Dlaczego dobre kobiety trafiają na paskudnych mężczyzn, a fajni mężczyźni na zołzy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 kwietnia 2018
Fot. iStock/Archv
 

„Fajne dziewczyny zawsze trafiają na nieodpowiednich facetów” – powiedziała mi niedawno znajoma. „Stereotyp” – pomyślałam, ale zaraz potem przypomniałam sobie historię moich dwóch przyjaciółek. Dobrych, fajnych, ciepłych, ale samotnych kobiet, marzących o stabilizacji i związku, w którym dostaną dokładnie to, co dawały swoim poprzednim partnerom: opiekuńczość, zaufanie, troskę, szczere, prawdziwe uczucie. Związku, w którym poczują się spełnione, docenione, szczęśliwe i kochane. One szczęścia w miłości nie mają i naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Co innego siostra jednej z nich, która swojego męża traktuje, mówiąc kolokwialnie, „z buta” i „trzyma krótko”, nie okazując mu zbyt wiele czułości na co dzień. Znajome zazdroszczą jej relacji z ukochanym, a i on (o dziwo), wygląda na zadowolonego. Związek trwa już osiem lat. Przypadek? Chyba nie.

Cóż, podobno bycie zołzą dla swojego mężczyzny to gwarancja udanego małżeństwa. Czy na pewno szczęśliwego, to już całkiem inna sprawa. Ale wygląda na to, że ten, kto się bardziej stara, kto wykazuje więcej zaangażowania i okazuje więcej uczucia, bywa gorzej traktowany przez obiekt swoich uczuć. I to nie jest w porządku. To nie tak powinno być

Przyjaciółka numer 1 oddała serce „twardzielowi”. Wysokiemu brunetowi, który spoglądał na nią na pół drwiąco, na pół lekceważąco, a ona dostrzegła w tym spojrzeniu nadzieję na miłość i łagodne serce. Jej wydawał się wrażliwy, wewnętrznie. Kilka razy przyniósł jej kwiaty, kilka razy nieporadnie próbował zainteresować się jej życiem. Kilka razy otworzył się przed nią na chwilę. Zakochała się.

A kiedy było już jasne, że ona go kocha i to bardzo, odpuścił z tym całym zainteresowaniem. Ich wspólne życie zaczęło się kręcić wokół jego problemów z okazywaniem emocji, jego nieprzerobionej traumy z dzieciństwa. Ogólnie „ratowaniem go” z emocjonalnych dołów, które zazwyczaj leczył wyżywając się psychicznie na niej. Karał ją milczeniem, chłodem. Im bardziej oschły się stawał, im trudniejszy w tej relacji, im bardziej ją odpychał, tym bardziej ona się starała. „Bo wiesz” – tłumaczyła mi – „przecież on w domu nie miał miłości, to skąd ma wiedzieć?”. No nie wiem skąd. Ale nie jestem też przekonana, że to go ze wszystkiego usprawiedliwia. Związek się skończył, bo on odszedł, do kobiety, która się już nim tak bardzo nie przejmuje. Teraz to on się stara, jakoś jednak umie.

Przyjaciółka numer 2 spędziła dwanaście lat w małżeństwie, które na początku rokowało całkiem nieźle. Z czasem tylko okazało się, że mąż ma problem z dochowaniem wierności i lubi grać na wyścigach. Za duże pieniądze. Wybaczała, wiele razy. Dla niej „na dobre i na złe” oznaczało również „w kłopotach, które ci zgotowałem”. Spłaciła długi, wspierała w trakcie terapii. Wyprowadziła na prostą. Kiedy oznajmił jej, że odchodzi, bo będzie miał syna, również wybaczyła. „A co miałam zrobić? – powiedziała mi szczerze. – Przecież tu chodzi o dziecko. Dziecko musi mieć ojca.”. Dziś jest sama, trochę boi się zakochać, bo wie, że znowu odda całe serce, znowu zaufa. I znów może wiele strafić. A ma tyle do zaoferowania.

Zasada, że ktoś, kto daje drugiemu zbyt wiele serca, trafia źle ,działa w „obie strony”. Mój dobry kolega z dzieciństwa, taki, którego uwielbiały wszystkie mamy, a koleżanki tylko lubiły, zakochał się bez pamięci w swojej studentce. Romans zakończył się ślubem i założeniem rodziny. Po latach patrzyłyśmy na jego żonę z odrobiną zazdrości. Miała u boku wpatrzonego w siebie mężczyznę, który spełniał jej marzenia, jedno po drugim. To o podróżach, to o domu, to o kursie pilotażu. I była mu za to wdzięczna.

Związek nie przetrwał, ona odeszła razem z dzieckiem. Powiedziała mu, że jest dla niej za dobry, że ona już tym dobrem „rzyga”. Że ten ostatni bukiet kwiatów bez okazji to już prawie mu rozbiła na głowie razem z wazonem. I że on zasługuje na kogoś lepszego niż ona. Bo w niej jest  rock&roll, a w nim tylko łagodny jazz. I to razem nie zabrzmi dobrze.

Teraz jest nieszczęśliwie zakochana. I chyba zadowolona. On cierpi niemożliwie. Życie rozpadło mu się na pół. Nadal chce ją, a nie kogoś lepszego niż ona. Co zrobił źle? Nie wie. Ja chyba też nie.

Ale wiem, że człowiek dobry, niezależnie od płci, ma w sobie pokłady ciepła, które przyciągają albo wszystkich tych nieszczęśników, którym nikt nie pokazał, jak kochać, albo te wszystkie gnidy, które chcą dobrego wykorzystać, zagarnąć jak najwięcej dla siebie, wziąć to, co najlepsze i nie dać nic z siebie. A potem zniknąć. Tysiące historii zaczyna w się ten sposób: „Był taki tajemniczy, taki zbuntowany, nie umiał okazywać uczuć… Myślałam, że miłość go odmieni”. I trochę na pewno go odmieniła, bo nie wierzę, że szczere uczucie nie zostawia nawet w najgorszym draniu jakiegoś choćby najmniejszego śladu. Tylko, że to nie wystarczy.


„Sama tego chciałaś”. Jak komuś „dokopać”, zamiast mu pomóc

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 maja 2018
Fot. iStock/Favor_of_God
 

„Sama jesteś sobie winna”. Ile razy słyszałaś to zdanie? Co poczułaś, kiedy je usłyszałaś? Chyba cię nie uskrzydliło, prawda? Trudno mi jest wyobrazić sobie, jaka motywacja stoi za takimi słowami, ale na pewno nie są to żadne pozytywne uczucia. Bo co pozytywnego może być w powiedzeniu komuś, kto jest już wystarczająco zdołowany, że jest beznadziejny, bo coś doszczętnie zawalił? Tu chyba chodzi tylko o to, by „dokopać” jeszcze bardziej.

Pomagać i motywować trzeba umieć. Jeśli nie potrafisz, nie próbuj – to proste. Lepiej czasem przemilczeć niż powiedzieć to, co ma się na końcu języka. Bo można zrobić jeszcze większą krzywdę. A jednak takich „pomocników” z bożej łaski nie brakuje. Nawet wśród najbliższych. I nagle okazuje się, że przyjaciel, dobra ciocia czy nawet własna matka wbija ci szpilę w najmniej niespodziewanym momencie – wtedy, kiedy oczekujesz wsparcia, powiedzenia „no trudno, stało się, ale dasz radę”.

Moja znajoma właśnie się rozwiodła. Długo trwało, zanim dojrzała do tej decyzji. Dobrej decyzji, żeby było jasne. To nie był ani szczęśliwy związek ani odpowiedni facet. Typ przemocowca, w dodatku narcyz. Małżeństwem zostali bardzo szybko, przy pełnej aprobacie jej rodziny i zachwytach jego przyszłej teściowej. Gdy po ślubie pojawiły się pierwsze siniaki, moja znajoma wycofała się, zamiast głośno krzyczeć, że dzieje się jej krzywda. Bo od dziecka wpojono jej, że jeśli podejmie decyzję i coś pójdzie nie tak, nie ma prawa (tak, dosłownie „nie ma prawa”) narzekać, cierpieć, płakać z tego powodu. Ma zacisnąć zęby i znosić upokorzenie. A najlepiej żyć dalej w tej szklanej bajce. Więc ona żyła nie wiedząc co właściwie zrobić. Bo z jednej strony było poczucie, że dzieje się wielka niesprawiedliwość, że tak z nią postępować nie wolno. Ale z drugiej pojawiała się zaraz myśl, że to przecież jej wina to, co się stało, że może mieć pretensję tylko do siebie, bo się w nim zakochała.

Jak tu jednak iść po pomoc, gdy od własnej matki słyszy się słowa: „Sama się w to wpakowałaś, to sama się z tego wyplącz, masz to, na co zasłużyłaś”. I jeszcze, to najgorsze „Nikt cię do ślubu nie zmuszał, taka byłaś zakochana, a teraz co?”.

Taka BYŁA zakochana. Bardzo. Nie widziała jego złych cech, nie podejrzewała, że tak się może skończyć jej bajka i marzenie o szczęśliwej miłości.  Może zachowała się naiwnie, nieostrożnie. Popełniła błąd, jest tego świadoma, żałuje, cierpi. Jak bardzo trzeba być okrutnym, żeby w takim momencie życia dodatkowo piętnować, udowadniać winę? Przyznawać sobie prawo do ocenienia?

Tak to już bywa, że ten, kto okazuje słabość częściej wzbudza w nas agresję niż chęć pomocy. Szczególnie jeśli jest kobietą. Tak jest i z ofiarami gwałtów, którym współczujemy, ale nie w nadmiarze, bo przecież „mogłaś tam nie iść”, „mogłaś się tak nie ubierać”, „mogłaś nie być taka naiwna”. Nieważne w takich chwilach staje się to, co najważniejsze – ogromna krzywda, która się wydarzyła. Zamiast nieść pomoc, piętnujemy, powodując u ofiary wyrzuty simienia i poczucie, że to ona jest główną winną całej sytuacji.

 


Praca, dzieci, zakupy, życie. Jestem wyjątkowa, że tak dobrze sobie ze wszystkim radzę. Dlaczego wcześniej tego nie widziałam?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 kwietnia 2018
Fot. iStock/Liderina

Poranek taki, jak każdy. Godzina szósta rano, filiżanka kawy z mlekiem, krótka chwila z kalendarzem, żeby wiedzieć co mnie dziś czeka i czy na pewno nie przeoczyłam wywiadówki w szkole. Prysznic. Pół godziny później budzę dzieci. Jak każdego dnia i tym razem nie jest łatwo. Ale w końcu, mniej lub bardziej ubrani, mniej lub bardziej uśmiechnięci, siadamy w końcu do wspólnego śniadania. Ja i dwójka moich dzieci.  Punkt siódma trzydzieści wychodzimy z domu, by zrobić naszą codzienną trasę – najpierw do szkoły, potem do przedszkola. Po drodze rozmawiamy – o tym, co ważne i o tym, co nieważne, ale i tak ciekawe albo zabawne. O koleżance, która boi się pani od plastyki. I o tej, która ma małego kotka i jej tata przyniósł go wczoraj do przedszkola. Jak zwykle, jesteśmy na czas. Kilka buziaków, uśmiech i rozchodzimy się do swoich zajęć. Zanim zacznę pisać, zazwyczaj parzę sobie herbatę, przeglądam wiadomości i siadam do pracy.

Jak zwykle się udało. Dzieci zaprowadzone na czas do szkoły i przedszkola, kanapki na drugie śniadanie spakowane, lekcje sprawdzone, maluchy spokojne (w miarę) i zadowolone, że ich życie toczy się regularnym, rutynowym rytmem. Że, jak codziennie, odbiorę ich o tej samej porze i pójdziemy na ten sam krótki spacer, a potem do domu. Zjemy coś ciepłego, nieważne, czy to będzie domowy obiad, czy zamówiona w ulubionej restauracji pizza, przytulimy się i odrobimy razem lekcje, poczytamy, pobawimy się, siądziemy do wspólnej kolacji (kanapki). A kiedy dom zaśnie, usiądę zmęczona na kanapie z tym samym poczuciem: lepszy lub gorszy, ten dzień się udał. Znów.

Dziś też usiadłam przy stole, otworzyłam komputer i nagle poczułam się dumna… z samej siebie.  „Kurczę – pomyślałam, pierwszy raz w życiu – jak ja sobie z tym wszystkim radzę? To jest niesamowite. Jestem silna, niesamowita.” I zaraz potem zrobiło mi się głupio, że tak o sobie myślę. Ale nie na długo. Napisałam do koleżanki. „Super – odpowiedziała – ja też o tym nigdy nie myślę w taki sposób. A powinnam. Jestem naprawdę świetna”. To prawda, jest. Wychowuje dwóch, wspaniałych synów, przekazuje im wartości, o których większość z nas zapomina. No i jest naprawdę dobrą autorką. Podziwiałam ją, ale siebie – nigdy.

Czemu tak trudno nam przyznać przed samymi sobą, że jesteśmy wspaniałe, że wykonujemy świetną robotę? Nieważne, kim jesteśmy i jaka jest nasza sytuacja. Codziennie dokonujemy czegoś niezwykłego. Dlaczego tak rzadko same sobie to mówimy? Dlaczego cały ten szalony, codzienny multitasking uważamy za coś oczywistego, zwyczajnego? Przecież to wcale nie jest nic zwyczajnego.  To jest taki nasz mały, codzienny heroizm.

Mam kilka koleżanek, które mówią mi na pół ironicznie, na pół szczerze: „Podziwiam cię. Ja bym tak nie mogła”. Myślę, że się nie doceniają. Gdyby znalazły się w mojej sytuacji – mogłyby.

Nie zastanawiamy się na co dzień jak ważne jest to, co robimy – ciepły posiłek, książka przeczytana dziecku wieczorem, poczucie bezpieczeństwa jakie mu dajemy, ciepło, zakupy przyniesione ze sklepu, kiedy już wydawało ci się, że nie masz siły. Albo, jeśli nie masz dzieci – opieka nad schorowanym bliskim, partnerem, rodzicem. Lub też codzienne zmaganie się z chorobą.

Jasne, nie jest łatwo. I nie musi tak być. Z czasem dzieci podrosną, będą mogły bardziej uczestniczyć w domowych obowiązkach. Choroba stanie się codziennością, przywykniesz do tego czym jest i jak sobie z nią radzisz. Nadal – powinieneś być dumny, znać swoją wartość, wiedzieć, jaki wysiłek podejmujesz, ile osiągasz.

Zbyt rzadko jesteśmy z siebie dumni za „normalne”, codzienne sprawy. Bo przecież, mimo że normalne i codzienne, bywają dni, że są dla nas emocjonalnym Everestem.