Jak to faceci na imprezie prymitywnie wyrwać nas próbują. Że tacy jeszcze istnieją. SZOK

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 października 2016
Jak to faceci na imprezie prymitywnie wyrwać nas próbują. Że tacy jeszcze istnieją. SZOK
Fot. iStock / gilaxia
 

Usłyszałam ostatnio od kolegi niby żartem, że my kobiety wychodzimy do klubów czy inną dyskotekę, stadami. Że, cytuję: „komicznie” to wygląda, że zawsze jest jakaś przewodniczka grupy, razem po drinki, razem do kibelka. Może i tak bywa, gdy wychodzimy w swoim ulubionym towarzystwie, nie mówię, że nie. Ale czy wy drodzy panowie, zastanowiliście się kiedyś nad tym, że wasz niby indywidualizm niczym się nie różni od naszej stadnej gromady? No, z tym może dość sporym wyjątkiem, że u nas jest, niby komicznie, a u was za to śmiesznie do bólu brzucha i łez. O czym mowa? Panie i Panowie!  Przedstawiam wam listę kilku typów facetów, których możecie spotkać praktycznie w każdy weekend na większej imprezie. Gotowi? No to jedziemy:

1. John Travolta, żywcem z Gorączki Sobotniej Nocy wyjęty

Mój ulubiony typ. Tylko wejdzie, a ja już wiem, że to on. Skąd? Nie sposób go nie zauważyć! On już od progu sunie śmiało w kierunku baru tanecznym krokiem. Tu stuknie mokasynem, tam zakręci bioderkiem wszystko okraszając szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem. Są tacy profesjonaliści zaprawieni w boju, co to jeszcze dany szlagier snujący się z głośników podśpiewują. Podpływa taki John, rzuca dwa szybkie hasła do barmanki spowijając ją przy tym kolejnym kocim ruchem, wali szybkie cztery banie i ruszając głową do rytmu niczym gołąb na centralnym szuka obiektu. Po wielkości jego źrenic widać, że znalazł i cel namierzył. Ostatni szybki shocik, dyskretne chuchnięcie w dłoń, żeby sprawdzić co tam się z paszczy ulatnia, zaczesanie dłonią grzywy, ewentualnie dyskretne wklepanie żelu we włosie, napięcie klaty, ściśnięcie pasa w spodniach, żeby figurę podkreślić i atak. Ale chwila! Nie, że od razu rzuca się na ustrzeloną wcześniej bystrym wzrokiem łanie, nic z tych rzeczy. Przecież on jest mistrzem w swoim gatunku, na łatwiznę nie idzie i zareklamować się potrafi. Ruchem posuwistym, podkreślającym napięte pośladki, wnika w tłum na parkiecie. Tu piruecik trzaśnie, tam porwie na chwilę inną dziewoje i zakręci nią tak, że biedaczka nie wie, gdzie wyjście. Chwilę urządza wyższą szkołę jazdy, czyli dwie klubowiczki pod skrzydła zagarnia do dzikiego pląsu. Cały czas jednak sukcesywnie, dźwięk po dźwięku, krok po kroku zbliża się do upatrzonej wcześniej zwierzyny. Wzrok ma pewny, uśmieszek błyszczący w świetle neonów, spodnie z nienagannym kancikiem falują w rytm jego ruchów. Słowem, Maserak może u niego ewentualnie lekcje brać. Podjeżdża w końcu do wybranki po półgodzinnych podchodach, i wysapuje pytanko wyciągając ochoczo ręce, by ją porwać w taneczno – erotyczny szał, czy ona zatańczy. I najczęściej, bo w 80% zaobserwowanych przeze mnie przypadków, słyszy, że owszem, nawet na zewnątrz. Bo odpowiada zazwyczaj facet, tej jakże przez Travoltę źle  namierzonej sarenki. Nie traci jednak fasonu, robi obrót tak zwane trzy czwarte z lekkim podskokiem, i tą sama roztańczoną trasą wraca do bazy. Niczym leśniczy na ambonę.  Wlewa w siebie dwie banieczki, żeby jeszcze bardziej zmiękczyć ruchy i przystępuje do kolejnego starcia. Czasem udaję mu się nawet w końcu coś zdobyć i wtedy zaczyna się parkietowa orgia ciał i zmysłów. Ale o tym może, przy innej okazji.

2. Metoda na  zimnego drania, czyli Leon Zawodowiec

Nienaganny fryz, lepszy perfum, skórzana kurtka (choć w klubie plus 30 czasami od rozgrzanych, gorących ciał), wypastowany but i mina, al’a Rutkowski&spółka. Klata pirata, pachy na odpowiednią odległość od ciała odklejone, bo rąsia sporawa. Lekki, zawadiacki zarost i postawa Ojca Chrzestnego, która mówi: „Ten klub, choć nie jest mój, to i tak jest mój, bo lepszej partii ode mnie w nim nie znajdziesz, maleńka”. Leoś zamawia whisky z lodem, jak na prawdziwego twardziela przystało i uważa skrupulatnie, co by widać nie było, że mu lekko gębę od zbyt mocnego trunku wykrzywia. Jest niczym posąg z gabinetu figur woskowych, żyją w nim i intensywnie pracują tylko oczka. Bo on nie patrzy, a dostrzega, choć głowa ani drgnie. To my jego mamy zauważać moje miłe panie, bo to szycha jest i z byle kim nie tańczy. No właśnie i tu ciut wyjaśnienia, bo tańcem, jeśli już w ogóle któraś z nas na zainteresowanie zasłuży, ciężko to nazwać. Ów osobnik swój czar ma tak ogromny, że mówi niewiele. On po prostu nie słuchając głosu sprzeciwu porywa na parkiet. Niestety, oprócz sprzeciwu, nie słyszy chyba jednak też muzyki patrząc na jego nieskoordynowane ruchy. No, chyba, że ja o czymś nie wiem, i każdy z nich przed wyjściem na wojaże połyka kij od miotły. Cała sztuka taneczna bowiem polega raczej na stąpaniu w jednym miejscu i jednym, góra dwoma ruchami nakręconego robota z bazaru Różyckiego. Czasem od niedoboru magnezu chyba warga mu się lekko uniesie w zarys czegoś, podobnego do uśmiechu, czasem coś nawet przemówi. Choć zazwyczaj jest to tylko jedno za to zasadnicze, jak na zawodowca przystało, pytanko: „u mnie, czy u ciebie”. Potem to już tylko chwila, żeby naprostować skrzywienie twarzy po solidnym policzku od wku*wionej niewiasty, zmiana z Leona na Bonda, czyli zamówienie wstrząśniętej, nie mieszanej i można zacząć od nowa. Wszak do rana daleko. Jeszcze dalej, niż do sukcesu w podrywie.

3. Dobry bajer podstawą udanego polowanka, czyli :  Posiadacze Czarnych Beem’ek, Poszukiwacze, Degustatorzy i inni

To grupa najbardziej mnie jednak zadziwiająca i zawsze przyprawiająca o zawał. Ze śmiechu. Nienawidzę ich z jednego istotnego powodu. Zawsze mam przez nich rozmazany makijaż. Bo jak się nie popłakać, gdy na wejściu zamiast cześć albo chociaż pytania jak mi na imię, słyszę krótko i nad wyraz zwięźle: „Mam BMW”. Ku*wa, ileż mocy w jednym zdaniu drogie panie!  Przecież taka informacja i argument powaliłby nawet najbardziej oporną partię w mieście! Albo Poszukiwacz, który wjeżdża, podjeżdża do wybranki i prosto z mostu romantycznie zasuwa pytankiem w stylu: „Masz może mapę? Bo zgubiłem się w twoich oczach”. No jasne, że mam! Zawsze na dyskotekę zabieram, razem z kompasem, co by w drodze do toalety nie zabłądzić. Kiedyś też, zdarzyło mi się spotkać Degustatora, od którego usłyszałam wiele mi mówiące: „Żułbym twoje usta, bejbe”. To specyficzna grupa facetów, która zamiast na ruchy ciała, czy tajemniczość stawia na siebie. Swoją błyskotliwość, rażący blaskiem wdzięk i pomysł. Bo jakim to geniuszem trzeba być, żeby bez ceregieli na wstępie wypalić do laski: „Wpadłaś mi w oko maleńka. Nie zepsuj więc tego!”. No i ciach, leżysz pod barem, bo sama myśl o tym, że to ciebie właśnie z tłumu wyłowił, może położyć i nie pozwolić długo wstać. I jeszcze to obciążenie, że on taki amant cię chciał,  a ty teraz się głów, jak tego nie spieprzyć? Nie zaprzepaścić tejże ogromnej szansy na to, by przez kolejne góra dwa weekendy być ozdobą jego fury. To strażnicy kwiecistej mowy polskiej, którzy nie boją się słów jako broni używać. Najczęściej strzelają na tyle celnie, że od razu szukasz wyjścia z napisem „ewakuacja” albo tracisz oddech na długą chwilę. Proponuję pierwszą formę rozwiązania, czyli wykończenie takiego delikwenta długotrwałą ucieczką, gdyż niedobór powietrza w mózgu może doprowadzić do zgubnych dla nas zachowań. A mowa oczywiście o kroku kolejnym. Czyli jak już strzeli nam pierwszego zamraczającego liścia jednym ze swoich hasełek, to ciągnie do tańca. A tam tańczy skąpo, bo nadal mówi. A raczej komplementami zasypuje twierdząc, że gdybyś była kanapką, nazwałby cię McBeauty. To idzie zmysły i rozum po takim haśle postradać. Nie daj boże zemdleć, dać się objąć, ktoś to zobaczy, ktoś fotkę cyknie. Jak ty się dziewczyno potem, na ulicy pokażesz? Bezpieczniej jest omijać, ewentualnie od razu nawiać w sina dal. Żeby rano po przebudzeniu przypadkiem nie usłyszeć:  „Powiedz mi foczko jak to jest, że się tobą zaciągam, choć wcale nie palę?”. Brrr :)

Kolorowe światła, sztuczny dym, rozbawiony tłum, popychają co niektórych do zadziwiających zachować. Przedstawiłam tylko trzy z nich, choć zdaję sobie sprawę, że jest ich więcej, o zgrozo. Stańcie kiedyś na spokojnie, bardziej z boku i poobserwujcie. Może nikogo nie wyrwiecie, za to ubaw po pachy gwarantowany.


„Osoby o poglądach lewicowych częściej miewają problemy z zajściem w ciążę”?! Zamknijcie usta Panowie, o ile nie macie nic sensownego do powiedzenia

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
24 października 2016
Fot. iStock /  lolloj
Fot. iStock / lolloj
 

Profesor Bogdan Chazan znowu wraca na medialna tapetę. Po tym jak dwa lata temu odmówił kobiecie usunięcia dziecka z wodogłowiem, nierozwiniętym mózgiem i brakiem części kości twarzoczaszki, skazując je świadomie na cierpienie, stał się aborcyjnym aniołem stróżem i głosem eksperckim środowisk prawicowych.  Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo ta dosyć kontrowersyjna kwestia pozostanie na tapecie dyskusji prawdopodobnie do końca ludzkich dziejów, a jej złożoność w kwestiach moralnych, prawnych i fizycznych nigdy nie domknie za sobą drzwi do końca, ale osoba profesora nie pozostawia złudzeń, że oto przed narodem stoi człowiek niezrównoważony. O tyle groźniejszy, o ile tytuł naukowy nie daje się tak łatwo podważyć w dyskusji publicznej.

Jak podaje „Głos Wielkopolski” profesor Chazan podczas przemowy na sympozjum „Profilaktyka, rozpoznanie przyczyn i leczenie niepłodności” w Poznaniu stwierdzić miał, że „osoby o poglądach lewicowych częściej miewają problemy z zajściem w ciążę. Przyczyną zaburzeń płodności jest ich przesadna dbałość o szczupłą sylwetkę.” Tu stawiam kropkę, wychodzę przed dom złapać wdech, wypuścić wydech i nie udusić się w rozmiarze absurdu. I jak nie palę chyba sztachnę się siarczyście, bo mam nieodparte wrażenie, że banda świrów w polskiej przestrzeni publicznej wykręca pomału klamki w moich oknach, wygłusza wnętrza i wiąże przaśne supły na plecach w białym kaftanie .

Zaczynając od początku. Tytuł profesora nauk medycznych do czegoś zobowiązuje. Oprócz poprawnego podpisania twarzy w telewizji, kiedy wije się człowiek jak wieszcz w historiach, których się tak niebywale brzydzi, a których niewątpliwie nie raz był świadkiem, to „profesor” w głowach wielu ludzi oznacza nic innego jak „inteligentny”. Inteligentny Bogdan Chazan. Zobowiązuje zatem (jak mniemam oczywiście, bo sama tytuły wspomnianego nie posiadam) do wypowiadania się racjonalnie i rzeczowo oraz do budowania zdań, które ujdą za względnie czyste od obłąkania. Tymczasem staje czlowiek przed społeczeństwem akademickim. Prawi, że skoro popierają czarny marsz i za irracjonalne mają dla przykładu miesięcznice smoleńskie i odmawianie różańca w deszczu, śniegu, tropikalnym słońcu i równikowym gradzie, miesiąc w miesiąc od sześciu lat, to zapewne A: są nad wyraz szczupli i B: będzie im ciężko zajść w ciążę. Przepraszam za tę swobodną interpretację poglądów prawicowych. Starłam się jedynie zgrabnie wczuć w przedstawianą psychozę i dogonić poziom profesorski.

Nonsens stwierdzenia brzmi nie mniej tak, jak gdyby próbowano przekonać naród, że codzienne popijanie oleju rzepakowego przedłuży palec wskazujący o dwa centymetry, a recytowana dwa razy w tygodniu Inwokacja poprawi witalność skóry. Fanatyzm, który bije z podobnych stwierdzeń jest tak silnie odurzający, śmierdzący i drażniący, że bez wahania wynoszę się z tego autobusu i dalej idę pieszo. Dziękuję bardzo, wysiadam. Panie Profesorze, nie miej Pan ludzi za idiotów. Chyba nie docenił Pan przeciwnika.

Prostując absurd, który próbuje się nieść jak prawdy oświecone, daleko mi od prawicy, irytuje lewica, ale na fanatyzm to się powinno ludzi szczepić, bezwzględnie. Jestem, jak mawiają, „ulaną” babą w rozmiarze 42,  rozmiar buta 39. Z płodnością chyba nie najgorzej, skoro po domu podskakują dwa dowody. Córka i syn. Na całe szczęście nie było mi nigdy dane znaleźć się w sytuacji zagrożenia życia i stanąć twarzą twarz ze specjalistą takiego pokroju. Z hipokrytą. Po prostu. Nie wiem, jak powinnam się odnieść do rzeczywistości człowieka nawiedzonego, ale albo jako grubas zobowiązana jestem zmienić front polityczny, albo w imię poglądów wysuszyć się do zera. Przepraszam, czy jest na sali ukryta kamera?

Nawiążcie kółko wzajemnej adoracji z podobnymi siewcami sprawiedliwości, np. z Panem Terlikowskim. Stwórzcie nowoczesne „obiady czwartkowe”, które naśladując osiemnastowieczną tradycję spotkań polskich intelektualistów, dadzą wam zielone światło na podobne demagogie. Na środku pokoju postawcie młyn i nie zapomnijcie lać na niego wodę. Niech się kręci. Niech nie przestaje. Siedźcie sobie, grajcie w karty, palcie cygara, rzucajcie lotkami do zdjęć feministek i twarzy ludzi telewizji, którzy stoją do was w opozycji. Do twarzy zwykłych Polek i Polaków też strzelajcie. Dobrze wam to wychodzi.

Ale zamknijcie usta Panowie, o ile nie macie nic sensownego do powiedzenia.

Tylko tyle i aż tyle.


5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 października 2016
5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju
Fot. iStock/stock_colors

Jak wiele zupełnie niepotrzebnych spraw zakłóca nasz wewnętrzny spokój. Zbyt często jesteśmy rozedrgani, rozkojarzeni, rozdarci między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością. Zbyt często wyolbrzymiamy problemy, które dzięki nam urastają do rangi życiowych katastrof. Jeśli żyjemy w poczuciu nieustannego niepokoju, to nie jest dobre życie.

Co przeszkadza nam w osiągnięciu wewnętrznego spokoju

Natrętne myśli, obsesyjna próba kontroli

Kto nie zna sytuacji, w której tak intensywnie o czymś myślimy, nie dopuszczając do siebie świadomości, że nasze wyobrażenie może być mylne, że się „blokujemy”?

Znajoma „umiera” za każdym razem, gdy jej mąż wychodzi na służbową kolację. Myśli o tym jak on się doskonale bawi, podczas kiedy ona tkwi sama w niemowlęciem w domu. Wyobraża sobie jego swobodne rozmowy z koleżankami i zdawkowe odpowiedzi, które otrzyma od niego po jego powrocie do domu. I faktycznie, kiedy on wraca, jest już tak negatywnie nastawiona, że, mimo najszczerszych chęci, trudno się z nią porozumieć.

Koleżanka nie potrafi pogodzić się z dorastaniem syna. Wakacyjny obóz, na którym pojechał z z klubową grupą sportową jest dla obojga koszmarem – przez jej ciągłe telefony. Wyobraźnia podpowiada jej obrazy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby zamiast dążyć do pełnej kontroli potrafiła zaufać – relacja między matką a synem byłaby o wiele bardziej zdrowa i autentyczna. Tam, gdzie jest zaufanie jest też zazwyczaj chęć bycia szczerym, udowodnienia, że jest się tego zaufana godnym

Kompleksy, negatywny obraz samej siebie

Może nosisz je w sobie, jak znamię, od dzieciństwa, może „nabawiłaś się” ich na skutek różnych życiowych doświadczeń. Twoja wiara we własne siły jest złamana, z jakiegoś powodu widzisz w lustrze „gorszą” wersję siebie, tak odstającą od tego, kim chciałabyś być. Porównujesz się często do wszystkich, których podziwiasz i cenisz, w tych porównaniach wypadasz oczywiście zle, w najlepszym wypadku – przeciętnie. Ale też, nie spodziewasz się niczego innego. To jest bardzo dziwny niepokój, takie rozdarcie między wewnętrznym pragnieniem by być „kimś lepszym”, a przeświadczeniem, że i tak ci się nie uda.

Nierozwiązane, nieprzepracowane problemy z przeszłości

Wracają do naszych głów w najmniej odpowiednich momentach, psując to, co co dobre, zasłużone, odbierając możliwość spokojnego życia „tu i teraz”, czasem blokując możliwość rozwoju emocjonalnego. I wpływając na nasze relacje z najniższymi. Bo jakim prawem oczekujemy harmonii i sielankowego spokoju w związku z ukochanym, gdy w głowie i w sercu niebezpiecznie piętrzą się obrazy i zdarzenia, które natychmiast „przyklejamy” jak kalkomanię na na związek?

Jak odzyskać wewnętrzny spokój – Droga pięciu ścieżek

Osiągnięcie stanu psychicznego komfortu to zawsze efekt naszej ciężkiej pracy nad sobą. Warunkiem powodzenia tej całej „akcji” jest konsekwencja, przekonanie, że zmiany są nam potrzebne, że przyniosą upragniony stan duszy: bezpieczny spokój.

Ścieżka pierwsza: Ustalenie priorytetów

Kiedy targa tobą niepokój, odpowiedz sobie na pytanie : co jest dla mnie tak naprawdę ważne? Czy bardziej niż na własnym szczęściu i poczuciu, że postępujesz zgodnie ze sobą, zależy ci na dobrej opinii wśród innych?

Czy wolisz podejmować działania, kosztem twojego zdrowia emocjonalnego (i fizycznego również), tylko dlatego, że masz wrażenie, że się tego od ciebie oczekuje? Czy naprawdę wszystko musisz kontrolować, mając świadomość, że na większość rzeczy nie masz wpływu?

Ścieżka druga: Nauka podejmowania decyzji

Skoro ustalisz priorytety, wiesz już jakie decyzje podjąć, by żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Problemem pozostaje jak zwykle konkretne działanie. Wdrażanie podjętych przez siebie decyzji wymaga czasem sporej odwagi (zwłaszcza, gdy w konsekwencji obróci twoje dotychczasowe życie o 180 stopni), czasem umiejętności wychodzenia ze strefy komfortu. Nie oczekuj szybkich efektów, nie nastawiaj się też, że będzie bardzo trudno. Spróbuj na chwilę odsunąć wszystkie skrajne emocje na bok.

Ścieżka trzecia: Akceptacja

Podstawą wewnętrznej równowagi jest umiejętność godzenia się z tym wszystkim, na co nie mamy wpływu (a dotyczy to właściwie większości zdarzeń, które przynosi nam życie). I nie chodzi tutaj o smętne podawanie się złemu losowi, ale o to, by wiedzieć, kiedy odpuścić.  Nie oczekuj, że twoje życie będzie wspaniałe i bezbolesne. Już przychodząc na świat, sama przynosisz cierpienie, dając jednocześnie mnóstwo miłości i radości. Odpuszczaj, nie trzymaj się kurczowo złych emocji, wspomnień i ludzi.

Ścieżka czwarta: Przekonanie, że jesteś warta miłości

Przede wszystkim, tej najważniejszej – własnej. Kiedy stać cię na miłość do siebie samej, na wybaczanie sobie błędów i niedoskonałości, na bycie ze sobą samą szczerą, a w stosunku do siebie troskliwą – stać cię na najpiękniejszą miłość. Dobra miłość przynosi wewnętrzny spokój, bo organizuje życie, zaprowadza w nim harmonię i porządek. Zła miłość lub brak miłości własnej to życiowy chaos i destrukcja.

Ścieżka piąta: Nauka bycia szczęśliwym

Bycie szczęśliwym to dostrzeganie wartości i dobra w tym wszystkim, co już mamy, w relacjach, które tworzymy z – nie tylko najbliższymi – ludźmi. Mi osobiście wydaje się, że to najtrudniejsza z pięciu ścieżek. Cieszyć się tym, co posiadamy, nie pragnąc niemożliwie więcej, potrafi niewiele osób. Niech będą dla nas wzorem.

Jeśli potrafisz już kroczyć każdą z tych ścieżek, choć po trochu, jesteś na najlepszej drodze by osiągnąć wewnętrzny spokój.


Zobacz także

Fot. iStock/domoyega

Lubisz czasem skłamać? Przekonaj się, jak to wpływa na twoje zdrowie i relacje z innymi

Facebook/ Andrzej Mleczko

Andrzej Mleczko – zbiorowa histeria, czy kompletne niezrozumienie satyry? Nie jesteśmy przypadkiem „lekko” przewrażliwieni?

Fot. iStock/Sirius_clouds_fan

Kobiety są wkurzone. To wynik olbrzymiego napięcia i przekonania, że najwyższa pora na zmiany. To nie czas na uprzejmości!