(Dla)czego nie powinniśmy mówić partnerom o swoich „byłych”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2017
Fot. istock/Vasilisa_k
 

Koszmar pierwszej randki. Siadacie naprzeciwko siebie, atmosfera trochę się rozluźnia i nagle, nie wiadomo jak i kiedy, rozmowa schodzi na… jego byłą partnerkę. Chociaż wcale tego nie chcesz, dowiadujesz się szczegółów z ICH wspólnego życia – tego, dlaczego się rozstali, co ich połączyło i … jaki jest status tej relacji.

Są takie osoby, które kochają porównywać swoich partnerów do byłych miłości. I zazwyczaj nie robią tego w złej wierze. Czasem rzeczywiście, są perfidnie złośliwe. Ale z reguły po prostu zbyt szczere (tak, to możliwe), nieudolnie szukają sposobu na zmotywowanie ukochanego do zmiany albo nie grzeszą rozumem. Bo na dłuższą metę, nikt takich porównań nie zniesie.

Oczywiście, są takie sytuacje, gdy rozmowy o byłym partnerze uniknąć się nie da (na przykład wtedy, gdy łączą nas wspólne dzieci, albo trudna przeszłość w jakiś sposób wpływa na was oboje), ale jeśli to możliwe starajmy się nie rozmawiać o tym, co już skończone, bo:

– to zawsze wywołuje zazdrość, a nie każdy z nas potrafi sobie z nią dobrze radzić (złe emocje są wam zupełnie niepotrzebne),

– priorytetem jest obecny związek oraz samopoczucie twojego obecnego partnera (porównywanie go do „byłego” i opowiadanie o tym, jak było wam wspaniale),

– nie ma powodu by wracać do zamkniętego rozdziału, teraz tworzysz coś nowego, zupełnie innego i nie powinnaś się oglądać za siebie,

– nie ma powodu, by opowiadać o swoim złamanym sercu, bo dajemy obecnemu partnerowi do zrozumienia, że do „byłego” wciąż coś czujemy (rzadko który związek kończy się zgodą i przyjaźnią).

A jeśli nie możesz się powstrzymać, to po prostu zdobądz się na uczciwość i sama sobie odpowiedz na pytanie, czy „były” jest naprawdę byłym…


Pieniądze to nie wszystko, teraz pora na prawdziwe życie. Czasem trzeba po prostu odpuścić

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2017
Fot. iStock/kjekol
 

Karolina ma wszystko o czym marzy wiele młodych kobiet. Pieniądze, wspierającego, mądrego partnera, wiedzę, doświadczenie… Do pewnego momentu miała również świetna pracę, ale o tym za chwilę. Niewiele osób wie, przez co przeszła, żeby znaleźć się w tym punkcie, w którym jest obecnie. Jest w ciąży, upragnionej, wyczekanej. Za miesiąc urodzi syna. Wydawałoby się więc, że wszystko układa się idealnie. Gdyby nie to, że została oszukana i wykorzystana, mogłaby się w pełni cieszyć swoim szczęściem.

Na pomysł założenia firmy Karolina wpadła jeszcze na studiach. Do biznesu miała głowę po ojcu, catering okazał się strzałem w dziesiątkę. Zaczynała od biegania z kanapkami po biurowcach. Wszyscy się śmiali, a ona założyła start up, włożyła w niego zaoszczędzone pieniądze. Znajomi kręcili jej kółko na głowie, a ona wstawała o piątej rano po świeże pieczywo, ser, warzywa ekologiczne. Miała wizję, dobre hasło, pasję. Chciała tego. Obliczyła po jakim czasie powinna zacząć odnotowywać zyski. Wydrukowała ulotki, postawiła na jakość i prostotę. Kanapki, ciepłe tosty przygotowywane na szybko z przygotowywanych wcześniej składników. Potem przyszła pora na lunch boxy z domowymi zupami i schabowym zaprzyjaźnionej mamy koleżanki ze studiów. Załapało.  Mimo dużej konkurencji, mimo zmęczenia, czasem zwątpienia. Karolina miała chyba dużo szczęścia. No i uśmiech, który zjednywał klientów.

Mama mówiła jej: „Dziecko, po co ty się tak męczysz, studia kończysz, pieniądze mamy, nie musisz tak zaczynać. Kupimy ci, jak chcesz salon kosmetyczny, będziesz się na nim uczyła zarządzać. Jeśli koniecznie gastronomia, kupimy cię pizzerię”. Ale ona nie chciała nic od nich dostać, chciała mieć wszystko swoje, od początku. Nie widziała się w firmie ojca, choć on marzył o tym, że u jego boku nauczy się. Chciała sama zapracować na swój sukces. Skrupulatnie, jak mróweczka, od drzwi do drzwi, zdobywała klientów w  biurach, samym centrum miasta. Po trzech miesiącach poprosiła o pomoc koleżankę z roku, bo zrozumiała, że sama nie da już rady. Zaproponowała jej układ 40:60, bo pracą dzieliły się równo, ale firmę stworzyła sama. I plan rozwoju firmy też.

Była na ostatnim roku studiów, pisała pracę magisterską z zarządzania. Mała firma zaczynała się rozrastać. Rodzice, choć wciąż pełni obaw, patrzyli z dumą na córkę. A ona nie zwalniała tempa. Zawsze taka była, od małego. Co sobie wymyśliła, to przeprowadziła krok po kroku. Wszystko obracała w sukces. Po pięciu latach Karolina razem ze wspólniczką zatrudnia już 20 osób.

Udało się utrzymać na powierzchni, znaleźć swoją niszę. To ona była autorką tego sukcesu. Kiedy Karolina bierze ślub z Maćkiem, przyjacielem z dzieciństwa, firma obsługuje już całkiem spore imprezy, wigilie firmowe, spotkania integracyjne. Ma bazę stałych klientów i stałą pozycję na tym, kapryśnym, rynku. Karolina jest szefową, głównym „mózgiem” pomysłodawcą, a Magda, przy jej pełnym zaufaniu, zajmuje się księgowością, rozliczeniami i zaczyna kombinować „na boku”.

A potem zdarza się nieszczęście. Karolina stoi przy oknie w biurze, właśnie przed chwilą zobaczyła, że na koncie firmy nie zgadzają się pieniądze. Brak 20 000 złotych. Robi jej się ciemno przed oczami i czuje ból, taki jak przy miesiączce, tylko coraz silniejszy. Krew. Robi jej się gorąco, potem budzi się w szpitalu. Przerażona twarz męża będzie jej się śniła przez kilka tygodni. To był trzeci miesiąc, straciła ciążę. Potem próbują jeszcze raz. I jeszcze raz i jeszcze. Za każdym razem kończy się tak samo. Aż z twarzy Karoliny znika radość, a w oczach pojawia się lęk i smutek. Bo co jeśli nigdy nie będzie mogła mieć dzieci? W firmie Magda zapewnia ją, że wszelkie wydatki są pod kontrolą. Tłumaczy, że były przejściowe kłopoty, że nie chciała Karoliny martwić. Że chciała dobrze dla firmy. Te 20 tysięcy oddaje w ratach. W końcu każdy popełnia błędy, Karolina nie ma zresztą do tego głowy. Lata wyciężonej pracy i stresu robią swoje, zaczyna się depresja.

Choć dla Karoliny najlepszym lekarstwem na smutki jest praca, nie potrafi się na niej skupić. Potem będzie sobie zarzucała, że wszystkiego nie dopilnowała, że mogła by ostrożniejsza. Ale skąd mogła wiedzieć?

W końcu  udaje jej się utrzymać ciążę. Przez długie miesiące zostaje w domu, pod opieką ukochanego męża i mamy. Maciek jest chirurgiem, nie zna się na prowadzeniu biznesu, chce tylko wiedzieć swoją żonę szczęśliwą i spokojną. Też ufa, że w firmie wszystko jest pod kontrolą. Kiedy nic już nie zagraża ciąży, Karolina dzwoni do Magdy i mówi, że wraca choć na trochę. I przeżywa szok.

To nie jest już jej miejsce. Za jej  plecami zmieniono dostawców, spada jakość usług i produktów. Magda korzystając z nieobecności Karoliny zatrudniła swoich znajomych, pozbyła się sprawdzonych kontrahentów. Kilku ważnych klientów zrezygnowało z usług. W papierach bałagan, chaos.  Ale z Karoliną dzieje się coś dziwnego. Nie ma na to siły, odpuszcza.

Ma dylemat. Wynająć prawnika, zebrać dowody, wytoczyć koleżance proces, odebrać jej udziały w firmie, bo dokonała w niej zmian, do których nie miała prawa, nawiązała współpracę z ludźmi, których Karolina w swojej firmie nie chciała widzieć? Walczyć o swoje? Zaczekać do porodu?

Właściwie chciałaby uciec, podpisać papiery i sprzedać Magdzie swoją firmę, byleby już się nie denerwować nie myśleć. Mama mówi, że najważniejsze jest zdrowie, bezpieczeństwo. Że szkoda nerwów, że pieniądze to nie wszystko. Tata jest innego zdania, ale boi się o córkę, mliczy.

A Maciek? Obejmuje ją delikatnie i mówi: zostaw, teraz ty jesteś najważniejsza. Ty i dziecko. I chyba Maciek ma rację, bo Karolina już nie chce walczyć. Udowodniła sobie, że potrafi stworzyć coś z niczego. Może za jakiś czas spróbuje jeszcze raz. A teraz pora na prawdziwe życie.


Wnętrza, które pomagają w koncentracji – urządzamy miejsce do pracy i nauki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 listopada 2017
Fot. iStock / poligonchik

Oprócz ciszy i spokoju, w produktywnej pracy może pomóc kilka aranżacyjnych rozwiązań. Zobacz, o czym pamiętać przy urządzaniu wygodnego miejsce do nauki i pracy dla siebie lub swojego dziecka.

Kącik do nauki dla najmłodszych

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Najważniejsze elementy naukowego kącika Twojej pociechy to oczywiście biurko i krzesło. Nie kupuj gotowych zestawów – lepiej będzie samodzielnie wybrać blat i podstawę (oraz – koniecznie! – szuflady), dopasowując ich rozmiar nie tylko do wzrostu dziecka, ale również wymiarów pokoju. By zapewnić uczniowi swobodę pracy, biurko powinno mieć minimum 75 cm szerokości i 50 cm głębokości. Dopasuj do niego krzesło (najlepiej z regulowaną wysokością), na którym stopy dziecka będą swobodnie opierać się o podłogę. Dla najmniejszych konieczny może być zakup podnóżka.

W miarę możliwości stanowisko pracy w pokoju dziecięcym ustaw w taki sposób, by dziecko nie siedziało plecami do drzwi ani twarzą do ściany lub okna. Krótko mówiąc: najlepiej urządzić mu pokój małego prezesa, z biurkiem blisko okna i widokiem na cały pokój. Taka aranżacja korzystnie wpłynie na koncentrację małego ucznia lub uczennicy.

Jeśli nie dysponujesz odpowiednią przestrzenią, miejsce pracy możesz również urządzić przy ścianie – najlepiej w rogu pokoju, niedaleko okna. Musisz jednak zadbać o to, by znalazły się na niej rzeczy, które będą przyciągać dziecko do jego kącika, np. półki z książkami i kilkoma zabawkami, plakat z ulubioną bajką lub tablica korkowa z planem lekcji i najważniejszymi słówkami na angielski.

Kolejnym krokiem będzie wybór odpowiedniego oświetlenia. Do nauki najlepsze będzie światło o temperaturze w zakresie 3500-4100 K i współczynniku oddawania barw (CRI) na poziomie minimum 70 jednostek. Ustawienie lampy będzie zależeć od ręki, którą pisze Twoje dziecko. Praworęcznym powinna świecić z lewej strony, a leworęcznym – z prawej. Jeśli na biurku nie będzie wystarczająco dużo miejsca na klasyczną lampkę, pomyśl nad lampą stojącą lub zaciskową.

Na sam koniec najcenniejsza rada: spróbuj zaangażować swoje dziecko w tworzenie kącika do pracy. To w końcu jego miejsce, dlatego pozwól mu wybrać niektóre elementy (np. lampę czy plakat) – dzięki temu na pewno chętniej będzie tu przesiadywać, częściej sięgając po książki i zeszyty. Daj szansę nawet najbardziej szalonym pomysłom i pamiętaj, że potrzeby i upodobania będą zmieniać się wraz z wiekiem.

Studia, czyli walka o koncentrację

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Powyższe wskazówki dotyczące ergonomii, oświetlenia i komfortu śmiało można zastosować również przy urządzaniu miejsca nauki podczas studiów. Oczywiście konieczne będzie większe biurko – by zdołało pomieścić laptopa, książki oraz kserówki i notatki.

Stworzenie wygodnego kącika może być niemałym wyzwaniem zwłaszcza wtedy, gdy musimy dopasować się do warunków w wynajmowanym pokoju lub akademiku. Nauce i skupieniu nie zawsze sprzyja również życie pod jednym dachem ze współlokatorem. Warto więc zadbać o to, by wszystko było pod ręką. Niezbędne będzie obrotowe krzesło o odpowiedniej wysokości i twardości (zdrowy kręgosłup do postawa nawet podczas najcięższej sesji!) oraz regał, na którym umieścisz wszystkie niezbędne pomoce. Zastanów się, czy nie warto będzie ustawić go w taki sposób, by odgradzał Twój naukowy kącik od reszty pomieszczenia.

Studencka rzeczywistość często sprawia, że o cichy kąt do nauki bywa trudno. Skuteczniej niż aranżacyjne triki pomóc mogą… dobre słuchawki o zamkniętej konstrukcji, skutecznie wytłumiające odgłosy otoczenia. Jeśli jednak nawet spokojna muzyka przeszkadza Ci się skoncentrować, w poszukiwaniu ciszy zawsze możesz udać się do biblioteki lub czytelni.

Aranżacja domowego gabinetu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wygodny azyl, w którym nic nie zaburza skupienia jest szczególnie ważny, jeśli pracujesz w domu. O czym pamiętać przy aranżacji własnego gabinetu?

Jeśli chcemy przeznaczyć na niego całe osobne pomieszczenie, oprócz obowiązkowego zestawu biurko + fotel zaprośmy do niego meble, które pomogą stworzyć atmosferę pracy. Gabinet to idealne miejsce na domową biblioteczkę, a także wygodny fotel lub kanapę, na który na pewno chętnie wskoczysz, gdy zmęczy Cię siedzenie w jednej pozycji. Przyda się również kilka roślin, które pomogą przełamać surowy charakter pomieszczenia.

Urządzając swój pokój do pracy, dobrze zastanów się nad doborem kolorów. Postaw na neutralne barwy na ścianach: beż, biel lub subtelną szarość. Unikaj wyrazistych czerwieni, pomarańczy czy fioletów – będą Cię tylko niepotrzebnie rozpraszać. Brak kolorów możesz sobie zrekompensować plakatem, obrazem lub zdjęciem, które w takim otoczeniu na pewno będzie się prezentować wyjątkowo efektownie.

Gdy nie dysponujesz osobnym pokojem na gabinet, miejsce do pracy możesz zaaranżować również w pokoju dziennym (odradzamy sypialnię – łóżko to naprawdę potężny magnes…). By oddzielić się od innych domowników możesz skorzystać z wspominanej już sztuczki z ustawieniem regału lub kanapy. Pamiętaj jednak, by ustawić biurko w taki sposób, by nie widzieć telewizora. Zamiast niego możesz również pomyśleć o stole, z którym w razie potrzeby szybko zamienisz swój mały gabinet w jadalnię.


O autorce:

Katarzyna Lasocka – pasjonatka pięknych wnętrz i redaktorka bloga Morizon.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Zobacz także

Za co kochamy facetów i czy my, kobiety, możemy się czegoś od nich nauczyć?

Dlaczego nigdy nie wyjdę za mąż za mojego chłopaka

Panowie, przestańcie być dupkami, wystarczy uniknąć kilku błędów, by kobieta przy was czuła się naprawdę szczęśliwa!