Elementarne zasady pożycia… tak więc, drogi Watsonie, nie o to chodzi, że zdradził

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
31 marca 2016
Elementarne zasady pożycia... tak więc, drogi Watsonie, nie o to chodzi, że zdradził
Fot. Flickr / Iselin / CC BY
 

Zdrady nie usprawiedliwiam, ale poniekąd rozumiem. Tłumaczę ją psychologicznie, oswajam. To da się zrobić. Znam związki, które nadal istnieją „po”, dają radę. Fascynuje mnie umiejętność odbudowania zaufania po takim akcie nielojalności, jak widać jednak można.

Znam też takie pary, dla których zdrada nie jest zdradą, skok w bok jest częścią jakiegoś układu – może i pokrętnego, ale nie moja sprawa. Cokolwiek dla nich działa, niech działa. Związki otwarte są rzekomo modne i wygodne ostatnimi czasy, ja z moim zacofaniem i tradycyjnym myśleniem nie muszę ich rozumieć. Ale wiem, że są i czasem funkcjonują całkiem sprawnie.

Ja bardziej o tym, Watsonie, co jest kompletnie nie do zaakceptowania i powinno być tępione i miażdżone w zalążku: o KŁAMSTWIE.

W związku nie ma czegoś takiego jak niewinne kłamstwo. Każde wychodzi bokiem koniec końców. Twój partner mówi, że zrobił, był, kupił, widział – a ewidentnie nieruszone, niekupione, nieznane, a buty lśniąco czyste, czyli że nigdzie nie poszedł? To uciekaj, gdzie pieprz rośnie! Bo jeśli odpowiedzią na nawet drobne sprawy jest konfabulacja, to jak będzie w sprawach większej wagi? Jeśli przy pierdołach mówi bez namysłu słodkie kłamstewka, to naprawdę wierzysz, że będzie miał wyrzuty sumienia przy sprawach istotnych? Jak na przykład to, że mówi, że pracuje, a w rzeczywistości idzie do kochanki. A potem wraca i kładzie się obok ciebie jakby nigdy nic. I jeszcze opowiada o wyjątkowo upierdliwym kliencie i problemach z wykonaniem planu.

Kto jest wierny w małym, będzie wierny w dużym.

Kto kłamie w drobnostkach, i z dużymi rzeczami sobie nie poradzi z honorem.

To może być urocze, gdy on/ona (niepotrzebne skreślić) fantazjuje na różne tematy, ale chyba trochę niepokojące, że robi to nagminnie w wieku bardziej dojrzałym niż lat 14 i pół.

I nie wybaczaj tych kłamstewek w kółko, drogi Watsonie. Są granice, naprawdę. Kto ma kłamstwem skażoną krew, temu rzadko nawet transfuzja pomoże. Nie oszukuj się, że na oszustwie można zbudować coś więcej niż nerwice i papiery rozwodowe.

And that is, my dear Watson, quite the elementary.


Nie rodzić, po ludzku

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
18 kwietnia 2016
Losing_a_baby
 

W takim Salwadorze na przykład, byłabym skazana na podwójne dożywocie.
Tak sobie myślałam, drepcząc przez centrum przy kilku okazjach, z tym moim wieszakiem, wiankiem czy transparentami garażowej roboty.
Mój udział w protestach i akcjach z cyklu Odzyskać Wybór oraz Dziewuchy Dziewuchom to nie tylko walka o prawo do samostanowienia o sobie i moim ciele. To także walka o godne traktowanie w sytuacji, gdy dzieci nie posiadam. Mnie roznosi bunt – wobec traktowania mnie jako kobiety gorszego sortu. Jestem pełnoprawną kobietą! Należy mi się szacunek i zrozumienie także w sytuacji, gdy nie rodzę! Mam prawo nie tłumaczyć się z decyzji, wydarzeń, spraw prywatnych; mam prawo być traktowana po ludzku także, gdy dziecka nie donoszę.

Poroniłam dwukrotnie. Za każdym razem, obok szoku, przeżyłam serię upokorzeń, których żadna kobieta w tak intymnych sytuacjach przechodzić nie powinna. Totalne niezrozumienie i brak taktu na przykład – bo po co wczuwać się w sytuację kobiety, która urodzić nie mogła? Nie wykluczam, że gdzieś tam w Polsce jest akcja pt. „Nie rodzić po ludzku”, podczas której uczą personel medyczny, jak postępować z osobami, którym utrata dziecka się przytrafiła. Być może –  jednak lekarze i pielęgniarki, opiekujący się mną w tejże specyficznej i delikatnej sytuacji, na takie szkolenia ewidentnie się nie załapali, a z rozmów z osobami zrzeszonymi np. w stowarzyszeniu Rodzice Po Poronieniu chociażby mogę wyciągnąć wnioski, że w niewielu szpitalach i klinikach w ogóle jest to temat oswojony. Ode mnie domagano się na przykład tłumaczeń, dlaczego ojciec dziecka nie jest ze mną – początkowo próbowałam się tłumaczyć nawet (!) z mojej sytuacji rodzinnej i zdziwienia, że mój partner był tak bardzo nieobecny na ten czas w moim życiu, że w zasadzie szokiem jest, że w ogóle był obecny przy zapłodnieniu. Oczywiście szybko uznano mnie za lesbijkę, a nawet wyrażono opinię, że w takim razie dobrze się stało, że ogólnie moja wina, taki odszczepieniec na świat miałby życie powoływać? Inwektyw nasłuchałam się przy kilku okazjach, żeby mi zapewne milej i lżej było. Na przykład pan doktor, grzebiąc mi w macicy metalowymi urządzeniami, stwierdził, że za jego czasów depilacje intymne były domeną dziwek. Poradził mi również od serca, żebym na przyszłość podmywała się piaskiem, bo tak robią Afrykanki i rodzą jak zwierzęta. Jeszcze bardziej sympatyczna za to była pani doktor przy drugiej mojej wizycie w szpitalu na patologii ciąży, wyrażająca święte oburzenie, że ryczę na wieść o utracie kolejnego dziecka – wszak ani ja ładna, ani zgrabna, ani bogata, a i ewidentnie niemądra, skoro ciąże W TYM wieku w ogóle planowałam donosić.

Brzydka, gruba, głupia, homoseksualna dziwka. Tyle przyjemności mnie spotkało podczas dwukrotnego rozłożenia nóg w gabinetach ginekologicznych. Nic tylko zachęta do rozmnażania się.

Ale najgorsze, absolutnie najgorsze było to, że dwukrotnie położyli mnie w pokojach z kobietami, które już urodziły. Poza moim totalnym bólem i depresją na widok zdrowych bobasów był jeszcze element przerażenia, które rodziło się na twarzy młodych matek na mój widok. Jakby śmiercią dziecka można było zarazić.

Pominę może opowieści o tym, jak trudno jest LEGALNIE zapłodnić się w klinikach tym kobietom, które są w związkach małżeńskich – muszą mieć pozwolenia małżonków, choćby byli w trakcie wieloletniego rozwodu, bo wszak prawnie dziecko będzie takiego męskiego, niechętnego delikwenta.

Oszczędzę cytowania słów matek, rzucanych pod moim adresem, że niby z maluchami pracować nie powinnam jako osoba bezdzietna (a prowadzę zawodowo żłobki).

Nie warto wspominać o rozczarowanych babciach i ciociach, które nie mogą mojego bobasa na rękach ponosić, a które oczywiście mają milion teorii na temat tego, dlaczego się nie rodzi.

Parodią są słowa osób duchownych, które doszukiwały się we mnie demonów, zachęcały do pokuty za grzechy (bo ewidentnie Bóg mnie pokarał za moje rozpustne życie), a jedna zakonnica (nota bene w szpitalu na tzw. posłudze) wyraziła zatroskanie, że to na pewno od noszenia rajstop i skąpej bielizny.

Maszeruję więc, wkurzona, że jakoś o takie sprawy obrońcy życia się nie troszczą. Komu jest bliski los kobiety, która nie spełnia wymogu prokreacji? Takie jak ja praw mieć nie powinny. Kobieta spełnia się jedynie w akcie macierzyństwa. Wiadomo przecież.


To nie moja wina!

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
20 marca 2016
Birds-Flying

Mój mąż mnie zdradzał i twierdził, że to moja wina. Bo przecież nie byłam wystarczająco ładna, szczupła i ciekawa. Niewystarczająco fachowo wykonywałam fellatio, generalnie stawiałam granice w łóżku. Do tego nie dbałam jak należy o niego i dom, zwijałam skarpetki w złą stronę. A jak doszło do tego jeszcze, że zaczęłam robić karierę i pracowałam cały dzień, więc obiadu nie było na czas – to już mamy pełny obraz moich zaniedbań. Do kitu byłam, no. Nieszczęśliwy był. Więc miał prawo wziąć kochankę. Potem drugą, trzecią, etc. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Tragedia polega na tym, że początkowo w to uwierzyłam – że to jam, nie chwaląc się, sprawiła; pchnęłam go w ramiona innych kobiet i niemal zmusiłam do życia w kłamstwie i rozdarciu. Że przecież kto by ze mną wytrzymał, taką niefajną. Obrzydzenie, które do siebie poczułam, miało wymiar fizyczny. W lustro nie mogłam patrzeć. Tak byłam nauczona – jestem do niczego, mężczyzna ma zawsze rację. Przypominała mi się moja mama, płacząca kiedyś w kawiarni, że zostawiła by mojego ojca, a swojego męża, ale przecież sobie nie poradzi, a w ogóle to wszystko jej wina. Moi rodzice są ze sobą do dzisiaj, ja z moim mężem – już nie, więc trudno mi jednoznacznie orzec, że taka strategia brania na siebie winy nigdy się nie sprawdza. Oczywiście, że można żyć w przeświadczeniu, że należą nam się ciągłe baty od drugiej połowy – ale czy naprawdę tak mamy spędzić resztę życia?
Co mnie obudziło? Dwie rzeczy:
Po pierwsze – przeświadczenie, że ja w tym związku też byłam niesamowicie nieszczęśliwa. co nie oznaczało jednak, że czułam się upoważniona do ściągania przed kimkolwiek majtek, z tego żalu i rozpaczy.
Po drugie – małżonek szanowny w przypływie natchnienia stwierdził kiedyś, że winna jestem nie tylko ja, bo także jego kochanki. No przecież same nogi rozłożyły.

Olśnienie było więc nagłe, acz stanowcze. Przed oczami stanęły mi kobiety molestowane w pracy, bo miały według kolegów zbyt duży dekolt. I te gwałcone, bo miały zbyt krótką spódniczkę, a w ogóle to przecież poszły same po ulicy. I jeszcze taka, co to garem dostała po głowie, bo zupa była za słona. I te bite, bo się pan i władca zdenerwował. Cała gama innych przypadków także mi się nagle przypomniała. Co ciekawe – wiele kobiet tkwi w złych związkach latami, tłumacząc takiego boksera-amatora, niczym ja kiedyś mojego męża. Niektóre nawet wierzą, że gdyby rzeczywiście na dyskotekę założyły spodnie zamiast spódnicy, napalony mężczyzna by ich nie tknął. No przecież wiadomo, że sama na siebie taki los sprowadziły.

Poczucie winy i wyższości potrzeb mężczyzn jest nam wpajane z pokolenia na pokolenie. Po powrocie z pracy rzucamy się w gary i między odkurzacze, żeby wić miłe gniazdko jakiemuś panu, mimo że na nogach ledwo stoimy, a pan siedzi przed komputerem lub telewizorem i palcem nie kiwnie. W łóżku godzimy się na rzeczy, które nam się nie podobaja, że chłop miał, czego mu potrzeba i co zobaczył w jakimś pornolu, nieważne czy nas boli albo nam uwłacza. Bo czegoż nie robi się w imię miłości? Staramy się dorównać teściowej, bo wiadomo, że mamusia była we wszystkim najlepsza. Skubiemy sobie te brwi i golimy pachwiny, nie dlatego, że specjalnie chcemy, ale przecież on bardziej lubi takie wygolone. Robimy wszystko, co chcą inni.

A potem taki delikwent mówi, że jesteśmy jak bezwolne kukły i generalnie cios w podbrzusze nam się należał. I że to nasza wina. On się bardzo starał przecież, znad tego monitora albo jak już rzucał garnkiem w nasz czerep. On chciał dla nas jak najlepiej.

Kobieto głupia, wbij to do głowy sobie, swojej córce, wnuczce i młodszej siostrze – TO NIE TWOJA WINA! Nie marnuj sobie życia na kogoś, kto ci to zycie próbuje zmarnować. Nie daj się zniszczyć! Oddaj mu tym garnkiem!