Jestem zakładnikiem swoich emocji. Emocji, które powodują, że wiem kim jestem… Jestem ofiarą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
24 marca 2016
Jestem ofiarą
Fot. Unsplash / Milada Vigerova / CC0 Public Domain
 

Nazywam się K. i jestem anonimowym emocjonalnym zakładnikiem. Nie umiem być szczęśliwa bez uczuć, które ty chciałabyś ze swojego życia wyrzucić. Tak, to skomplikowane. Ale wiesz, chyba nawet można się z tego wyleczyć. Jak to się stało? To dłuższa historia…

Mam 14 lat i fajnego tatę

Co to znaczy? Że po prostu jest. Żartuje, przytula mnie. To bardzo dużo, w domach moich rówieśników ojcowie bywają rzadko, a kiedy już są, to tak bardzo nieobecni, że właściwie mogłoby ich nie być. Mój jest. Zawsze bardzo intensywnie. Kiedy nie pije zabiera nas na wycieczki rowerowe i odrabia ze mną matematykę. Denerwuje się na mnie, że nie rozumiem i rozśmiesza mnie kiedy płaczę, że nigdy nie rozwiążę zadania z całkami. Kiedy pije, skupia na sobie całą moją uwagę i emocje.

Mama walczy o jego niepicie, o te momenty fajności, pokazuje mu jak dobrze jest patrzeć na świat trzeźwym okiem. – Zobacz – mówi – tak cię wszyscy kochamy. I mała i ja. Tyle byśmy zrobiły żebyś nie pił. I ja naprawdę czuję, że zrobiłabym wszystko. Czuję się odpowiedzialna za jego trzeźwość. Staram się go nie denerwować, żeby tylko nie otworzył barku, w którym trzymamy alkohol. I uczę się całek, żeby go nie zezłościć.

Moje życie wyznacza rytm jego picia: ciągi alkoholowe i momenty trzeźwości. Gdy te ostatnie trwają zbyt długo, zaczynam się niepokoić. Czekam na nie, wiem, że to przecież się musi wydarzyć. Wyczuwam całym ciałem, po prostu wiem kiedy zacznie znowu pić. W końcu on wraca do domu po alkoholu, a ja z jednej strony czuję złość, z drugiej ulgę. Uff. Wszystko jest tak jak trzeba, jak zwykle. Jest bezpiecznie.

Dostaję się na studia, a tata zrywa definitywnie z alkoholem. Jestem na etapie „nic mnie nie obchodzisz, jesteś dla mnie nikim”. Czekam, aż zacznie się wkupiać w moje łaski, starać, dawać to swoje ciepło, żartować. Teraz wszystko jest dobrze, tata jest zdrowy, stara się nadrobić te wszystkie lata picia. W moim sercu nadal niepokój.

Mam 19 lat i fajnego chłopaka

Naprawdę fajnego. Jest starszy o dwa lata, czuły i opiekuńczy. Wczepiam się w tę jego opiekuńczość jak w koło ratunkowe. Nareszcie mogę poczuć, że jestem dla kogoś wszystkim. Pierwszy rok naszego związku jest bajkowy. Czuję, że jestem kochana bezwarunkowo, podziwiana. Robimy plany, a ja zaczynam zauważać, że nie wszystko jest tak jak trzeba. Denerwuję się, kiedy on przyjmuje mnie tak bezkrytycznie. Brak mi silnych emocji, brak walki w tym związku. Nie muszę zasługiwać na chwile spokoju, na miłość. Źle mi z tym. Świadomie prowokuję kłótnie, ale on nie podejmuje wyzwania. Jest dobry i naprawdę mnie kocha, chce zrozumieć co się ze mną dzieje.

Jednym cięciem uwalniam się z tej relacji, ale to boli. Jeszcze przez kilka miesięcy krążę wokół niego i wracam, by za chwilę znów go zostawić. Sprawdzam, czy na pewno znowu to poczuję, czy odnajdę swój znajomy niepokój. W końcu odchodzę naprawdę. Czas biegnie, nie wiążę się z nikim przez kilka lat. Przecież jestem dziwna – uciekam od normalnych facetów.

Mam 30 lat i fajnego męża

To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Poznaję go i myślę: „czuję to”. Choć wcale nie potrafię dokładnie określić co „to” właściwie jest. Nasz związek rozwija się, nasza miłość już chyba nie może być większa. Bierzemy ślub. – Kocham cię – mówi rano on, kiedy wychodzi do pracy – jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. ­ – Idiotko – krzyczy wieczorem – nic nie znaczysz, nie mogę na ciebie patrzeć! Tak bardzo go kocham.

Mam swój niepokój, jestem szczęśliwa. Po dwóch latach zakrywam dłuższym rękawem koszulki siniaki na ramionach. Po trzech zabieram dziecko i wyprowadzam się od męża. Przez pierwszy tydzień cieszę się spokojem mojego syna i oddycham głęboko. Przez następne pięć walczę z tęsknotą. Nie, nie za mężem. Za tymi emocjami, które powodują, że wiem kim jestem, jak znowu stać się ofiarą. Za moim bezpieczeństwem. To jest jak detoks.

Chodzę na terapię. Poznaje mechanizmy, które sprawiają, że w życiu wybrałam tak, a nie inaczej. Co mi daje ta świadomość? Poczucie, że mam na to życie wpływ. I pewność, że to wcześniej, to wcale nie był spokój. Uczę się spokoju od zera. Jeszcze trochę nie umiem, jeszcze czasem chcę wrócić. Ale nie wracam. Kiedyś będę spokojna.


Są wydarzenia, które zmieniają wszystko i są decyzje… Takie historie dzieją się tuż za ścianą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 marca 2016
Fot. iStock / prudkov
 

Ostatni raz widziałam ją dwanaście lat temu. Przyjaciółka z lat dziecięcych: drobna, energiczna brunetka z pieprzykiem na prawym policzku. Śmieszka. Tylko ona potrafiła namówić mnie wagary i tylko jej nauczyciele wybaczali drobne wybryki. Uwielbiałam jej spontaniczność i to, jaka była mądra. Zazdrościłam jej zielonych oczu, długich, miękkich rzęs i zakochanych spojrzeń chłopców ze szkoły. Nasze drogi rozeszły się tuż po liceum, ale ciepłe wspomnienie szalonych, młodzieńczych lat zostało we mnie silne i pokrzepiające. I jeszcze to jej mocne: „ Co jest?!”, kiedy nastoletnie problemy przybijały swoim ciężarem do ziemi. Może nie tyle te słowa, co sposób w jaki je wypowiadała, wyraz jej oczu, żywe, nieudawane zainteresowanie sprawiały, że cokolwiek by się działo, człowiek zaczynał wierzyć, że się ułoży.

Po maturze straciłyśmy kontakt. Różne kierunki studiów, wyjazdy, inne kręgi znajomych. Wiedziałam, że skończyła dwa kierunki, że ma dobrą pracę, w końcu, że wyszła za mąż za przystojnego Pawła. Jak większość naszych koleżanek i kolegów „ułożyła sobie życie”.

Dziesięć miesięcy temu zobaczyłam ją na ławce w parku. Siedziała zamyślona i skulona w tym zamyśleniu, zupełnie jak kiedyś, na szkolnym korytarzu przed klasówką z fizyki. Nie przypomniała beztroskiej, wesołej dziewczyny z moich wspomnień, ale nie wyglądała też jak ta szczęśliwa, pewna siebie kobieta z fejsbukowego zdjęcia. – Hej – powiedziałam tonem  jakim się tego wcale nie mówi, kiedy się kogoś ostatnio widziało dwanaście lat temu. – Hej – poznała mnie od razu. – Nos masz czerwony – rzuciłam najnormalniejszym na świecie tonem. – Wiem – odpowiedziała i chwilę potem ryknęła płaczem. Przechodnie zatrzymywali się przy nas i patrzyli pytająco, ale ja tylko kiwałam głową, że nie wiem, że dziękuję, ale proszę dać nam spokój. Trzymałam ją za rękę i czekałam.

Po kilkunastu minutach szloch ustał. Podniosła głowę i patrzyła przed siebie, swoim zielonym kocim spojrzeniem. Zabójcze ma te rzęsy. Ciągle. „ Co jest?” – spytałam ciepło i łagodnie, z żywym zainteresowaniem, zupełnie tak jak ona wtedy, gdy rzucił mnie ten wredny Maciek z trzeciej „c”.

­– Jestem w ciąży. I wiesz, to nie jest czas na dziecko – powiedziała szybko, rzeczowo i konkretnie. Nie zdziwiłam się. Nie zapytałam „Co teraz?”. Zrozumiałam ją tak,  jak może zrozumieć tylko druga kobieta, która przeżyła te same emocje.  Ja je przeżyłam. Nieplanowana ciąża to nie jest coś, co człowiek przełyka, przetrawia jak wiadomość, że twoja znajoma złapała katar. To wydarzenie, które zmienia wszystko.

– A Paweł co na to? – spytałam zamiast tego, bo wydawało mi się w tej chwili, że przecież go znam. – Załamany – powiedziała cicho. – Nie chcieliśmy tego. Mamy kryzys. Rozwodzimy się.

Acha. Dwoje ludzi podejmuje decyzję o rozstaniu by zaraz potem dowiedzieć się że znowu zostaną rodzicami. Jest źle. Dokładnie tak, by pozwolić sobie na te łzy, przed chwilą wylane.

Nie, nie oceniałam. Nie spytałam: „O czym ty myślałaś?”.  Nie weszłam brutalnie w ich intymność i nie skrytykowałam rażącej nieodpowiedzialności. Bo to przecież się zdarza. Znam dzieci „nie w porę”, takie, które się „zdarzyły”. Znam też kilkoro zaplanowanych „ na zgodę”, o które teraz rodzice prowadzą przed sądem batalie do ostatniej kropli krwi i do ostatniego zdartego z paznokcia tipsa.

Ale w tamtej chwili nie myślałam o tym wszystkim. Miałam przed sobą dramat kobiety, która doskonale rozumie czym jest odpowiedzialność za dziecko. Wiedziałam dobrze, przed jakim dylematem stoi. Słyszałam jej myśli i pytania, które sobie zadaje, jakby nasze głowy połączono ze sobą magiczną sprężynką.

– Kochasz go? – spytałam jeszcze niedyskretnie. – Tak – odpowiedziała po prostu i uśmiechnęła się do mnie delikatnie. To jedno słowo i ten nieśmiały uśmiech zdały się ją trochę pokrzepić. – Pójdę już – ścisnęła mnie mocno, serdecznie i pobiegła gdzieś w parkową zieleń drzew.

Wróciłam do domu, ugotowałam obiad i wtuliłam się w miękkość moich dzieci. Myślałam o mojej dawnej przyjaciółce jeszcze wiele razy i wiele razy stawiałam się w myślach w jej sytuacji. Zostać? Odejść? Zawalczyć, czy udać, że TO nic nie zmienia, bo przecież nic już nas nie łączy. Prócz tej miłości.

Miesiące mijały, a ona nie odpowiadała na moje wiadomości, co zrozumiałam jako naturalną potrzebę w jej sytuacji. Zresztą, nie byłyśmy przez ostatnie lata blisko.

Aż w końcu w zimowy, świąteczny poranek telefon zadźwięczał i odsłonił na ekranie cztery słowa, które powiedziały mi wszystko. ZOSTAŁAM. BUDUJEMY OD NOWA. I znów poczułam się jak w liceum, gdy podziwiałam ją za odważne decyzje. I pożałowałam, że mi tej odwagi w życiu zabrakło.

Potem przyszła wiosna. Usiadłam na tej „naszej” ławce z moją córką. Przymknęłyśmy oczy łapiąc leniwie ciepłe, wiosenne promienie słońca. – Hej – usłyszałam radosny, wesoły głos nad swoją głową. – Stała tuż przede mą roześmiana i piękna, przewiązana kolorową chustą. Delikatnie podtrzymywała wystająca z niej, niemowlęcą głowę.  – To jest Paweł – przedstawiła mi swojego męża. Odeszli chwilę potem, objęci i tacy ładni, jakby ktoś ich narysował. Przytuliłam mocniej moją córkę i zamknęłyśmy oczy. Ciepła, szczęśliwa łza stoczyła mi się po policzku.

Ta historia wydarzyła się naprawdę.

 


Nie baw się miłością…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 marca 2016
Nie baw się miłością
Fot. Pexels / Katie Salerno / CC0 Public Domain

Wiem, co o nim myślisz, moja Kochana.

ON też wie. Naprawdę myślałaś, że się nie zorientuje? Przecież wcale się z tym nie kryjesz. Otwórz wreszcie oczy, on czuje, gdy z niego tak otwarcie kpisz. I jeszcze ci powiem, że zakochana kobieta nie krytykuje swojego mężczyzny przy jego przyjaciołach. Zakochana kobieta zobaczy w nim więcej dobrego niż złego. A jeśli już stwarza iluzję, to po to by go chronić.

Jest ci potrzebny, to jasne. Zawsze pod ręką, kiedy zadzwonisz. Zawsze gotowy wysłuchać, wziąć w obronę. Wybaczyć i utulić, cokolwiek mówiłaś wcześniej. Udać, że nie widzi, nie słyszy jak się nim bawisz. Wierzyć, że poczujesz w końcu to, co mówiłaś, że czujesz.  Kto by tyle zniósł? Przyznaj, lubisz to, podoba ci się jaką masz nad nim władzę. Lubisz tę niebezpieczną zależność. Ale nie oszukuj się, ty też od niego zależysz. Przynajmniej do momentu, kiedy jeszcze, jak to mi mówisz: „pozwalasz mu ze sobą być”.

Zawsze tak było? Zaczekaj, pomyślę. Pierwsze spotkanie i twój telefon: „Nie, to nie dla mnie, nigdy nie będziemy razem, nie bylibyśmy szczęśliwi. Zbyt wiele nas różni.” Szybko zmieniłaś temat, sprawiłaś, że o nim zapomniałam. A potem? Zaprosił cię na kawę, był taki zabawny, taki zafascynowany tobą. Jakoś tak wyszło…  I trwa już trzy lata.

Ta jego żałosna niezdarność. Ten jego karygodny brak stylu. Zanim cię poznał, ubierał się byle jak. Powinien być ci wdzięczny, przy tobie wygląda jak człowiek. No, prawie.

Wczoraj długo rozmawiałyśmy. O przyszłości. Mówiłaś jak to będzie, kiedy założysz rodzinę, kiedy znajdziesz swoją przystań i zacumujesz na stałe. Nie było go tam. To trochę tak, jakby nie było go też dzisiaj w twoim życiu. Masz faceta, który jest przezroczysty.

„Lubię go” – powiedziałam, a wyraz twojej twarzy nieprzyjemnie się zmienił. Stuk, stuk, stuk … Paznokcie nerwowo uderzyły o blat stołu w twojej eleganckiej kuchni.  Jakim prawem go lubię, skoro ciebie tak strasznie denerwuje?

Patrzysz na niego wzrokiem pełnym niecierpliwości i znużenia. Próżno tu szukać uczucia. Męczy cię ta sytuacja, przyznaj. I ja wiem, i ty, i on, że jest przy tobie na chwilę. To takie trochę twoje „wyjście awaryjne”. Widzę jak się wzdrygasz kiedy obejmują cię jego niezgrabne, ale bardzo męskie ramiona. I powiem ci, choć udajesz, że tego nie dostrzegasz. Te ramiona to miłość. Ta nadzieja i ta akceptacja bezwarunkowa. To ty jesteś desperatką, nie on. On kocha. Ty całe życie czekasz „na więcej”.

Zdradzić ci sekret? Ja też kiedyś chciałam więcej. Mnie też kiedyś denerwował spokój mimo wszystko i niezgrabne, duże ręce. A najbardziej chyba ten bezkrytyczny zachwyt w oczach M. . Odeszłam. Nie kochałam, odeszłam.

Wiem, że jest teraz szczęśliwy. Ma żonę, synka. Próbowałam pisać, odpowiedział: „Jeszcze za wcześnie, jeszcze nie umiem”. Uszanowałam to, z żalem.

Ty? Ty nie odejdziesz, póki nie znajdziesz nikogo „lepszego”, prawda? Wyższego. Szczuplejszego. Kogoś, kto będzie wart twojej miłości. I szacunku. Wiesz, zabawne, ale wcale nie jestem pewna, że jest gdzieś na świecie ktoś, kto umiałby cię tak kochać. Tak jak nie jestem pewna, czy ktoś kiedyś pokocha mnie jeszcze tak jak mój M.

Chce mi się wymiotować, kiedy opowiadasz w naszym babskim gronie jaki z niego kiepski kochanek, jaki beznadziejny jest w łóżku. – Te pocałunki w uszy… – mówisz i znowu przekrzywiasz głowę. Powiedz, jak udaje ci się tak żyć? Masz rację, nie powinnam cię osądzać.

Zapytam więc tylko, choć z pewnością ci się to nie spodoba, bo przecież kochasz zachowywać pozory, że jesteś taka, jaką on cię widzi: Dlaczego nie odejdziesz?

Wiesz dobrze jak bardzo będzie cierpiał wiedząc, że zostawiłaś go dla kogoś „lepszego”. Zabierzesz mu te resztki godności?  Źle zrobiłaś. Skłamałaś, że kochasz. I ja źle zrobiłam. Skłamałam, że kocham.

Więc tylko cię proszę, nie zmarnuj mu życia. Zostaw go już teraz. Nie odbieraj mu szansy na dobrą miłość. Przestań karmić złudzeniami, zwodzić, że może, że „zobaczymy”,  że jednak przemyślisz jeszcze tę propozycję z pierścionkiem.

Nie baw się miłością.

P.S. Ja swój pierścionek oddałam.