Od jakiegoś czasu dostaję sporo wiadomości, w których zazwyczaj obce panie proponują mi seks. Czasami są gotowe nawet za to płacić

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
6 listopada 2017
Fot. iStock /  nemke
Fot. iStock / nemke
 

Mam profile na kilku portalach społecznościowych, randkowych etc. Od jakiegoś czasu dostaję sporo wiadomości, w których zazwyczaj obce panie proponują mi seks. Czasami – ku memu zdziwieniu – są gotowe nawet za to płacić. Kobiet jest cały przekrój – od młodszych ode mnie (te zazwyczaj oczekują czegoś w zamian, choć bywają i takie, które proponują seks dla samego seksu, dla frajdy, dla przyjemności), przez kobiety mniej więcej w moim wieku, po starsze i to one są gotowe płacić najczęściej). Początkowo odbierałem każdą taką propozycję, jako komplement. Nie ukrywam – schlebiało mi to.

Z biegiem czasu jednak zaczęło coraz bardziej zastanawiać. Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ja wysyłam w przestrzeń komunikat, że jestem otwarty, chętny na tego typu spotkania? Zawsze wydawało mi się, że nie, ale może jednak?

Rozmawiałem o tym ze znajomymi i sprawa ta wyraźnie nas podzieliła. Mężczyźni w większości stwierdzili, że nie mieliby nic przeciwko otrzymywaniu tego typu wiadomości. Ba! Część była nawet gotowa z nich skorzystać. Niewielu przyznało się do tego, że zdarzało im się proponować seks zupełnie przypadkowej kobiecie z Internetu.

Moje znajome natomiast niemal jednogłośnie potwierdziły, że tego typu wiadomości to norma. Otrzymują takie propozycje regularnie, choć raczej z nich nie korzystają. Tylko jedna przyznała się, że zgodziła się spotkać wyłącznie na seks z facetem poznanym online. Żadna nie przyznała się do składania propozycji nieznajomym.

Zastanawiam się dlaczego z taką łatwością przychodzi niektórym proponowanie zbliżenia komuś nieznajomemu. Seks zawsze wydawał mi się na tyle intymny, by nie robić tego z byle kim. No dobra, żeby była jasność… zdarzało mi się wyjść z klubu z dziewczyną, której nie znałem. Bywało tak, że spędzaliśmy razem noc. Znalezienie chętnej dziewczyny nigdy nie stanowiło problemu. Tym bardziej nie jestem w stanie pojąć fenomenu prostytutek. Przecież chętnych dziewczyn w klubach jest ogrom.

Jestem przekonany, że chętnych facetów – jeszcze więcej. Wystarczyłoby zatem wyjść do klubu, spędzić miło czas, napić się drinka i… wyjść z kimś odpowiednim.

Może jednak tak bardzo się rozleniwiliśmy, staliśmy się na tyle wygodni, że nie stać nas nawet na aktywność tego typu. Przecież wygodniej jest przeglądać interesujące nas osoby w Internecie. Nie trzeba się stroić, nie trzeba poświęcać czasu na makijaż, dojazdy, wydawać kasy na wstęp, na alkohol. W internecie kupujemy ubrania, książki, kosmetyki, zamawiamy jedzenie… więc może teraz czas na ludzi?

Zabawne jest to, że mimo jasnych reguł, mimo, że wiadomo, że ta relacja ma być oparta na seksie – 90 % Pań, które zdecydowały się zaproponować seks w pierwszej wiadomości najpierw chce… umówić się na kawę, wino, etc. Żeby sprawdzić czy będzie między nami chemia. Czyli jednak trzeba najpierw wyjść z domu, spotkać się na mieście. To nie tak, że jesteśmy w stanie załatwić sobie seks w kilka kliknięć.

Coraz częściej myślę, że mimo wszystko składanie tego typu propozycji komuś, kogo kompletnie się nie zna to… uprzedmiotawianie drugiej osoby. Sprowadzanie go do roli produktu, który wybieramy z katalogu. Przestaje mieć znaczenie, że ten ktoś ma uczucia, że taka wiadomość może wprawić go w zakłopotanie.

Nie mówiąc już o tym, że fajny wygląd to nie wszystko. Przecież to, że ktoś dobrze wygląda wcale nie oznacza, że będzie dobrym kochankiem. Myślenie w ten sposób jest delikatnie powiedziawszy – bardzo naiwne.

I nie zrozumcie mnie, proszę, źle. Nie mam nic przeciwko osobom, które tworzą tego typu relacje. Uważam, że jeśli dwie dorosłe osoby godzą się z własnej nieprzymuszonej woli na stworzenie takiego układu to… droga wolna. Nie ma sensu rozpisywać się o zbawiennej roli seksu, o tym, jak wiele ma zalet. Wiem też, jak bardzo dokuczliwy potrafi być jego brak. Doskonale rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy wchodzą w tego typu relacje. Sam przez pewien czas miałem układ z koleżanką, że gdyby któreś z nas naszła ochota… Tyle tylko, że zawsze jest to mimo wszystko półśrodek, a seks naprawdę satysfakcjonujący jest nie za pierwszym, drugim czy nawet trzecim razem, a dopiero wtedy gdy znamy swoje ciała, wiemy co na nas wzajemnie działa, co nas kręci. Nie mówię już nawet o tym, gdy seks łączy się z uczuciem, bo to właśnie on jest najlepszy. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.


„A czymże jest prawdziwa męskość, jeśli nie wymieszanymi w odpowiednich proporcjach klasą i szaleństwem?”

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
11 listopada 2017
Fot. iStock/Smileus
Fot. iStock/Smileus
 

Kilka dni temu wdałem się w dyskusję na temat męskości. Czym ona jest? Jaki facet jest męski, a jaki nie? Zdania jak zwykle były bardzo podzielone. Dla jednych męski jest Pudzianowski, bo ma imponujące mięśnie. Dla innych Piotek Stramowski, bo z wyglądu „kipi testosteronem”. Niemęscy faceci przesadnie dbający o siebie. Niemęscy jeżdżący do spa, niemęscy chodzący w spodniach rurkach…

W swoim profilu na portalu randkowym opis rozpocząłem od cytatu z Sapkowskiego: „A czymże jest prawdziwa męskość, jeśli nie wymieszanymi w odpowiednich proporcjach klasą i szaleństwem?”

Zacząłem się zastanawiać jak to jest u mnie z tym postrzeganiem męskości. Dochodzę do wniosku, że z biegiem czasu wszystko mi się zmienia. I to dość znacząco.

Mam 10 lat

Moim ideałem męskości i wzorem do naśladowania jest mój trener. Jest świetnie zbudowany, uwielbia sport i to jemu poświęcił w znacznej mierze swoje życie. Sam ćwiczy dwa razy w ciągu dnia, niemal codziennie, a do tego dochodzą treningi dzieciaków, gdzie też nie snuje teorii, nie siedzi na ławce, tylko bierze aktywny udział w treningach. Ma świetne podejście do dzieciaków, potrafi zmotywować gdy trzeba, zganić też gdy trzeba. Jest mądry, potrafi dać dobrą radę niemal każdemu. Słucha, żywo się interesuje naszymi problemami i wskazuje ścieżki ich rozwiązania.

Mam 20 lat

Za ucieleśnienie męskości uchodzi dla mnie mój kumpel, który „wyrywa wszystkie laski”. Jest wysportowany, przystojny i bardzo pewny siebie. Na każdym kroku podkreśla swoją przebojowość. Pochodzi z dość biednej rodziny, nie stać go na najmodniejsze gadżety, nie ma markowych ubrań, ale… ma na to „wywalone”. Chodzi w nieśmiertelnej ramonesce, jest buntownikiem, pali papierosy, klnie jak szewc i kobiety nie są w stanie mu się oprzeć. Z drugiej strony pewnie teraz niejedna „laska” opisała jego podboje na fali akcji „metoo”. Cóż… nie da się ukryć, że kiedyś mi to imponowało. Sam pozowałem na cwaniaka, ale aż tak daleko nie posunąłem się nigdy. I dobrze. Nawet i bez tego jest mi teraz głupio.

Mam 30 lat, właściwie 30+

Nie przywiązuję już takiej wagi do wyglądu. Mam wrażenie, że sam wygląd niewiele ma wspólnego z męskością. Znakomicie mierzą się z tematem męskości Agata Jankowska i Michał Pazdan w książce „Męskie sprawy”. Generalnie to świetna książka, którą serdecznie polecam. Niby dla facetów… ale powinna przeczytać ją każda kobieta.

Wracając…

Męskość – jak dla mnie – tkwi w głowie. To cecha charakteru. Męski jest ten, kto bierze odpowiedzialność za siebie i swoją rodzinę. Kto jest gotów „wziąć na klatę” konsekwencje swoich decyzji. Męstwo to okazywanie troski, dbałość o drugą osobę i o jej bezpieczeństwo. Czułość i troska to nie tylko domena kobiet. Czułość i troska jest… męska! Męski jest mój przyjaciel – Adam, który ma jaja by powiedzieć: „Nie stary, nie spotkam się z Tobą na piwo, bo muszę odrobić z młodym lekcje, albo bo dzisiaj jest moja tura sprzątania”. Początkowo mierzył się z naszym naigrywaniem, z próbowaniem wjeżdżania mu na ambicję, bo niby dał się wziąć pod pantofel, ale tak naprawdę to bzdura! Tworzą z Anką szczęśliwą rodzinę. Kochają się, razem dbają o dom i to on jest głową rodziny. Może nie ma super umięśnionej sylwetki, nie ma super wypielęgnowanej brody, nie pozuje na drwala, ale ZAWSZE można na nim polegać. Ceni swoje słowo, nie szafuje nim, nie rzuca na wiatr i zawsze go dotrzymuje. To też jest moim zdaniem męskie. Sporo pracuje, ale potrafi wyważyć proporcje by połączyć karierę z życiem rodzinnym i czasem dla przyjaciół. I mam nadzieję, że jak już będę miał rodzinę… będę taki jak on.

A dla Was… kto jest męski? Jak pojmujecie to pojęcie?


Planowaliśmy ślub. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki… I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca…

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
2 listopada 2017
Fot. iStock / dtokar
Fot. iStock / dtokar
 

Nigdy wcześniej o tym nie pisałem, a i opowiadałem niewielu… Sam nie wiem, co chcę tym tekstem osiągnąć. Być może ma to być rodzaj terapii, może coś na kształt spowiedzi? Od pewnego czasu mam kryzys wiary… Długo miałem wątpliwości czy powinienem to napisać, wydawało mi się bowiem zbyt intymne, za bardzo prywatne.
Z biegiem czasu pomyślałem jednak, że może kogoś teraz los doświadcza w podobny sposób i kto wie? Może moje słowa przyjdą tej osobie z pomocą. A jeśli tak… warto!

Wczoraj był dzień Wszystkich Świętych. Kiedyś uwielbiałem to święto. W mojej rodzinie odkąd pamiętam panował zwyczaj, że spotykaliśmy się wszyscy przy grobach. Później nie mogąc się rozstać, szliśmy całą rodziną gdzieś choć na chwilę, na kawę, na ciasto, rozmowy, porady, fotografie, opowieści a przede wszystkim ogrom wspomnień. Z biegiem czasu cała rodzina zaczęła się zjeżdżać do nas na wspólny, rodzinny obiad, trwający z deserami w nieskończoność. Wszystkie dzieciaki, rodzina spoza Krakowa, dołączali też przyjaciele naszej rodziny… i tak do późnego wieczora. Bardzo te spotkania pełne wspomnień lubiłem, ale… od pewnego czasu nie biorę w nich udziału.

Gdy tylko zbliża się ten dzień… uciekam. Zamykam się w sobie, moszczę się w swojej samotności i… wyjeżdżam.

Rozwodzę się tak chyba tylko po to, by odwlec rzeczywisty moment napisania tego, co powinienem napisać. Tego, co CHCĘ napisać.

Otóż był czas, że kochałem… sercem i duszą. Ona była całym moim światem. Planowaliśmy ślub. Praktycznie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki…

I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca. Jemu nic się nie stało, ona… trafiła w bardzo ciężkim stanie do szpitala. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to dla nas oznacza, nie miałem pojęcia jak bardzo intensywny czas przed nami, przede mną. Ani przez chwilę nie pomyślałem o tym, że będzie źle, że może być coraz gorzej. Miałem wtedy pierwsze konsultacje z psychologiem, który miał poza „proszę próbować żyć normalnie” niewiele do zaoferowania. A ja żyć normalnie nie byłem w stanie. Do końca natomiast wierzyłem, że z tego wyjdzie.

Teraz zastanawiam się jakim cudem mogłem być tak spokojny? Lekarze powtarzali mi, że mam przygotować się na najgorsze, ale nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nie chciałem tego słuchać, a co dopiero o tym myśleć. Słowa „śmierć”, „umrzeć” były absolutnie zakazane. Ciągle słuchałem tylko, że jest bardzo źle… Poruszyłem niebo i ziemię. Wysyłałem jej dokumentację do Stanów, mój brat, który wówczas kończył medycynę w Londynie, pytał swoich profesorów, ale wszyscy jak jeden mąż rozkładali ręce. Ci bardziej empatyczni przekazywali wyrazy współczucia. Mimo to ona miała wyzdrowieć, dojść do siebie – przynajmniej ja w to wierzyłem… a jednak umarła. Była już bardzo słaba. Podawałem jej ulubioną kawę. Wzięła łyk i… umarła.

Wyszedłem ze szpitala. Zupełnie jakbym był nafaszerowany jakimiś prochami, automatycznie wsiadłem do auta. Byłem niczym robot… pojechałem na molo w Orłowie… Siedziałem na jego końcu przez resztę dnia, wieczór… a w końcu noc. Przez cały czas dzwonił mój telefon, ale nie chciałem z nikim rozmawiać. Wrzuciłem go do morza.

Nad ranem wróciłem do domu. Tuliłem jej ubrania, by tylko poczuć jej zapach i wyłem jak zranione zwierzę. Dopiero później dotarło do mnie, że w telefonie miałem sporo jej zdjęć. Uwielbiałem ją fotografować.

Gdy spotykałem kogoś znajomego i na przykład kazał mi przekazać jej pozdrowienia, nie byłem w stanie tego powiedzieć. Łzy napływały mi do oczu, zagryzałem wargę i kiwałem głową. Cały czas opłacam jej abonament za telefon komórkowy. Telefon jest wyłączony, ale na poczcie głosowej mogę usłyszeć jej głos. Dzwonię od czasu do czasu i opowiadam jej co u mnie…

Zabrała ze sobą całą moją radość życia. Nagle od tak… straciło ono sens. Nie chciałem dłużej żyć. Nie byłem bez niej w stanie. Wysłuchiwałem od znajomych i rodziny te wszystkie banały… „Dołączyła do grona aniołów”, „Jest teraz szczęśliwa, nic jej nie boli, już nie cierpi”. Aaaa! No i mój „ulubiony” nie pamiętam już kto go powiedział… – „Bóg dostrzegł na ziemi najpiękniejszy kwiat, tak piękny, że zabrał go do nieba”.

Starałem się jakoś sobie z tym poradzić. Robiłem wszystko, żeby zrozumieć… Nie dało się pominąć nauki! Biocentryzm – „żyjemy i jednocześnie umieramy w nieskończoności wszechświata”.

No i przede wszystkim religia! Długo szukałem w niej wiedzy, wsparcia… Chrześcijanie ze „zbawieniem”, buddyści ze swoją Samsarą, hinduiści… Jan Paweł II ze swoim: „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć”.

Nie zapominajmy o literaturze, o poezji:

„Umrzeć to coś innego niż ktokolwiek sądził i szczęśliwszego.” Walt Whitman

„Życie trwa tylko chwilę, więc spal się jak najjaskrawszym płomieniem.” Oscar Wilde

„Walcz, walcz z gasnącym światłem, choć mędrcy u swego kresu widzą słuszność mroku.” Dylan Thomas

„Im dogłębniej pojmujesz swoje życie, tym mniej wierzysz w zniweczenie go poprzez śmierć.” Lew Tołstoj

i ks. Twardowski ze swoim „Śpieszmy się kochać ludzi…”

Znam to, znam bardzo dobrze. Za dobrze… Wiem, że to wszystko znaczy, że śmierć jest częścią życia, że nie należy jej nienawidzić, ani się jej bać. Wiem… Powinniśmy się ze śmiercią pogodzić, niejako ją oswoić, ale to wszystko przeintelektualizowane pieprzenie, bo nie ma JEJ teraz koło mnie, bo nie mogę JEJ przytulić, ani JEJ pocałować.

To prawda – jest nadal w moich myślach. W moich snach ona cały czas żyje…

Mam świadomość, że z biegiem czasu wszyscy staniemy się dla siebie wspomnieniami – miłymi, wzruszającymi, czasem mniej sympatycznymi, ale to właśnie wspomnienia sprawiają, że jesteśmy takimi jakimi jesteśmy i jakimi będziemy w przyszłości.

Minęło kilka lat, odkąd ona mnie tu zostawiła, ale mam wrażenie, że upłynęło zdecydowanie więcej czasu. Przeszedłem etap ucieczki w pracę. Pracowałem bez wytchnienia, byle tylko nie mieć czasu na myślenie. Brałem sobie na głowę więcej obowiązków niż byłem w stanie wykonać. Praca zawodowa, wolontariat wypełniały mi dni co do minuty.

Dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, że to błędne koło. Zaczęło mi po prostu brakować czasu by żyć.

Pewnego dnia biegałem wcześnie rano plażą o wschodzie słońca i zdałem sobie sprawę, że przecież ono wschodzi tak co dnia. Ja… żyłem w cieniu, kompletnie nie dostrzegałem jasnych barw. Od jakiegoś czasu znowu zacząłem je dostrzegać. Wychodzę powoli ze swojej skorupy. Już nie chcę tkwić w zamknięciu na cały świat.

Zdałem sobie sprawę, że życie toczy się nadal. I to tylko ode mnie zależy, czy ruszę razem z nim, czy będę dalej trwał w swoim cierpieniu. Niezależnie od tego jaką decyzję podejmę… kolejny dzień nadejdzie mimo wszystko.