Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z „cichych dni” – faceci czy kobiety?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 kwietnia 2016
Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z "cichych dni" - faceci czy kobiety?
Fot. iStock / 4FR
 

Faceci mówią, że dla nich kara „cichych dni” jest jak najlepsza nagroda. „W końcu przestała gderać”, „Chwila ciszy i spokoju” – mówią z uśmiechem kolegom. Rozsiadają się wygodnie na kanapie w domu, podczas gdy my miotamy się między praniem, sprzątaniem, a robieniem kolacji dzieciom.

Oczywiście wściekłość rozsadza nam mózg, a w głowie rozbrzmiewa: „O nic tego palanta nie poproszę”. A ten palant ma święty spokój. On wie, że ma kilka dni wolnego od wszelkich obowiązków, od naszych oczekiwań i… naszego gadania. A, że nie zrobimy mu kolacji? Myślicie, ze się tym przejmuje? Z dziką rozkoszą wyciągnie sobie kawałek kiełbasy z lodówki, do ręki weźmie jeszcze kawałek chleba i zasiądzie przed telewizorem.

Myślicie, że nasz foch, milczenie, czy obraza – jakkolwiek to nazwać, robi na nim jakiekolwiek wrażenie? My chcemy go ukarać za to, że:

– zapomniał o rocznicy ślubu

– nie odebrał dzieci z przedszkola

– zapomniał o zakupach, choć mu o nich przypominałyśmy

– wyszedł z kumplami i wrócił zalany w trupa

– nie pomógł nam w sobotnich porządkach, bo umówił się rower z kolegą,

a tymczasem on tę „karę” ma w głębokim poważaniu, zresztą słowo „kara” brzmi tu co najmniej śmiesznie. Bo my chcemy w ten sposób zademonstrować, że nam przykro, że smutno, że jesteśmy wściekłe, że nie podoba się nam, że po raz kolejny nas zawiódł. Tymczasem te nasze demonstracja, wywieszenie w domu flagi z napisem: „ciche dni”, mają zupełnie inny od zamierzonego przez nas rezultat.

Postawcie się w sytuacji faceta. Przyjmijmy, że jest to dość bystry gość i ma świadomość, że coś zawalił, że jest w nim poczucie winy, że „kurczę no, dałem d*py”. On już wie, że teraz przez dwa do trzech dni nie będziecie się odzywać. Nie jest mu początkowo z tym dobrze, gniecie ta cisza, ale w końcu przyjmuje to jako normę z (często jednak udawaną) pokorą (ale też ze skrywaną radością), to jednak może przez kilka dni pożyć sobie „w świętym spokoju”. Idzie się przyzwyczaić, a co tam.

A jeśli do czynienia mamy z facetem – gburem, ignorantem, który wychodzi z założenia: „No i co się takiego stało”? My strzelamy focha, a on jest najszczęśliwszy na świecie, że nie musi się tłumaczyć, przepraszać. Przeczeka kilka dni i wszystko wróci do normy, bo przecież wróci – prawda? Emocje opadną, „ona przestanie się czepiać” i on szczęśliwy ponownie wymości sobie wygodne miejsce w małżeńskim łożu.

Rozmawiałam z kumplem, któremu żona notorycznie funduje „ciche dni”. On mi powiedział: „Daj spokój, ile można się domyślać. Ja czasami nawet nie wiem, o co jej chodzi”. Pomyślałam – no tak, skąd ma wiedzieć, skoro ona nic nie mówi. Faceci na nasze „ciche dni” mają zawsze sprawdzony patent. Odczekają, porozkoszują się ciszą i po kilku dniach wrócą z kwiatami przepraszając właściwie sami nie wiedząc za co, albo pewnego wieczoru zaczną nas smyrać miło po plecach, aż zmiękniemy – wiadomo, że seks po kłótni jest najlepszy, nawet gdy tej kłótni formalnie w ogóle nie było.

I tak sobie myślę, że my tymi „cichymi dniami” robimy sobie więcej krzywdy niż pożytku. Bo jeśli się zastanowić, to z tego, że nie odzywamy się do naszego faceta, nie mamy żadnych korzyści – oprócz tej wiadomej – nie musimy z nim rozmawiać.

Musimy wszystko ogarniać same

Bo przecież jego o nic nie poprosimy. Więc, jeśli mamy w domu sprytnego i nastawionego na własną wygodę samca, to jemu w to graj. My zachrzaniamy, dwoimy się i troimy, a on w tym czasie korzysta z braku natłoku obowiązków i wyrzucanych niczym karabin maszynowy poleceń: „ubierz, podaj, odwieź, kup”. Dla niego idealnie byłoby, gdyby „ciche dni” trwały cały rok, z przerwami na seks na zgodę.

Nie tłumaczymy, o co nam chodzi

Strzelamy focha, a on rozkłada ręce. Jeśli jest choć trochę wrażliwy to spyta: „Ale o co ci chodzi, porozmawiajmy”. Ale my w żadnym wypadku nie mamy zamiaru nic tłumaczyć: „Niech się dupek domyśli” – rzucamy tylko w głowie. Ale jakie on ma szanse się domyślić? A jeśli nawet wykaże się nie lada inteligencją i wpadnie o co nam chodzi, to skąd ma wiedzieć, dlaczego nas to zabolało? Zwłaszcza, gdy dla niego rzecz, o którą strzelamy focha jest kompletną błahostką, nad którą nie warto się pochylać.

Same sobie robimy krzywdę

Bo nie dajemy upustu własnym emocjom. Zamiast wyrzucić z siebie, co nas boli i dlaczego, to my skrzętnie zamykamy kolejną pretensję j żal w skrzyneczce na kluczyk. Tam one sobie leża i czekają na moment, kiedy wszystkie na raz ze zdwojoną – co ja mówię, z tysięczną siła wyleją się i zaplują na śmierć wasz związek. Nie da się razem żyć i pielęgnować uraz, to zawsze prowadzi do tragedii.

Zwalniamy faceta z odpowiedzialności

No bądźmy ze sobą szczere. „Ciche dni” to jednak zachowanie rozkapryszonej dziewczynki, która tupie nóżką i mówi: „A masz, a masz. Pocierp sobie w ciszy i samotności”. Kochane, ale oni nie cierpi, nie ma co się łudzić. Wręcz przeciwnie nie ponosi żadnych konsekwencji tego, co zrobił, czym nas skrzywdził, sprawił przykrość.

A gdyby tak te „ciche dni” zamienić na „głośne”. Nie odpuścić, gonić, przypominać, upominać i mówić jak nam źle, zostawić go z listą rzeczy do zrobienia, podczas gdy my musimy wyjść na masaż to wszystko (po uprzednim dokładnym wytłumaczeniu co to „wszystko” oznacza) odreagować. Oczywiście za jego kasę.


8 rzeczy, których nikt nie powinien do ciebie mówić. Słyszysz je? Odwróć się na pięcie

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 kwietnia 2016
Fot. iStock / Nicolas McComber
 

Dużo ostatnio mówi się o właściwej komunikacji. Opasłe poradniki powstają na temat tego, jak ze sobą rozmawiać. Niestety, nieustannie przekraczamy czyjeś granice i ktoś przekracza nasze. Dlaczego? Cóż, trudne pytanie. Najważniejsze jest jednak to, by wiedzieć jak nie powinni odzywać się do nas ludzie. Nieważne, że to partner, szefowa, współpracownik, rodzic. Nie. Z szefem, oczywiście, będziemy postępować łagodniej, ale…. Im bardziej pozwalamy na przekraczanie swoich granic, tym gorzej się z tym czujemy.

 Każdy z nas popełnia mnóstwo błędów w komunikacji. Właściwie, gdy się temu bliżej przyjrzeć wszyscy to robimy. Agresja jest zła („jesteś nienormalna”) agresja bierna jest też zła („o nic mi nie chodzi”), złe jest milczenie i mówienie za dużo też jest złe. Uff.  Gdy usłyszysz poniższe słowa, nie czuj się winna. To tylko czyjaś sprawa, że tak uważa. Ty nie masz nic z tym wspólnego. Cudze oceny – cudza sprawa.

„Ja cię doprawdy nie rozumiem”

Czytaj: jestem od ciebie mądrzejsza, skoro ja cię nie rozumiem to doprawdy kto cię zrozumie.

Jaką to budzi reakcję? Brr. Skoro mnie nie rozumiesz, nie jesteś fajna (pierwsza reakcja).  Skoro mnie nie rozumiesz, ja nie jestem fajny (druga reakcja). Jednym słowem: zapomnij o kompromisie.

Wersja ostra: trudno (proszę, powiedz to osobie przed którą zawsze się tłumaczyłaś, zobaczysz jak się zachowa:) O zła ja.

Wersja łagodna:  Nie chodzi o to czy rozumiesz czy nie. Nic dziwnego, że nie rozumiesz – to inny człowiek, nie siedzisz w jego duszy. Chciałabym ci powiedzieć o co mi chodzi.

„Bzdury mówisz!”

Auć. Koniec dialogu. Czytaj: jesteś debilem. Nie znasz się, nie ogarniasz.

Jaką to budzi reakcję? To może pójdę gdzieś indziej. Do kogoś kto mnie zrozumie.

Wersja ostra: aha. Skoro tak uważasz to pogadajmy kiedy indziej

Wersja łagodna: To, że z kimś się nie zgadzasz, nie znaczy, że on mówi bzdury. W których konkretnie miejscach mówię bzdury.

„Nie, nie masz racji”

Powtarzane jak zdarta płyta. Mimo że podajesz konkretne fakty, daty, mówisz o swoich odczuciach. Uff, odetchnij. Są po prostu ludzie, którzy zawsze wiedzą lepiej. Po co ci to?

Wersja ostra: Taką podjęłam decyzję (zamknięcie konfliktu, ale bez rozwiązania)

Wersja łagodna: Ty myślisz tak, ja inaczej. Tak czasem jest.

„Bo ty zawsze tak robisz”

I odwoływanie się do wydarzeń z przeszłości. Są ludzie dla których twoja przeszłość zawsze będzie argumentem przeciw tobie. Świetnie, niech będzie. Ale przecież ty sama nie musisz być niewolnikiem tego co było.

Wersja ostra: skoro wolisz myśleć, że zawsze tak robię. Cóż, proszę bardzo

Wersja łagodna: rozumiem, że przeszkadzało ci to, co robiłam  w przeszłości, ale proszę, rozmawiajmy o tym co tu i teraz. Co konkretnie ci przeszkadza?

„Bo ja tak chcę!”

Uff. Cóż zrobić. Jeśli nie masz do czynienia z dwulatkiem, którego możesz przytulić, po prostu nie zwracaj na to uwagi.

Wersja ostra: Rozumiem, ale ja nie.

Wersja łagodna: Czułabym się lepiej gdybyś na spokojnie wytłumaczyła mi/wytłumaczył dlaczego tak chcesz.

„Jesteś taka sama jak twoja matka”

Ojciec, ciotka, siostra, potwór. W tym komunikacie chodzi o ty, by upokorzyć i zbić z tropu. Nawet jeśli mówi ktoś ( partner?) mówi to z poczucia bezradności.

Wersja ostra: Cóż, twoje prawo tak sądzić

Wersja łagodna: Podaj mi konkretne rzeczy, które nie podobają ci się w moim zachowaniu.

„Jesteś głupia, nieuczciwa… etc.” ( generalnie mnóstwo przymiotników)

Zanim dostaniesz szału, popłaczesz się, zdenerwujesz, pomyśl, że tylko ludzie o niskim poczuciu własnej wartości myślą, że ktoś wie lepiej kim są. Ty wiesz jaka jesteś. To naprawdę wystarczy.

Wersja ostra: wychodzę i przestaję tego słuchać (do szefowej jednak odpada:) )

Wersja łagodna: widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany/zdenerwowana. Spróbuj na spokojnie powiedzieć o co ci chodzi.

Gdy komunikujesz się w wersji łagodnej, możesz od razu mówić o sobie: „Anioł”.

„Powinnaś zrobić to i tamto”

Najcudowniej znaleźć się blisko istoty wszechwiedzącej. Odetchnij dwa razy.

Wersja ostra: To ty tak uważasz.

Wersja łagodna: Dlaczego uważasz, że wiesz lepiej co dla mnie dobre? (na 100 proc. znokautujesz wszechwiedzącego)


Kiedy ktoś inny pisze scenariusz, jak masz żyć. To jak obudzić się ze snu

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 kwietnia 2016
Fot. iStock / artpipi

Wiesz, mam 40 lat i nie wiem, kim jestem. To jak obudzić się ze snu kompletnie zdezorientowanym – gdzie ja jestem, co się wydarzyło. Znasz ten stan, kiedy zapadasz w drzemkę, wyrywa cię telefon czy jakiś hałas, a ty przez chwilę nie wiesz nawet jaki jest dzień tygodnia, pora dnia.

Jako dziewczynka marzyłam, żeby zostać nauczycielką. Sadzałam swoje lalki i misie, żeby móc przeprowadzić dla nich lekcje. Ta mała dziewczynka nadal we mnie jest. Głęboko skulona siedzi ze swoimi tęsknotami i marzeniami, a ja jej tak dawno nie przytulałam.

Rodzice

„Daj sobie spokój z tą szkołą” – słyszałam od rodziców, kiedy chciałam iść do „ogólniaka”. Oni z góry założyli, że najlepsza będzie ekonomiczna szkoła, bo przynajmniej od razu po maturze mam jakiś zawód. A w końcu księgowa to intratna robota. „Przecież i tak będziesz mogła iść na studia” – tłumaczyła mama. Zgodziłam się, bo jakie miałam wyjście. Ta szkoła to była dla mnie katorga, jak dla wielu z nas zresztą. Kompletnie mnie to nie interesowało, wolałam zaszyć się w pokoju z książką, niż siadać do kolejnych ćwiczeń i zadań z ekonomii. Nie chciałam zawieźć rodziców, więc uczyłam się po nocach, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Chodziłam nawet przez jakiś czas na korepetycje, tłumacząc że mam braki ze szkoły podstawowej.

Pamiętam, jak kiedyś wieczorem sama sobie powtarzałam: „Wytrzymaj, później studia, pójdziesz tam, gdzie będziesz chciała”. Tiaa, jasne. Wtedy jeszcze tak myślałam.

Faceci

Zakochiwałam się zawsze w nieodpowiednich facetach. Ten był za gruby, a tamten to chyba nie do końca rozgarnięty. Dziewictwo straciłam z chłopakiem poznanym na 18-tce u koleżanki, o którym wszyscy mówili, że jest świetny – taki przystojny i zabawny. Średnio mi się podobał, no ale podobno to ja miałam kiepski gust. On zwrócił na mnie uwagę. Pewnie chciał sprawdzić swój urok na szarej myszce. Uległam, bo co miałam do stracenia. Koleżanki opowiadały już o swoich pierwszych razach, tylko ja zawsze sama, bo zakochana w kimś, z kogo wszyscy się śmiali, albo na kogo kompletnie nikt nie zwracał uwagi.

Ten pierwszy raz była raczej z myślą: „Dobra, niech już mam to za sobą”. A że przystojny według wszystkich wokół kolega nie miał nic przeciwko, to stało się. Mówił, że zadzwoni, odezwie się, pójdziemy do kina. Ale oczywiście nic takiego się nie zdarzyło. Mi w sumie nie zależało na kontakcie z nim. Nie byłam już dziewicą i przez chwilę stałam się obiektem zainteresowania moich koleżanek, które chciały znać wszystkie szczegóły. Mogłam fantazjować do woli i dopisywać dla nich we własnej głowie coraz to pikantniejsze szczegóły. One były zachwycone. A ja nawet przez chwilę pomyślałam, żeby to spisać. Jakoś nigdy się nie zebrałam.

Dzisiaj jestem sama. Spotykałam się z różnymi kolegami podsuwanymi przez koleżanki. Raz tylko serce mi mocniej zabiło. Zagadnął mnie na spotkaniu autorskim jednego z moich ulubionych pisarzy. Zaczęliśmy rozmawiać. Zaproponował kawę. Jakbyśmy znali się od lat. Miałam 30 lat i za sobą najdłuższy związek trwający półtora roku. Wpadłam po same uszy. Wymieniliśmy się telefonami, mailami. On był służbowo w Warszawie, pracował za granicą. Umówiliśmy się na drugi dzień, wylądowaliśmy w łóżku. Chciało mi się ryczeć ze szczęścia, że w końcu, że czuję, że żyję. Spotykaliśmy się raz na kilka tygodni, kiedy był w mieście. Pisaliśmy maile, raz poleciałam do niego. Po roku zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem – to znaczy, żebym ja się wyprowadziła, rzuciła pracę, której „przecież i tak nie cierpię” – to były moje słowa. Moi rodzice wpadli w szał, że jak to, za granicę, a co z nimi, kto im pomoże. Że jak to rzucić pracę, że przecież wcale go nie znam, że jak znajdę tam jakieś zatrudnienie, przecież po studiach nie będę pracować jako sprzątaczka.

Tylko przyjaciółka, jeszcze z czasów szkoły podstawowej, mówiła: „Rzuć to wszystko w pioruny i jedź. Zostaw to, nie jesteś szczęśliwa. Kochasz go? To się nie zastanawiaj”. Czemu jej nie posłuchałam?

Z jednej strony coś we mnie krzyczało, żeby jechać, wynająć swoją kawalerkę – zawsze to moje własne pieniądze tam na początek. A z drugiej był strach i wątpliwości: a co jak się nam nie uda, do czego wrócę, nie znam go, nie mieszkaliśmy razem, wakacje to nie to samo, co zwykła codzienność.

I zostałam. On nie rozumiał. Wycofał się. Powiedział, że się pomylił widocznie, bo myślał, że ja podobnie jak on chcę, byśmy byli razem… Zaliczyłam depresję. Nie wychodziłam z domu, przytyłam 20 kilogramów, nie chodziłam do pracy – byłam na zwolnieniu od psychiatry.

Otoczenie

„Chodź, załóż moje szpilki” – namawiała mnie na studiach koleżanka. „Trampki są dla kobiet, których nikt nie bierze na poważnie”. I uczyłam się chodzić w tych szpilkach, robić makijaż, czesać włosy, żeby wyglądać bardziej seksi, poważniej i jak „prawdziwa kobieta” – jak to zwykła mówić moja mama. Czułam się jak przebieraniec na początku, zwłaszcza w otoczeniu podobnie wyglądających dziewczyn, które z drinkiem w ręce wzrokiem obiegały wszystkich wolnych (i nie tylko) facetów na imprezie. Wyglądałam jak one, ale kompletnie tam nie pasowałam. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do stroju, do tego, co każą ci myśleć inni o tobie. Do tego, co mówią ci co robić, jak się zachowywać. Do zaspokajania potrzeby akceptacji. Byłam jak moje koleżanki ze studiów, bo nie chciałam być sama. Nie chciałabym być „dziwaczką”, „odchyłkiem”. Wchodziłam w studenckie towarzystwo z „czystą kartą”, mogłam pozwolić komuś ją zapisywać. Sama chyba nie umiałam, albo nie wiedziałam, że w ogóle mogę.

Zamiast na wymarzonych studia polonistyczne, wylądowałam na marketingu i zarządzaniu. Myślałam, że niczego innego nie umiem. Po studiach trafiłam do korporacji. Siedzę przy biurku, patrzę czy wszystko zgadza się w tabelkach, które ja albo kto inny przygotowuje… Kiedyś nawet szukałam innej pracy. Rozglądałam się nawet za jakąś szkołą, kursem, żeby się przekwalifikować. „Po co ci to, odłóż na mieszkanie, zamiast na jakieś głupoty” – mówiła koleżanka z pracy. W sumie może i miała rację.

Oczekiwania

Dzisiaj pytam siebie w jakim punkcie życia jestem? Spełniłam oczekiwania rodziców: wybrana szkoła, studia, praca, porzucona miłość. Sprostałam wymaganiom koleżanek, znajomych: wyglądałam i zachowywałam się tak, żeby do nich pasować. Zyskałam społeczną akceptację, bo jednak własne mieszkanie, praca od wielu lat taka sama, życie spokojne, stabilne, choć samotne. Ale niektórzy mówią, że jeszcze wszystko przede mną, że życie zaczyna się po 40-tce.

Czy moje w ogóle kiedyś zaczęło? Wychodząc z depresji uciekłam z terapii. Całe to roztrząsanie, dlaczego jestem w punkcie, w którym akurat się znalazłam, było ponad moje nerwy (no dobra – siły). Wróciłam do życia, zaczęłam biegać, chodzić na fitness, zajęłam czymś głowę. Chyba pierwszy raz wtedy zrobiłam coś, na co naprawdę miałam ochotę. Dziwne uczucie. Czekałam na telefon od koleżanki, rodziców, że co też mi z tym bieganiem przyszło do głowy. Ale nic takiego się nie stało. Bo też nikomu o tym nie powiedziałam, jakby taka moja mała tajemnica. W tych dresach, butach w parku, po którym biegałam miałam wrażenie, że zamknęłam życie, które należy tylko do mnie.

Natknęłam się ostatnio na tekst kobiety, która tłumaczyła, że powinniśmy brać życie we własne ręce, decydować o sobie, że to jak będzie wyglądać nasze życie zależy tylko i wyłącznie od nas samych.  Tąpnęło mną. Jakby coś pękło. Nawet nie wiem dlaczego i kiedy. Ale płakałam. Płakałam najpierw z żalu nad sobą, nad swoim życiem, a później z tęsknoty za sobą, za swoimi marzeniami, za radością i szczęściem. Nie mogłam przestać, tak bardzo chciałam przeprosić siebie za te 40 lat życia, kiedy ktoś inny pisał mi scenariusz, jak mam żyć.

Chcę zacząć jeszcze raz. Wykorzystać jeszcze jedną szansę, sama ją sobie daję. Nie wiem, czy będę potrafiła. Ale chcę. Bardzo. Zapisałam się na warsztaty dla kobiet z budowania pewności siebie. Od czegoś muszę zacząć. Tak bardzo się boję, czy będę potrafiła…


Zobacz także

Kiedy miłość boli. Każda historia ma swój początek i koniec

Samotność, która leczy. Jak długo powinniśmy być sami po rozstaniu? Czy można ten czas zmierzyć?

Dlaczego żona wybiera męża, a nie kochanka. To przecież jasne