Dobrze mu tak. Przecież to facet!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 marca 2019
Fot. iStock/CSA Images/Printstock Collection
 

Pewien znany polityk rozwiódł się z żoną (z którą łączyło go nie tylko wspólne kilkanaście lat życia, ale również kilkoro wspólnych dzieci), bo zakochał się w młodszej i nowszej znajomej. Zdarza się. Sprawa była na tyle poważna, że para postanowiła się pobrać. Miłość, czy fascynacja okazała się jednak toksycznym – jak się zdaje dla obojga – związkiem, który rozpadł się po kilku sezonach, jednej wspólnej okładce i kilku kompromitujących zdjęciach na Instagramie. Pani opublikowała nawet filmik, na którym jej prawie już były partner siedzi na sedesie i sugeruje, żeby jego prawie była partnerka „wzięła się do jakiejś roboty”. Trochę jak w bardzo kiepskim romansie – od miłości do nienawiści. Przepychanki o alimenty trwają do dziś, a każda nowa informacja dotycząca konfliktów tych dwojga wzbudza lawinę komentarzy. Głównie w jednym tonie : „dobrze mu tak, jak się matołowi zachciało skoków w bok, to niech teraz ponosi konsekwencje”. Wiadomo – karma wraca.

Oczywiście nie brak też głosów poparcia dla pierwszej pani M. Od czasu odejścia niewiernego męża od żony numer jeden upłynęło już jednak tyle czasu, że szczerze wierzę, że pani ta poukładała sobie na nowo swoją rzeczywistość oraz, że daleka jest od uczucia owej dzikiej satysfakcji, że losy nielojalnego partnera tak właśnie się potoczyły. Ufam, że ona po prostu ma to wszystko w nosie. I że jest szczęśliwa – tego jej z całego serca życzę.

Kiedy moja znajoma wdała się w romans z kolegą z pracy, obwiniła za to swojego męża. Tak, dobrze zrozumieliście. „Przecież to jasne – mówiła – gdyby nie był taki, jaki jest, nie szukałabym miłości i czułości gdzie indziej. Nigdy nie miałam w tym związku takich emocji, jak mam teraz.” Emocje okazały się nietrwałe, romans skończył się po kilku miesiącach, bo ona zaangażowała się za mocno, a on stwierdził, że od żony nie odejdzie, bo jednak nie jest taka najgorsza. No i są przecież dzieci, a dzieciom się tego nie robi.

Znajoma cierpiała w sekrecie kilka tygodni, a potem stanęła na nogi. Romansu, o którym mąż nadal nic nie wie broni zaciekle, bo jak sama stwierdziła, w końcu powiało świeżością w jej związku i generalnie, dobrze zrobiła wiążąc się w relację z kimś trzecim. A krzywdy przecież nikomu nie wyrządziła, bo mąż się nie dowiedział. I się nie dowie, ona mu nie powie, nie widzi takiej potrzeby. Może zresztą nawet sam podświadomie coś poczuł, bo zaczął się starać, wiec suma summarum i tak wyszło na dobre. To nie była zdrada. To była „odskocznia” od rutyny i pierdołowatości jej męża.

Sprawa skomplikowała się, gdy moja znajoma rok później odkryła, że małżonek zbyt często SMS-uje z dawną znajomą ze studiów. Tą, która wygląda niepokojąco dobrze, jak na swój wiek. Wyrzutom, awanturom, wylewaniu łez nie było końca. No bo, jak on mógł jej to zrobić?! Jak on mógł tamtej odpisać? Dlaczego odpisał? Co się za tym kryje i dlaczego na pewno zdrada?  Mimo, że naprawdę do niczego nie doszło, mąż nocował przez miesiąc na kanapie i musiał obiecywać kilka razy, że nigdy więcej nie napisze do żadnej koleżanki. A że to człowiek spokojny i kochający swoją żonę, na wszystko się zgodził.

Do czego zmierzam? Chyba do tego, że wciąż jesteśmy skłonni do stosowania podwójnych standardów. Jeśli mężczyzna zdradzi swoją partnerkę, wydaje nam się to obrzydliwe, ale jednocześnie oczywiste. Wiadomo, facet to świnia. Niech teraz ma, niech cierpi, niech go ta kochanka zrobi „na szaro”. Niech zostanie z niczym i niech cierpi w piekielnych czeluściach. I tak nie zrozumie.

Jeśli zdradza kobieta, prawdopodobnie miała jakiś powód. Nieszczęśliwa, smutna, zaniedbana rzuciła się w ramiona faceta, który czekał na to od dawna. Pewnie po prostu wykorzystał jej chwilę słabości.

Bzdura. Zdrada zawsze jest zła, niezależnie od tego, co jest jej przyczyną. To złamanie drugiej osoby, pokazanie jej, że nie może nam ufać, że w pewnym sensie wcale nie jest „tą jedyną”. Zdrada nie ma płci i nie udawajmy, że ta męska jest gorsza, czy bardziej okrutna. Bądźmy sprawiedliwi, a najlepiej po prostu przestańmy oceniać. Jeśli karma wraca, świat po zdradzie również wróci do równowagi. A jak go już każdy sobie ułoży, to zupełnie nie nasza sprawa.


Czy sutanna kiedykolwiek gwarantowała wyższy poziom etyczny? Chyba nigdy w historii Kościoła. Stańmy wszyscy po stronie ofiar, przestańmy tłumaczyć księży pedofilów

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 marca 2019
Fot. iStock / RyanJLane
 

Nigdy nie byłam świadkiem molestowania seksualnego, nigdy też nie dotknęło mnie ono osobiście. Nie doświadczyłam niepokojących zachowań ze strony żadnego z księży, który prowadził z nami katechezę w podstawówce. Jednego z nich nawet bardzo lubiłam. Był to zwykły, poczciwy, dość prosty ksiądz, który czasem zażartował, a czasem zagrał z nami w piłkę. Z lekcji religii w pamiętam tylko kolorowe obrazki z Jezusem wklejane pod tematem i jakieś rysunki. To nie były ciekawe zajęcia, raczej taki „przerywnik” od innych lekcji. W liceum wybrałam etykę, kiedy katecheta na religii pokazał nam film „Krzyk”, w drastyczny sposób przestawiający temat aborcji. Nie rozumiałam sensu pokazywania nam ociekających krwią fragmentów płodu. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji.

O wiele lepiej niż na lekcji religii czułam się w pustym kościele, kiedy jeszcze do niego uczęszczałam. Potem życiowe wydarzenia znacznie zweryfikowały moje poglądy na temat wiary i religii. Stałam się jedynie aktywnym obserwatorem tego, co się w Kościele dzieje i jak powoli traci on swoich wiernych.

Dziś nie wyobrażam sobie powrotu do Kościoła jako instytucji, kiedy jego hierarchowie nie potrafią jednoznacznie stanąć po stronie ofiar molestowania seksualnego, nie potrafią jednoznacznie potępić sprawców, których nie brak w ich szeregach. Pedofilia zdarza się przecież w każdym środowisku społecznym czy zawodowym, jednak biskupi nadal zdają się tego nie dostrzegać, stając po stronie przestępców i czyniąc podwójne zło: starając się zaszczepić w świadomości społecznej ideę winy ofiary molestowania, a nie winy przestępcy. I przeświadczenie, że „o tym się nie powinno mówić”.

Oglądałam wczoraj konferencję, w której uczestniczył mężczyzna zgwałcony przez wikarego w swojej wiejskiej parafii. Wówczas trzynastoletni chłopiec został w bestialski sposób wykorzystany przez zboczeńca. Łamiącym się od emocji głosem młody człowiek, widocznie złamany ciężarem swojej osobistej traumy wypowiedział pod adresem biskupa opolskiego znaczące słowa: „Mój szacunek do ciebie nie istnieje”. Nie dziwię się. Nie można mieć szacunku do osoby, która głosi ewangelię, a działa na szkodę najsłabszych i pokrzywdzonych. Efekt działań biskupa jest taki, że dziś parafianie modlą się za zdrowie wikarego – pedofila, a zgwałcony chłopak otrzymuje anonimowe, szykanujące go wiadomości. Jest poniżany i wyśmiewany. Nie wiem skąd znalazł sobie siłę i odwagę, by zawalczyć o prawdę.

Mężczyzna zarzuca biskupowi opolskiemu, że ten ukrywał prawdziwy powód usunięcia przestępcy z parafii, a wiernym mówił, że wikary został przeniesiony ze względu na stan zdrowia. To nie koniec mijania się z prawdą. Matka pokrzywdzonego zeznała, że hierarchowie kościelni kazali jej przysięgać pod krzyżem, że nikomu o całej sprawie nie powie „dla dobra dziecka”, a następnie informowali zainteresowanych, że to ona prosiła o zatajenie gwałtu.  Na usta cisną się słowa najgorsze, najmocniejsze które powinny tu paść, ale które i tak nic już w tej sprawie nie zmienią. Bo pałeczka jest teraz po stronie hierarchów. Ale coraz mniej nadziei na to, że zachowają się oni tak, jak powinni.

Bo biskup opolski zamiast nazwać rzeczy po imieniu i mówić o krzywdzie dziecka, o odrażającej, paskudnej zbrodni, mówił swoim wiernym o znieważeniu Chrystusa i jego ciała. Mówił o schorzeniu duszy, a nie pedofilii. Innymi słowy, wyrażał większą troskę o zbawienie swojego podwładnego, niż o szczęście, dobro i zdrowie psychiczne ofiary przestępstwa.

Nie pierwszy raz nasuwa mi się oczywiste spostrzeżenie, że w Kościele brak dziś szacunku dla ofiar, brak chęci dążenia do prawdy i ochrony najsłabszych. Ważniejsza jest ochrona interesów instytucji, jakaś rozpaczliwa próba zaprzeczenia, że i tutaj dzieje się źle.

Tymczasem, kiedy w grę wchodzi niewyobrażalna krzywda ofiar przemocy seksualnej, wszyscy sprawcy są równi. Nie ma tu immunitetów, nikt nie ma żadnego większego moralnego prawa do niczego. Wszyscy powinniśmy stać murem za pokrzywdzonymi i jednym głosem potępić kata.

Czy sutanna kiedykolwiek gwarantowała wyższy poziom etyczny? Chyba nigdy w historii Kościoła. Oczywiście, jest to instytucja jak każda inna i zdarzają się w niej po prostu osoby złe, zaburzone, chore. Jak wszędzie. Przestańmy udawać, że jest inaczej.

Nie rozumiem hipokryzji władz kościelnych. Instytucja Kościoła od kilku lat przechodzi głęboki kryzys. Żeby się z niego podnieść potrzebuje głębokiej reformy. Nigdy do niej nie dojdzie, dopóki Kościołem rządzą ludzie, którzy zamiast uderzyć się w piersi i przyznać do winy, wolą tuszować zbrodnie i chronić „swoich”, oddelegowywać ich zamiast doprowadzać do osądzenia. Kościół uratuje dziś już tylko prawda, której umiłowanie tak zawzięcie głosi.


Co najlepszego zrobiliście naszym dzieciom? Oskarżam was

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 lutego 2019
Fot. istock/martin-dm

Zaczęło się niewinnie, klasycznie właściwie. „Mamo, jestem zmęczona i zła”. Potem doszły do tego dziwne wahania nastroju, od wybuchów gniewu po przygnębiający smutek. „Dojrzewanie” – pomyślałam. Moja córka skończy wkrótce 11 lat, więc to z pewnością to. Ale z czasem zaczęło się coś niepokojąco nieuchwytnego. Jakiś smutek w spojrzeniu, ogólne osłabienie, przygnębienie. Kartki zostawiane na blacie w kuchni „Mamo, jestem beznadziejna, przepraszam”. Trzeba było działać, natychmiast.

Więc rozmowy – długie, do nocy. Pal licho, że nie nauczyłyśmy się (tak razem!) do kartkówki z historii. Problemem jest szkoła. Notoryczne zmęczenie, natłok wiadomości, projektów, prac domowych. Zbyt duża liczba uczniów w budynku, kontakt z tymi najstarszymi. Stres pomieszany z lękiem, presją, brakiem energii.

Żeby zdążyć chwilę odpocząć przed snem, do lekcji trzeba usiąść prawie natychmiast po powrocie ze szkoły. Ale zmęczenie sprawia, że czas nauki, przyswojenia wiedzy się wydłuża. Zadania z podręcznika sformułowane są skomplikowany sposób, należy przeczytać kilka razy, by zrozumieć. Kiedy kończymy z polskim, siadamy do matematyki. Znów problem – ćwiczenia z pracy domowej nie pokrywają się z treścią przekazaną na lekcji. Pani nie starczyło czasu, by wytłumaczyć polecenie. Robię to ja – jeszcze umiem, to „dopiero” piąta klasa. Ale co będzie dalej? Chwila przerwy, podwieczorek i zabieramy się za historię. Mierzę się z kompletnym (a właściwie niekompletnym) misz-maszem, papką, zlepkiem informacji trudnych dla dziecka z w tym wieku z informacjami banalnymi, „ukierunkowującymi” ideowo.

Orientuję się, że temat „średniowieczne duchowieństwo” jest w głowie mojego dziecka zawieszony bez kontekstu w jakieś absurdalnej próżni. Krucjaty to według nauczycielki „poszukiwanie drogi do zbawienia”, a średniowiecze to wiek „zacofania”. Ale czego oczekiwać po pani, która oznajmia swoim uczniom już we wrześniu, że historia jest nudna i ona sama jej nie lubi? Walczę ze stereotypem nudnej historii. Wyciągam albumy ze sztuką gotyku, pokazuję strony internetowe z mnóstwem ciekawych informacji – pięknie, kolorowo przedstawionych. „Mamo, historia jest fajna, ale nie w szkole” – słyszę. Szybka kolacja, bo już po ósmej. Trzeba jeszcze pomyśleć o projekcie z informatyki. Omawiamy go w piżamach. Idziemy spać. W końcu. Znów nie zrobiłam swojego tłumaczenia.

Walka o punkty, które gwarantują ocenę „wzorowy” z zachowania, to chyba największy absurd szkolnego systemu oceniania. Możesz ćpać, uderzyć kolegę – odejmują ci najwyżej kilkadziesiąt punktów. Ale jeśli weźmiesz udział w kilku konkursach, z łatwością te punkty nadrobisz. Nieważne, czy to konkurs plastyczny ku czci Lecha Kaczyńskiego, czy międzyszkolne zawody matematyczne. Jeśli często chorujesz, musisz nadrabiać zaległości z lekcji, w konkursach nie weźmiesz udziału – nie masz kiedy. Wtedy o wymarzonej nagrodzie na koniec roku możesz zapomnieć. Zabraknie ci punktów do oceny z zachowania.

Zaczyna przytłaczać cię presja. Jak to, nie masz „czerwonego paska”? Przecież jesteś zdolna, stać cię. Musisz się postarać. Jakby „pasek” był wyznacznikiem wartości ucznia…

Przeglądam podręczniki, regularnie sprawdzam treść zeszytów córki. Nadmiar niepotrzebnych informacji, brak tych naprawdę podstawowych, które pomogłyby usystematyzować wiedzę w głowie piątokolasistów – to rzuca mi się w oczy w pierwszej kolejności, zarówno w książce do historii, jak i w książce do polskiego, która przypomina chwilami podręcznik do religii. Program nauczania jest bardzo zły.

Wyciągam swoje stare zeszyty, porównuję, dopowiadam, „dotłumaczam” to, co zostało źle zrozumiane. Jak to możliwe, że po 25 latach wciąż jeszcze pamiętam to, czego moja córka nie jest w stanie przyswoić na dłużej niż kilka dni?

Córka znajomej wkrótce skończy 18 lat. Chodzi do prestiżowego liceum, radzi sobie dobrze. Z nauką, bo nie z życiem. Z życiem nie radzi sobie wcale, bo właściwie go nie ma. Nie jest piątkową uczennicą, ale bez problemów przechodzi do następnej klasy. Ma lekcje w języku angielskim, bo będzie zdawała międzynarodową maturę. Zaplanowała to jeszcze w podstawówce. Właśnie. Ona, czy jej rodzice? Ostatnio powiedziała mi, że nie wie, czego tak naprawdę chce. Że chciałaby to, tamto. Ale nie ma kiedy. I że jest zmęczona, okrutnie. A szkoły nienawidzi.

Na przerwie nie rozmawia się tam o niczym innym niż o zagranicznych uczelniach. Medycyna na Harvardzie, biologia molekularna na Oksfordzie. Kto da więcej? Skończyłaś już projekt? Nie? Słaba jesteś. Ja sobie ze wszystkim świetnie radzę. Sama. Twardym trzeba być.

W weekendy zbiera się oczywiście punkty, jakże cenne i potrzebne do „kartoteki”. Więc na przykład można asystować nauczycielom podczas warsztatów dla młodszych uczniów, co jest pracochłonne i czasochłonne. A czas jest bardzo drogocenny. Jednak teraz zlepia się, skleja się w jedną całość. Wskazówki zegara przesuwają się niemiłosiernie szybko. Projekt z chemii, zadania z matematyki, kilka stron eseju z niemieckiego. Projekt z WF-u. Tak, dobrze przeczytaliście. Z WF-u również są projekty pisemne. Wszystko po angielsku. A tu jeszcze na polski recenzja niszowego filmu, którego się nie ma nawet czasu zobaczyć. Więc szybko, jakieś urywki, jakieś artykuły dostępne w Internecie. Coś tam się napisze, byle co. Byle oddać. Tylko rodzice nie będą zadowoleni, bo znowu wpadnie ledwie trójczyna. Ale jakoś tak coraz bardziej wszystko jedno.

Czy jest jakieś wyjście? Chyba nie, skoro od małego słyszy się, że trzeba szybko skończyć dobrą szkołę, z jak najlepszy wynikiem i uciekać z kraju za granicę. Że tu nie ma perspektyw, zwłaszcza po zmianach jakie zaszły w naszym kraju po dojściu do władzy obecnej ekipy rządzącej. Tylko jak to wszystko przetrwać skoro na nic nie ma już siły?

Ja nie uważam, że tu nie ma perspektyw. Myślę, że wciąż jeszcze mamy dobre uczelnie, dobre szkoły, a przede wszystkim wspaniałych nauczycieli i wykładowców, którym na uczniach zależy. To staram się powtarzać moim dzieciom. W Polsce są wciąż warunki do zdobywania wiedzy, jest wciąż droga ku dobrej przyszłości.

Ale wszystkich odpowiedzialnych za ostatnie zmiany w systemie edukacji oskarżam. Oskarżam was o to, co zrobiliście naszym dzieciom. Oskarżam was o eksperymenty na młodych ludziach, o ich coraz gorszy stan psychiczny. O źle przeprowadzone i bezsensowne reformy, które zrobiły z nich chodzące Zombie. Oskarżam was o to, że produkujecie pokolenie zmęczonych życiem osób, którym właściwie coraz bardziej „wszystko jedno”, co się dzieje wokół.  Może taki był wasz plan. Bezkrytycznym tłumem kieruje się prościej. Ci, których rodziców na to stać, skończą „lepsze”, społeczne szkoły, wyjadą na zagraniczne studia. I pewnie tu nie wrócą. Przynajmniej dopóki coś się nie zmieni.