Jutro powiem wszystkim… wiem – zawsze tak mówię. Nie odchodzę, paraliżuje mnie wstyd

Listy do redakcji
Listy do redakcji
3 lutego 2017
Fot. iStock/piskunov
Fot. iStock/piskunov
 

Jutro. Zrobię to jutro. Wiem, wiem – zawsze tak mówię, rzucam te słowa na wiatr, by na krótką chwilę poczuć się silna, mądra, lepsza. Wyobrażam sobie, że jestem jedną z tych kobiet, których historie czytam czasem w nocy, po kryjomu, na ekranie telefonu. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że też mogę być jak one – Ocaloną. Ale i tak, gdzieś w głębi, czuję, że znów nie dam rady. Nie odchodzę, paraliżuje mnie wstyd. Nawet nie strach, strach nie jest najgorszy. Najgorszy jest wstyd.

Wstyd, że ON nie jest tak idealny, jak maluję go wam słowami każdego dnia. Wstyd, że straciłam godność, że nie potrafię obronić własnego dziecka przed złem. Wstyd, że to już trwa 7 lat. Wstyd, że GO kocham. Wstyd, że kłamię, by chronić mężczyznę, który niszczy mnie i moją córkę. Bo w kłamstwie, to ja jestem mistrzynią.

Pamiętasz, mamo, jak nie zjawiliśmy się na Wigilię? Zadzwoniłam zakatarzona, tłumacząc, że złapaliśmy grypę. Nie, nie, nic nam nie trzeba, nie przyjeżdżaj, jeszcze się zarazisz. Paweł o nas zadba, nie martw się, już się krząta, leki też mam. Skype? Jakieś zakłócenia na linii, nie mogę się połączyć. Trudno, w tym roku bez opłatka, ale najważniejsze jest zdrowie, prawda? Chyba się już położę, wiesz?…

To nie był katar, mamo. Ja płakałam. Leżałam na podłodze w kuchni, przytulając Maję do piersi i marząc o tym, żeby ktoś nas z tego piekła zabrał. Nie byliśmy chorzy, nie spędziliśmy razem świąt przez NIEGO. Paweł przyszedł z pracy, a ja popełniłam błąd. „Pospiesz się” – poprosiłam i znów zobaczyłam TO w jego oczach. Ten dziwny, obcy błysk, złość. „Nigdzie nie pójdę, wy też nie”. Błagałam, choć wiedziałam, że decyzja już zapadła. Kolejny błąd. Popchnął mnie na ścianę, krzyczał, że to ja doprowadzam go do takiego stanu, że nie może na mnie patrzeć, że mną rzyga. Maja stała tuż obok, przerażona. Powiedział jej, że już nie jest jej ojcem, że jest taka sama, jak ja. To nie był pierwszy raz, mamo.

Zrobiłyśmy sobie Wigilię, we dwie. Z kanapkami z żółtym serem i prezentami, które zapakowałam już wcześniej. Z nadzieją, że „tata się zmieni”. Musi go tylko ktoś wyleczyć.

Chyba podejrzewałaś, mamo, że coś nie jest tak. Spytałaś, czy Paweł nie jest zbyt nerwowy, w domu. Czy jest dobry, dla nas. Śmiałam się wtedy tak lekko, bo to potrafię to doskonale: odgrywać rolę szczęśliwej żony. Odpowiedziałam coś tym uspokajającym, prześmiewczym tonem. Przecież nasze życie jest bajką, tak nam razem wspaniale.

A moje siniaki na rękach, pamiętasz? Powiedziałam, z tym samym, beztroskim śmiechem, że zahaczyłam o półki, bo odświeżaliśmy trochę salon. Taka niezdara ze mnie, zagadałam się i spadłam. Ale Paweł się mną tak cudownie zajął. Jest przecież czuły, opiekuńczy. Tak bardzo się przejął, że coś mi się stało.

To nieprawda, mamo. To on ciągnął mnie za ręce przez mieszkanie, a potem rzucił na podłogę. Ściskał tak mocno, tak bardzo bolało. Przez tydzień nosiłam wtedy bluzki z długim rękawem, choć było gorąco. To nic, mam w tym wprawę.

Spojrzałaś na mnie wczoraj uważniej, kiedy powiedziałam, że oczy mam spuchnięte, bo wdało się jakieś zakażenie. Poczułam, że może jednak mi się uda.

Myślałam, że tak dobrze zbudowałam ten świat, mamo. Szczelnie go domknęłam, by nikt nie zajrzał do środka. Nikt, nawet tak bliski, jak ty. Dostosowałam się do niego, uważnie dobierałam słowa, by nie wyprowadzić go z równowagi. Ja nigdy nie podnoszę głosu. Ja mówię cicho, choć w środku krzyczę. Stworzyłam obraz idealnego związku, cudownego męża, wspaniałego taty. Ale nic tu się nie zgadza, nic nie jest naprawdę.

Tyle obcych, potwornych słów zastąpiły mi słowa miłości. „Idiotka, kretynka, darmozjad…”. A ja nie mówię nic.

Zapytasz mnie dlaczego nie odeszłam wcześniej i każda odpowiedź wyda ci się absurdalna. Będziesz miała rację, mamo. Bo jak zrozumieć takie tłumaczenie: „Nie odeszłam, bo nie umiałam”? Bo kochałam?… Przychodził potem ze łzami w oczach. Mówił, że kocha, że musimy być razem, bo bez nas, on nie ma dla kogo żyć. I że ja go uratuję. Przez moment znowu mu wierzyłam.

Zaplanowałam to starannie. W myślach – tysiące razy. Zadzwonię, jak gdyby nigdy nic, zapytam, czy jesteś w domu. Przyjdę, zrobisz mi herbaty z cytryną, obejmiesz mnie tak, jak dawniej, kiedy prowadził mnie do ciebie smutek. Tato, ty nie powiesz nic. Zamkniesz się w swoim pokoju, zaboli cię serce. Zapalisz papierosa. Zobaczę łzy w twoich oczach. Mamo, ty też będziesz płakać.

Jutro wam powiem. Tym razem, na pewno. Wiem, zawsze tak mówię. Ale tym razem, będzie inaczej. Kiedy otworzysz mi drzwi, mamo, rozpłaczę się, rozpadnę tymi łzami na kawałki. Nie oceniaj mnie, proszę.

Mamo, przepraszam, zawiodłam cię.


Śmierć nie ma litości, nie wzrusza jej młody wiek. Nie słucha historii o ciężkim życiu

Anika Zadylak
Anika Zadylak
3 lutego 2017
Fot. iStock / lolostock
Fot. iStock / lolostock
 

Stoję na cmentarzu, wśród dużej grupy obcych mi ludzi. Nie wiem, czy jest dzień czy noc, bo deszcz wszystko rozmazał. Staram się nie patrzeć w tamtą stronę. Skupić na resztkach brudnego śniegu. Widzę kobietę zgiętą w pół, dziwnie przygarbioną. Jakby, schowaną w sobie. Wiem, kim jest. Jeszcze kilka dni temu, była taka, jak ja. Miała komu zrobić śniadanie, podać leki i porozmawiać. Miała do kogo się uśmiechnąć i zapewnić, że wszystko się ułoży, że będzie lepiej. Była matką. Dziś jest przeszytym bólem cieniem człowieka, który usiłuje się nie przewrócić.

Słyszę, jak łamiącym głosem pyta, czy nie będzie jej tam zimno. Bo w głębokim dole, na który boję się spojrzeć leży trumna. A w niej ciało ukochanej córki, której serce przestało bić… o całe życie za szybko. Wychodzę gdy słyszę, że Bogu była bardziej potrzebna.

Pojechałam wczoraj odwiedzić koleżankę, którą toczy nowotwór. Była bardzo słaba, dlatego jej czytałam. Ona trochę przysypiała, trochę słuchała. Gdy wychodziłam z jej sali, zapytała, czy wierzę w to, że rano jeszcze tu będzie.

– Wiesz, ja mam przecież dopiero 26 lat. Ty w moim wieku, miałaś już dwoje dzieci. Ja mam zrosty na żyłach, łysą głowę i zapewnienia, że gdy przyjdzie ten czas, nie pozwolą mi cierpieć.

Zatyka mnie, usiłuję się nie udusić. I nie wykrzyczeć, że przepraszam!

Za to, że nie doceniam, nie szanuję, nie dostrzegam.

Że głupio i bezmyślnie, szastam i poniewieram.

Odkładam na potem, bo zawsze jest coś ważniejszego.

Odkładam coś najcenniejszego, co możesz stracić wtedy, gdy czas na realizowanie marzeń.

Przecież 19 lat to taki wiek. Randki, matura, wyprowadzka. Pierwsze decyzje, samotne podróże. Romanse, porażki i słońce, każdego dnia. Nawet, gdy pochmurny dzień. Młodość, taka zwyczajna, aż piękna.

I tak czasem nieosiągalna, aż straszna. Bo  spędzasz ją podpięty do aparatury, która pomaga ci oddychać. I czekasz, patrzysz na drzwi, bo wiesz, że za chwilę zamkną się już bezpowrotnie. A potem, gdy rówieśnicy urządzają imprezy urodzinowe, oni dostają świeczkę na pomniku.

I dostajesz w twarz ponownie, zatrzymujesz się i starasz nie myśleć. Zwłaszcza o tym, że wiecznie na coś narzekasz, ciągle ci mało, zawsze nie tak. Jak nie w pracy, to w domu. W miłości albo u kumpli. Bo dopiero teraz widzisz, że takie to zwykłe, aż niezauważalne. A dla niektórych, nieosiągalne. Bo przykuci do szpitalnych łóżek, są każdego dnia obdzierani ze złudzeń. Samotni, zmęczeni chorobą, zrezygnowani.

Co chwilę dowiadują się, o śmierci kolegi czy koleżanki. Przewijają się cyfry, lata, które są ciągle za małe, niezrozumiałe. Bo słyszą 17, 23, 9, 35, 28, 12. I ciągle się boją. Inaczej mój ciężko chory syn, nie żegnałby się tak ze mną, zanim zaśnie.

I gdy ty pakujesz walizkę i pół drogi ględzisz, że siedzenia niewygodne. A potem, że to prawda, co mówią, że nasze morze najdroższe. Lepiej było, jak kiedyś do Egiptu. Albo masz żal do całego świata, że w tym roku wakacje w swoim mieście. Bo tylko kino i dyskoteki, lody w cukierni i koncert w sobotę. I patrzysz z zazdrością na nowe auto sąsiadki, bo twoje ma już trzy lata przecież. A córka brata muzycznie uzdolniona i siostry syn dostał stypendium. A twoje dzieci, takie zwyczajne jakieś, w przeciętnej normie.  I ten mąż też jakiś taki, bez uniesień. Pracuje, dba i kocha chyba nawet. Tylko bez iskier.

Oni też, pakują torby.

Do klinik, szpitali, hospicjów. Zbierają środki na jeszcze jedną szansę, na jeszcze kilka dni. Nigdzie nie byli przykuci do tlenu i wózków. Nie mają nic, prócz nadziei. I cieszą się z każdego, spokojniejszego dnia. Gdy nie trzeba było dzwonić po karetkę. I po księdza. Nawet śniadanie się zjeść udało. I pożartować i jeszcze raz przytulić. I często w pojedynkę, bo iskry wygasły, przy diagnozie dziecka. Wiedząc, że każda chwila może ich rozdzielić, już na zawsze.

Wstyd mi za siebie, że jeszcze wymagam, że ciągle zbyt mało. I czas nie tłumaczy, gdy nie chce się przyznać. Nie odzywać się do siebie latami, tracić rodziny i przyjaciół. Żeby się potem dowiedzieć, że już za późno, już mu nie powiesz. Że żałowałeś, że on miał racje.

Ja wiem, że ona zawsze przychodzi nie w porę, że nie ma odpowiedniego czasu, ani dnia. Że zawsze za szybko, że nikt na nią nie czekał. Nie zatrzyma jej ulewa czy tęgi mróz. Nie ma odległości, jakiej by nie pokonała.  Nie ma też litości, nie wzrusza jej  młody wiek. Nie słucha historii o ciężkim życiu. O tym, które się kończy, nim się zaczęło. Zostawia zgarbione postaci, które były ojcami, siostrami, mężami. I zawsze po kogoś wraca.

– Bardzo często zastanawiam się, co będzie, gdy umrę – mówił Oskar. – Gdy ktoś jest chory tak, jak ja, na nieuleczalną chorobę, to ma przepustkę do nieba.

Miał 11 lat, gdy jego światło zgasło.

 


Chociaż porzucone, nie tracą nadziei na lepsze i piękniejsze życie. Nie tracą wiary w dobroć człowieka

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 lutego 2017
Fot. iStock/Chalabala
Fot. iStock/Chalabala

Zastanawiałaś się kiedyś jak by to było, gdybyś była zupełnie sama na świecie? Gdybyś wokół nie miała ani jednej osoby, która cię kocha, wspiera, na którą możesz liczyć, choćby w najmniejszym stopniu? Nie ma nikogo, do kogo mogłabyś zadzwonić?

Wszyscy, którzy byli ci bliscy, opuścili cię. A ty tak ufałaś, tak byłaś ich pewna, a teraz musisz sobie radzić z poczuciem straty, żalu, a przede wszystkim ogromnej tęsknoty.

Bo jak to – porzucić? Zostawić bez słowa? Opuścić? Przecież nie robi się tak komuś, kto kocha, kto świata nie widzi poza waszym związkiem relacją.

Smutna perspektywa, prawda? Chociaż słowo „smutna” kompletnie nie oddaje emocji, które by tobie towarzyszyły.

Trudno wejść w sytuację, w której nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć, wizję którą od siebie odsuwamy.

Odwiedzacie czasem schroniska dla zwierząt? Byliście choć raz w takim miejscu? Ja byłam i tę pierwszą wizytę zapamiętam do końca życia.  Bo zaraz po przekroczeniu bramy Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie nie byłam w stanie powstrzymać łez. Tyle smutku, tyle tragedii i nieszczęścia w jednym miejscu, że nie sposób przejść obok tego obojętnie.

Jest ten, którego ktoś, kogo kochał przywiązał przy drodze do drzewa i zostawił.

Jest ten, który w końcu zerwał się z łańcucha, uciekł z miejsca, gdzie nikt już o nim nie pamiętał, nikt nie karmił.

Jest ten, którego w końcu odebrano spod budy skatowanego, z połamanymi łapami.

Jest też ten, którego potrącił samochód i nikt się po niego nie zgłosił, nikt go nie szukał.

I ten, któremu zmarł pan i nie miał kto się nim zająć.

Wiesz, co jest najbardziej przejmującego? Ta tęsknota, którą czujesz każdą komórką swojego ciała. One wszystkie czekają. One wszystkie choć tak bardzo boją się człowieka, nadal mu ufają, nadal chcą, by ktoś na nowo je pokochał. Bo one na tę miłość są gotowe.

 Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Tyle razy rani i krzywdzi nas drugi człowiek, a my nadal go potrzebujemy, nadal chcemy być blisko.

Te psiaki czują dokładnie tak, jak my. Chociaż miłość kojarzy im się z bólem, z porzuceniem, z tęsknotą i smutkiem, to one nadal wierzą, że gdzieś tam czeka na nich ktoś, kto pozwoli im być  swoim przyjacielem.

I kiedy przełknęłam te pierwsze schroniskowe łzy, zobaczyłam radośnie merdające ogony, bo te psiaki na widok każdego człowieka odzyskują wiarę w to, że ich życie się zmieni. Dla nich każdy człowiek to nadzieja na lepsze życie niż to oglądane zza schroniskowego ogrodzenia.

Każdy człowiek jest dla nich źródłem radości i niepohamowanego szczęścia, bo może to właśnie on odmieni ich los.

To ty sprawiasz, że one są szczęśliwe, że nie umiera w nich nadzieja na to, że ktoś może je pokochać i być dla nich dobry. A one się odwdzięczą – najpiękniej jak potrafią.

Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce w swoich schroniskach organizują wiele akcji, by dać choć odrobinę radości swoich podopiecznym. W Celestynowie z psiakami można wyjść na spacer, można je obdarować prezentami. Wiadomo, że adopcja, to bardzo ważna i odpowiedzialna decyzja, którą często trudno nam podjąć. I jeśli nie mamy warunków, albo targają nami wątpliwości – warto odwiedzić schroniska Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce. Odwiedzić zwierzaki, pobyć trochę z nimi, poznać je. Moje dzieci choć psa w domu już mamy, chętnie zabierają te bezdomne psy na spacer, są częstymi gośćmi schroniska. To budzi w nich odpowiedzialność, wrażliwość na krzywdę i empatię.

 Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Chcecie zrobić coś dobrego?

Pomyślcie nad tym, by wesprzeć schroniska. Co możesz podarować psiakom ?
– szczotki, furminatory, grzebienie !
– smycze i obroże (nie zatrzaskowe) !
– szelki (wszystkie rozmiary) !
– karmę zwykłą oraz weterynaryjną np. ( np. dla chorych na nerki, wątrobę, bezglutenowców, dla rekonwalescentów, na jelita i żołądek…)

Albo przekazać 1% swojego podatku na rzecz Celestyniaków : KRS 0000154454 , Cel szczegółowy 1% : Schronisko w Celestynowie, PKO BP VIII O/W-wa 43 1020 1156 0000 7102 0061 5146

Na stronie internetowej schroniska w Celestynowie  znajduje się zakładka „przekaż darowiznę” z łączem do PayPal – możesz pomóc od razu.

Już nie raz pokazaliście, że macie moc – moc czynienia dobra. Zróbmy to tym razem dla tych, którzy o swoim smutku i marzeniach  nie potrafią nam sami opowiedzieć.

 Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie


Zobacz także

Fot. iStock/stock-eye

Nie walcz do upadłego, żeby on z tobą został. To się i tak nie uda

Fot. istock/DariaZu

Nigdy nie wychodź za mąż za faceta, który ma jedną (lub kilka) z tych cech. Obrażalskim mówimy: nie

Fot. iStock / ballero

Trzy zachowania, które zabiją każdy związek… i jak z nimi skutecznie walczyć