Dlaczego ludzie boją się wchodzić w trwałe relacje? 10 przykładów pewnych zachowań

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
4 sierpnia 2017
Fot. iStock/Petar Chernaev
Fot. iStock/Petar Chernaev

W dzisiejszym świecie szukamy gotowych odpowiedzi. Moim zdaniem wyuczono nas lęków. Kiedy w kimś się zakochujemy, boimy się z nim poważnie porozmawiać. W naszych głowach istnieje mnóstwo schematów, które sprawiają,że boimy się poznać nasze uczucia.

W swoim życiu poznałam wielu ludzi „emocjonalnie zamkniętych”. Ludzi, którzy wiecznie odgrywają jakąś rolę, jeśli chodzi o wejście w relacje. Wbrew pozorom spotkasz dziś na ulicy osoby, które boją się wejść w związek traktując go raczej jako więzienie, odebranie wolności.

Nie znają siebie wystarczająco

Ludzie boją się poznać prawdę o tym co sami czują. Boją się nawet swoich lęków. Nie potrafią ich nazwać i skorygować. Wszelkie słowa jak „pomoc” i „poradnia” wzbudzają strach bo przecież współczesny człowiek unika pomocy nawet jak jej potrzebuje. Nawet pomoc w dotarciu do samego siebie,swoich uczuć wydaje się być negatywna. Każdy z nas musi przejść pewną drogę.

Strach przed byciem zranionym

Jednym z mechanizmów obronnych człowieka jest wyparcie ze świadomości istnienia pewnych faktów. Trudno stanąć przed lustrem i powiedzieć „ Tak , zakochałem się” – czujemy wtedy presję i lęk przed tym,że ta osoba nie czuje do nas tego samego. Wyznanie uczuć bez ich świadomości jest jednak oszustwem. Trudno być na tyle świadomym własnych uczuć by wiedzieć kogo wybierzemy. Jeśli dwie osoby, które nie są świadome siebie, zakochają się, raczej się będą ranić.

Dodatkowym aspektem jest istnienie traumy. Obraz wcześniejszych doświadczeń, niewielu ludzi potrafi przełożyć na nowe. Pozwolić sobie na życie tu i teraz. Mózg zapamiętuje nasze obrazy. My boimy się powtórzonych historii, powtórzonego odrzucenia.

Nie są wystarczająco dojrzali

To prawda. Świat jest jednym wielkim supermarketem. Do wyboru, do koloru. W tym świecie wszystko musi być smaczne, dobrze wyglądać. Po co się angażować? I znów wracamy do punktu wyjścia. Do uczuć i świadomości. Skoro w świecie jest taki wybór dlaczego mam się decydować. Warto wtedy przypomnieć sobie stwierdzenie Freuda: dojrzałość to zdolność do miłości i pracy- polega na umiejętności łączenia , przeplatania i ustalania właściwych proporcji między dążeniem do do kompetencji, osobistych dokona n i osiągnięć, a motywacją do tworzenia więzi międzyludzkich

Brak potrzeby transgresji – rozwoju i zmiany

To jest potrzebne do tworzenia trwałej relacji. Wiele osób zaprzecza istnieniu transgresji, stoją w miejscu. Nie chcą iść dalej , zmieniać się. Znam wiele osób, które gdzieś utkwiły na poziomie liceum i nie posiadają zdolności wchodzenia w relację. „Właśnie transgresje świadczą o twórczym potencjale osobowości oraz o jego wykorzystaniu , które sprzyja jednostce (chodzi tu o jej ogólny rozwój i szczęście) a także służy inny, (Kozielecki , 2007, 2009) . Zdolność do transgresji jest podstawą do podążania w kierunku osobistych dążeń , przekraczanie tego co znane i pożądane w kierunku tego co, znane i podążania w kierunku rozwoju osobistego i zaangażowania na rzecz spraw życiowo ważnych (Piotr K.Oleś)

Brak hierarchii wartości i orientacji wartościującej

Współczesny świat czerpie bogactwa z faktu, że jesteś singlem i nie potrafisz nadać swojemu życiu sacrum, swoistej wartości jaką jest zaangażowanie. Wielu z nas jest nieokreślona, gdyż często jesteśmy manipulowani mnóstwem informacji. Zamiast wiedzieć, co dla nas jest dobre, tracimy swoją tożsamość i gubimy wartość wynikającą z naszych potrzeb.

Niskie poczucie własnej wartości

Niestety, to tylko jeden z wielu składników, które powoduje, że boimy się kochać i wyznać miłość. Z niskim poczuciem wartości nie wejdziemy w dobrą relację. Nie będziemy potrafili komunikować naszych potrzeb. Poczucie własnej wartości to jedna z furtek, które pozwala pokazać innym kim jesteśmy, a w szczególności, kiedy się zakochamy, musimy mieć poczucie, że obie strony wiedzą czego chcą.

Nie wiedzą, czego chcą

Jeśli nie wiesz, czego chcesz w życiu nie spodziewaj się,że miłość nadejdzie. Dobrze jest siebie określić, kim jestem, kim będę. Odpowiedzieć sobie na te pytania. Kiedy wiesz w jakim miejscu i do jakiego życia dążysz spotkasz na swej drodze odpowiednią osobę.

Boją się otworzyć na miłość

Otworzyć się na miłość, czyli poznawać ludzi i świat, akceptować siebie tu i teraz. Akceptować siebie, jako singla, ale czekać na miłość. Nie mówić: NIE ZAKOCHAM SIĘ. Nie zaprzeczać jej istnieniu. Mówić: „Związki są dobre i fajne”. Rozmawiać z innymi parami, obserwować.

Mieć szacunek do innych ludzi

Szacunek do świata i ludzi to podstawa dzięki, której będziesz mógł dostrzec, że wszystko jest możliwe. Nie jesteś ani gorszy, ani lepszy od innych. Szanuj świat wokół ciebie, buduj go, bo jesteś jego specjalną i wyjątkową częścią. Szanuj tych, którzy się w tobie zakochali, a ty nie czułeś tego samego. Bądź wdzięczny i zaangażowany.

Mają złe doświadczenia w rodzinie

Często złe doświadczenia w życiu rodzinnym sprawiają, że mamy blokady. Budzą się w nas pewne przekonania, które sprawiają, że najlepiej unikniemy rozczarowania, jeśli się nie zaangażujemy. Przynajmniej nie skończymy jak nasi rodzice. Zapominamy, że my to nie nasi rodzice i to od nas wszystko zależy. To na czym oprzemy nasze szczęście, to nasza wola. Wola naszego „JA”.

Te i wiele innych czynników sprawia, że jesteście singlami. Te 10 powodów to jedne z powodów dla których otwieram moją poradnię dla singli. Każdy z nas ma prawo kochać i być kochanym a często nasze ja mówi inaczej. Warto popracować nad sobą, poznać siebie i zrozumieć,że związki są dla nas samych.


 

Fot. Marta Bednarska Fotografia

Fot. Marta Bednarska Fotografia

Anna Czyrska – autorka poradnika dla singli „Śmierć miłości czyli (anty) poradnik o tym dlaczego boimy się kochać” a także powieści „level Empire”.

 

 


„Już dłużej z nim nie wytrzymam!”. Bo w związku chodzi o to, żeby dać sobie trochę przestrzeni

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 sierpnia 2017
Fot. iStock/momcilog
Fot. iStock/momcilog

Dlaczego nam się wydaje, że jak już złapiemy się za ręce, to już jesteśmy jednością. Nic beze mnie, nic bez ciebie. Jedność taka, że hej. Wiecznie razem – na spotkaniach ze znajomymi, w kinie, na siłowni, spijający sobie z dziubków nieustannie nektar miłość. Bleee tak słodko, że aż zwymiotować można. I w sumie każdego w końcu zaczyna mdlić. Nie ma na to mocnych. I nikt mi nie powie, że tak symbiotyczna wersja związku to ideał.

Nie uwierzę, że można wspólnie przeżyć dziesięć lat i potem kolejną dekadę nie odstępując się na krok, robiąc wszystko wspólnie, zupełnie zatracając się dla tej drugiej osoby. Niestety, zatraca się zazwyczaj kobieta, która jeszcze na uwięzi lubi trzymać faceta, bo skoro już przysięgał, że z nią do końca życia, to jak może mieć ochotę spędzić ciut czasu bez niej.
A dla związku nie ma nic bardziej odświeżającego, niż odrobina własnej przestrzeni. Przestrzeni, gdzie każdy realizuje swoje marzenia i potrzeby. I naprawdę nie trzeba brać w tym wspólnie udział. Jeśli on chce chodzić na basen, a ty marzysz o kursie garncarstwa – droga wolna. Jeśli twój związek jest dojrzały, z pewnością nikt nie będzie miał pretensji o to, że możesz mieć ochotę na coś innego.

Dlaczego warto dać sobie w związku trochę przestrzeni?

Bo rozwijacie swoje pasje

Dobra, jasne jest, że wiele rzeczy lubicie robić wspólnie, ale czy wszystko? Czy może ty chciałabyś zapisać się na taniec brzucha, a on marzy o kursie nurkowania – przy czym ty panicznie boisz się wody. Każdy z nas nosi w sobie jakieś marzenia, ma własne pasje, za którymi chciałby podążać i się w nich realizować. To zupełnie zrozumiałe. Nie ma nic gorszego dla związku, od poczucia, że ta druga osoba nas ogranicza, że żyjemy w klatce, przez którą nie możemy rozłożyć skrzydeł.

Nie ograniczaj i nie pozwól ograniczać siebie. Pamiętaj, że jesteście odrębnymi bytami i każde z was, choć częściowo wspólny, ma też swój własny pomysł na życie – co nie znaczy, że przez to kocha mniej.

Bo nadal budzicie w sobie wzajemną ciekawość

Dzięki temu, że każde z was ma część waszego świata i życia tylko dla siebie, nigdy nie będziecie się sobą nudzić, zawsze będziecie siebie ciekawi. Wyobraź sobie, że spędzasz z kimś 24 godziny na dobę, wiecie o sobie wszystko, nie ma rzeczy, której o sobie nawzajem byście nie wiedzieli, jesteście dla siebie przewidywalni do bólu. Ktoś powie: „świetnie”, ale na jak długo? Dając sobie przestrzeń w związku otwieracie drzwi do rozmów, do rozwoju, bo sami dla siebie stajecie się siłą napędową, jedno drugie zachęca, by rozwijać się w tym, w czym czujecie się mocni.

Bo nabieracie dystansu

A dystansu dla związku potrzeba jak powietrza. Kiedy już nie możecie ze sobą wytrzymać. Wkurza cię wszystko, od skarpetek, przez siorbanie herbaty, po stukanie widelcem w talerz. Ale kiedy wychodzisz, kiedy masz tę swoją przestrzeń, w której go nie ma, to przyglądając się światu i swojemu związkowi trochę z boku, widzisz, jak błahe są czasami wasze powody kłótni, z jakim fantastycznym człowiekiem jesteś, który, choć bywa trudny we współżyciu, to cię kocha, a ty kochasz jego.

Bo na tęsknotę w związku trzeba sobie pozwolić

Przecież tęsknota jest wpisana w nasze życie. Jest uczuciem naturalnym, sprawia, że doceniamy to, co mamy na co dzień, choć często o tym zupełnie zapominamy. Związek traktujemy, jak coś stałego, niezmiennego. A tymczasem, gdy on wyjeżdża w góry z kolegami, a ty z koleżankami planujesz wspólny wypad nad morze – wracacie z wdzięcznością za waszą miłość i za to, że jesteście razem, za to, że ktoś zawsze na was czeka.

Bo budujecie poczucie własnej wartości

W zbyt symbiotycznym związku – zatracamy swoje ja, żyjemy życiem i uczuciami partnera, przestajemy zauważać, czego mu chcemy. Na świat patrzymy przez pryzmat „my”, a nie ja „ja”. Pamiętajmy, że poczucie własnej wartości buduje się całe życie, nieprzerwanie. Buduje się je, kiedy samodzielnie podejmujemy decyzję, gdy jesteśmy sprawczy, gdy dokonujemy wyborów. Przestrzeń w związku jest do tego właśnie potrzebna – żeby samostanowić o sobie, brać odpowiedzialność za siebie, a nie opierać się na opinii, zdaniu drugiej osoby. To w związku do niczego dobrego nie prowadzi.

Przypatrz się swojemu związkowi? Ograniczacie się nawzajem, czy może inspirujecie i zachęcacie do sięgania po nowe, nie bojąc się, gdy każde z was czasami skręca w swoją stronę ze wspólnie obranej drogi, bo wiesz, że wrócicie – jeszcze lepsi dla siebie.


Kiedy ja walczyłam o życie, mój mąż miał romans. Nie umiem wybaczyć. Dziś marzę, by móc zasnąć i z uśmiechem się obudzić

Magdalena Lis
Magdalena Lis
4 sierpnia 2017
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic

Ktoś zatrzaskuję szybko drzwi, ktoś do torby pośpiesznie wrzuca klucze. Ktoś zbiega nerwowo po schodach, ktoś przyśpiesza kroku. Siedzi na ławce, widzę, że na mnie czeka. Nie jest sama, jej dłoń trzyma rezolutna trzylatka. Patrzę na nią i się uśmiecham, bo widzę, że rozpiera ją duma.

Staraliśmy się o dziecko dwa lata. Żaden z lekarzy nie potrafił nam powiedzieć dlaczego akurat nam się nie udaje. Ty wiesz, jak to jest się starać o dziecko?

Nie wiem.

Z czasem chyba odpuściliśmy, bo wiesz seks stał się rutyną, a ja czułam się jak maszyna i wszystko było takie mechaniczne. Odrealnione. To dziś, to teraz, zaraz. To całe obliczanie dni płodnych, te wywoływane łzy w oczach, bo znów mam okres. Bo znów się, do cholery, nie udało. Z miesiąca na miesiąc traciłam siły. Gdzieś z tyłu głowy szukałam innych rozwiązań. I tym sposobem, metodą wielopunktową namówiłam Alana na adopcję. Wtedy dopiero się zaczęło. Kupa papierów, kupa wywiadów. Miałam wrażenie że sprawdzają nas jak CBŚ. Ale, i przez to przebrnęliśmy. Udało się. Mieliśmy przejść pierwszy kurs, po to, by zostać rodzicami.

Milknie. Słońce przebija się przez konary drzew na których wciąż jest jeszcze kaskada liści. Ktoś obok je lody, ktoś przed nami przejeżdża na rowerze.

To był grudzień, było bardzo zimno, szaro. Strasznie. Wszyscy świętowali Mikołajki, a ja rano poszłam zrobić badanie krwi, na zlecenie lekarza. Martwił się, ją z resztą też, że bardzo tyję. Już przed ślubem zaczęłam znacznie tyć i zupełnie nie wiadomo było dlaczego. Bo przecież na pewno nie z obżarstwa. Nie lubię tych wszystkich gabinetów. Przychodni. Igieł, strzykawek, fiolek. Zabierają mi entuzjazm. Poczucie bezpieczeństwa. Stresują mnie. Mój mąż wie o tym doskonale. Po pracy czeka więc na mnie pod centrum zdrowia. Pielęgniarka, którą znam, mruga do mnie okiem. Jestem w piątym tygodniu ciąży. Niezmiernie się cieszę. Jedno mnie tylko dziwi. Mój mąż jest  jakby nieobecny. Jakby się cieszył, ale był zdziwiony. Albo może coś przeczuwał?

Mruży oczy, jakby ktoś zaświecił jej po nich latarką. Z piaskownicy macha nam mała rączka, ona odmachuje, wyciera kąciki oczu.

Pędzę do lekarza, jak na skrzydłach. Nie myślę o niczym innym, jak tylko o magicznym tak. By powiedział mi, że tak, pani Kalino, to prawda. Bada mnie i pada tak długo wyczekane „gratuluję”. Po chwili jednak słyszę, że ciąża jest zagrożona i albo pójdę na L4 albo mam znaleźć innego lekarza. Zgadzam się, na wszystko się zgadzam. Chociaż ta perspektywa, że mam leżeć, brzmi dla mnie jak wyrocznia. Podpisuję pakt z diabłem, byle by mi się udało.

Leżę i dopada mnie lęk, co dalej. Uważam na siebie, jak tylko mogę. Któregoś dnia wstaję na chwilkę, tak tylko po wodę, czuję dziwne ciepło, krwawię. Zabiera mnie pogotowie. Jednak szpital. Nieuniknione. Ale ja jestem na to gotowa. Tak bardzo jej pragnę.

 Zerka na córkę i się uśmiecha.

Któregoś dnia do mojej sali wchodzi lekarz i mówi, że muszę podpisać zgodę na badania. Podpisuję. Jestem w ciąży, przecież badania są normalnością. Tak jeszcze wtedy myślę. Jakieś dwa tygodnie później wchodzi na salę już nie jeden, a sześciu lekarzy. Badają mnie, po kolei, robię się nerwowa, niespokojna,  nie wiem, o co im chodzi, przecież leżę, stosuję się, nawet do toalety nie wolno mi wstać. Nie wstaję.

 Dłuższą chwilę milczy.

Alan już wiedział, widziałam po nim, że coś jest nie tak. Wsadzono mnie na wózek i zabrano do gabinetu. Kolejne słowa pamiętam jak przez mgłę. Jakieś hasłowo rzucane zdania, że moje życie jest najważniejsze. Dziś już dokładnie tego nie pamiętam. Oprócz tego jednego, kluczowego zdania. Ma pani nowotwór, twór, ór… Rozsadzające głowę echo. Jak w pustym lesie. Łapię się za głowę i krzyczę, że to niemożliwe. Słyszę, że mam, że od kilku lat, że ciąża musiała go uaktywnić. No ale jak. Zamieram. I wtedy padają słowa, o przerwaniu ciąży. Nie, nie ma takiej opcji, zaznaczam mu wyraźnie. Pieprzę ten wózek, zapłakana wychodzę o własnych siłach, gładzę się po brzuchu. Jak on mógł mnie zapytać czyje życie ratujemy… no jak? Patrzy na mnie. My to my. My. Nie ja…

Mija dzień za dniem, nadal jestem w szpitalu. To jest taki czas, kiedy wszyscy patrzą na mnie z politowaniem. Alan wpada na salę i mówi, że to jest tylko moja decyzja i że on ją szanuje. Wiesz, ja wiem, że on wtedy kłamał. Ja widziałam jak bardzo się boi. Nigdy by się nie przyznał. Ale bał się, widziałam. Zbliża się czas rozwiązania. Dostaję nadciśnienia ciążowego, lekarz mówi, że jeszcze tydzień i rozwiąże ciążę.

Jest 12. czerwca, od rana świeci słońce. Śliczne, inne niż zwykle. Inne dla mnie. Dzwonię do mamy i mówię jej, że Ania jest na świecie. Uczucia, które wtedy mi towarzyszyły, są nie do opisania. Ból straszny, nie mogę się ruszać, ale jestem taka szczęśliwa! Mój tata dzwoni do Alana. Wypytuje, on płacze, słyszę, że mówi, że ma dziesięć palców i nie wie ile waży, ale jest śliczna. Rozbraja mnie totalnie tym zdaniem.

Mija kilka dni. Wracamy do domu. Mój mąż postarał się, posprzątał, choć nigdy tego nie robił, to prawdziwy synuś mamuni. Podaj, zrób, przynieś. Jestem daleko od domu rodzinnego, to staje się nagle dotkliwe. Przyjeżdżają rodzice, tata z kwiatami, całuje mnie w rękę, płacząc przy tym.  To było takie poruszające. Mój stanowczy ojciec. Mama była wniebowzięta. Jak to dziadkowie. Przez chwilę łapię, chwytam te niezwykłe chwile szczęścia. Gdybym wtedy wiedziała, nałapałabym na zapas.

Wstaje na chwilę, podchodzi do piaskownicy, wyciera małej rączki, tuli ją do siebie, coś mówi. Wraca do mnie.

Powoli wpadam w poporodową depresję, nie mogę karmić. Tata zabiera mnie do lekarza, bo nie pozwalam nikomu dotykać Ani. Dostaję leki, które rzekomo mają mi pomóc. Jestem wyłączona, liczę dziurki w chlebie. Stosuję się do zaleceń, leki działają, powoli jest coraz lepiej. Czuję dotkliwy smutek, gdy rodzice wyjeżdżają. Jakbym chciała powiedzieć, że chyba sobie bez was nie poradzę. Dałam radę. Mijają kolejne dwa tygodnie, trwa moja początkowa przygoda z macierzyństwem, okraszona szeregiem badań. Jestem już po biopsji, na szczęście to nie nowotwór złośliwy. Oddycham z ulgą. Ale przede mną operacja. Boję się, sama nie wiem czego do końca. Najbardziej boję się o nią. O Anię.

Wdech. Wydech.

Przestaję być kobietą. Tak czuję. Tracę wszystko. Macica. Jajniki. Ale wiesz, nic się nie liczy, tylko Ania. Tylko. Że jestem ja, i jest ona. Daje mi taką niewyobrażalną siłę. Jestem skupiona wyłącznie na niej, że gdzieś po drodze zapominam, że mam męża. Gdzieś się mijamy i w sumie to chyba nawet ze sobą nie przebywamy. Przechodzę rekonwalescencję. Anka jakby wiedziała, że nie mogę jej nosić, jest grzeczna a każdy jej uśmiech dodaje mi sił. Sił by żyć. Kolejne etapy leczenia. Radioterapia. Boli mnie wtedy wszystko. Boli mnie serce, bo gdzieś za uchylonymi drzwiami słyszę „taka młoda”.

Obok nas usadawia się wiewiórka. Ma w łapkach coś do jedzenia. Pewnie zaraz to zakopie. Zerkam na nią. Patrzy gdzieś przed siebie. Gdyby ona mogła zakopać to wszystko… I zapomnieć… 

Czas w szpitalu dobiega końca. Wracam do domu. Wszystko wraca do normalności. Wiesz, pozornie. Wszystko, tylko nie moje małżeństwo. Kłócimy się o wszystko i o nic. Gdzieś czuję że on nie daje rady psychicznie. Proponuję mu nawet terapię, ale wyśmiewa mnie. Rezygnuję, nie namawiam. Chyba nie mam siły. Alan jest jakby nieobecny. Całe wieczory zerka w telefon. Nie mam do niego dostępu, jest chroniony hasłem. Olśniewa mnie, że umowa jest na mnie, sprawdzam bilingi, zamieram. Widzę kilkunastokrotnie wybierany jeden i ten sam numer. Znam tę kombinację cyfr, serce bije i jak oszalałe. To numer Julii, mojej dawnej znajomej. Pytam go, szarpię, płaczę, on udaje, że nic nie wie. Mój świat legnie w gruzach.

Jest płacz, jest histeria, jego histeria. Jest ciekaw, co wiem, a czego nie. Drukuję biling, zakreślam jej numer. Potrafił gadać z nią godzinami w nocy, kiedy spałam. Dzwonię do rodziców, przyjeżdżają nas pogodzić. Mama uskutecznia kazania, że w naszej rodzinie nikt się nie rozwodził. Grozi mi, że jeśli to zrobię, to ona nie ma córki, wychodzi trzaskając drzwiami.

To jest taki czas, że nie jem i nie wstaję z łóżka. Dociera do mnie, że kiedy walczyłam o życie, mój mąż miał romans. Trafiam do psychiatry. Daje mi książki swojego autorstwa. Są to wiersze takie smutne. Nie umiem wybaczyć.

Kilka miesięcy później wyczuwam pod pachą guza. Gdzieś z tyłu głowy myślę, że tylko mi się wydaje. Że to niemożliwe. Możliwe. Kolejna operacja. Dzwonię do mamy i mówię jej, że gdyby mi się cokolwiek stało, to żeby nie pozwoliła, by moja teściowa wychowywała Anię. Tak bardzo się boję.

Przerywa na chwilę. A ja nieśmiało ją pytam, z kim było jej dziecko, kiedy ona…

Mam złotą nianię. Jest dla małej jak babcia. Daje jej opiekę. Ale co najważniejsze. Miłość. Daje jej miłość. Ty wiesz, że ona przychodziła z małą do szpitala? Tylko po to, żeby Anka mogła mi pomachać. Ania to dzielna dziewczyna, ona daje sobie świetnie radę.

 W jej głosie słychać dumę.

Kolejny raz wracam ze szpitala do domu, ale już mniej żywa. Jakby ktoś mi zabrał energię. Odbieram wypis i widzę na kartce, że mam stawić się u laryngologa – onkologa. Denerwuję się. Co jeszcze, pytam samą siebie. No co? Stawiam się. Znaleźli, skąd ten potwór się we mnie wziął. Na krtani. Mówię dużo do córeczki, bojąc się że mogę już nigdy nie mówić. A ona zaczęła mówić mama. Radość matki wariatki nieokiełznana.

Wiesz, co było dalej, pyta i nie czeka na moją odpowiedź. Tak. Szpital. Tak. Kolejna operacja.

Udało się. Żyję, jestem. Trafiam na chemioterapię. Do domu wracam w chuście, mała mnie nie poznaje. Tracę włosy, tracę siebie, tracę siły, które szybko odzyskuję. Tak bardzo chcę dla niej żyć. Tak bardzo ona mnie przecież potrzebuje. Na jednej z przepustek idę do kochanki męża, o piątej nad ranem staję przed drzwiami jej domu. Nie jest zaskoczona, mówi, że się mnie spodziewała. Śmieje mi się w twarz, mówi, że mam za swoje, że mi to kiedyś obiecała. Zemsta za zerwaną pseudo przyjaźń. Ledwo stałam wówczas na nogach. Nie wiem, czy kiedykolwiek coś bardziej niż wtedy mnie bolało.

Podbiega do nas Ania, mamo, widziałaś? Widziałaś, jak zjeżdżam? Otrzepuje małe rączki z piasku. Patrzę na nie i pytam o to, jak się dziś czuje i o marzenia.

Dziś? Dobrze. Z Alanem jesteśmy lepszymi przyjaciółmi niż małżeństwem. Mieszkamy razem, ale nie żyjemy jak mąż i żona. Łapię życie całą piersią, całą sobą. Dałam życie Ani, a ona mi się tym samym odwdzięczyła. Tchnęła je we mnie na nowo, kiedy opadałam z sił. Wiesz, ja kocham żyć. Marzenia? Jedno. Zamknąć oczy, a potem z uśmiechem się obudzić. Usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, że to wszystko było tylko sennym koszmarem. Wciąż mimo wszystko próbuję wierzyć, że to co najgorsze za mną. A najlepsze przed nami.


 

*Na wyraźne życzenie bohaterki tekstu imiona zostały zmienione.

 


Zobacz także

12395332_10208342294024402_1320425662_n

Jutra może nie być

Fot. iStock/Bogdan Kosanovic

Zakończyć związek definitywnie, czy dać sobie prawo do przyjaźni z byłym partnerem?

Młodo biorą ślub i młodo się rozwodzą. Czy taki związek ma szansę przetrwać?

Młodo biorą ślub i młodo się rozwodzą. Czy taki związek ma szansę przetrwać?