Gwiazdy wyznają, czego podejmą się w imię miłości. A ty, co jesteś w stanie zrobić?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. Screen z YouTube / Christian Dior
Fot. Screen z YouTube / Christian Dior
 

Miłość często wiąże się ze zmianami. Czasem musimy dla ukochanej osoby przenieść się do innego miasta czy zmienić pracę. Innym razem nieco przewartościować nasz system wartości, pójść na kompromis lub robić rzeczy, które wcześniej nas nie interesowały. O ile przyjmujemy te zmiany świadomie i bez przymusu, wszystko jest w porządku. Czy zastanawiałaś się kiedyś, jakie wyzwania jesteś w stanie podjąć w imię miłości? A może masz już za sobą wielkie zmiany, które przyniosły oczekiwane rezultaty? Jest okazja, by opowiedzieć o tym światu.

W najnowszej, interaktywnej akcji Diora #DIORLOVECHAIN wzięły już udział największe gwiazdy. Natalie Portman, Robert Pattinson, Johnny Depp i Jennifer Lawrence wyznali przed kamerą, co mogliby zrobić dla ukochanej osoby. Gwiazda „Czarnego łabędzia” powiedziała, że w imię miłości mogłaby uciec na koniec świata, a Jennifer Lawrence, odtwórczyni głównej roli w „Igrzyskach śmierci” przyznała, że zniosłaby wiele niedogodności – np. mogłaby udawać, że spanie w seksownej bieliźnie jest naprawdę wygodne.

W akcji może wziąć udział każdy, kto ma odwagę opowiedzieć o swoich uczuciach. Wystarczy zrobić zdjęcie lub nagrać wideo i opublikować je w mediach społecznościowych z hasztagiem #driorlovechain. Chodzi tu jednak nie tylko o wywołanie pozytywnych emocji. Departament Dior Parfums zobowiązał się do wpłacenia jednego dolara na fundusz charytatywny „We Organization” za każde, oznaczone zdjęcie lub nagranie. Zebrane pieniądze posłużą do ratowania najbiedniejszych obszarów Kenii. Najpopularniejsze materiały zostaną także opublikowane na stronie głównej Diora i zaprezentowane na specjalnej wystawie w Szanghaju w 2018 roku.

A ty na co jesteś gotowa w imię miłości?


 

Źródło: Dior

 


Tymon Tymański na najbrzydszym podwórku. Takie miejsca można zmienić w wyjątkowe, jeśli tylko chcemy. Naprawdę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 września 2017
Arch. prywatne
Arch. prywatne
 

Wylądowałam wczoraj na koncercie. Na koncercie na podwórku starej, zaniedbanej kamienicy, gdzie wśród biegających umorusanych dzieciaków, przy praniu wywieszonym na linkach (ręczniki, staniki i inne gadżety) grał Tymon Tymański.

Przyjechał dawno niewidziany znajomy pytając: „Rety, co tu się dzieje, naprawdę TU będzie koncert?”. I był. Dla tych, którzy zdążyli się dowiedzieć, którzy chcieli przyjść. Siedzieliśmy na pufach i krzesłach wyniesionych przez starszego, lekko zawianego pana – mieszkańca kamienicy, na chodniku, na schodach. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy. To taki klimat, który ciężko opisać, bo trzeba poczuć tę chwilową przynależność do ludzi, którzy się tam zjawili. Z winami pochowanymi w reklamówkach, z piwami, stojący koło kartki z napisem „Toaleta obok na PKS-ie”.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Kocham ludzi, którym się chce, jak to powiedział Tymon – dla których szklanka jest zawsze do połowy pełna. Bo jasne, że można usiąść, załamać ręce i powiedzieć: „życie jest do dupy”. Naprawdę, pewnie każdy z nas powodów do narzekań znalazłby co najmniej kilka. Zaczynając od pogody, przez pracę, kolegów w tejże, po kredyt na mieszkanie i drogie masło i dziury w ulicy.

Tak jest najłatwiej, najprościej. Usiąść i narzekać, nie zmuszać się do żadnego wysiłku mając dziesiątki usprawiedliwień:

– po co ja mam się starać, skoro innym się nie chce

– mam robić za kogoś? Nie jestem jeleniem

– inni mają w dupie, to ja też, co się będę wychylał

– dasz palca, to zaraz całą rękę ci wezmą, nie ma co zaczynać

– zawsze mogłoby być gorzej (moje ulubione)

– po co mam robić i tak nikt tego nie doceni

To tylko niektóre. Każdy ma pewnie w zanadrzu kilka swoich sztandarowych. Co jest takiego w nas, że boimy się spróbować, poprawić swoje życie, zrobić właśnie to, na co mamy ochotę. Tam na tym podwórku Wojtek z Magdą wymyślili ten koncert, w miasteczku, w którym dzieje się tyle, (może czasami ciut więcej) co w przeciętej Koziej Wólce. Nie musieli. Nie musieli szarpać się z sąsiadami, prosić o zgodę. Ja sama mogłabym powiedzieć: „a warto było? Dla tych kilkudziesięciu ludzi? A co z setką tych, którzy nie przyszli?”.

Ale nie pytam, bo dla mnie jasne jest, że było warto i choć im nie chodziło, żeby ich teraz na rękach nosić, to ja jestem im niezwykle wdzięczna za to doświadczenie. Za zrobienie czegoś tak naprawdę z niczego. Za zmianę obskurnego podwórka na chwilę w wyjątkowe miejsce. Nie musieli. Mogli pojechać sobie na weekend, mogli nie wpuszczać ludzi do swojej prywatnej toalety, mogli w końcu pomyśleć: „a po co? Dla kogo? Oni i tak nie docenią. I tak oberwiemy rykoszetem za to, że chcieliśmy coś zrobić”. I pewnie tak też myśleli, ale nie dali się ponieść niestety powszechnemu tumiwisizmowi i narzekaniu.

Dlatego kocham ludzi, którym się chce. Którzy nie tylko gadają i snują plany, ale faktycznie wprowadzają je w życie. I nie chodzi tu nawet o rzeczy, które możemy zrobić dla kogoś, ale o te ważne dla nas samych. Tkwimy po uszy we własnych bagnach próbując na resztkach oddechu wmówić sobie, że przecież mogło być gorzej i że właściwie co my możemy. No tak, jak się nie ubrało kaloszy stąpając po bagnistym gruncie, to tak można skończyć. Ale można spróbować z tego wyjść. Może to „można” jest kluczowe, bo przecież nikt nas nie zmusi do polepszenia swojego życia, to nasz własny wybór. Nasza wolna wola.

Ktoś powie: nie zawsze się da. Otóż jakiś czas temu w trakcie jednego z wywiadów rozmawiałam o tym, że przecież nie zawsze można, że są sytuacje, które naprawdę nas przytłaczają, z których trudno się wyplątać: kasa, dzieci w związku, kredyty, długi, choroba. Ale to wtedy usłyszałam, że jeśli nie mamy na coś wpływu, może warto zmienić perspektywę? Wkurza nas praca? Nie mamy szans jej zmienić, więc może doceńmy, że dzięki niej mamy kasę na przeżycie, obojętnie jaką, ale jednak. Jesteśmy nieszczęśliwi w związku, ale z różnych przyczyn nie możemy go zakończyć – znajdźmy pozytywy, pogódźmy się z sytuacją, a czerpmy radość gdzie indziej nie skupiając się tylko na tym, co złe.

To my decydujemy, w którym miejscu chcemy być. Tylko od nas zależy czy utkniemy w przekonaniu, że naprawdę warto nic nie robić, czy jednak zrobić jeden mały krok do przodu, by wypełnić nasze życie jakąś pozytywną wartością?

Jasne, że to wymaga cholernie ciężkiego wysiłku, aby wyjść poza to obskurne podwórko, poza zniszczone mury kamienicy i dach do wymiany, poza sąsiadów szukających na nas haka. Ale jak widać można. Można bardzo brzydkie, ale własne podwórko, zmienić w wyjątkowe, jeśli tylko chcemy. Naprawdę.


„Drodzy nauczyciele. Obserwuję Was z boku ich oczami, oczami rodzica lub dziecka: ignorowanego, nie mającego nic złego na myśli”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2017
Fot. iStock / mapodile
Fot. iStock / mapodile
 

Drodzy nauczyciele,

po przeczytaniu „Rodzicu, ja jestem po tej samej stronie co ty. Nie walcz ze mną w tym roku”. List nauczycielki miałam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem i podzielam poglądy autorki, z drugiej strony jako coach, psycholog i mama dwójki dzieci  mam okazję spotykać się i rozmawiać z dziećmi, rodzicami i nauczycielami. Wiem, z własnego doświadczenia, że wielu nauczycieli pracuje z pasją i kieruje się troską, zrozumieniem, empatią w stosunku do dzieci. Wiem, jakie dzieci przyprowadzają rodzice do placówek lub jaka młodzież uczęszcza do szkoły. Wiem, jak rodzice potrafią zachowywać się wobec nauczycieli. Wiem, ile wysiłku i pracy to wymaga, za jak małe pieniądze. Nie łatwo jest być nauczycielem. Oczekiwania są wielkie a możliwości czasami ograniczone. Braki sprzętowe, niskie wynagrodzenie, zły plan – zbyt dużo okienek, biurokracja. Aroganccy  roszczeniowi rodzice, rozpieszczone dzieci, brak autorytetu i wychowania – na to wszystko najczęściej narzekacie.

„Niektórzy nauczyciele są przekonani, że AUTORYTET jest im dany, niejako wpisany automatycznie w zawód. Co często słyszy się od nauczycieli – „On ma mnie słuchać ! ” „… jestem przecież nauczycielem”. A autorytet własny należy sobie samemu wypracować.  Każdy chce być traktowany z szacunkiem, sprawiedliwie, ale to działa w obie strony. Należy swoim zachowaniem, swoją osobą wzbudzać szacunek. Wymagasz – rób to sam czego wymagasz, swoją postawą daj przykład.

Rodzice skarżą się, że nauczyciele są nieuprzejmi, traktują ich jak wrogów, „z góry”. Często ignorują, a każdą uwagę traktują (interpretują) jako oskarżenie, pytanie jak atak. Przerzucają winę i odpowiedzialność na innych. Negując ich intencje.

Rozumiem zniecierpliwienie, kiedy non stop ktoś chce czegoś od Was, ale można zareagować z szacunkiem, kulturą i asertywnością. Wiem, że czasami jest to niemożliwe choćby ze zmęczenia. Ale jestem przekonana, że istnieje sposób na wypracowanie sobie zasad, które pozwolą na pogodzenie i zadowolenie wszystkich ze stron. W szkole moich dzieci jest elektroniczny dziennik i zeszyt do korespondencji.

Na przerwach, w czasie pełnienia dyżurów, nauczyciele potrafią pogodzić troskę o bezpieczeństwo dzieci z zaspokojeniem potrzeb fizjologicznych. Nie raz zdarzało mi się rozmawiać z nauczycielem, który akurat jadł lub pił herbatę. I nie przeszkadzało nam to w poprawnej i skutecznej komunikacji. Wszystko w granicach rozsądku i szacunku.

Rozumiem potrzebę spokoju, chwili dla siebie i jestem pewna, że kolejka rodziców ze sprawami pilnymi może doprowadzać do szału. I gdy przyjdzie kolejny petent – można stracić cierpliwość.

Dlatego z góry trzeba ustalić zasady wzajemnej współpracy. Można po ludzku powiedzieć, czego się chce i czego się oczekuje. Ustalić jasne zasady kontaktu , grubą kreską zaznaczyć granice.

Kolejna sprawa. Miałam kiedyś sesję z nauczycielem, który też chciał odpowiedzieć sobie na to pytanie – jak zainteresować tematem ucznia. Zadałam mu pytanie: Czy Ty będąc uczniem zainteresowałbyś się lekcją przez siebie prowadzoną, jeśli nie, to co mogło być tego powodem ? Co jeszcze mógłbyś zrobić ? Efekty go zaskoczyły, nie musiał wiele robić, aby efektywność jego pracy wzrosła.

Oczywiście pierwsze odpowiedzi mogą być: nic, już nic nie da się zrobić, już wszystko zrobiono, to ich wina – oni są za głupi, oni nie doceniają a ja się tak bardzo staram.  Dlaczego ja mam się bardziej starać i wymyślać „jak uatrakcyjnić lekcję”.

Ktoś może powiedzieć nawiedzona, nic nie wie. Ja obserwuję Was z boku ich oczami, nie stając po żadnej ze stron.

Oczami rodzica lub dziecka: ignorowanego, nie mającego nic złego na myśli. Który nie chęcią uprzykrzenia Wam życia, a troską, strachem: pyta, prosi. Który ma problemy, który stara się radzić sobie i czasami przetrwać.

Kiedyś zapytałam znajomej: czy robiąc zakupy po pracy, osobie ze sklepu (która ją obsługuje) okazuje szacunek i traktuje tak, jak sama chciałaby być traktowana. A ty jak traktujesz innych ? No właśnie, często tłumaczymy swoje zachowania, ale od innych WYMAGAMY. Jesteśmy zmęczeni, mieliśmy powód, ktoś nas zdenerwował, źle się czujemy, jesteśmy chorzy, mamy problemy itd.

Przyjrzyjmy się samym sobie zanim zaczniemy krytykować i wymagać. Pamiętajmy, każdy ma swoje życie (praca, dom, problemy). Nasze światy krzyżują się i wpływają na siebie. Jeśli w pracy jest źle, dbajmy o inne elementy, co pozwoli nam lepiej radzić sobie z tymi związanymi z pracą.

Nie oczekujmy, że inni poprawią nasze życie. Nie wymagajmy od innych, żeby nasze życie się zmieniło. Że „gdyby on/ona coś zrobiła to żyło by mi się lepiej, moje życie było by piękniejsze.” Zacznijmy od siebie.

Każdemu z nas przydałaby się wiedza z zakresu psychologi. A nauczycielom przede wszystkim. Polecam rodzicom, nauczycielom książki Jane Nelsen PD. Specyfika pracy z dużą grupą dzieci, w której każde dziecko jest inne, ma inny temperament, doświadczenia, pochodzi z innego środowiska rodzinnego, wymaga od Was większej wiedzy, wyższego poziomu umiejętności z zakresu psychologii i komunikacji. Nie tylko po to, aby rzeczywiście nauczać i wspomagać wychowanie, ale też dla samego zdrowia psychicznego.

Nauczyciele nie są od wychowywania, raczej od wspierania. Braków w wychowaniu nie da się szybko naprawić. Nie łudźmy się, że jest to możliwe przy 26 osobach– poznać, wychować, reagować, naprawiać, wspierać, rozumieć, a przy tym realizować podstawę programową. Można jednak nauczyć się prawidłowego reagowania, przy odrobinie zrozumienia i ciekawości sprawić, że Wasza praca stanie się łatwiejsza.

I ostatnia sprawa. „Idealny, bezkrytyczny nauczyciel”. Koleżanka, mówiła mi, że wielokrotnie na zebraniach Pani podkreślała, że potrafi pracować z każdym z dzieci, bo wbrew pozorom jedyne czego im potrzeba to poświecić im trochę czasu, uwagi i być wrażliwym na indywidualne potrzeby. Dzięki temu osiąga porozumienie i współpracę. Sama podobne zapewnienia słyszałam z ust nauczycielki mojego syna. Kocham dzieci, swoja pracę. Wiem, co robię, chce ich dobra, staram się. Widzę ich potencjał, staram się wspierać. Po czym po pół roku nadała etykietkę mojemu synowi i uważała go za „kogoś gorszego”.

Przepraszam, ale zawsze wtedy pojawia mi się głowie taka myśl: Nie jestem rasistą, ale asfalt musi mieć swoje miejsce lub: Jestem za równouprawnieniem, DLATEGO POMAGAM mojej żonie.

Każdy z nas nie raz „ładnie” mówił o tym, co robi. A nauczyciele mówią o tym, jak z myślą o dobrze dzieci oraz z szacunkiem do nich wykonują swoją pracę. Ale jeśli za słowami nie idą czyny, (kiedy postępowanie tego nie potwierdza, a zaprzecza) to nie ma to większego znaczenia. Mamy tendencje to automatycznego przypisywania cech osobowościowych na podstawie pierwszego wrażenia (Efekt aureoli, efekt halo, Efekt Pigmaliona) szufladkujemy, nie doceniamy. Przypisujemy im cechy. Mówimy znam : mocne i słabe strony. Ale czasami to nie do końca prawda. Zwłaszcza jak dzieci wchodzą w rolę, grają np. przed rówieśnikami, starają się dostosować lub po prostu po to, aby sobie z czymś poradzić.

Warto czasami, jak pisze autorka, spojrzeć na siebie oczami drugiej osoby. Rodzica, nauczyciela, ucznia, dziecka. Lub stanąć obok i nabrać innej perspektywy (asocjacja, dysocjacja )

Miłej pracy w nowym roku szkolnym.

Anna

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Zobacz także

Fot. iStock/macniak

Chcesz odbudować pewność siebie? Przestań używać tych sześciu słów!

Fot. iStock / Nicolas McComber

„Co u ciebie?” Super”. Naucz się jak wreszcie cieszyć się z życia

Fot. iStock / francescoch

Jak odzyskać wewnętrzny spokój? Nacisnąć hamulec i zacząć żyć wolniej?