Jak uratowałam moje małżeństwo

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
15 września 2016
Jak uratowałam moje małżeństwo
Fot. iStock/momcilog
 

Tak naprawdę zrobiliśmy to oboje. Nie wierzę, by miłość i zaangażowanie tylko jednej osoby mogło uratować jakikolwiek związek. Potrzeba świadomości swoich błędów i chęci obojga, żeby z tego wyjść obronną ręką.  A wtedy okaże się, że nic nie jest już takie jak przedtem. Jest dużo lepsze. Prawdziwe.

Nie, nie zabrakło nam miłości. Nie, nie poznaliśmy się jako ludzie zbyt młodzi i zbyt niedojrzali. Byliśmy dwojgiem na pozór zupełnie różnych od siebie ludzi, z komplikacjami życiowymi, z problemami, które tkwiły w nas od lat, jakby „w uśpieniu”, czekając tylko na odpowiedni moment, żeby znowu wypłynąć na wierzch. Ale jak większość „świeżych” par graliśmy przed sobą wzajemnie „idealnych”. Na samym początku byliśmy dla siebie wspaniali, czuli, radośni, najlepsi. Tylko zabrakło nam wewnętrznej wiary w to, że naprawdę tacy jesteśmy. Zakochani, szczęśliwi łapaliśmy tę miłość byle szybciej i mocniej być ze sobą na zawsze. Coś pchało nas oboje ku tej katastrofie. Dziś wiem, że to wcale nie uczucie, ale wcześniejsze doświadczenia. Przyciągała nas ku sobie pewność, że w tym związku idealnie odegramy dobrze nam znane role. Role, w których świetnie się sprawdzamy: role kata i ofiary.

Problemy pojawiły się jeszcze przed ślubem. Nasza relacja szybko zaczęła przypominać sinusoidę. Najpierw wybuchał nieoczekiwanie o byle drobnostkę, błahostkę. Źle reagował na stres związany ze zmianą pracy, kłopotami rodzinnymi, ingerencją rodziców w nasz związek. Dosłownie wyżywał się na mnie. Odnalazłam się w tym układzie natychmiast. On był atakującym, dominującym agresorem ja – uciekającą i skrzywdzoną szarą myszką. A kiedy po wszystkim zbliżał się do mnie skruszony i winny, role się odwracały. Stawałam się mistrzynią wyrzutów, panią na wiecznym fochu, cierpiącą i przeżywającą ciągle od nowa swoje nieszczęście, każde raniące słowo, każde niesprawiedliwe, krzywdzące zdanie, każdy agresywny gest. I nie wiem, czy w tej roli nie byłam większym potworem niż on podczas swoich napadów złości. Zwłaszcza wtedy, gdy bezwzględnie wypominałam mu wszystko w chwilach szczęścia i spokoju. Żeby na pewno nie zapomniał, jak bardzo mnie skrzywdził. Żeby sam poczuł, jak to bolało. Ale świadomość tego wszystkiego przyszła dużo później.

Póki co, brnęliśmy w to dalej, bo przecież kochaliśmy się ponad wszystko, a miłość, jak wiadomo, rozwiązuje wszystkie problemy. Jest ponad to. Nie wierzcie nigdy, że samo uczucie, jak wspaniałe i gorące by nie było, jest w stanie cokolwiek naprawić, załatwić. Ono może być jedynie motywacją do działania. Nasza miłość powoli przeradzała się w uzależnienie od wzajemnego krzywdzenia, od odgrywania naszych ról. Nie mogliśmy bez siebie żyć, bo tylko tak czuliśmy się bezpiecznie.

Awantury stały się naszą codziennością. Kłóciliśmy się trzy dni przed ślubem i w podróży poślubnej, ale na dobre wtedy, gdy pojawiło się dziecko. Wtedy mogłam być już cierpiącą na całego, nieszczęśliwą Matką Polką, a on – w chwilach awantur – najgorszym bydlakiem, niewdzięcznym mężem i beznadziejnym ojcem, typowym męskim egoistą. Na dodatek śmiał odpoczywać po powrocie z pracy, zamiast natychmiast zająć się niemowlęciem.

Schemat jak zwykle ten sam. Siedziałam skulona, rozedrgana, histeryczna wręcz. Jego napady złości były coraz silniejsze, zachowanie coraz bardziej agresywne. Nie dogadywaliśmy się praktycznie już w żadnej kwestii. Słowa: „rozwód”, „rozstanie”, ”nienawidzę cię”, „jesteś wszystkim, co najgorsze” fruwały w powietrzu kończąc każdą kłótnię. Pewnego dnia spakowałam walizkę, zabrałam dziecko i uciekłam. To nas ocaliło. Nie mnie i dziecko. Mnie i mojego męża. Nas.

Pierwszy tydzień był jak detoks. Półprzytomna, nieszczęśliwa, łamiąc się i plącząc w natłoku myśli i decyzji do podjęcia, rozpaczliwie pragnęłam wrócić, choćby tylko po to, by go zobaczyć, wtulić się w jego koszulę dotknąć jego twarzy. Wytrzymałam to. Zamiast powrotu były więc długie rozmowy telefoniczne, e-maile i SMS-y pełne tęsknoty i bólu, pięknych słów miłości i obietnic. I pierwsze próby powiedzenia sobie o sobie wzajemnie czegoś więcej, przełamania tabu. Pierwsze próby poznania się naprawdę, dotknięcia tego, co boleśnie tkwiło w nas od dzieciństwa. Szok.

Kiedy miesiąc później trafiliśmy do poradni, nasza terapeutka powiedziała mi, kiedy ze łzami w oczach opowiadałam o naszych awanturach: „Ale przecież tak właśnie czułaś się dobrze, to kim wtedy byłaś dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Gdyby było inaczej, nigdy byś na to nie pozwoliła, prawda? ”. To zdanie utkwiło we mnie jak drzazga, rozbiło mnie na kawałki i sprawiło, że na nowo zaczęłam układać sobie w sercu i głowie obraz naszego związku. Tym razem prawdziwy. Długo myślałam o tym, kim właściwie byłam w moim małżeństwie, dla siebie, ale i dla mojego męża. Odgrywałam w myślach wszystkie te nasze małżeńskie sceny i powoli uświadamiałam sobie, że właściwie pierwszy raz widzę w NIM człowieka, który ma prawo do słabości, który także może być kruchy, wrażliwy, który może cierpieć. Który potrzebuje pomocy.

Powiedziałam mu o tym, czuł podobnie jak ja. Zaczęliśmy coraz mocniej pracować nad naszym związkiem, ale też zbliżyliśmy się do siebie bardziej niż kiedykolwiek, bez strachu przed tym, co możemy jeszcze w sobie odkryć. W tamtym okresie strach, wątpliwości, niepewność co do tego, czy się uda przeplatały się we mnie z chęcią poznania tego człowieka na nowo. Bałam się czy starczy nam sił, uczucia, czy uniesiemy tę prawdę o nas. Byłam rozdarta, chwilami zupełnie zdecydowana by przerwać to wszystko, wrócić do tego co było. Albo zniknąć bezpowrotnie. Wytrzymałam. Wytrzymaliśmy oboje.

Kilka tygodni temu wróciłam do domu. Jest inaczej. Uczymy się siebie od nowa, bywa nam ciężko, wcale nie sielankowo. Kłócimy się, ale nie tak jak kiedyś. On uczy się panować nad złością, ja staram się być świadomą swoich emocji i wypowiadanych pod ich wpływem słów.

Mam w sobie wewnętrzne poczucie, że ponieważ wyszliśmy (a może ciągle jeszcze wychodzimy) z tamtych złych ról, jesteśmy ze sobą z miłości. Że przetrwamy.

Zakochałam się w chłopaku o szerokim uśmiechu, dużych męskich dłoniach i wyrazistych poglądach. W małżeństwie nienawidziłam faceta, którego twarz zmieniała się pod wpływem gniewu w twarz obcego człowieka. A przecież to ciągle był ten sam ON.

Tyle rzeczy się zmieniło, my zmieniliśmy się nieodwracalnie. Poznaliśmy najgorszych siebie, a mimo to stale czujemy ciepło myśląc o sobie wzajemnie. Wczoraj, pierwszy raz od dawna wzięliśmy się za ręce. Nie wiem, co będzie z nami za 5, 10, 15 lat. Ale nie potrzebuję dziś pewności tak odległego jutra. A poza tym mam przekonanie,  że wszystko to, co dzieje się między nami teraz, przyniesie nam dobrą przyszłość.

Chciałam wam tylko powiedzieć: nie skreślajcie waszego małżeństwa, dopóki nie zajrzycie bardziej w głąb siebie. I jeszcze myślę, że miłość naprawdę przychodzi z czasem, tam, gdzie zaczyna się prawda o nas i wzajemna akceptacja tego, kim i jacy jesteśmy.

P.S. Kocham Cię.


Przestańcie w nich widzieć zagrożenie. „Ryczące czterdziestki” to po prostu silne kobiety, które potrafią być szczęśliwe

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 września 2016
Fot. iStock / YakobchukOlena
 

Kim jest rycząca trzydziestka, czterdziestka czy sześćdziesiątka? Wcale nie tym, kim myślicie. Jeśli przed oczami pojawił się wam obraz głośnej i wyzywającej „baby”, która robi wiele hałasu o nic (wokół siebie) i stara się na siłę wydać bardziej atrakcyjną niż to Pan Bóg miał w planach – mylicie się, albo nie potraficie spojrzeć ponad to, co widać na pierwszy rzut oka. Rycząca to ta, która ma coś do powiedzenia i nie siedzi już z tym w  kącie sama (choć może kiedyś tak właśnie miała w zwyczaju).

A ryczy o sprawach, które są dla niej ważne. Ryczy po to, by coś wywalczyć. Ryczy, żeby ją zauważono. Bo wie, że tak właśnie trzeba.

Być może dochodziła do tego latami. Może tłumiła gdzieś głęboko emocje, prawdę o sobie, swoje prawdziwe przekonania, świadomość swoich potrzeb i poglądów. Ale teraz już tu jest i chce, by jej wysłuchano.

Każda Rycząca jest kobietą mocy. Przeszła już trochę w swoim życiu, doświadczyła i smutku i szczęścia. Chętnie przewodzi innym, ale nie stara się narzucać im swoich rozwiązań. Wie, że do tych najlepszych najlepiej jest dość/dojrzeć samemu. Sama ma świadomość swoich błędów, ale potrafi też je zaakceptować. Nie pytajcie jak to się dzieje. „Lata praktyki” to chyba jedyna sensowna odpowiedź.

Cenię Ryczące za ich autentyzm. Jeśli podkreślają swoją kobiecość, robią to „na bogato”, z rozmachem. Częściej zobaczysz je w obcisłych dżinsach niż spacerowym dresie. Ale to właśnie te dżinsy, nie spodnie od dresu, pasują do nich najbardziej. Myślisz o szpilkach? To stereotyp. Tak jak karminowa szminka i dobrany do niej kolor lakieru do paznokci. Rycząca wygląda tak, jak ma na to  w danej chwili ochotę. Tak, by czuła się ze sobą dobrze.

Rycząca potrafi być asertywna  i postawić siebie w na pierwszym miejscu. Zazwyczaj oznacza to bezkompromisowość, ale cóż, to nie jej wina, takie mamy czasy i okoliczności. Zauważa swoje potrzeby i wie, jak je zaspokoić. Nie boi się zrobić w duszy rachunku sumienia i przyznać przed samą sobą, że nie jest szczęśliwa. Jeśli coś jest w jej życiu nie tak, ona powie o tym głośno, bo będzie chciała zmian. Wie, że są konieczne, że nie ma na co czekać, jeśli można zrobić coś, by było lepiej. I nie gniewaj się na nią, jeśli usłyszałaś od niej „nie”. Możesz być pewna, że miała ku temu ważny powód: nie chciała postąpić wbrew sobie.

Możesz mieć wrażenie, że dominuje swojego partnera. Ale on to uwielbia. Kocha jej bezpośredniość i to, że jej gniew trwa tyle co majowa burza. I jeszcze, że można z nią konie kraść.

Rycząca nie porównuje się z innymi kobietami. Po co? Wie, że każda kobieta na świecie jest inna i, że absolutnie każda może być cudowna, interesująca, wyjątkowa. Zazdrość? Tylko wtedy, gdy dasz jej do zazdrości powód. Bo tak na co dzień, Rycząca nie traci energii na zmaganie się z trudnymi emocjami. Świat bywa wystarczająco trudny.

Rycząca potrafi sama stanąć w swojej obronie. Co nie znaczy, że nie będzie ci wdzięczna, jeśli zrobisz to w jej imieniu. Chodzi raczej o jej wewnętrzne przekonanie, że sama jest w stanie o siebie zadbać. Ona umie o siebie zadbać. Najpewniej też nie zaprzyjaźni się z byłym wrogiem i długo jeszcze po tym, jak ją skrzywdził, będzie miała na niego oko. Ale wybaczy, dla siebie, żeby pozbyć się zbędnej, negatywnej energii.

Rycząca umie też coś, czego wiele innych osób nie potrafi. Spoglądają na nią z zazdrością i zastanawiają się jak ona to robi. W jaki sposób nauczyła się być szczęśliwa? Dla niej to żaden wysiłek. Wystarcz tylko wiedzieć, że gdzieś w środku drzemie w nas ogromna siła. I znać wartość życia, podobnie jak swoją własną wartość.

Zamiast zazdrościć, zerkać z ciekawością z bezpiecznej odległości, przyłączcie się do Ryczących. One mają w sobie moc, by zmieniać świat na lepsze.


Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 września 2016
Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą
Fot. iStock / CSA-Archive

Możesz nazwać to życiem, ale dla nich to raczej taki film, a może bajka, w której tylko grają jedną z głównych ról. O niczym nie decydują, wolą zostawić to innym. Trochę się bawią, trochę plączą bez celu, rzadko kiedy myśląc na poważnie o tym, co będzie, kiedy zostaną same albo kiedy w jakiś sposób odkryją, czego potrzebują naprawdę. To śpiące królewny, niby kobiety, ale tak naprawdę, głęboko w środku, ciągle jeszcze dziewczynki, które nie wiedzą, czego chcą, ani kogo chcą i dokąd zmierzają.

Asia, lat 26

Lubi sobie mówić, że jest „taaaaka młoda” i ma ciągle mnóstwo czasu. Na wszystko ma ten czas. Na nowe miłości, z których każda była bardzo prawdziwa, a każda kolejna kończyła się jeszcze szybciej niż poprzednie. Na studia i rozpoczynanie coraz to nowych kierunków, a żaden jakoś jej szczególnie nie zainteresował. Na bardzo drogie hobby, które podsuwa jej tata.

Na pracę, do której się notorycznie spóźnia i w której nawala, a nie wyleciała z niej jeszcze tylko dlatego, że firma należy do jej mamy.

Asia ma swoje mieszkanie, kupione przez tę samą, troskliwą mamę, która tak samo jak tata, swoją jedynaczkę traktuje od dziecka po królewsku. Wszystko było zawsze dla Asi, ale zawsze tak jak chcieli oni, nie ona. Lata mijały, z małej Asi wyrosła piękna Joanna. Bardzo drogie zabawki zamieniła na zamożnych facetów. Bo tylko oni byli w stanie choćby zbliżyć się do poprzeczki, jaką zawiesili w tym emocjonalnym maratonie rodzice Asi.

Każdy mężczyzna w jej życiu, tak jak oni musi traktować ją jak księżniczkę. Trudno jej powiedzieć, czy kiedykolwiek starała się utrzymać jakiś związek. Raczej nie: oczekiwała, że to ONI będą się starać. Choć właściwie nie wiedziała do końca czego powinna oczekiwać. Czy była w którymś z tych związków szczęśliwa? Chyba tak. Do końca nie wie. Z reguły każdy kończył się tak samo: nudził się. Sorry, to nie to.

Sama powtarza opinię, którą usłyszała o sobie od jednego z porzuconych partnerów: „Jestem dobra na chwilę, żeby podnieść samopoczucie sfrustrowanym facetom w średnim wieku, takim, którzy chcieliby o kogoś w końcu zadbać, ale jeszcze nie założyli rodziny. Mam w sobie pustkę”. Nie, nie jest głupia. Ale jest rozedrgana w środku. Chciałaby coś zmienić, coś zyskać, być z siebie dumna, ale boi się tej odpowiedzialności jaką musiałaby wziąć za siebie. Tych decyzji, którą zawsze podejmowano za nią. Więc na razie woli spać.

Beata, lat 39

Raczej już się nie obudzi. Ma dwoje dzieci, z dwoma partnerami. Ma kilkanaście przelotnych związków za sobą i rozpaczliwie próbuje zatrzymać uciekający czas. Ma też poczucie, że on przemija, a ona go marnuje, ale uważa, że nie jest w stanie zapoczątkować jakichkolwiek zmian.

– Bo ty nie wiesz, czego chcesz – powiedziała jej kiedyś przyjaciółka. – Nie potrafisz wybrać sobie dobrego faceta, nie umiesz być z dziećmi tak na 100%, i chociaż za pół roku kończysz 40 lat, ciągle nie wiesz kim chcesz być.

Obraziła się wtedy, bo ją zabolało. W głębi serca poczuła, że tak właśnie z nią jest. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Obie córki to „wpadki”, owoce tego jednego „momentu” z mężczyzną, który w tamtej chwili wydawał się jej być gwarancją szczęśliwego życia. Chciał dziecka – zachodziła w ciążę, chciał mieć dziewczynę z długimi włosami, zapuszczała włosy, chciał, żeby zmieniła pracę – szukała nowej. Tworzyła siebie taką, jaką on chciałby ją widzieć. Osobiście nie pamięta by miała na siebie inny pomysł.

Dziś chodzi na terapię. Chodzi, bo zażądał od niej tego jej obecny partner, który kocha, ale odkrył, że Beata ma skłonność do mitomanii. Na spotkaniach z terapeutą odgrywa swoją rolę, nie jest szczera. Jeszcze mocniej maluje usta, jeszcze wyższe zakłada szpilki. Nie pamięta już jak to było przedtem, zanim stawała się „jakaś” dla swojego mężczyzny.

Katarzyna, lat 53

Właśnie się obudziła. Z mężem, nieco starszym i wiecznie niezadowolonym pedantem, córką, którą rozpieszczała jak się dało, żeby wynagrodzić jej ciągłą nieobecność i nawalanie na wszelkich macierzyńskich polach. I z ogromnym kacem. Bo nie tak to jej życie miało wyglądać. Wcale nie chciała go przespać, przymykając oko na brak miłości w związku, na pełną zależność finansową od swojego męża, na poczucie, że właściwie jest zupełnie nie w tym miejscu, w którym powinna być. Jak to się wszystko stało? Lata mijały, a wydarzenia w jej życiu następowały jakby bez jej udziały, jakby była obok, jakby jej nie dotyczyły. O ślubie zadecydował on, uznając właściwie za pewne, że ona się zgodzi. O dziecku też. I jeszcze o tym, że po urodzeniu dziecka wróci do pracy najszybciej jak się da. Więc zaczęła zasypiać, uciekać od tego swojego życia i grała w tym filmie, do którego scenariusz napisał jej mąż. I rodzice właściwie też, bo odkąd pamięta posłusznie realizowała tylko ich oczekiwania.

A potem poznała jego i wzięli ślub. Od razu odnalazła się w sytuacji, w której ktoś przejął kontrolę nad jej życiem. Były pieniądze, był piękny dom, były wyjazdy zagranicę. Coraz więcej wszystkiego wokół, tylko jej coraz mniej. A dziś?… Czy mogłaby być jeszcze bardziej samotna?

Hej, śpiące królewny, obudźcie się wreszcie… Dla siebie, dla waszych córek, dla tego wszystkiego, co mogłoby być na wyciągnięcie ręki, gdybyście tylko przestały pozwalać prowadzić się innym za rękę.