Hej. Panowie, obudźcie się! To, że sprzątamy, nie znaczy, że jesteśmy waszymi prywatnymi sprzątaczkami!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 października 2016
Fot. Casarsa/Casarsa
Fot. Casarsa/Casarsa

Tak sobie myślę, że fajni ci nasi współcześni faceci. Że z wózkami widać jak chodzą, i na placach zabaw z dziećmi się bawią, i na osiedlowych boiskach z dziećmi grają i na tacierzyński idą. Fajnie, że są te chwalebne wyjątki, które wiedzą, że bycie facetem, to nie tylko bycie głową rodziny i zadzieranie z tego powodu nosa wyżej niż jakakolwiek ustawa przewiduje.

Dobra było miło, ale się skończyło, bo jednak rozglądając się wokół, ci fajni są jednak w mniejszości. Faceci  chętnie powielają stereotyp swoich ojców. Ooo, już słyszę oburzone głosy psychologów – że wzorów nie mieli, że pokutuje w nich obraz ich własnych ojców. No, ale sorry. Dla chcącego nic trudnego. Jeśli kobiety chcą rozwijać się zawodowo, to się rozwijają i jak widać nie ciąży na nich obraz matki, która przez osiem lat siedziała w domu na macierzyńskich i wychowawczych, bo takie czasy były. Nie biegała na fitness, czy na warsztaty samodoskonalenia – bo nawet nikt nie myślał, by dla kobiet takie coś stworzyć. A jednak. My potrafimy, bo chcemy. A faceci tacy biedni bez wzorców. Oni wiedzą, jak zarobić kasę, jak utrzymać rodzinę, ale nie nadążają (w większości, żeby nie było, że generalizuję) za swoimi kobietami. Nadal są samcami alfa, którym za ich poczucie odpowiedzialności za rodzinę (z realizacją bywa różnie) należy się podziw, szacunek, piwo do ręki i ciepłe kapcie. No i seks oczywiście, a jakże, będący obowiązkiem małżeńskim niemal każdej kobiety. Oj tam i możemy się zarzekać, ze nieprawda, że te czasy już minęły, że kobiety bardziej świadome siebie i swojej wartości. A jednak wpadamy w pułapkę patriarchatu (tfu nie lubię tego słowa) chcąc dogodzić facetowi na każdym polu, mając swoje potrzeby kompletnie za nic. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że każdy facet skrzętnie to wykorzysta. Wyciśnie z tego dogadzania, ile się da. Zresztą, kto by nie wycisnął. I odnoszę czasami nieodparte wrażenie, że my jakoś tak ulegamy, że budzi się w nas ta matka, co obiad z dwóch dań złożony pod nos mężowi podtykała, obojętnie, czy pijany, czy pracujący, czy ją wspierający.

Kurde no. Możemy zaprzeczać i mówić: „Co to to nie”, ale może czas najwyższy facetom pokazać, że to iż my oddane jesteśmy i przyjemność im z miłości sprawiać chcemy, wcale nie oznacza, że tak musi być. Bo nie musi. Może czas najwyższy jasno wyrazić, że

– to, że sprzątasz nie oznacza, że jesteś jego prywatną sprzątaczką

I nie będziesz mu ogarniać jego przestrzeni. On nie zauważy, że naczynia pomyć trzeba, kibel wyszorować, resztki po paście ze zlewu usunąć. To się „samo” dzieje, więc po co on ma się tym przejmować. Klejąca się podłoga w kuchni? No kleiła się i przestała. Nożesz k*rwa. Sama przestała? Wyjaśnimy sobie jedną podstawową rzecz – to że ona lubi porządek, nie oznacza, że on może mieć to w d*pie. Bo nic się samo nie zrobi. A jak tego nie zauważy, to całe to sprzątanie może mu stanąć mopem w gardle, kiedy okaże się, że ona odeszła, bo nie chciała mieszkać z kimś, kto nie szanuje jej pracy i ich wspólnej przestrzeni. Ot i tyle. A znam panie przeczulone na tym punkcie, oj znam.

– to, że gotujesz, nie oznacza, że jesteś jego prywatną kucharką

Kto by nie lubił być codziennie w restauracji, która serwuje, co ma najlepszego zawsze pod nos. Bo dba o klienta, bo klienta kocha, bo klient daje jej poczucie ważności istnienia. Prawda? Kurde, gdyby mi ktoś dzień w dzień podsuwał pod nos, to co najlepiej potrafi ugotować, to w życiu bym się nie zamieniła rolami. I jak to jest drogie panie – trochę same sobie robimy krzywdę rozpieszczając tego typa, który z nami mieszka i mówiąc mu: „Daj ja ugotuje, tylko syfu w kuchni narobisz”. A niech narobi i niech posprząta później. To, że ugotuje, to naprawdę nic nadzwyczajnego i w nagrodę nie trzeba po nim myć szafek, kuchenek i naczyń. Mówię zupełnie poważnie.

– to, że pierzesz i prasujesz, nie oznacza, że jesteś jego garderobianą

„Gdzie jest moja koszula” – spytał gniewnie mąż mojej koleżanki. „Powinna być szafie” – odpowiedziała, ale ruszyła z miejsca sprawdzić. „Czekaj chwilę, tylko wyprasuję” – krzyknęła do mnie zza drzwi ich sypialni. Myślę – nożesz ku*wa, to ja tu w gościach, wino piję, a taki oprych przylezie i do prasowania ją zmusza? „Ach wiesz, on tak ma” – odpowiedziała, gdy spytałam ją o podział jakiś obowiązków i dbania o swoje rzeczy. No tak ma, bo się przyzwyczaił, bo poszedł, jak po swoje, bo nigdy sprzeciwu nie przyjął, a może go nie usłyszał. Skarpetki brudne zostawi, a kilka dni później czyste w szufladzie znajduje, czyż nie cudnie? Cudnie, bo mój facet pierze i wiesza pranie i nawet ściąga z suszarki. Oboje tylko mamy problem z układaniem ubrań w szafie… Przydałby się ktoś trzeci, komu ten obowiązek domowy wcisnąć by się dało.

– to, że umilasz mu czas, nie oznacza, że jesteś jego czasu animatorką

Kochanie, a może do kina, a może na tańce, a może na kolację, a może na weekend byśmy pojechali, a może byś mnie w d*pę pocałował. No ja pierdzielę. A co to książę wam wspólnego czasu zaplanować nie potrafi? Biletów na koncert kupić, do teatru zaprosić nie da rady? Na miłość boską. No przecież mózgu mu praca i miłość do ciebie nie wyżarła. Wie, co tobie sprawi przyjemność. Że nie wie? No to sorry, czas najwyższy by się dowiedział i ruszył swoje szanowne cztery litery z kanapy i zrobił coś dla was. Tylko my wymagać tego musimy. I nie odpuszczać. A że boisz się, że on i tak nic nie zaproponuje. To sprawdź, czy nie boisz się przypadkiem z takim typem resztę życia swojego spędzić.

Ja nie jestem kobietą idealną. O matko, co ja gadam! Mi do ideału jak z Warszawy do Chin. Jak mi się nie chce sprzątać, to nie sprzątam i czasem on częściej dba o pusty zlew w kuchni niż ja i wie, że odkurzać nienawidzę, więc odkurza. Gotuję, jak mnie najdzie ochota. Wtedy wszystko – zupy, sałatki, kotlety, ciasta wjeżdżają. Tylko z tą ochotą różnie bywa i czasami zanika, a wtedy on pyszny żurek gotuje o i wątróbkę z jabłkiem dobrą. Jak raz karczemną awanturę zrobiłam o zasyfiałą kuchenkę po jego gotowaniu, to się już nie powtórzyło. I nie to, że ja zołza. Partnerstwo w związku traktuję jak partnerstwo, więc na zmianę pościel zmieniamy, prześcieradła z gumką składamy i naciągamy. I jak któreś ochoty na seks nie ma, to nikt się nie obraża.

Można, phi – jasne, że można. Tylko na głowę nie można pozwolić sobie wejść i klapek na oczy założyć, że oto trafił się nam facet, jak ślepej kurze ziarno i jak mu usługiwać przestaniemy, to nas porzuci dla tej co dość dobra dla niego będzie. Jak tak, to niech inna pierze mu skarpety i gacie i skacze podgrzewając obiad do odpowiedniej dla niego temperatury. Chce się w to bawić – bardzo proszę. Kto komu zabroni. Tylko niech później łez nie leje, że ona taka biedna, a on ch*j i prostak, co to ziemniaków nawet ugotować nie potrafi i prezentu na rocznicę ślubu nie kupi.


Być żoną idealną. Kto mi do cholery podsunął ten pomysł?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 listopada 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
Fot. iStock / Todor Tsvetkov

A gdyby tak zostać żoną idealną choć na jeden dzień. Pomyślałam o tym jakiś czas temu, ale realizacja tego zadania jakoś odkładana jest przeze mnie na coraz wyższą półkę. Brzydzę się idealności, bo w nią nie wierzę. Ale wiecie, jak to jest. Jak się nie spróbuje, to się człowiek nie przekona. A eksperymenty najlepiej robić na sobie. A tu jeszcze cel wyższy, bo w końcu chcesz być idealna dla kogoś, kogo kochasz. To jemu chcesz sprawić przyjemność i pokazać: „Kochanie, gdzie ty znajdziesz lepszą ode mnie”, zwłaszcza, gdy myślisz: „Matko, każda ode mnie byłaby lepsza” czepiając się po raz kolejny jakieś pierdoły. Bo ty z tych, co to w tyłek nie wchodzi, matki własnego męża nie udaje, czystych i wycerowanych skarpetek pod nos nie podsuwa. A raczej krzyczy, wymaga, drze się, jak on kawałek rozkrojonego pomidora na desce zostawia i maselniczkę otwartą na blacie, a koty tylko czekają na taką okazję.

No nie. Ja z tych trudnych, co to pranie zostawia w pralce na dwa dni i zdziwiona jest, że on nie porozwieszał. No jedno pierze, drugie wiesza, trzecie ściąga, czwarte układa. Sprawiedliwie prawda?

No i z gotowaniem różnie. Bo choć gotować lubię, to nikt nie powiedział, że w kuchni spędzę pół życia, a bynajmniej pół mojego dnia. Trzy obiady pod rząd to szczyt mojej wytrzymałości, a najlepiej, gdy w jeden dzień zupa, która na drugi zostanie. Później bez skrupułów pałeczkę w kuchennej sztafecie jemu przekazuję. W końcu, jak się chce to i gotować się można nauczyć. I to jak gotować!

Ale miało być o idealnej. Może bycie nią wcale nie boli, a uratować trudne chwile w małżeństwie zdoła? Bo nie ma co się oszukiwać, my baby, uwielbiamy komplikować sobie życie, wyszukiwać problemy, załamywać ręce i narzekać na tysiące głupot, które nam podobno w życiu przeszkadzają.

A gdyby tak raz inaczej? Gdyby tak od samego rana z poczwarki przeobrazić się w pięknego motyla i przywitać świat i partnera uśmiechem i słowami: „Kochanie, co byś zjadł na śniadanie”. Myślę, że to pierwsze wrażenie już byłoby piorunujące. Spojrzałby podejrzliwie, rozejrzał się dookoła, czy to aby na pewno do niego i uszczypnął, czy czasem nadal nie śpi.

A my w tym czasie już jajeczniczkę byśmy smażyły, kawę pyszną robiły z odrobiną cukru, taką jaką on lubi najbardziej. Warto pamiętać, żeby w pracy poinformować, że się tego dnia spóźnimy, bo nie da się być idealną wszędzie – i w domu i w pracy. W końcu życie wymaga poświęceń i ustawienia własnych priorytetów. Chociaż tego jednego dnia, niech on – mąż, partner, czy kochanek (tfu, dla kochanka to my raczej zawsze idealne jesteśmy) jest najważniejszy.

Uśmiech – to podstawa sukcesu akcji „Idealna”. Kiedy już potowarzyszymy mu przy śniadaniu, kiedy niby to niespiesznie odstawimy naczynia do zmywarki jest szansa, że on w szoku wyjdzie z domu. Wtedy można włączyć turbo przyspieszenie, tylko najpierw lepiej upewnić się, czy on nie wpadnie po zagubione kluczyki od auta, kiedy my siarczyście będziemy kląć stojąc na środku pokoju z jedną nogą wciśnięta we właśnie co podarte rajstopy. Och kochanie, to taki wypadek przy pracy. Się wymsknęło.

Dalszy przebieg dnia bez zmian, czyli wściekłość, furia w ulicznych korkach, w myślach przeklinanie gościa, który zajął nam ostatnie miejsce parkingowe i wyszarpywanie zawsze za ciężkiej torby z samochodu, z której raz za razem cała zawartość wysypuje się w służbowej windzie, gdy szukamy pomadki do ust… Lajf.

Ale nie wychodźmy do końca z roli. SMS do męża: „Kochanie tęsknię”, „Jak ci mija dzień”, „Dzisiaj zrobię, czego zapragniesz”. Pal sześć czy odpisze, tym już dawno przestałyśmy się przejmować, ważne by na nim zrobić piorunujące wrażenie po raz kolejny. Uśmiechasz się pod nosem wyobrażając sobie jego minę, kiedy na jakimś ważnym zebraniu odbiera MMS-a ze zdjęciem twoich piersi zrobionym w służbowej toalecie. A niech ma.

O obiedzie nie możesz zapomnieć. To nie ten dzień. Zaplanuj coś wyjątkowego, coś co on lubi najbardziej, ale rzadko masz ochotę to robić. O wiem, gołąbki – tak to wymaga poświęceń, z pracy trzeba wyjść wcześniej.

Jeszcze dzieci. Do odbioru. „Nie, nie kochanie, ja dzisiaj wszystko ogarnę” – mówisz słodkim głosem przez telefon wbijając jedną ręką hasło do e-dziennika, żeby sprawdzić plan lekcji, bo NIGDY go nie pamiętasz.

Dobra, docierasz do domu. Z zakupami, dziećmi, które popołudnie spędzą u koleżanek i kolegów – to w myśl zasady, że idealną na wszystkich polach na raz być nie można. Idealna mama plus idealna żona – zadanie dla prawdziwych twardzieli…

Przyspieszamy. Ale wcale nie przebieramy się w dresy. Co to, to nie. Dobra, do tych gołąbków można, ale pamiętajcie, żeby wrócić do wizerunku idealnej, nim mąż do domu wróci.

I on – pomagasz mu powiesić kurtkę, pytasz jak minął dzień i UWAGA – słuchasz, co do ciebie mówi. U ciebie oczywiście było cudownie, wszystko w porządku, jakąś anegdotę ze sklepu może opowiedzieć. I oddychasz z ulgą, gdy on proponuje lampkę wina pytając, czy się dobrze czujesz.

Przyjaciółkom już wcześniej dałaś znać, żeby tego jednego wieczoru do ciebie nie dzwoniły, więc nie zerkasz nerwowo na telefon. Jesteś uwodzicielska, miła, przyjazna i nic nie mówisz, NIC – kiedy on nie gasi światła w łazience, nie domyka lodówki, mleko odstawia nie na tę półkę. MILCZYSZ, kiedy robiąc dla was kawę (o tak wspaniałomyślnie się zgadzasz) rozsypuje cukier po blacie, i przewraca wszystko w szafce w poszukiwaniu czegoś słodkiego na ząb (fuck, zapomniałaś). Uśmiechasz się uroczo, gdy proponuje film – wiadomo strzelanki, hulanka, swawole. I kiedy ośmielony już twoją idealnością proponuje, że może jednak byście się przenieśli do sypialni, ty… śpisz na kanapie. Jednak co za dużo, to nie zdrowo. I ponad siły. Moje bynajmniej.

P.S. Dzisiaj się zastanawiam, kto mi podsunął ten pomysł o byciu idealną? Musiałam mieć gorączkę. Zdecydowanie.


Co mnie wku*wia w poniedziałkach

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 października 2016
Co mnie wku*wia w poniedziałkach
Fot. iStock/SIphotography

Nie cierpię poniedziałków. Co więcej wkurzają mnie niemiłosiernie, jakbyśmy nowego tygodnia nie mogli rozpoczynać od na przykład środy. O ile przyjemniej by było. Weekend za nami. Odpoczynek po weekendzie zasłużony i w środę z trzeźwym u wypoczętym umysłem można ruszyć w nowe.

Ale ktoś postanowił się nad nami poznęcać i wymyśli, że to właśnie poniedziałek będzie tym dniem, którego najbardziej nie będziemy lubić, który stanie się tematem drwin i niewybrednych żartów, ba – nawet tekstów piosenek.

Ale gdyby tak zastanowić się dłużej, to czymże ten poniedziałek zasłużył sobie na miano najgorszego dnia w tygodniu u większości społeczeństwa. Pomyślmy.

Szaro-buro – nienawidzę. Jestem w stanie przełknąć poniedziałki, kiedy słońce wschodzi przed 5:00 rano, ptaki śpiewają i jakoś tak raźniej wejść poniedziałkowe tryby. Ale kiedy dzwoni budzik, a na dworze jeszcze ciemni, kiedy wystawienie stopy spod kołdry nie ma nic wspólnego z przyjemnością, to cóż… Kto by nie został w łóżku na resztę dnia, ba nawet na dwa dni, co by odespać nocne oglądanie filmów, imprezowanie, albo ząbkowanie dzieci.

Pierwsza myśl jaka mnie dotyka w poniedziałek to: „Matko, dlaczego to nie niedziela. Dlaczego dni wolne i miłe tak szybko się kończą, a my zostajemy wciągnięci w rozgrywkę między pracą, placówkami dzieci a zakupami, obiadami i marudzącymi kolegami w pracy”. Wrrr.

I dzisiaj nie wiem, co mnie bardziej wk*rwia, to że jest poniedziałek, czy ty, że my samy doskonale sobie psujemy humor.

Bo gdyby tak zrobić wszystko na odwrót i z samego rana pomyśleć, że ten poniedziałek jednak fajny. I że miło, że czas względnego rozleniwienia kończy, bo co by było gdyby go rozciągnąć. Snulibyśmy się po domu kombinując, co by tu zjeść, co obejrzeć i ewentualnie, czy może z nudów pościel wyprać. A tak. Poniedziałek każe się nam zmobilizować, tyłki z kanap dźwignąć i ruszyć na podbój świata. Bo poniedziałek, tak jak początek tygodnia, tak może być początkiem czegoś zupełnie nowego.  Gdyby tak spojrzeć na niego z ciekawością, ze świadomością kolejnej szansy. Tak, wiem, trochę naciągane, zwłaszcza, gdy siedzicie z kubkiem ciepłej kawy próbując odkopać się z maili i myśląc nad przedweekendowymi zaległościami. Nic przyjemnego, a jak jeszcze z boku ktoś ci jęczy: „O matko, ale pogoda”, „No teraz to już tylko dół, bo jesień”, „Kto to widział w taki dzień przychodzić do pracy” – nie ma co, cudownie. Po prostu aż chce się żyć i prosić o więcej.

A jak dorzucimy do tego ludzi z ulicy ubranych w bure kurtki, z naciągniętymi na głowy kapturami i czapkami, którzy przemykają tak, by stać się niewidzialnymi, to gdzie tu powód do radości, gdzie chęć do działania, do wzięcia do cholery życia w swoje ręce, jak jedyne co w ręce chcemy wziąć, to ten koc ciepły, co w domu został.

I słyszysz, że chleb więcej kosztuje, że ogrzewanie jakieś kiepski, a zapłacić trzeba będzie, że buty znowu kupić, a dzieciakom kurtki. Że ogólnie jest źle i do dupy i już z pewnością gorzej być nie może, choć wiemy, że może i że powód do marudzenia zawsze się znajdzie. Do marudzenia i dołowania innych, którzy własny dół mają i uwierzcie czasami naprawdę, próbują go zakopać. Tylko jak? Jak na łeb pada, jak auto w kałużę wjeżdża, jak od rana dzień rozświetla tylko żarówka, a słońca nijak nie widać? Jak wleźć w ten poranek w kolorowych butach, z myślami zajętymi tylko dobrymi rzeczami?

W poniedziałkowy poranek wk*rwia mnie wszystko. To, że wstać muszę, że zimno, że kawa szybko stygnie, że mleko w lodówce, to 3,2% a nie 0.5% – choć na co dzień mam to w dupie. Że dzieci do szkoły muszę budzić, a pospać by jeszcze mogły, że pies ma łapy czarne i zabłocone, a mi czasu brak na ich wytarcie. Że pani ze sklepu patrzy jakoś dziwnie i jeszcze ziewa, i że moje ulubione drożdżówki akurat w poniedziałek nie dojechały na czas. A to miało być moje światełko w tunelu, ta drożdżówka do kawy miała być odtrutką na poniedziałkowy spleen. Ale nawet to mi w poniedziałek odebrano. Czemu nie we wtorek, albo w czwartek, gdzie machnęłabym ręką i zjadła sobie chleb z miodem. Nie, akurat w poniedziałek, gdzie miodu jeszcze kupić nie zdążyłam, poza tym nie tak zaplanowałam sobie ten poranek.

I naciągam te buciory ciężkie i płaszcz coraz to cieplejszy z szafy wyciągam i myślę sobie: „Za jakie grzechy mam ciągnąć nogę za nogę brnąć w ten chłód i dożdżówkowy głód?”. Kto to widział, żeby tydzień zaczynać od pana, który cię mija i nie ma najmniejszego zamiaru się uśmiechnąć, od psa, co to umila nam porankowy zapach na trawniku obok domu, a jego właściciel na nasze: „A może worek na kupę” najchętniej zamordowałby wzrokiem. A ty w myślach widzisz, jak tą kupą wysmarowane jego dzieci biegają. Nie ma co, tak każdemu z rana pożyczyć dobrego dnia. Pani, co przepycha się w drzwiach sklepu, panu co zamyka nam drzwi tuż przed nosem, jakbyśmy nie byli widoczni. Dzieciakom co wchodzą na pasy, jakby auta nie istniały. I panom od świateł, co to właśnie się popsuły… Dobrze, że pasów od tej porze roku nie malują.

W poniedziałek wszystko co złe jest bardziej i mocniej. Chciałabym nie istnieć, zapaść w sen jednodniowy. Ruszam tyłek na spotkanie z nowym tygodniem. Próbuję wykrzesać z siebie jakiś nikły uśmiech i pomyśleć, że może jednak coś dobrego mnie dziś spotka, oprócz faktu, że ten dzień się w końcu skończy… I tego wam też dziś życzę. Znad kubka kawy, tony maili i tysiąca telefonów. Jak chcecie pomarudzić – bardzo proszę, macie we mnie wiernego towarzysza poniedziałkowej niedoli.

P.S. Na szczęście jutro już wtorek… tylko czy brzmi to jak pocieszenie?