Dobra miłość zdarza się codziennie, sztuką jest tego nie przegapić. Wyznanie mężatki

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 lipca 2017
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Zastanawialiście się kiedyś, co zmienia ślub? Jedni twierdzą, że wszystko, inni, że absolutnie nic. Prawda jest taka, że człowiek zracjonalizuje sobie wszystko, co tylko zechce. A ślub? No cóż, w co byśmy nie wierzyli, życie z drugim człowiekiem, niewiele ma wspólnego z wyobrażeniami o sielance. To czasem kierat i zgrzytanie zębami, ale muszę wam wyznać, całkiem szczerze, że tego kieratu, nie zamieniałabym na żaden inny. 

Chcecie wiedzieć, jak to jest dobrze kochać i być dobrze kochanym? Tak cholernie nudno, że aż pięknie. Opowiem wam, jak ja pokochałam moją „nudę”, ten sam koc w kratkę i jego ciało, ciągle to samo.

Dobra miłość rodzi się, gdy jesteś gotów przestać być rozwydrzonym bachorem

Kiedy przestajesz wydzierać się wniebogłosy „Ja chcę, ja chcę, ja chcę!!!”…

–  Mieć księcia, zaplanowanego od A do Z. Od koloru oczu, po rytm jego kroku na schodach.

– Być księżniczką do kochania. Ach te kwiaty, niespodzianki, starajcie się o mnie, wystarczy, że jestem.

– Żeby było tak, jak to sobie wyobraziłam. No bo przecież, miało być tak i śmak. I śniłaś o tym już, jako mała dziewczynka – no jak to tak, odzierać teraz człowieka z marzeń, hmmm?

A guzik. Jeśli siedzi w tobie bachor, tak bachor, nie wewnętrzne dziecko, tylko dzieciak, który od rana tupie nogą i nie zgadza się nawet na mały kawałek innego świata, żaden związek i żaden papier, nie pozwolą ci dorosnąć. Jeśli chcesz w życiu dobrej miłości – musisz być dorosły, nie masz prawa wskakiwać komuś na plecy, żeby niósł cię przez życie. Mówi się, że poważny związek, to wzięcie odpowiedzialności za drugą osobę, nie zgadzam się, przede wszystkim, to bycie naprawdę odpowiedzialnym za siebie. Moja miłość mnie tego nauczyła.

Odpowiedzialność, nudna odpowiedzialność

Za swoje decyzje. Za rozczarowania, które będą wzrastać w nas, w wyniku własnych, błędnych decyzji. Wiecie ile pseudo-poświęceń rodzi się z tego „ja chcę”. Tak bardzo chcę, że jestem gotowa zapłacić każdą cenę… Naprawdę, będziesz tak chętnie płacić za rok, pięć czy dziesięć lat – czy swoją decyzję obrócisz w wyrzut-giganta?

Dobra miłość, to odpowiedzialność. Chcesz się teatralnie poświęcać? W małżeństwie przetrwa tylko szczerość. Zamiast kłaść głowę na emocjonalnym szafocie, naucz się rozmawiać. A może wtedy tak, jak ja, dorośniesz do tego, że:

  • to nieważne, że on nigdy nie przekręca kluczy w zamku po powrocie,
  • to nieważne, że jego matka, udaje przy tobie nastolatkę,
  • to nieważne, że na waszych wspólnych Wigiliach będzie od teraz inny barszcz,
  • i nieważne, jest też to, że już nie będziesz sama decydować, gdzie pojedziecie na wakacje.

To wszystko nie będzie problemem tak długo, jak wy nie będziecie nikogo do poświęceń zmuszali.

Tak długo, jak będziecie się wspierać, tak długo, jak każde z was, będzie potrafiło ustąpić.

Tak długo, jak będziesz przekręcać jego klucze przed pójściem spać, śmiejąc się pod nosem, że gdyby zamknął drzwi, bałabyś się, że jest chory.

Tak długo, jak oboje będziecie potrafili szaloną mamusię potraktować z dystansem, i nie pozwolicie by naruszyła granice waszego wspólnego życia, bo to jego mama, jest dla  niego ważna.

 

Bez odpowiedzialności, tego zwykłego dorastania, dojrzałości nie da się dobrze kochać. Nie da się odpuścić i powiedzieć: „Przepraszam”. Nie da się odciąć pępowiny i racjonalnie spojrzeć na swoich bliskich, którzy często nieświadomie depczą po emocjach naszej nowej rodziny. Nie da się wreszcie pomyśleć: „Wybaczam. Nie potrzebuję rekompensaty, zemsty, satysfakcji”. Nie da się tak po prostu wierzyć, że każde z nas ma dobre intencje, nie robi na złość, nie chce ranić… tylko czasem różnice miedzy dwojgiem ludzi bardzo utrudniają nam drogę.

Ważne jest to, że nadal idziemy razem, że patrzymy w tę samą stronę. I czasem każde z nas, musi na chwilę zboczyć ze swojej ulubionej drogi, wypróbować nową.

Nuda… 

Tak panicznie się jej boimy. A ona tak wiele o związku i o nas samych może nam powiedzieć. Bo nie sztuką jest cieszyć się życiem na wiecznym haju, nie sztuką jest zachwycać się człowiekiem tajemniczym, wciąż zaskakującym. Kogo nie ekscytują odkrycia?

Ale zawsze w życiu nadejdzie zwykły, nudny poniedziałek albo deszczowa i leniwa środa. Kim wtedy dla siebie będziemy?

Dobra miłość, to zgoda na te wszystkie kolory, namiętne wybuchy i na tę chwilę, gdy wokół robi się szaro. Gdy dopada choroba, zło, pożegnania ważnych dla nas osób. Ta „nuda” to pewność, bezpieczeństwo. Ubezpieczenie na zwykłe życie. Bo przecież życie jest tak różnorodne. Są w nim gorące wakacje i kolejki w sklepie, narodziny i śmierć, namiętny seks i chrapanie pod kocem na kanapie. Wykwintne kolacje i okruszki z czipsów w łóżku.

O rany, nawet nie wyobrażacie sobie, jak wkurzają mnie niedomknięte szampony pod prysznicem, te cholerne klucze w zamku i to, że on zawsze pomyli się na zakupach, ale nie wyobrażam sobie dnia bez poczucia, że gdy wrócę do domu, te klucze będą na „swoim miejscu”. Niedzieli bez jego do bólu powtarzalnych naleśników i naszej rocznicy, gdy jak co roku da mi kartkę z napisem „dziękuję, że nadal mnie kochasz wariatko”, a potem będziemy się kochać… albo stwierdzimy, że w tym roku najpierw się wyśpimy i najwyższa pora kupić sobie nowe radio, takie zwykłe do kuchni 😉 .

PS: Pamiętam, gdy oboje myśleliśmy, że nasz związek to będzie wieczna petarda. Jak to dobrze, że oboje umieliśmy dorosnąć do zwykłego życia.


Wiesz, jak czuje się kobieta, która prosi o seks? Dzisiaj myślę, że odchodziłeś bardzo powoli, przez wiele lat…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 lipca 2017
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Kochany, nie zauważyłam, kiedy zacząłeś odchodzić. Jak mogłam przegapić tak ważny moment, jak mogłam nie złapać tej chwili, żeby ją zatrzymać, zacisnąć na niej rękę i nie puścić, nie pozwolić, by minęła i by za nią przyszła kolejna. Wiesz, trzymałabym ją kurczowo, wyciskała z niej życie, żeby zapomniała, że w ogóle chciała nadejść. Albo, żeby straciła przytomność i nie wiedziała, po co właściwie się zjawiła. Ale jej nie zauważyłam. Dzisiaj myślę, że odchodziłeś bardzo powoli, przez wiele lat.

Odchodziłeś już wtedy, gdy pojawiły się dzieci, a ty rzuciłeś się w wir pracy. Kiedy ktoś z naszych znajomych pytał, co u nas słychać, schemat był ten sam: „Dobrze, wiesz, jak z dziećmi, wiecznie na zmęczeniu, ale i tak jest cudnie”. Wtedy się cieszyłam, że identyfikujesz się z moim zmęczeniem, bo to ja wstawałam, karmiłam, przewijałam. Robiłam wszystko, by twoje życie się nie zmieniło, żebyś wstawał wypoczęty, zadowolony, z miłością patrzył na mnie i nasze dzieci. Myślałam, że tak przekupię twoją miłość, zyskam więcej, więcej dając.

Zasypiałeś na kanapie w dużym pokoju, kiedy ja czytałam dzieciom bajki. Przykrywałam cię kocem i zasypiałam sama w dużym, zimnym, bo pustym łóżku. Z czasem coraz częściej. Bo ty coraz rzadziej zaglądałeś do naszej sypialni. „Taki etap” – tłumaczyłam sobie i odrobinę spokojna zasypiałam, bo zmęczenie odmawiało mi jakiejkolwiek ochoty na seks i analizowanie tego, co się między nami dzieje. Myślałam o wakacjach, twoim urlopie, weekendzie, kiedy dzieci damy babciom. Ta iluzja, to wyobrażenie tego, jak będzie, gdy zostaniemy w końcu sami, zagłuszała mój niepokój, bo w końcu przyjdzie czas, kiedy to, co dzisiaj się odmieni.

Ale się nie zmieniało. W swojej frustracji i strachu, że cię tracę, wykrzyczałam, że czuję się jak matka twoich dzieci, praczka i sprzątaczka, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz spojrzałeś na mnie z pożądaniem, kiedy widziałeś we mnie prawdziwą kobietę. Kobietę, która pragnie namiętności, która potrzebuje być pożądana, która chce, by jej facet ją zauważał.

Pamiętasz seks sprzed dzieci? Najpierw nieudolny, gdy uczyliśmy się siebie nawzajem, gdy nie wiedzieliśmy, czego każde z nas chce, czego pragnie i potrzebuje. Zakładaliśmy maski luzu, obeznania i pewności, że seks właśnie tak powinien wyglądać. Ale z czasem było coraz lepiej. Coraz odważniej, bo coraz bliżej. Poznawaliśmy się, ufaliśmy sobie, więc otwieraliśmy się na wszystko, co nowe. Zaskakiwaliśmy siebie własną kreatywnością i chęcią próbowania tego, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się nam wstydliwe, a nawet czasami nieprzyzwoite. Wiesz, to seks jest lustrem związku. Zrozumiałam to, gdy zauważyłam, że odchodzisz. Z seksu pełnego namiętności, zaskoczeń, często śmiechu i zabawy dobiliśmy tam, gdzie mieszka rutyna.

Wiesz, jak czuje się kobieta, która prosi o seks? Jak domaga się uważności, kiedy leży niemal naga przy boku mężczyzny, którego ona pożąda, a on jej nie zauważa. Mówi, że jest zmęczony, że nie ma ochoty. Ok, jasne, przecież faceci to nie maszyny do seksu, wy też potrzebujecie czasu, wrażliwości. Czytałam o tym, próbowałam znaleźć powód za ciebie myśląc, że jest gdzieś głęboko ukryty, nieuświadomiony. Nasz seks stał się mechaniczny, jak nasze codzienne życie. To „dzień dobry” rano, SMS w południe: „Jak mija ci dzień, zrobisz zakupy, czy ja mam zrobić?”, jak po południu: „Będę trochę później, dasz radę odebrać dzieci?”, i wieczorem, gdy dzieci szły spać, a my milczeliśmy siedząc obok siebie na kanapie i gapiąc się w telewizor.

Nawet ja przestałam mieć ochotę na seks, na powtarzalność tych wszystkich gestów. Najpierw ręka na moim udzie, później na mojej piersi, kilka sekund całowania, twoja ręka coraz niżej, czasami twoje usta. Moje ręce na twoich pośladkach. Ja wiedziałam, co zrobić, żeby tobie było dobrze, a ty wiedziałeś, co działa na mnie. Podobno tysiące powtórzeń prowadzi do perfekcji – cynicznie czasami myślałam, a czasami nie myślałam nawet, że się z tobą kocham, w głowie robiłam listę zakupów, planowałam weekend, myślałam, gdzie i do kogo muszę zadzwonić. Przez moment, kiedy ty wiedziałeś, który guzik nacisnąć, by moją głowę odciągnąć od codzienności, poddawałam się tobie i na krótką chwilę wiedziałam, że jesteśmy jednością, że tu i teraz jestem tylko twoja, a ty tylko mój. Ta spójność, na intymność i chwila, która jest tylko nasza, do której nikt się nie może wkraść, nie może nam jej zabrać. Ta chwila krzyczała w mojej głowie dziękując za to, że jesteś.

Ale następna przynosiła już obojętność. Jakby akt spełnienia nie mógł rozciągnąć się między nami na dłużej, jakby z momentem, gdy odpadaliśmy od siebie ciężko oddychając, wchodziła chwila oddalenia, której nie sposób było przegonić.

I tak, jak my rzadziej patrzyliśmy na siebie z miłością, jak mniej czułości w ciągu dnia sobie okazywaliśmy, tak nasz seks zanikał. A może było odwrotnie. Kiedy znudzeni rutyną udawaliśmy, że śpimy, byleby nie odgrywać na nowo tej sztucznej sceny seksualnego aktu na potrzeby jednego widza – miłości, która chciała nas jeszcze widzieć razem.

Kochany, dziś już nie kładziesz ręki na moim udzie… Ja nie czekam na twój dotyk, wręcz się go boję, bo już nie chcę, żeby do mnie przyszedł. Wiem, że odchodzisz, a może odchodzę ja? Kiedy zamykamy się na siebie, zamykamy się na to wszystko, co między nami, na te chwile, które kiedyś tak nas łączyły, tak bardzo definiowały naszą miłość, gdy w miłosnym uniesieniu ty krzyczałeś, a ja szeptałam, jak bardzo się kochamy i oboje mieliśmy pewność, że to co czujemy, jest prawdziwe i tylko my jesteśmy tego świadkiem…


Mój były mąż ideałem? Biedna kobieta nie wiedziała, co ją czeka. Jak bardzo się myliłam…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
28 czerwca 2017
Fot. iStock/JenAphotographer

Znamy się ze szkoły, nasze dzieci chodzą do tej samej klasy. Kilka razy zastanawiałam się, jak to się stało, że taka atrakcyjna, przebojowa kobieta może być sama. Ona zawsze uśmiechnięta, nie wyglądająca na swoje lata – w dżinsach i koszulce, co dodaje jej dziewczęcości.

Wiedziałam, że oprócz 11-letniego syna ma jeszcze 20-letnią już córkę, która wyjechała studiować za granicę. Zdolna bestia – tak o niej mawiała. Po nieformalnym zakończeniu roku szkolnego – czytaj ognisku klasowym, wracałyśmy razem z naszymi dziećmi do domu. Na pieszo, spacerkiem, nigdzie się nie spiesząc. „Dlaczego jesteś sama” – spytałam, bo mam taką przypadłość pytania wprost, najwyżej ktoś odpowie, że nie chce o tym rozmawiać. Ale ona chciała, nie było to dla niej problemem. „Nie umiałam iść na kompromisy” – odpowiedziała zaskakując mnie. Wyobrażałam sobie usłyszeć jakąś drastyczną historię, że on pił lub bił. Że uwolniła się od kata i na nowo szczęśliwie zbudowała swoje życie. A tu było prozaicznie. Poznali się na studiach. Szybko zaszła w pierwszą ciążę. – To takie banalne. Miłość ze studiów, kiedy wydawaliśmy się sobie tacy dorośli. Później on do pracy, ja z córką w domu nabierając rozpędu i chęci do wejścia w zawodowe życie. Kiedy Ola skończyła półtora roku poszłam do pracy. Duża firma, zostałam jednym z jej biurowych trybików. Ale było to dla mnie coś nowego. Zachłysnęłam się pracą, ludźmi, atmosferą takiej niezależności. Miałam 26 lat, ostatni rok spędziłam gugając do maleństwa, nie mając okazji porozmawiać z dorosłymi ludźmi, pożartować, pośmiać się i też ponarzekać. Do domu wracałam poirytowana tym, że czeka na mnie sprzątanie, pranie, gotowanie. Mój mąż? Tak naprawdę już wtedy byliśmy daleko od siebie. On robiący karierę w międzynarodowej korporacji, siedział po godzinach, pracował w weekendy. Oficjalna wersja była taka, że to wszystko dla nas. Na wakacje, na prywatne przedszkole dla Oli. Jak długo tak można? Okazuje się, że bardzo długo.

Bardzo długo jesteśmy w stanie oszukiwać siebie, że to jak wygląda nasze życie jest w porządku. Że właśnie tak być powinno. Dziecko – śliczne, mądre, niesprawiające żadnych kłopotów, dom, praca, seks raz w tygodniu, wakacje, obiady w niedziele na zamianę to u teściów, to u rodziców. Przecież wszyscy żyją według tego schematu, więc nie może być w nim nic złego. – Zasypiałam z książką na kanapie, albo u córki w pokoju. On do późna oglądał filmy, albo mecze, które wcześniej nagrywał. Zawsze mnie dziwiło, co jest interesującego w oglądaniu meczu, którego wynik dawno znasz. Dzisiaj wiem, że niczego nie robiliśmy wspólnie. Kiedy Ola poszła do szkoły, właściwie mijaliśmy się w drzwiach. Ja coraz bardziej zacietrzewiona w swoje złości i buncie, przeciwko jego ignorancji. Kłóciliśmy się, że on za mało okazuje mi czułości i że ja jestem zbyt wymagająca i trudno mi dogodzić. Tyle, że ja byłam święcie przekonana o tym, że wszystko robię najlepiej. Jak oddać przestrzeń komuś, kogo nie jest się pewnym? Kto z pewnością zapomni odebrać córkę, nie zauważy, że cukier w domu się skończył i że rachunek za energię jest do opłacenia.

Ostatnio kilka razy na pytanie: „Dlaczego wam nie wyszło” usłyszałam od różnych kobiet: „Bo myślałam, że wszystko zrobię lepiej sama”. A zrobisz? Większość odpowiadała, że pewnie tak, ale gdzie to je doprowadziło? Najczęściej są same ciągnąc wózek z pracą, dziećmi i domem, a mąż odszedł do wcale nie młodszej, ale takiej, która pozwala się sobą zaopiekować. – Ja nie pozwalałam. Nieustannie chciałam mu udowodniać, że jestem lepsza. Od niego? Od siebie samej? Sama nie wiem. Wpadłam w jakiś kołowrotek do tego stopnia, że zaczęłam myśleć: „Do czego on mi jest właściwie potrzebny, skoro wszystko ogarniam sama”. Przestraszyłam się tej myśli, bo przecież nie chciałam być sama, a tylko jego miałam. To wtedy podjęliśmy decyzję o drugim dziecku. Moja pozycja w pracy była ustabilizowana. Mogłam trochę odpuścić, iść na macierzyński. Dzisiaj dziękuję za to, że mam Maksa, ale patrząc z drugiej strony – ratowanie małżeństwa kolejnym dzieckiem, to nigdy nie jest dobry pomysł. Nie znam nikogo, komu by się to udało. Nie da się z pojawieniem nowego życia zakopać wszystkiego złego, które już się wydarzyło.

Jasne, że byliśmy szczęśliwi. Miałam wrażenie, ze fruwam nad ziemią. I on z taką miłością na mnie patrzył, głaskał po brzuchu, powtarzał: „Teraz już wszystko będzie inaczej”. Ale nie było. Biegałam z wózkiem do Oli do szkoły, na jej występy, zebrania, on nigdy nie miał czasu, a nawet jak miał, to mówiłam złośliwie, że nie ma po co przychodzić. „Chcesz pokazać, jakim dobrym ojcem jesteś?” – wbijałam jedną szpilkę za drugą. Skupiłam się całkowicie na dzieciach. W świecie, którym miejsca miało starczyć dla nas wszystkich, zbudowałam swój własny – dla mnie i dla dzieci. Uważałam, że jestem lepsza od niego, bo on nigdy nie sprostałby tym wszystkim obowiązkom, które ja mam na głowie.

Kwestią czasu było, żeby sobie kogoś znalazł. Kogoś, kto patrzył na niego z podziwem, kto słuchał uważnie. Była w moim wieku. Z jednym dzieckiem. Wdowa – jej mąż zmarł na raka kilka lat wcześniej. Dla niej mój mąż okazał się ideałem, z którym chciała spędzić resztę życia. Wmurowało mnie. Mój już wtedy niemal były mąż ideałem? Było we mnie mnóstwo złości, nienawiści, myślałam: „Biedna kobieta, nie wie, co robi”. Tymczasem są do dzisiaj razem. A to już prawie 10 lat. Mój były mąż szczęśliwy, czuje się kochany. Rozmawialiśmy kilka lat temu, kiedy byłam w trakcie terapii. Musiałam zrozumieć, co się właściwie stało. To nie było łatwe usłyszeć o sobie – pani perfekcyjna, nie dopuszczająca jakiejkolwiek rysy na jej wyobrażeniu dobrego i szczęśliwego życia. On czuł się tą rysą, za mało doskonały, zbyt lekko podchodzący do życia. Ja nie miałam luzu, nie rozumiałam, jak można odpuścić, odłożyć, zapomnieć. U mnie wszystko musiało być doprowadzone od A do Z, choćby się waliło i paliło, choćbym sama padała na twarz, to zawsze w każdej sytuacji musiałam mieć pełną kontrolę nad tym, co się dzieje. On uciekł od tej kontroli. Nie mógł tak żyć. Dzisiaj zastanawiam się, jak ja mogłam.

Kiedy pytam, jak jest dzisiaj, odpowiada, że jest szczęśliwa. – Zadbałam o siebie, zrozumiałam, że nie mogę wszystkiego za każdą cenę osiągać. Wykonałam ogromną pracę nad sobą, wyciągnęłam z szafy trupy i się z nimi zmierzyłam. Zrozumiałam, że to, jak wygląda moje życie i moje relacje z najbliższymi zależy tylko i wyłącznie ode mnie. To ja decyduję, ale co najważniejsze – dokonuję wyboru, w którą stronę chcę iść.

Zrobiło się ciemno, chłopcy podbiegają do nas z prośbą o to, żeby mogli wspólnie spać – u jednego albo drugiego. Uśmiecham się. Biorę chłopaków do siebie. A jej dziękuję za to, co mi opowiedziała. Czasami podczas zwykłego spaceru możemy od drugiego człowieka nauczyć się więcej, niż poszukując samej odpowiedzi.