Kochaj siebie samego jak bliźniego swego

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
29 maja 2016
href=https://pixabay.com/en/love-couple-paris-romance-people-300292/ target="_blank">damonnofar / CC0 Public Domain
 

Biorąc ślub, nie pamiętam, żebym miała jakieś wielkie oczekiwania, wymagania, postulaty – pamiętam, że poprosiłam mojego Misia Pysia w zasadzie tylko o to, żeby mi obiecał, że seks będzie ważny w związku (choć nie dodałam, że w naszym, stąd pewnie nieporozumienia). No dobrze, skoro podczas ceremonii wypowiada się ślubowanie pod tytułem „miłość, wierność i uczciwość małżeńska”, to pewnie również tego oczekiwałam. Dosyć poważnie traktuję dane słowo – taka wada. I naiwnie zarazem, bo wyobrażam sobie, że inni też mają takie podejście. A więc takie miałam oczekiwania.

Inaczej niż mój partner, jak się okazało – on miał nadzieję, że po ślubie się zmienię. To dosłowny cytat z mojego domowego klasyka, nawet nie parafraza jego słów: mój mąż myślał, że, osiągnąwszy status żony, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, nastąpi cudowna przemiana. Będę nagle wyglądać jak Keira Knightley i działać jak Sasha Gray, tudzież coś równie uroczego i praktycznego. Nie podzielił się ze mną tym wyobrażeniem, o nie! – a szkoda, być może wyprowadziłabym go z błędu już na wczesnym etapie zaangażowania. Zamiast tego więc mogłam jedynie wyprowadzać go z równowagi i rozczarowywać na każdym kroku tym moim byciem tak potwornie sobą, biedak poddał się więc, porzucił marzenia co do mojej osoby, a w zasadzie przerzucił je na inną delikwentkę, już półtora roku po ślubie. Niestety zapomniał jakoś odpowiednio wcześniej zerwać więzy ze mną, podtrzymywał je ochoczo jeszcze przez parę ładnych lat, formułując jedną obietnicę za drugą.

Tylko nie wiem po co. Dlaczego dorośli ludzie robią takie rzeczy innym ludziom? Na litość boską, nie wiąż się z kimś, kto Ci nie odpowiada! Masz prawo marnować swoje życie, skoro taka Twoja wola – ale dlaczego próbujesz zmarnować także moje? Na świecie są ludzie bardzo różni, okrągli, kwadratowi i podłużni; czarni, żółci i biali; lewacy i katole; rudzi i blondyni; uwielbiający rimming, pegging czy trójkąty lub też wyłącznie pozycję misjonarską. Są dostępne wszelkie ekstrema świata oraz wszystko to, co pomiędzy nimi. Po co więc wiążesz się z kimś, kto Ci nie odpowiada? Po co karmisz kogoś złudzeniami i fałszywymi nadziejami?

To nie tylko mój Miś Pyś, takich delikwentów jest ogrom, jak się okazuje. Już nie mogę słuchać tego, że „żona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią”, a w ogóle to zła kobieta jest. Po co są ze sobą? Dla dobra dzieci. Nawet jak dzieci nie mają. Ewentualnie dla kredytów. Nie powiem, ile razy to słyszałam. Można by było chyba miasto wielkości Wrocławia zaludnić mężczyznami, którzy są potwornie nieszczęśliwi u boku swoich żon, ale odejść nie mogą. Małżonki, te lernejskie Hydry, niszczą ich swoimi oczekiwaniami, rozczarowują wyglądem i nie zaspokajają seksualnie, emocjonalnie ani intelektualnie. Szukają więc spełnienia w ramionach innych, karmiąc je z kolei następnymi obietnicami bez pokrycia.

Ale po co? Nie lepiej od razu powiedzieć, że chodzi o skok w bok lub przygodę na jedną noc? Każdy wie, na czym stoi, a chętne pewnie się i tak znajdą, w myśl zasady, że każda potwora znajdzie swego amatora. Skąd się bierze potrzeba okłamania i małżonki, i kochanki? Lub kochanek, w liczbie mnogiej, bo przecież gwarancji nie ma, że jedna zaspokoi wszelkie potrzeby i fantazje, tak przecież rozbudowane. Nie mogę się pogodzić z tą myślą – obok nas jest kasta panów (może także i pań, nie wykluczam), którym się wydaje, że im wszystko wolno. Że można bawić się uczuciami drugiej osoby. Że „jak się zakocha, to się i odkocha” – to znowu cytat z podręcznego klasyka.

To mnie interesuje – jak się wychowuje takich zapatrzonych w siebie narcyzów? Korci mnie, aby zadzwonić do mojej byłej teściowej lub namierzyć matki przystawiających się do mnie zabiedzonych żonkosi i zapytać wprost: co Pani takiego robiła, że na takiego egoistę wyprowadziła swojego syna? Na kogoś tak nie szanującego uczuć drugiego człowieka? Oszukującego, zapatrzonego w wyłącznie swoje potrzeby, kierującego się fallusem częściej niż sercem? I jeszcze, do tego wszystkiego, mówiącego otoczeniu, że jest taki dobry, bo partnerkę zdradza, a nie zostawia. No normalnie Pokojowego Nobla mu przyznać!

Proszę mi opowiedzieć, krok po kroku, bo zamierzam mieć dziecko i takich błędów nie chciałabym popełnić.

Na razie rozmawiam ze swoją rodzicielką i badam sprawę od drugiej strony – wiem też, że każdy Markiz De Sade musi trafić na swojego von Sacher – Masocha, żeby móc sprawnie funkcjonować. Prawie dziesięć lat wierzyłam i byłam wpatrzona w człowieka, który mną ewidentnie pogardzał, a ja nawet tego nie widziałam. Każdą wątpliwość i niejasność czy podejrzenie rozstrzygałam na własną niekorzyść, wybielając jego. Nie słyszałam żadnych komplementów, żyłam w przekonaniu, że jestem ohydna i zbyt wymagająca, mam więc szczęście, że mój Miś przebywa ze mną pod jednym dachem. Mimo że wielokrotnie lampka ostrzegawcza mi się włączała, nie mogłam znaleźć siły, żeby stawić opór. Do czasu, ale jednak.
Już wiem, że moja mama nauczyła mnie, że potrzeby innych są ważniejsze niż moje – i wiele lat, jak widać, zajęło mi odkręcanie tej tezy w mojej głowie.

Dzisiaj już wiem, że nie wystarczy kochać bliźniego jak siebie samego – trzeba jeszcze siebie samego kochać tak, jak się kocha innych. Równowaga musi być.


Karmo, wykarm się sama

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
31 maja 2016
 

Nauka jest sprawą wielkich. Maluczkim dostają się nauczki.
S.J. Lec

Gdy coś się złego działo, zawsze myślałam sobie „karma się odwróci”. Gdy ktoś robił mi coś bardzo złego, pocieszałam się „karma go dopadnie”. Gdy robiłam coś dobrego i nie dostawałam nic w zamian, tłumaczyłam sobie „karma mi odpłaci”.
Okazuje się jednak, że karma to mnie i moje losy w nosie ma, by nie rzec, że w innej części ciała.
Już nawet nie mogę wierzyć.
Żyję pożyczonym czasem i z trudem znajduję sens…

Mój przyjaciel, przekazując mi dzisiaj wyniki, próbował mnie zarazić swoim optymizmem, bo mój gdzieś wyparował w jednej chwili:
– No ale pomyśl sobie, jak schudniesz, jaka zgrabna będziesz!

Uśmiechnęłam się chyba mimo woli. Fakt. Widocznie do zrzucenia wagi guz mi był potrzebny.


Od troskliwości zachowaj mnie Panie

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 maja 2016
Fot. Unsplash/Sergey Zolkin / CCO

Troskliwy Miś obruszył się na wzmiankę, że nie odebrał telefonu, gdy byłam w szpitalu i potrzebowałam pomocy. Bo za mało dzwoniłam i nie wyczerpałam wszelkich dostępnych mi środków komunikacji. Być może chodziło o gołębia pocztowego, bo o ile pamiętam, to dzwoniłam jakichś 10 razy. Ale na swoją obronę mam to, że gołąb wydał mi się zbyt wolnym przekaźnikiem akurat w tej konkretnej sytuacji.

W kontaktach z moim byłym partnerem charakterystyczne jest to, że zwykle to moja wina – no tak jakoś wychodzi. Wpada znienacka, średnio raz na 6 tygodni, zwykle jak czegoś potrzebuje (bo niestety nie wszystkie nitki powiązań da się od razu poodcinać, przykro mi, Misiu), bez znaczenia, czy się ze mną umawiał, czy nie. Przychodzi, obmiata całość wzrokiem i dziwnym trafem zwykle tak się dzieje, że stawia mnie pod metaforyczną ścianą.

Tłumaczyć się muszę. Ja, nigdy on. On mi nie ma nic do powiedzenia. Przecież to On jest Biedny Miś. Ja jestem ta wredna, co Misia – Pysia z domu wyrzuciła i ogólnie życie zniszczyła. Miś może więc się na przykład umówić ze mną (vide: informacja o łączących nas nitkach) po czym stwierdzić, że mu się dni pomyliły. Albo że się z kolegą umówił. Albo nie wiem, pogoda nie taka. Zawsze znajdzie się dobre wytłumaczenie. Znam to od lat, przerabiałam już we wszelkich możliwych zestawach, hitem na wieki wieków pozostanie stwierdzenie, że nie może iść na terapię małżeńską, bo się do fryzjera umówił.

Ale Miś się o mnie troszczy bardzo. Tyle, że na odległość. Tak milcząco się troszczy. Filozoficznie wręcz.

Troska o mnie chyba w ogóle jest trendy, bo jakiś wysyp osobników odnotowałam, dających mi dobre rady, współczująco poklepujących po ramionach oraz, w przypadkach ekstremalnych, usiłujących mnie jak najszybciej wyswatać. I tylko ja znowu taka niewdzięczna jestem i nie przyjmuję porad z cyklu „Co zrobić po rozstaniu z facetem – 15 sposobów na wieczne szczęście i spełnienie seksualne”. Alergicznie reaguję na wszelkie „A nie mówiłem…?” i „Ja widziałam, że tak będzie, ale nie chciałam nic mówić”. Nie chcę też jakoś słuchać o tych wszystkich ludziach, którzy się rozwiedli (wychodzi, że KAŻDY mój znajomy zna cały tabun rozwodników i są to znajomości ewidentnie z gatunku tych wybitnych, którymi należy się chwalić) i jak to im teraz dobrze jest, jak im lepiej jest, jak mi cudownie będzie. I coś tam jeszcze o „wsiadaniu na siodło” zwykle pada. Nie powiem, tylu słów o mojej wyjątkowości i wspaniałości nie słyszałam już dawno, wychodzi z nich zwykle, że mój Miś ran moich całować niegodzien. I natrafiam na zdziwienie, że nie chcę takich rzeczy słuchać.

To mi nie jest do niczego potrzebne. Nikomu nie pozwoliłam o moim związku decydować podczas jego trwania, nie pozwolę także go oceniać po jego zakończeniu. To moje śmieci do wyrzucenia. Takie teksty, to o jednego Misia za daleko.

Nie obchodzi mnie zdanie innych o moim małżeństwie, tak samo jak nie obchodzi mnie już zdanie mojego Misiaczka na mój temat. Nie interesują mnie wszystkie wymówki świata. Myślę, że jest specjalny kocioł w piekle dla tych, którzy swoje błędy zrzucają na innych – zaraz obok kotła z tymi, co to zawsze wiedzą najlepiej, jakie błędy bliźni popełnili.

Ja tam wolę zająć się moją ciszą.