Kobiety ogarnijcie się! Czy naprawdę musicie się przeglądać w JEGO oczach, żeby znać swoją wartość?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
18 lutego 2016
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Czytam i nie wierzę. Odejść, czy zostać, kocha – nie kocha. Zdradzić, czy nie. I chce mi się krzyczeć: „Kobiety ogarnijcie się, czy wasze szczęście zależy tylko od mężczyzny, który będzie stał obok was?”.

Czy naprawdę musicie się przeglądać w jego oczach, żeby znać swoją wartość. Czy bez faceta nic nie znaczycie? Jesteście gorsze, wybrakowane, gdy facet was nie kocha? Oczywiście, zaraz usłyszę głos oburzenia: „No nie, oczywiście, że nie, bez przesady”. Ale spójrzcie na siebie – jesteście o tym przekonane, czy to tylko takie gadanie na uspokojenie swojego własnego ego, co by za bardzo nie chciało dojść do głosu i wykrzyczeć wam prawdę w twarz?

Coraz częściej mówi się o niezależności kobiet, o budowaniu przez nich pewności siebie. I co z tego? Feminizm klepiemy po plecach, bo miło, że jest i że zawsze można na niego zrzucić nasze dylematy – dziecko czy praca, rodzina czy kariera, samorozwój czy zadowolenie mężczyzny, który zasypia obok nas.

Na miłość boską. Czy naprawdę tak trudno spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Ale fajna z ciebie baba”. Obojętnie czy staniecie nago, czy odstrzelone w najlepszą kiecę. Bo nie o wyglądzie tu mówimy, ale o przekonaniu, że kurde no jestem zajebista.

Na pewno każda z nas miała w życiu taki dzień, kiedy myślała: świat leży u moich stóp, że może dokonać wielkich rzeczy, że ona sama decyduje o swoim życiu tu i teraz. I dlaczego za tym nie poszłaś? Tylko spojrzałaś na tego gościa, który właśnie zasiadł na kanapie i cichutko przysiadłaś obok niego. „Pojechałabym do Afryki” – to czemu nie lecisz? Bo on nie chce, bo nie łapie twojego pomysłu, nie wychodzi mu naprzeciw, tylko kiwa z pobłażaniem głową: „Ty to se możesz marzysz, a ja chcę nad nasze morze – rybę zjeść, piwo wypić”. No i krew mnie zalewa, bo zostajemy tylko w sferze chrzanionych i frustrujących nas, bo nie spełnionych marzeń, bo jego potrzeby są ważniejsze.

Ano tak, bo zapomniałam – przecież szczęście to facet u boku, a nie realizowanie swoich własnych marzeń. Bo co z tego, że polecisz do tej Afryki, skoro nie będziesz miała do kogo wrócić?

BŁAGAM. A ile rzeczy może się wydarzyć przy okazji takiej wyprawy, ile ludzi możesz poznać, ile nowego doświadczyć. Naprawdę, jego czyste skarpetki dają ci większą możliwość rozwoju i szczęśliwszego życia?

Bo ON…

Usłyszałam ostatnio: Tak, jasne, żyjemy jak chcemy, a nie mamy odwagi nie ugotować obiadu. Nie dlatego, że lubimy gotować, nie dlatego, że on sam sobie nic nie zrobi, tylko dlatego, że może przestanie nas akceptować. Powie: „Nie gotujesz, nie pierzesz, nie sprzątasz to do czego jesteś mi potrzebna?”. Widzisz siebie – z tą ścierką, odkurzaczem i miską pełną prania. To jesteś naprawdę ty? To jest szczyt twoich marzeń, szczęśliwego życia?

„Nie zmienię pracy, bo on” – powiedziałam mi przyjaciółka. „Bo co on?” – pytam. „No wiesz, pracowałabym w innych godzinach, poza ty on mówi, że to niezbyt dobry pomysł?”. „A co ty sądzisz?” – drążę. Bo wiem, że to praca jej marzeń, że da jej drogę do rozwoju. Ona też to wie, i co z tego. Zapomniałam jest on.

Jestem piękna – gdy on to powie, jestem mądra  – gdy on potwierdzi, jestem dowcipna – gdy on śmieje się z moich żartów, jestem atrakcyjna – gdy nadal on chętnie idzie ze mną do łózka. A że on atrakcyjny coraz mniej, cóż…

I chce mi się krzyczeć, bo jak to możliwe, że my kobiety – fajne babki, mądre, wykształcone z mega potencjałem zasiadamy koło takiego typa, który codziennie podcina nam skrzydła – a nie zapomniałam – czasami powie: „Pyszna zupa”.

Ja pierd**ę. Kocha za mało, czy wcale, może to moje wina, może ja z siebie za mało daję, za mało się staram – oczywiście, że mało która przyzna się do takiego myślenia. Nie, ja jestem współczesną niezależną kobietą. Dodaj: kobietą, która szczęście i dobro innych ludzi stawia ponad swoje, która nie bierze odpowiedzialności za swoje życie, bo ma wpojone, że facet zawsze wie lepiej, jest mądrzejszy, jest autorytetem i to on wyznacza nam kierunek życia.

A może tak wygodnie. Kiedyś będzie można powiedzieć: To była jego wina, że może życie tak wyglądało.

Trzymamy kurczowo tę miłość. Boimy się jej puścić, bo jeszcze nie daj Boże ucieknie nam do kochanki, albo co gorsze odejdzie w ogóle.

Dlaczego nie jesteś z mężczyzną, który sprawia, że czujesz się wolna, że masz prawo wyboru i pełnego decydowania o sobie. Chcesz iść do przodu, masz marzenia – realizuj je. Nawet gdy mu nie jest z nimi po drodze, to cię nie ogranicza. Chcesz skoczyć ze spadochronu – proszę bardzo, ale mnie to nie kręci – opowiesz jak było. Nie ma takiego? Proszę cię, więc lepiej tkwić w związku, byleby by był. Gratuluję.

Nie jesteśmy jednym organizmem. Nie musimy spijać sobie z dziubków i iść ramię w ramię we wszystko, co sobie wymyślimy. Bycie razem to akceptacja, to kompromisy to zrozumienie. Ale nie – u nas to działa w jedną stronę – to my akceptujemy i rozumiemy i idziemy na kompromisy – i wydaje się nam, że mamy partnerski związek. Taki trochę śmiech przez łzy i cholerna hipokryzja.

A co jest złego w pokochaniu samej siebie, w powiedzeniu: „Lubię cię, jesteś dla mnie najważniejsza”. Bo dzieci, bo mąż, bo co znajomi powiedzą, bo to już przecież egoizm. Jasne – nie ma jak to żyć życiem, które inni nam projektują.

I wiesz co, pomyśl, jak chciałabyś, żeby wyglądało twoje życie za 10 lat. Jak byś chciała – szczera możesz być tylko przed sobą. A jak wyglądać będzie?

Wkurzona Baba


Chcesz się rozwijać? Odwagi, nie odwołuj, nie przekładaj… nie szukaj wymówek!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 lutego 2016
Fot. iStock / Constantinis
Fot. iStock / Constantinis

Przekładanie, odkładanie na jutro, na za chwilę, na lepszy moment. Wymówki. Lubimy je wymyślać, karmić się nimi i usprawiedliwiać przed innymi, zrzucając z siebie ciężar odpowiedzialności. –  Nie mogłam, to przecież nie zależy ode mnie. – mówisz. – Bo przecież gdyby się dało, to ja pierwsza…

Właściwie od małego boimy się stanąć twarzą w twarz z faktem, że zawiedliśmy. Szukamy przyczyn na zewnątrz, a tak rzadko u siebie. Może to wina wychowania, może wymagano od nas zbyt wiele i egzekwowano zbyt surowo. Jesteśmy dorośli, ale wciąż obawiamy się przyznać, że się z czegoś nie wywiązaliśmy. To przecież nie my, to cały świat i wszelkie okoliczności umożliwiły nam wykonanie zadania. Bo co to właściwie znaczy: nie dało się? A no właśnie, nie dało się, bo…

1. Zabrakło czasu

Czy nie jest tak, że wszyscy mamy go mało? Praca, dzieci, obowiązki, próba wygospodarowania dla siebie kilku momentów na regenerację sił… Czasem ledwo „wyrabiamy się” z realizacją podstawowych, codziennych spraw. Priorytetem jest zazwyczaj rodzina, to dość oczywiste. Ale skoro twój grafik jest tak napięty, to po co obiecujesz? Wiele z nas, ma z tym problem: nie potrafimy odmawiać, choć wiemy, że prawdopodobnie nie podołamy zadaniu. Bierzemy na głowę, bo przecież tak wypada. Lubimy okazywaną nam wdzięczność. Cóż, lepiej przez chwilę wydać się niemiłą niż przez całe życie być uważaną za gołosłowną.

2. Nie umiem, nie poradzę sobie

Ale przecież nawet nie spróbowałaś? Zbyt często idziemy na łatwiznę, odmawiając sobie możliwości nauczenia się czegoś, skorzystania z czyjejś pomocy i wiedzy, poszerzenia horyzontów. Rezygnujemy w przedbiegach. Ale koniec z tą wymówką! Naukowcy udowodnili, że nasz mózg ma znacznie większą zdolność adaptacji niż sądzono wcześniej.  Jest plastyczny i uczy się pod wpływem zmian w twoim otoczeniu, pod wpływem nowych doświadczeń. Nie potrafię” to twoja własna, narzucona sobie blokada. Poza tym, zawsze możesz poprosić o pomoc.

3. Byłam zbyt zajęta

Nie zajrzałam wieczorem do dziecięcego pokoju. Nie zapytałam: co słychać? Jak poszła klasówka? Ala nadal na ciebie obrażona? –  My dorośli, mamy na głowie same ważne sprawy, jesteśmy naprawdę bardzo zajęci – tłumaczymy dzieciom, które proszą tylko o wieczorną lekturę, albo o chwilę zainteresowania jakimś ich szkolnym czy towarzyskim problemem. A potem siadamy przed telewizorem i trwonimy bezsensownie czas gapiąc się w mało wartościowe treści. „ To moja chwila relaksu, należy mi się, zapracowałam na nią.”– usprawiedliwiasz się. A może, w ostatecznym rozrachunku, o wiele więcej dałoby ci te kilka momentów z kimś, dla kogo czas spędzony z tobą jest jeszcze ciągle najważniejszy? Bądź obecna. Staraj się.

4. Nie miałam pieniędzy

– To nie jest wymówka, to są moje realia! – powiesz, nie bez racji. Trudno z tobą dyskutowa . Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony ciągle jeszcze większość z nas z trudem łączy koniec z końcem, a z drugiej zarzuca się nas wytworzonymi sztucznie potrzebami i obietnicami, że jeśli będziesz TO mieć, staniesz się KIMŚ. Jedynym rozwiązaniem jest bycie świadomą tego, co jest mi naprawdę niezbędne do szczęścia. Minimalizm to kwestia osobistego wyboru, zmiana stylu życia to twoja własna decyzja. Być może jednak radykalne zmiany nie są ci potrzebne. Może po prostu wystarczy przemyśleć swoje priorytety.

5. Jest już za późno

To wymówka złudna i zbyt często weryfikowana przez życie, żebyśmy mogły potraktować ją na serio. Za późno na miłość? Rozejrzyj się! Czy nie ma w twoim otoczeniu choć jednej pary szczęśliwych ludzi, którzy pokochali się na jesieni życia? Za późno na zmiany? Nie zauważasz, że one czasem nadchodzą same i nie pytają, która godzina? Za późno, żeby powiedzieć „przepraszam” i zacząć wszystko od nowa…? Nie jesteś kotem, szczęśliwcem o siedmiu życiach.

Nie szukajmy wymówek, bo one nie pozwalają nam się rozwijać, stawać lepszymi dla innych i silniejszymi dla siebie. Odpowiedzialność to cecha dojrzałości, którą docenią w nas najbardziej ci, na których nam zależy


„W końcu oszaleję, ucieknę, zabiję kogoś”.  Wyznanie kobiety doskonałej

Listy do redakcji
Listy do redakcji
18 lutego 2016
Fot. iStock / fcscafeine
Fot. iStock / fcscafeine

Dzień Dobry,

Mam na imię Doskonała. To znaczy, oczywiście, w moich oczach doskonała nie jestem, przecież zawsze mogłabym być jeszcze lepsza. Chodakowska obiecuje szczęście dzięki perfekcyjnemu ciału, Rozenek dzięki wykrochmalonej pościeli i czystej chacie, Pawlikowska obiecuje, że moje życie będzie lepsze jak uwierzę w siebie i pokocham swoją duszę.

„Sięgnij po więcej” czytam. I zaraz się udławię. Bo przecież my, kobiety, wciąż sięgamy po więcej, więcej i więcej. Przez tę pogoń za szczęściem, można być coraz bardziej nieszczęśliwym, bo gdzie jest koniec tego więcej. Tu? Tam? Wyżej? To zależy ode mnie? Hahahaha, dobre sobie. Już sobie wyobrażam, że kładę nogi na stole i mówię dzieciom, mężowi, rodzicom, szefowi, przyjaciółkom: „Hej, od dzisiaj mam to gdzieś. Jestem nieidealna”.

Jak mam zmienić swoje życie skoro przyzwyczaiłam siebie i innych do tego, że jestem na każde zawołanie, każde drganie, każdą minę.

Wstałam dziś o czwartej…

Przepraszam, codziennie wstaję o czwartej. Ćwiczę jogę. Joga przynosi spokój, prawda? Potem piekłam ciasteczka owsiane na wycieczkę klasową córki, i robiłam obiad– wersja „trzy opcje”. Opcja dla męża – który lubi mięso, opcja dla dziecka numer 1., które jest uczulone na gluten i opcja dla dziecka numer 2, który nie jest uczulone na gluten, ale nie lubi mięsa. I w ogóle jest niejadkiem. „Nie gotuj” rzuca przyjaciółka. Hmm, nie gotuj? Jak nie ugotuję, oni nie zjedzą. Przepraszam, przynajmniej dziecko numer 1. i numer 2. muszą jeść. Poczucie odpowiedzialności nie pozwala mi nie gotować.

Zrobiłam jeszcze pranie, wywiesiłam pranie, górę rzeczy uprasowałam, sprzątnęłam łazienkę, wyszorowałam kuchenkę i piecyk. Nie, nie uważam, że przyniesie mi to szczęście– ale przynosi względny spokój. No i w głowie wrzeszczą demony. „Tylko fleje nie sprzątają”, „Co to za kobieta, która nie ma czysto”, „Twoje mieszkanie mówi o tobie”.

Przepraszam, to nie demony tylko matka i babka. W sumie na to samo wychodzi. Głosy wrzeszczą głośno tak się drą aż nie wysprzątam tej chaty. Bo tylko wtedy nie czuję wyrzutów sumienia, że jestem leniwa i gnuśna. „Gnuśność to najgorsza cecha” mawiała moja babcia, co niegnuśnie na kilka dni przed śmiercią wyszorowała wszystkie okna w mieszkaniu.

Więc może my kobiety, choć pozornie wyzwolone, wciąż jesteśmy niewolnicami filozofii naszych matek i babć?

O siódmej poszłam budzić dzieci i męża…

Podałam kawę, śniadanie. Wzięłam jedno, wzięłam drugie, w korkach do szkoły i przedszkola. Dlaczego mąż nie odwozi? Bo o 9. zaczyna pilne zebranie, i tak jest co dzień. „Ja ma pracę, kochanie”. Gówno, bo ja nie mam. Zamiast więc powiedzieć to głośno: że gówno i też mam. To ja przyklejam do gęby uśmiech żony ze Stepford. I że oczywiście, że zrobię.

Dlaczegóż to? Dlaczegóż? „Bądź miła, bądź miła, bo tylko takie kobiety są fajne” wrzeszczą w głowie znów demony. Przepraszam, nie demony. Pani w szkole mówiła, że dziewczynki powinny być miłe. I tata to mówił. I przyjaciółka, której udaje się wszystko: bądź miła, a rób swoje.

Swoje zrobię później…

Swoje czyli pracę. Chciałabym raz to olać. Nie być przygotowana do zebrania, spóźnić się, nawalić. Chciałabym naprawdę. Ale jak już mówiłam mieszkają ze mną demony. Do pracy też chodzą. Więc drą się jak opętane: „Odpowiedzialność to sumienność”, „Kto jak nie ty”, „Chcesz osiągnąć sukces bądź zawodową żyletą”. Do tego jestem przecież panią miłą. Więc robię swoje, po drodze jeszcze czyjeś, bo koleżanka dzielnie mówi, że czegoś nie i niech zatrudnią kogoś nowego, a nie wtryniają nam cudze obowiązki. Rację ma? Ma. Ale ja grzecznie spełniam żądania szefa, bo przecież chcę awansować, chcę być dobrym pracownikiem i najbardziej na świecie boję się kogoś zawodzić.

Jak już się wytarabanię z pracy, pojadę po dzieci, ogarnę dom, pobawię się w dom, sklep, zagram w Monopol i Minecrafta marzę o tym, by nalać sobie wina i obejrzeć film. Wino?! Książka?! A mąż wrócił z pracy, a chce porozmawiać – jestem też na etacie doradcy zawodowego i prywatnego coacha. Jestem kurą domową, pracownikiem, skarbnikiem w trójkach klasowych, terapeutką przyjaciółek, kucharką. Jeszcze wciąż córką jestem, siostrzenicą. A o 22. 00 zamiast pić wino ćwiczę skalpel albo sekret z Ewą Chodakowską, choć mówię, że to oleję i nie mam siły. Ale demony wrzeszczą: „obrośniesz tłuszczem”, „mąż zacznie cię zdradzać”, „nadwaga to słabość”. Nie, my nie możemy być grube, bo to jest nieatrakcyjne i wstrętne.

Moje ciało jest moją siłą, a mogłoby być słabością

Mogłoby mnie obnażyć. A przecież wtedy nikt by nie stanął w mojej obronie, bo czy ktoś staje w obronie celebrytek, kobiet w polityce, gdy jakiś gość obraża je, wyzywa od tłuściochów i brzydot. Nikt, nawet feministki. Wszystkie musimy wyglądać jak spod skalpela, bo inaczej nas zjedzą. Inne kobiety też. A ja nie chcę być zjedzona. Jestem przecież doskonała.

Hahahaha, raczej uwikłana. Przypominam sobie słowa filozofa prof. Jacka Hołówki. 80 proc. zajęć, którym się oddajemy, nie wymaga od nas bycia perfekcyjnymi: ani sprzątanie ani gotowanie ani oddawanie ubrań do pralni.

Może więc ucieknę? Ale musiałabym uciec z siebie i przed sobą, bo to ja sama robię sobie to gówno. Więc ludzie kochani, są tacy, którzy powinni nad sobą pracować, żeby być w czymś lepsi i inni, którzy powinni zrozumieć, że czasem mogą być gorsi, zwyczajni, a świat się nie zawali. Podobno się nie zawala. Słyszałam.

Doskonałość to zaakceptowanie własnej niedoskonałości– usłyszałam niedawno. Więc może zamiast podpisywać się Doskonała powinnam podpisać się Porąbana. Bo tym jest właśnie perfekcjonizm– porąbaniem. I prowadzi nie na Olimp tylko prosto do szpitala.


Zobacz także

Fot. iStock / Milan Zeremski

Olejek, masło shea czy balsam – czyli czym się smarować? Na oleju kokosowym świat się nie kończy

Fot. iStock / kieferpix

5 powodów, przez które tracisz pewność siebie

Fot. iStock / SolStock

Halo, ja tu marznę! Rozgrzej się ciepłym posiłkiem. I pamiętaj – rozgrzewający nie znaczy tłusty