Jak wytrzymać z własnym mężem? No cóż, odpuścić mu i kochać go. Jeśli tylko wart jest miłości

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
16 czerwca 2016
Fot. iStock / Dragan Radojevic
Fot. iStock / Dragan Radojevic
 

– Jak ty z nim wytrzymujesz? – jęknęła moja przyjaciółka. Pracuje z moim mężem. Zrobił jej o coś aferę.

Hmm, bo go kocham? Ciągle debatujemy jak z kimś wytrwać, jak ogarnąć, zrozumieć. Jaki ktoś powinien być. Nie wiem, patrzę na mojego męża.

Ma.

195 wzrostu. Obsesje na punkcie porządku. To jest serio nieznośne. Wraca do domu i mówi. Dlaczego tu nie jest czysto/ O Boże, jaki bałagan/ O Boże, gdzie jest mop.

Myślę: Psychol. Dlaczego człowiek po wejściu do domu nie myśli o tym, żeby przytulić partnera, spocząć na kanapie, tylko myśli o tym, żeby sprzątać? SPRZĄTAĆ.

Bo ludzie są różni. Wiem, że nie wspinam się na wyżyny intelektualne mówiąc ten banał. Są różni. Ale o tym zapominamy. Bo JA tak czuję. Bo dla MNIE miłość to to i to. Dla MNIE okazywanie uczuć wygląda tak. Partnerstwo tak. Tworzymy swoją wizję szczęścia, bliskości i uważamy, ze druga osoba musi CZUĆ jak my. Otóż nie. Jest tylko jedna recepta na prawdziwą bliskość, szczęście. ODPUŚCIĆ.

PORANKI

– Kotku, przytulisz mnie – mruczę.

– Aaaa, już siódma, muszę wstać. Aaaaa, zrobiłaś kawę? Gdzie te rachunki? Miałaś wczoraj je zapłacić. Boże, dlaczego w łazience tyle kosmetyków. Boże…

Zatykam uszy. Basta, dość. Co to za nieromantyczna żenada. Wstaję, potykam się o (własne) buty. Przypominają mi się wpisy na forum „młode mężatki”. „ Nie tak to sobie wyobrażałam, powinno być inaczej”, „Czy to normalne, że on”…

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że on rano nie lubi się przytulać i chce napić się kawy.

TELEFONY

SMS: „Tęsknię”. Odpowiedź po ośmiu (to nie żart!) godzinach. „zapłaciłaś te rachunki? P.S Ja też”. Aaaaa, ratunku. Wracają do mnie wspomnienia. 200 smsów z pracy. To było nie tak dawno. Co się do cholery zmieniło. Świnia z niego.

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że miłość ewoluowała, a on jest teraz zajęty

OBIAD

– Hej – rzuca on.

– Hej – odpowiadam znad kompa.

– Jest obiad? – pyta.

– Co? – pytam ja.

– No obiad.

– Obiad? Oszalałeś. Za 20 min oddaję tekst. Potem możemy coś zrobić.

On myśli: no tak, ona już się nie stara. Kiedyś nieważna była praca, jechała na bazarek po mięso i kroiła warzywka na milion kawałeczków.

Oddycha milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że miłość ewoluowała i jestem zajęta.

WIECZÓR

– Idziemy spać – pytam ja.

– No zaraz, zaraz.

Wrr, świnia. Kiedyś by ze mną poszedł. A inne pary, a w innych związkach. Zresztą przeczytałam, że szczęśliwe małżeństwa chodzą spać o tej samej porze. No tak.

Oddycham milion razy.

Czy to coś mówi o naszej miłości?

Nie, mówi o tym, że on chce obejrzeć telewizję. I dobra, hormony przestały buzować. Nie musi mnie zdobywać. Wie, że lezę na górze w sypialni. O 23.00, no ale o pierwszej w nocy też. To gdzie się spieszyć?

WRRRRR. Nie ma lepszej lekcji bliskości niż stabilne, dobre małżeństwo. I w sumie wszystko sprowadza się do kilku zasad.

– Nie oczekuj, że ktoś zawsze nakarmi cię miłością i namiętnością. Zakochanie jest cudowne, takie symbiotyczne, ale to tylko iluzja

– Nie oczekuj, że ktoś będzie zawsze

– Nie doszukuj się w drobiazgach dramatu

– Nie rób generalnie dramatu

– Pomyśl, że jest fajnie, bo możesz naprawdę być z kimś blisko. I wreszcie się nauczyć, że dla każdego bliskość to coś innego.

Jeśli on poza tym JEST, możesz na niego liczyć, ufasz mu – to masz wszystko.


„Bo w rodzinie siła…”. Milion powodów, dla których rodzina ważniejsza jest od znajomych

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
20 czerwca 2016
Fot. Flickr / Arentas /
Fot. Flickr / Arentas / CC BY-SA
 

– Co jest dla ciebie najważniejsze – spytała mnie w weekend przyjaciółka.

Pół roku temu zaczęłabym jej mówić, że praca, że moje ambicje, że tyle jeszcze przede mną.

– Rodzina– odpowiedziałam. – Miałaś rację.

Uśmiechnęła się. Jest z dużej wielopokoleniowej rodziny. Pamiętam ich rodzinne obiady, śmiechy, dyskusje. Babcię, która zawsze gubiła okulary i piekła najlepsze drożdżowe, mamę, która pisała teksty dla lokalnej gazety, tatę naukowca, szalonego brata, który marzył, że będzie wynalazcą.

Dorastałyśmy, zmieniałyśmy się, a ona zawsze odnajdywała w swojej rodzinie wsparcie. Długo myślałam: ta rodzina jest idealna. Bo pełna, bo wesoła, bo różna. Po wielu latach moja przyjaciółka ( która zresztą jest dziś psychologiem i socjologiem) wyznała:

Ależ, oczywiście, że nie jest idealna. Oszalałaś chyba, nie ma takich rodzin. Przecież nie chodzi o to, żeby było bosko. Chodzi o przebaczenie, o wsparcie w najgorszych momentach, poczucie więzi, poczucie, że oni są, o lojalność. W dobrej rodzinie wiesz, że ktoś potrafi poświęcić wiele, żeby ci pomóc, że możesz być sobą.

Stworzyła dobre, stabilne małżeństwo. Ma trójkę dzieci. W jej domu jest gwarno tak,  jak kiedyś gwarno było w domu jej rodziców. Są konflikty, tarcia, ale wszyscy ze sobą rozmawiają. Moja przyjaciółka powtarza: „najważniejsza jest bliskość, porozumienie, kontakt, wszystko da się wyjaśnić”.

A oto jej krótka teoria o rodzinie.

Rodzina daje siłę…

Siła wynika z różnych rzeczy. Dobrych, ale złych też. Przeczytałam kiedyś świetny tekst o tym, jak ludzie, którzy mieli trudne dzieciństwo mogą wyciągnąć z tego fajną, wartościową energię. Jeśli musiałaś opiekować się swoją mamą – jesteś odpowiedzialna. Jeśli łagodziłaś konflikty rodziców– nadajesz się na mediatora i najprawdopodobniej będziesz zawsze widziała rację jednej, i drugiej strony. Twój ojciec był trudny? Rozumiesz, że ludzie są trudni. I bardzo wiele im wybaczasz. Bo nauczyłaś się wybaczasz.  Paradoksalnie nawet dzieci z przemocowych domów mogą odnaleźć w tym moc. Już wiedzą, że są silne i niewiele może je złamać.

To, oczywiście tylko teoria. To od nas zależy co zrobimy nawet z najgorszymi wspomnieniami. Bo trudny ojciec może sprawić, że nigdy nikomu nie zaufamy, nieodpowiedzialna matka zrazi nas do innych kobiet, a siostra z którą rywalizowałyśmy nauczy braku zaufania.

Więc rodzina da siłę jeśli będziemy potrafili z każdego doświadczenia czerpać dobre rzeczy.

Szczęśliwa rodzina daje najwięcej. Porzucona przez mężczyznę, wtulisz się w ramiona mamy. Rozczarowana pracą, znajdziesz ukojenie w rozmowie z siostrą. To są jedyne osoby, przy których możesz być prawdziwa. Bez żadnego lęku, że zostaniesz oceniona.

Pokazuje, że ludzie nie są tacy sami

Moja przyjaciółka w swoim mikro świecie widziała mamę, szaloną dziennikarkę, stabilnego, ale zakręconego ojca. Babcię trzymającą wszystko silną ręką, dziadka, który zamykał się w pracowni malarskiej, ale zawsze wracał.

Czego się nauczyła? Że ludzie są różni, że mogą być sobie bliscy, choć zupełnie inaczej żyją. I że to właśnie siła, ta inność. Bo inni ludzie się uzupełniają i są w stanie zrobić razem naprawdę fajne rzeczy.

Mocą jest nieocenianie, pozwalanie, żeby ludzie byli jacy są. A inność nie wyklucza bliskości.

Mnie kiedyś męczyła moja ciotka, która musi mieć wszystko poukładane. Tylko, że potrzebowaliśmy z mężem bardzo szybko pożyczyć dużą kwotę. Ciotka zadzwoniła do banku, przelała środki. Byłam w szoku, ile oszczędności może mieć emerytka. A ona po prostu była uporządkowana. I co miesiąc odkładała określoną pulę pieniędzy. Może nie byłaby świetnym kompanem w spontanicznej podróży na Zanzibar, ale w sytuacji kryzysowej okazała się najlepszym wsparciem.

Ludzie mają swoje mocne i słabe strony. Piękną lekcją jest kochać ich za to, czerpać z tego. Tego nas może nauczyć przede wszystkim rodzina

Uczy wybaczać…

Od drobiazgów, po ważne rzeczy. Podobno nie ma głębokiej relacji bez prawdziwego wybaczenia. Rodzinie często musimy wybaczać wiele rzeczy. Tata zachował się nie tak, mama znów nakarmiła frazesem zamiast wysłuchać.

Powodów może być tysiące. Ale musicie jakoś się dogadać, więc stajecie się bardziej elastyczni, tolerancyjni. A co tam, po co trzymać w sobie urazę?

Uczy odchodzić…

Poznałam ostatnio dziewczynę, która zerwała kontakty z ojcem. To była jej dorosła, świadoma decyzja, po wielu latach walki o ojca. Pomyślałam, że jeśli decydujemy się na dorosłe zerwanie relacji z kimś z rodziny, to znaczy, że naprawdę jesteśmy dorośli. I potrafimy zostawiać za sobą trudne, męczące więzi.

Pokazuje, że do ludzi naprawdę bliskich zawsze da się wrócić…

Są takie sytuacje, że musimy oddzielić się od kogoś, żeby stworzyć siebie na nowo, poukładać swój świat. Tak córki czasem zrywają relacje z matkami. Kochają je, ale chcą się odsunąć, by zobaczyć świat swoimi oczami, uniezależnić się.

Tak czasem rozstają się z siostry, ojcem z synem, córka z ojcem. To nie jest koniec, ale potrzeba oddalenia. Tak uczymy się, że fajnie się czasem odejść od kogoś na chwilę, a potem zobaczyć, czy ta relacja jest warta, żeby ją kontynuować, choćby na nowych zasadach.

Jeśli robiłyśmy to w relacjach rodzinnych, potrafimy w każdych innych. Wielka umiejętność i fajny dar.

85 proc Polaków (CBOS) uważa, że człowiekowi do szczęścia niezbędna jest rodzina.

Ludzie cierpiący, w kryzysach żałują, że tak mało uwagi poświęcali rodzinie, a tak dużo pracy.

Nic nam nie daje takiego wsparcia jak ci, którzy kochają nas bezwarunkowo.

Jeśli mówisz: gówno prawda, oni nie kochają bezwarunkowo najpierw sama pokochaj ich bezwarunkowo. Może będzie łatwiej:)


„Jestem zmęczona, smutna, mam dość”. Boższ, dlaczego to takie tabu mówić o prawdziwych uczuciach?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
15 czerwca 2016
Fot. iStock / milicad
Fot. iStock / milicad

Zbieram się. Jeszcze tylko chwila. Za chwilę zrobię wielką rewolucję. Spakuję się, wyjadę na koniec świata, nie pasuje mi jak jest. Znacie to? Czy może nigdy nie doprowadzacie do takiego momentu, bo umiecie powiedzieć „dość” w odpowiednim momencie, w odpowiedniej chwili, umiecie powiedzieć sobie: „przecież to ja mam na wszystko wpływ”.

Dziś rozmawiałam z przyjaciółką. Przez godzinę opowiadała o swoim toksycznym związku. Płakała, krzyczała, klęła. Nagle zamilkła. „To jakieś kuriozum co ja gadam, przecież mam na to wpływ. To moje życie. Mogę tego faceta w minutę zostawić”. Jego, tego faceta. Wow, cóż za odkrycie. Możemy. Możemy wiele rzeczy, ale ich nie robimy.

I nie chodzi tylko o faceta. Chodzi o miliony rzeczy, w których tkwimy, choć wszystko nam mówi: „Nieeee”.

Więc za chwilę to zrobię. W sumie liczę tylko te poranki, które jeszcze jakoś wytrzymuję. Dzień Dobry, ukochany dniu Świstaka. Szybciutko tylko ogarnę przestrzeń, pójdę pobiegać, wezmę psa, nakarmię koty. Wykonam szereg obowiązkowych czystości. Ogarnę dzieci, podjadę do mamy, podam jej lekarstwa, wysłucham, że świat jest straszny, a ludzie beznadziejni. Wiadomo, trzeba się dużo uśmiechać. Najwięcej wtedy, gdy chce się płakać. To modne, to fajne i w cenie.

Wrócę od niej, przeleję jej jeszcze pieniądze, bo ich potrzebuję. To moja matka. Muszę to robić. Najwyżej nie będę spała w nocy, ale zarobię. Jestem to winna jej starości, choć starość bliskiej osoby samą ciebie doprowadza na granicę śmierci i pytania: po … my żyjemy? Ale dam radę. Zawsze daję.

Pojadę do pracy. Znów tysiąc maili. Młodzi ludzie o tym marzą. Ludzie bezrobotni o tym marzą. Każdy kolejny mail z jakimś pytaniem jest dowodem na to, że jesteś ważna. Serio? Proszę… Takie rzeczy trwają tylko chwilę. Gdy to wiesz, już nie musisz się tym karmić. Kariery, fajne stanowiska, bezpieczne posadki. Potem gapisz się w telefon, w maile na które nie ma odpowiedzi i myślisz: hmm, serio nie widziałam pierwszego kroku dziecka? Nie pamiętam rysunków, powiedziałam mężowi, ukochanemu: „później”, przyjaciołom: „sorry, nie mam czasu, nie rozumiecie?!! Pracuję!!!” Zrobiłam to?! Przecież tej pracy już nie ma, to minęło. To nawet za wiele mi nie dało, choć wydawało mi się wtedy, że daje wszystko. Tylko dziecko coraz starsze, przyjaciele coraz dalej. Naprawdę jest sens tak poświęcać? No może dla siebie…. Ale nigdy dla kogoś.

Ale spoko, może potrzebujesz czasu. Tak jak ja go potrzebowałam. W końcu poczujesz zmęczenie.

Zmęczenie jest twoim najgorszym wrogiem, tak myślisz na początku. Pojawia się nagle, nieproszone. Jest bladą cerą w lustrze, podkrążonymi oczami, nieobecnością w rozmowach, nieuważnością, nazywaniem „kawy” i „spotkań w kawiarni” marnowaniem czasu. Jest poddenerwowaniem, patrzeniem co chwila na Facebooka, sprawdzaniem maili. Nie byciem „tu i teraz”, ale gdzieś tam.

Spacer w spokoju? A co to, k…, jest spacer?

Wolny weekend? A co to, k…., jest wolny weekend?

Leżenie w łóżku? Oszalałaś?!!!!!

Jest nieustannym „muszę”, „powinnam”, „trzeba”.

Nieustanną irytacją na kogoś, że robi mniej. W ogóle nieustanną irytacją. Na wszystkich. Jest złością, która doprowadza cię do coraz większego szaleństwa.

Aż w końcu staje się przyjacielem. Ufff. Wreszcie. To dzieje się w momencie, gdy myślisz sobie. „Pier…, nie robię”. To jest już uczucie niemal fizyczne, że dłużej nie wytrzymasz w jakiejś sytuacji. Albo nie możesz wstać w łóżka. Albo nie masz motywacji, choć wcześniej tryskałaś energią, miałaś moc i przecież jesteś zdolna.

To jedyny moment, gdy możesz powiedzieć sobie, że:

Muszę coś zrobić dla siebie, nieważni są inni. Nieważni choć przez chwilę.

– muszę wreszcie zadać sobie pytanie: „Dlaczego czuję się tak zmęczona?”

– muszę wreszcie przestać się starać.

– muszę wreszcie przestać udawać. Udawać lepszą niż jestem, mądrzejszą, idealniejszą. Po co to?

– muszę wreszcie uznać, że jestem zmęczona i TERAZ nie daję rady.

Dlaczego to jest takie cholerne tabu. Dlaczego to taki wstyd powiedzieć: „jestem bezradna, jest mi źle”. „Mam dość”.

Jestem zmęczona tym gadaniem coachów. Tą presją na bycie dzielnym, dającym radę, byciem poukładanym, w porządku, kontrolującym.

Kończy się tak. „Mam ochotę spakować walizki, zaraz to zrobię. Obiecuję. Świat mi nie pasuje”.