Dwoje na terapii. 6 złotych zasad powodzenia terapii małżeńskiej

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 maja 2016
Fot. Pexels / PALOMA Aviles  / CC0 Public Domain
Fot. Pexels / PALOMA Aviles / CC0 Public Domain
 

Na terapię małżeńską przychodzimy pełni nadziei, a od terapeuty oczekujemy tego, że uratuje nasz związek. Jeśli efekty nie przychodzą tak szybko jakbyśmy chcieli, przerywamy proces leczenia, a terapeutę wysyłamy do diabła, rozpoczynając poszukiwania „kogoś bardziej odpowiedniego”, kogoś kto do nas lepiej trafi. Zapominamy, że prawdziwe powodzenie całego procesu naprawczego zależy tutaj jeszcze od kilku innych, równie ważnych czynników.

Po pierwsze: nie czekaj zbyt długo

Wiele par na terapię zgłasza się do gabinetu terapeuty wtedy, kiedy rzeczywiście mają już ze sobą niewiele wspólnego, a nawet złożywszy uprzednio papiery rozwodowe. Czasem trafiają tam tylko dlatego, że obiecali to drugiej stronie jako „ostatnią deskę ratunku”, ale tak naprawdę nie chcą już ratować swojego związku, tylko umiejętnie się z niego wyplątać.  Ich myśli i uczucia związane są już z kimś innym, więc uczestnictwo w terapii to doświadczenie prawie schizofreniczne.

Po drugie: uświadom sobie, że terapia to proces

Nie oczekuj cudownych zmian po kilku pierwszych wizytach. Wręcz przeciwnie, oczekuj, że będzie ciężko i boleśnie, że będą do ciebie docierać takie niewygodne fakty jak ten, że ty również ponosisz odpowiedzialność za problemy w waszym związku. Będziesz otrzymywać porcje informacji o swoim związku, którą będziesz musiał w sobie przetrawić i wyciągnąć z niej wnioski.

Po trzecie: bądź szczery ze swoim terapeutą

To absolutna podstawa, niezależnie od rodzaju terapii. Nie ma możliwości naprawienia relacji między partnerami, jeśli nie mówią oni otwarcie o swoich problemach, nie przyznają się do błędów, obaw i lęków, jeśli udają, grają tylko zaangażowanie i emocje. Terapeuta nie ocenia swoich pacjentów, a żeby im udzielić właściwej pomocy, musi posiadać komplet prawdziwych informacji, żeby mieć rzeczywisty obraz ich sytuacji.

Po czwarte: nie rób sobie wagarów

Bądź zawsze i bądź na czas. To, poza oczywistą zasadą ciągłości procesu leczenia ma także znaczenie psychologiczne. Traktując sesje z szacunkiem, uczestnicząc w każdym spotkaniu sam nabierasz poczucia, że jest to bardzo ważny czas, szansa dla waszego związku. Wyłącz i odłóż telefon, zaangażuj się całym sobą w to, co dzieje się w gabinecie. Słuchaj, mów, zadawaj pytania.

Po piąte: Odrabiaj prace domowe

Niektóre pary otrzymają do wykonania zadania domowe. To może być ankieta, ćwiczenie, krótka notatka albo dzienniczek. Nie lekceważ tych poleceń terapeuty, zaufaj mu: wszystko co mówi i o co prosi ma na celu pomóc wam lepiej się porozumieć, ma wpłynąć pozytywnie na dalsze losy waszego związku.

Po szóste: bądź gotów mówić o swoich osobistych problemach

Bo choć być może wydaje ci się to niepotrzebne, twoje osobiste lęki i „demony”, z którymi sobie nie radzisz, wpływają w olbrzymim stopniu na twój związek. Poza tym, jesteś to winien najbliższej osobie. Jeśli więc nosisz w sobie nieprzepracowane, trudne dzieciństwo, borykasz się z uzależnieniem, masz za sobą traumatyczne przeżycie: to nie jest tylko twoja sprawa. To również niszczy twój związek.

Uwierzcie w to, że można wam pomóc, nie skreślajcie zbyt szybko swojego związku.


Źródło: Psychology Today


Co kupić dziewczynce na Dzień Dziecka?

Małgorzata Gąsiorowska
Małgorzata Gąsiorowska
25 maja 2016
Fot. Flickr / GlitterandFrills / CC BY
Fot. Flickr / GlitterandFrills / CC BY
 
Fot. Materiały WeGirls

Fot. Materiały WeGirls

Czym obdarować dziewczynkę na Dzień Dziecka? Oczywiście lalką. No tak, wszystkie niezależne i nowoczesne kobiety się skrzywią. Lalka? Taki banał? Wtłaczanie dziewczynki w stereotypowe role? Niekoniecznie. Lalka to nie tylko seksbomba typu Barbie, która pokazuje dziewczynce nierealny „ideał” kobiecości czy też „bobas”, który od razu pozycjonuje ją w roli przyszłej mamy. WeGrirls to wyjątkowe lalki, które ucieszą każdą dziewczynkę i spełnią oczekiwania rodziców.

To lalki – przyjaciółki, które wyglądają jak dziewczynki, a nie modelki. Noszą okulary, mają piegi, różny kolor włosów i skóry. To „dziewczynki z sąsiedztwa”, z którymi twoja córka będzie się chciała zaprzyjaźnić.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Monika, Sara, Weronika i Nina, od których zaczęła się grupa WeGirls, to śliczne, wyglądające jak małe dziewczynki lalki. Stworzyły je trzy, mieszkające w Stanach Zjednoczonych, Polki we współpracy z artystami rzeźbiarzami. Lalki są duże, mają 50 cm „wzrostu”, są estetyczne, mają piękne włosy, które można czesać do woli. Są naturalne i uśmiechnięte. Ale nie to jest w nich najważniejsze. Lalka WeGirls wprowadza dziewczynkę do całego wykreowanego przez firmę świata, który kieruje się swoją filozofią. Podstawowymi wartościami jakie panują w tym świecie jest przyjaźń, tolerancja i współpraca.

Fot. Materiały WeGirls

Fot. Materiały WeGirls

Walory edukacyjne WeGirls są nie do przecenienia. Sam wygląd przyjaciółek mówi o tym, jak piękna i wartościowa w naszym życiu jest różnorodność. Małe fanki WeGirls mogą korzystać z platformy „Klub Dziewczyn Świata”, gdzie znajdą przyjazne, edukacyjne gry i blogi. Lalki są bohaterkami książek z cyklu o tym samym tytule oraz poradników „To całkiem łatwe”. Oczywiście sama chęć poznania przygód swojej lalki zachęca dziewczynki do czytania. Poza tym książki o przygodach przyjaciółek uczą, że warto jest spełniać dobre uczynki, że to samo w sobie jest wspaniałą przygodą.

Wraz z lalkami mamy do dyspozycji szereg akcesoriów. Oczywiście znajdziemy tam ubranka na każdą porę roku. Fantastycznym pomysłem są także ubranka dla dziewczynek, dzięki temu zarówno lalka jak jej prawdziwa przyjaciółka mogą być ubrane tak samo. Ale moda to nie wszystko. Do dyspozycji mamy także takie akcesoria jak wózek inwalidzki, kule, gips. Dzięki temu możemy uczyć dziewczynki empatii i oswajać je z trudnymi sytuacjami w życiu.

Fot. Materiały WeGirls

Fot. Materiały WeGirls

Zestawy takie jak Mały Doktor Chirurg, Kucharzyk czy strój do jazdy konnej będą świetnym punktem wyjścia, by porozmawiać z córką o jej pasjach czy planach na przyszłość. Do grona przyjaciółek niedawno dołączyły też Scarlett i Adila – dziewczynki z innego kraju, o ciemniejszym kolorze skóry. To kolejny pomysł firmy, który uczy otwartości na świat i wspiera postawy tolerancji. Nic dziwnego, że zostały one wyróżnione przez Komitet Ochrony Praw Dziecka w prestiżowym konkursie Świat Przyjazny Dziecku.


Artykuł powstał we współpracy z firmą WeGirls


„Stres, niepokój, nerwy. Powiedziałam dość, spełniłam marzenia”. Jak zmienić życie na lepsze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 maja 2016
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Siedziałam ostatnio na herbacie u przyjaciółki. Fukający, niezadowolony mąż, dwoje małych dzieci, ona w panice, bo musi skończyć projekt. Biegała po mieszkaniu jak w ukropie. Starszej córce pomagała rysować szlaczek, młodszej układać klocki, odbierała co chwila telefon, patrzyła na maila.

Poprosiłam: – Czy możesz ze mną pobyć? Tu i teraz? Kiwała głową, ale i tak widziałam, że nie jest ze mną. Znam ją od kilkunastu lat. Zawsze jest mniej więcej na podobnym etapie życia – jest zmęczona, wykorzystywana, wyczerpana. Zawsze też mówi: „To się musi zmienić”. Musi zmienić się wszystko. Ale nic się nie zmienia. Bo ona nic nie robi. Ostatnio nawet do niej powiedziałam: Co się musi stać, żebyś przestała tak żyć? Masz zachorować? Potrzebujesz zdrady, rozwodu, raka? Bo skoro sama nie umiesz…

Na pewno znacie takie osoby. Może same takie jesteście. Całe życie na granicy wycieńczenia. Wiecznie z postanowieniem poprawy. I, oczywiście, zmiany. Zmiany, która jawi się jako cud, łaska pańska, dar, coś co całkowicie nie zależy od nas.

„Jutro o tym pomyślę”

…bywa ratunkiem, ale bywa też straszliwą pułapką, w której przeczekujemy swoje życie.

Znam to doskonale, też funkcjonowałam. Przez lata. Wstałam o piątej, szykowałam dzieciom śniadanie, budziłam męża, rozwoziłam dzieci, jechałam w korkach do pracy, siedziałam tam dziesięć godzin. W korkach wracałam, zgarniałam dzieci od niani, ewentualnie dojeżdżałam do domu, bo odebrał jej mąż. Kolacja, ogarnianie dzieci, laptop. Jak w jakimś straszliwym dniu świstaka.

Myślałam: przecież muszę tak żyć.

Jestem matką, mam obowiązki, praca to musi być etat, potrzebuje ubezpieczenia, stabilizacji, pewności. Ble, ble, ble.  Mijały miesiące, lata, zmieniały się tylko obowiązki, ale rytm zostawał ten sam. I, oczywiście, zawsze mówiłam: „jutro”, zawsze mówiłam; „jeszcze wszystko zmienię”. Ale gdzieś też przecież słyszałam to, co często się nam powtarza ( rodzina, najbliżsi)– nie martw się, nie możesz, inni mają gorzej. Sprowadzisz na siebie nieszczęście, wykraczesz sobie.

Czy ciężką chorobę mamy można sobie wykrakać czy raczej choroby bliskich to naturalny etap życia?

Czy chorobę siostry można sobie wykrakać?

Nie.

Ale to są właśnie momenty, gdy rozumiesz, że nie ma żadnego „zaraz” i „jutro”. Że każdy dzień jest jednak zbyt cenny, by czekać „nie wiadomo na co”.

Ze szpitala od mamy pojechałam do mojej korporacji

Siedem lat życia. Niezłe stanowisko. Ubezpieczenie zdrowotne. Dużo zadań. Siedziałam na zebraniu, omawiałam jakieś spotkania sprzedażowe i pomyślałam: „Nie wierzę, to chyba jakiś żart. Siedzę tu drugą godzinę i pieprzę o głupotach. Co mnie to w ogóle obchodzi…”. Policzyłam dni i godziny. 365 dni, odjąć weekendy ( część zresztą przepracowanych), jakieś urlopy. Wyszła mi zatrważająca liczba. Tyle godzin.

Potem korki i gonitwa. Gdy choruje ci ktoś bliski to tak jak być jednocześnie w starym życiu (twoim), ale już widzieć nowe (dzięki komuś).

Płacząc z powodu mamy konfrontowałam się z uczuciami– jestem przepracowana, zmęczona, jestem niesprawiedliwą szefową, już nawet nie lubię ludzi, z którymi pracuję. Nie potrafię zarazić entuzjazmem. Chcę robić coś innego.

Zaczęłam wracać myślami do marzeń- przecież kiedyś chciałam być terapeutką, marzyłam też, że będę uczyć języków. Głos zły podpowiadał: „hihihihi, i po czterdziestce będziesz wszystko zmieniać”.

Odpowiedziałam sobie: tak, bo do cholery, kiedy. Najpierw zapisałam się na studia psychologiczne, potem rozesłałam wici wśród znajomych. Chcę uczyć. To nie było łatwe. Miałam stabilne miejsce w życiu i to ja decydowałam. Jeśli chcesz coś zmienić, musisz przestać decydować. Musisz znów się uczyć, szukać nowych dróg.

Zrezygnowałam z pracy w korporacji

Znosiłam wyrzuty mamy, zdziwienia znajomych, budziłam się i zasypiałam z lękiem czy dam radę, czy to dobry pomysł. Bardzo wspierał mnie mąż– to też był znak. Nie obraził się, nie miał pretensji, choć część obowiązków dodatkowych spadła na niego. Musiał więcej zarabiać, rzadziej wydawać na przyjemności. Gdy w związku zmienia się jedna osoba, siłą rzeczy za zmianą musi podążyć druga– nie wszyscy są na to gotowi.

Najszczęśliwsza byłam, bo przestałam mówić: „zaraz”. Wiedziałam, że ta przemiana dzieje się „tu i teraz”. Byłam dumna. Nawet jeśli pracowałam ciężej– to na siebie i na swój sukces. Nawet jeśli nie miałam na drogi krem– to wiedziałam, że robię to po to, żeby poczuć wewnętrzny spokój, który da mi znacznie więcej niż ten cholerny krem.

Stawałam się silniejsza w różnych dziedzinach życia.

Dziś zarabiam jako lektorka języków, mam też swoich pacjentów, bo skończyłam podyplomową psychologię, wciąż się uczę.

W niedzielę leżałam na swojej działce na trawie i myślałam. Nie szkodzi, że zbliżam się do pięćdziesiątki. Jest dokładnie jak bym chciała. Jestem dokładnie w tym punkcie życia, w którym chcę być.

Obudźcie się, zanim będzie za późno. Słowo: „szkoda czasu” nie jest frazesem

Rozumiemy to tylko w skrajnych sytuacjach, w kilku momentach na przestrzeni lat. Ale lepiej wziąć sprawy w swoje ręce wcześniej, a nie dobić do ściany. I walić w nią głową i mówić; „ja pier…, nie zrobię kroku dalej”.

Nawet jeśli zmiana jest trudna i się jej boimy.


Zobacz także

Fot. iStock/YakobchukOlena

Kobiety nie śpią przez to po nocach, a faceci nawet o tym nie wiedzą

Fot. iStock / ByeByeTokyo

5 powodów by pokochać swoje ciało. Na pewno znajdziecie ich więcej

Fot. iStock/RyanJLane

Nie pomagam mojej żonie. Dlaczego miałbym „pomagać”? Ten post pewnego męża bije rekordy popularności w Internecie