejnej awantury.

Wylądowałam w szpitalu z okropnymi bólami głowy. Migreną, która myślałam, że rozwali mi czaszkę. Teraz ty się przestraszyłeś, trzymałeś mnie za rękę. A ja byłam jak wyzuta z uczuć, chciałam, żebyś poszedł, żebym nie musiała cię oglądać, żebyś dał mi spokój. „Ale ten mąż panią kocha” – powiedziała pielęgniarka, kiedy wyszedłeś. To wtedy coś we mnie pękło. Płakałam. Płakałam przez kilka godzin, kiedy przyszła do mnie psycholog, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Ona czekała, aż mnie na chwilę opuści strach i wstyd, wstyd za to, jak beznadziejną żoną byłam… Bo tak się wtedy czułam. Bezwartościowa, nic nie potrafiąca, źle zajmująca się dzieckiem, domem i tobą. W końcu tyle razy to słyszałam, że byłam przekonana, że to prawda.

Dostałam zwolnienie od psychiatry. Załamanie nerwowe, głęboka depresja. Na kilka miesięcy. Pojechałam z Nelą do mamy. Nie odbierałam twoich telefonów, SMS-ów, gdy przyjeżdżałeś do Neli, chowałam się w pokoju albo wychodziłam. Musiałam pozbierać się na nowo, bez strachu przed tobą. Nie tym razem. Wiedziałam, że jeśli do ciebie wrócę, nie przeżyję, poddam się. W imię czego? Tej toksycznej miłości, którą mi dałeś. Tak, mój ojciec nas zostawił, jak byłam dzieckiem. Tak, twój ojciec był tyranem, wojskowym, który tylko was karał, nigdy nie nagradzał. Tak, oboje wyszliśmy z potłuczonych rodzin, z przetrąconymi emocjami, oboje mający deficyty miłości. Ale to nie znaczy, że ty możesz mnie niszczyć i że ja mogę na to pozwalać. Nic tego nie usprawiedliwia. Odeszłam, bo od tej miłości bym umarła. Nie dałabym sobie szansy, żeby nauczyć się żyć bez ciebie, żeby zrozumieć, że mogę być kochana prawdziwie. Chciałabym, żebyś ty zrozumiał, że kochać, to nie znaczy krzywdzić. To nie jest normalne, choć tak bardzo próbowaliśmy siebie przekonać, że jest.


Zawalczę o nasz związek, o nas. Chcę, żeby było w końcu dobrze, dlatego obiecuję, że…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
11 stycznia 2018
Fot, iStock/AleksandarNakic

Na ten rok mam jedno postanowienie – chcę zawalczyć o swój związek. Chcę, żeby był dobry, żeby nam w nim było dobrze. Dość już jeżenia się i szukania winy we wszystkich, tylko nie w sobie. Jasne, winny jest on, jego matka, jego praca, nasze dzieci. Litości. Niech to będzie nasze ostatnie rozdanie – ten rok, nasza ostatnia szansa. Nie chwilowa, nie przelotna, kiedy przez miesiąc oboje się staramy, a później popadamy w ten sam niszczący nas schemat.

Jeśli nie spróbuję, wiem, że będę tego żałować, że będę sobie wyrzucać, że zabrakło mi odwagi, chęci, że będę się zastanawiać, co by było gdyby. Dlatego obiecałam sobie, że:

– spojrzę na siebie twoimi oczami

To nie jest łatwe – przejrzeć się w oczach drugiej osoby i zobaczyć w sobie wady, słabości, irytujące zachowania. My chcemy myśleć o sobie dobrze, bez cienia refleksji oceniając innych. Wiem, że to droga donikąd, że coby nie mówić, danej sytuacji winni jesteśmy oboje, w takim samym stopniu. Zawsze. Bo jedno z nas zaniechało próby zmiany, bo drugie odpuściło, bo oboje na zmianę machaliśmy ręką uznając, że już niczego między nami nie da się naprawić, wytłumaczyć. Bo nie znaleźliśmy w sobie chęci do rozmowy, wyjaśnień, do krytycznej oceny samych siebie.

– zacznę słuchać

Zwłaszcza tego, co mówisz na mój temat. „Wiecznie jesteś zmęczona” – ile razy to mówiłeś w ciągu minionego roku, z żalem, złością, w gniewie? „Tobie nigdy nic nie pasuje”, „Zrób to sama, skoro uważasz, że potrafisz lepiej”. Wkurzało mnie, później już nawet tego nie słyszałam, ale skoro powtarzasz to nieustannie, musi być w tym jakaś prawda, jakaś nauka dla mnie, coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. Nie będę ignorować, gdy mówisz, że ciebie odpycham, że nie zwracam uwagi, że zawsze wszystko inne jest ważniejsze od ciebie.

– znajdę czas tylko dla nas

Tak mało go mamy. Tak mało o tym rozmawiamy, każde pochłonięte swoimi i domowymi obowiązkami, a przecież powinniśmy znaleźć czas na wyjście do kina, na wspólne obejrzenie filmu w domu, kolację tylko we dwoje. Kiedyś to sobie obiecywaliśmy, jeszcze przed dziećmi, teraz myślimy, że jak dzieci będą większe, to o to zadbamy, ale czy nie będzie za późno, czy nie oddalimy się od siebie zbyt bardzo?

– znajdę czas dla siebie

Niby wiem, że nie można się zatracić, że powinnam być dla siebie ważna, że powinnam zachować dla siebie przestrzeń. Ale to pusta wiedza, dla której brak miejsca w praktyce. Chcę to zmienić. Tak mocno czuję, że potrzebuję zadbać o siebie, że ważna jest też dla mnie chwila wytchnienia, by mieć więcej siły, cierpliwości i chęci dla nas. Jak dziwnie świat jest skonstruowany, żeby aby coś dać, musisz sama coś od świata wziąć. I ja w końcu chcę zacząć brać, korzystać, nie ograniczać się, a później własnym ograniczeniem obarczać ciebie. Wiem, że nie chcesz dla mnie źle, zrozumienie tego dało mi dużo siły.

– pozwolę nam na popełnianie błędów

Nikt z nas nie jest idealny. Przede wszystkim to ja muszę przestać dążyć do bycia perfekcyjną, najlepszą, podziwianą przez wszystkich. Przecież tak naprawdę wcale tego nie chcę, wcale mi na tym nie zależy. Chcę móc się do ciebie przytulić, kiedy chodzę po domu w dresach i zamiast czyścić kuchnię, pośmiać się z tobą grając scrablle. Kiedy odpuszczę sobie, przestaną mnie drażnić twoje błędy. Wiesz, co zrozumiałam? Że zazdrościłam ci tego luzu, tego dystansu do siebie, pogodzenia się z tym, że czegoś nie potrafisz, że coś ci nie wyszło, kiedy sama sobie bardzo wysoko stawiałam poprzeczkę. Już tak nie chcę. Chcę, żebyśmy oboje byli niedoskonali.

– docenię, że inaczej nie znaczy gorzej

Przeczytałam ostatnio, że nie ma rzeczy typowo damskich i typowo męskich, po prostu każdy z nas robi coś na swój własny sposób, inaczej. Inaczej niż ja zajmujesz się dziećmi, inaczej niż ja dbasz o nas, inaczej niż ja się nami opiekujesz, inaczej niż ja patrzysz na świat, ale to nie znaczy, że gorzej. Muszę wbić to sobie do głowy, nie wymagać, że ugotujesz obiad według moich wskazówek, a gdy zrobisz inaczej – wściekać się. Tak samo zostawiając cię z dziećmi – ty nie potrzebujesz całej listy, co z nimi robić, jak się zająć, przecież to wiesz, zaopiekujesz się nimi na swój sposób i wiesz… chcę to polubić i zaakceptować.

– przestanę z tobą rywalizować

Nie chcę udowadniać, że jestem lepsza we wszystkim, co dotyczy naszego domu, dzieci, nas samych. Nie chcę się z tobą licytować, kto ostatnio wyniósł śmieci, sprzątnął kuchnię, kto ile razy sprawdzał dzieciom lekcje, czytał książkę. To jest chore… Przecież nasz związek nie powinien być polem bitwy. Idziemy ramię w ramię, zależy nam na tym samym, możemy cudownie się uzupełniać, wiem o tym, bo nie raz zdążyłam tego doświadczyć, ale pozwoliłam sobie o tym zapomnieć. Bądźmy razem, nie przeciwko sobie.

– skupię się na tym, co dobre

Zdałam sobie sprawę, że ostatnio tylko narzekałam, mówiłam o tym, czego mi brakuje, jak mi źle, a przecież wokół dzieje się tyle dobrego, tyle dobrego dostaję też od ciebie. Trzeba tylko szerzej otworzyć oczy, by zrozumieć, że on wstaje wcześniej, budzi dzieci, żebyś ty mogła chwilę dłużej poleżeć. Tankuje ci auto, kiedy wie, że musisz pojechać dalej. Kupuje winogrona, które uwielbiasz i pamięta, jakie lubisz jabłka. Faceci inaczej okazują miłość, ona pojawia się w ich drobnych gestach, których my często nie zauważamy, bo jesteśmy zbyt skupione na sobie i na tym, czego nie dostajemy, nie widząc, jak dużo mamy.

– będę mówić, co czuję

Jestem typową kobietą, tę od „domyśl się”. Większość moich znajomych takimi kobietami jest. Strzelamy fochy, obrażamy się, a nie stać nas na powiedzenie, o co tak naprawdę chodzi. Bo o co chodzi? O to, że on znowu się nie domyślił? Czy może o coś, co jest głębiej? Ostatnio zrozumiałam, że wściekam się, bo szef mnie wkurzył i muszę na kimś odreagować swoją złość – na tobie najłatwiej, a ty zdezorientowany kompletnie nie wiesz, o co chodzi. Mówienie, co czuję wymaga dojrzałości, więc może czas najwyższy się na nią zdobyć.

– stanę się wsparciem dla ciebie

Nie chcę negować ani podważać tego, co robisz, nie chcę wytykać ci błędów, nie chcę sprawiać, żebyś czuł się gorszy, tylko dlatego, że ja mam zły dzień. Chcę być dla ciebie wsparciem w najdrobniejszych rzeczach, w zwykłej codzienności, chcę, żebyś czuł, że zawsze stoję za mną murem, choć tak rzadko ci to dotychczas okazywałam. Chcę, żebyś wiedział, że zawsze możesz na mnie liczyć, tak jak ja mogę liczyć na ciebie.

Te dziesięć rzeczy powtarzam w głowie, spisuję ku pamięci, żeby o nich nie zapomnieć. Tak, wiem, są kobiety, które powiedzą: „Dlaczego to ja mam się starać, niech on zacznie”. Ja nie chcę czekać, nie chcę przerzucać na niego odpowiedzialność za nas dwoje. Chcę zmiany dla siebie, dla nas, bo wierzę, że jeśli ja się zmienię, on też to zrobi. Jesteśmy jak połączone naczynia, między którymi musi w końcu nastąpić równowaga, wyrównanie poziomów, gdzie każdy będzie tyle samo otrzymywał, ile dawał. To zresztą i tak nie będzie miało większego znaczenia, bo jeśli jest się z kimś szczęśliwym, wszelkie rozliczenia tracą na znaczeniu. Kocham, wiem, że jestem kochana, choć czasami o tym nie pamiętam. Nie chcę tego zaprzepaścić, chcę spróbować, jeszcze raz, ten ostatni.