Czy zdradę można wybaczyć? Chociaż ten jeden raz?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Alexandru Zdrobau / CCO
Fot. Unsplash/Alexandru Zdrobau / CCO
 

Zdradził mnie. Tak, też odbywałam rozmowy z przyjaciółkami, gdzie oburzone wykrzykiwałyśmy: „Zdrada? Niech się od razu pakuje i spada”. I też nigdy nie rozumiałam kobiet, które nie odchodziły, które pozwalały facetowi, które je zdradził wrócić. Też mówiłam – jak raz poszedł, to drugi raz też pójdzie.

Zdrada była dla mnie synonimem poniżenia. Bo jak bardziej można poniżyć kobietę? Zdradzić ją z inną, zwłaszcza wtedy, gdy ona w ogóle się tego nie spodziewa.

Oj, jaka byłam mądra w teorii, jak pocieszałam zdradzoną przyjaciółkę, mówiąc, że on nie jest wart złamanego grosza, a ona musi mieć świadomość własnej wartości. Nie może pozwolić, by ktoś z niej drwił w ten sposób. „Płaczesz przez tego drania? On nie zasłużył na ani jedną twoją łzę” – powtarzałam gotując się w środku ze złości, że ona tego nie widzi.

Nic nie znaczący SMS „Widzimy się jutro?”. Telefon cały czas przy nim i panika, kiedy zaczynał go szukać. „Tu leży” – mówię obserwując jego reakcję, kiedy brał go do ręki i szedł do innego pokoju. Wyjazd służbowy, choć mąż koleżanki nie pojechał, a ona o żadnym wyjeździe nie wiedziała.

Nie wiem, co wzmogło moją czujność? Przecież byliśmy małżeństwem od ponad 12-tu lat. Jak w każdym związku zdarzały się lepsze i gorsze okresy. Ale wtedy było spokojnie, normalnie i tak bardzo przewidywalnie. Właśnie – może poczułam, że coś ten spokój burzy?

„Zdradzasz mnie” – spytałam wprost, kiedy dość miałam snucia w głowie przeróżnych scenariuszy. Usprawiedliwiałam sama przed sobą jego późne powroty, częstsze wyjazdy jednodniowe. „Zawieźć was do twojej mamy?” – pytał nagle. Nie chciałam przeszukiwać mu telefonu, wąchać jego ubrań. Przecież zdradą zawsze się brzydziłam, więc nie zniżę się do jej poziomu. Ona jednak postanowiła mnie przechytrzyć. Jakby zagrać mi na nosie – taka była mądra, to ciekawe, co teraz zrobisz…

Zaatakował mnie, że co przyszło mi do głowy, że jakim prawem go oskarżam… Stałam dziwnie spokojna. Tę rozmowę odbyłam w myślach kilkadziesiąt razy. Przerobiłam wszystkie scenariusze. I… łyknęłam uspokajające tabletki przed… „Masz kogoś” – zapytałam po jego wywodzie. „Masz, czy nie?”. Jak ja marzyłam, żeby zaprzeczył, żeby mnie przytulił, żeby powiedział: „Żaba, co ci się uroiło w głowie, jesteś dla mnie najważniejsza”. Zamiast tego usłyszałam: „To tylko koleżanka z pracy”.

Nic nie pamiętam. Czarna dziura. Po prostu nic. Obudziłam się na łóżku w sypialni. Przez chwilę pomyślałam, że to był tylko sen. Leżałam zastanawiając się, czy aby na pewno to wszystko wydarzyło się naprawdę… Wpadłam w szał, zaczęłam pytać, co to znaczy TYLKO koleżanka. Że rżnie się z nią w firmowym kiblu? Że kim ja jestem. TYLKO żoną? Że go nienawidzę. Że się brzydzę. Rzuciłam się z pięściami, a on stał. Nawet nie drgnął. Kiedy opadłam bez sił na krzesło, wyszedł na balkon zapalić. To wtedy musiałam dowlec się do sypialni i położyć…

Najpierw myślisz, że to nieprawda

Myślałam sobie, że przecież on nie powiedział, że mnie zdradza, że ma romans. Że może to ja się pomyliłam i go zaatakowałam kompletnie bez sensu. Chciałam wyprzeć to wszystko, czego się dotychczas tylko domyślałam. Chciałam móc sobie powiedzieć: to jakaś twoja paranoja, przecież to tylko koleżanka z pracy. Ale on nie musiał nic mówić. Przecież wiedziałam… takie rzeczy się czuje, nie zaczęłabym tej rozmowy, gdybym nie miała pewności.

Później przychodzi głęboki smutek

Bo to nawet nie chodzi o to, że on zdradził mnie fizycznie. Ale zdradził moje zaufanie. A ja tak mu ufałam. Byłam dumna, że nie bywamy o siebie zazdrośni, że jesteśmy wobec siebie szczerzy. Jak bardzo się myliłam. Jak można żyć z kimś, do kogo straciło się zaufanie. Ta strata jest najbardziej dotkliwa. Myślałam, że będę rozpaczać, wymiotować z obrzydzenia, a tymczasem był tylko ból tak ogromny, którego nie mogłam w sobie pomieścić. Po cebulki włosów, po palce stóp. Moje ciało bolało tak, jakby ktoś je skatował…

Tracisz iluzję

Myślałam, że co by się nie działo, to my zawsze będziemy razem. Na dobre i złe. Że możemy się wkurzać, obrażać, mieć siebie dość, to jednak tworzymy rodzinę, jesteśmy razem. Nawet jak ta miłość trochę wygasa, jak namiętności mniej, to jednak jesteśmy dbając o to, by było dobrze. A tymczasem brutalnie zdjęto mi różowe okulary. Świat zaczął wyglądać inaczej, a może zawsze tak wyglądał, tylko ja udawałam, że tego nie dostrzegam.

Przychodzi wstyd

Jest tak dojmujący… Wstydziłam się tego, jak wyglądam, kim jestem. Jak mogłam stać się kobietą, którą można zdradzić z koleżanką z pracy? Jak nudna, mało atrakcyjna się stałam. Wstydziłam się siebie. „A co, gdybym ją spotkała na ulicy?’. Myślałam z przerażeniem bojąc się, że ona od razu wysnuje prosty wniosek: „No nie dziwię się, że on JĄ zdradza, takie nic”. Nie miałam siły wstać z łóżka, spojrzeć na siebie w lustrze. I było mi wstyd, że nie potrafiłam zatrzymać go przy sobie, że tak słabą żoną się okazałam, która nie zauważyła wcześniej, co się dzieje, nie zareagowała. Było mi wstyd, za te wszystkie: „Zdradza – niech wy*dala” – powtarzane przeze mnie tak często i będące wtedy oczywistością. Teraz już nie tak oczywistą.

Minęłam go w kuchni. Zrobił mi kawę. Zawsze robi. Śpi na kanapie. A ja wzdrygam się z obrzydzeniem dotykając przez pomyłkę jego ręcznika w łazience. Cierpię, nie umiem tego nazwać inaczej. Jestem jednym wielki cierpieniem. Tak bardzo chciałabym móc odkreślić wszystko grubą krechą. A nie potrafię. Leżę gdzieś w ciemnym dole bez sił na choćby podniesienie głowy. Nie mogę na niego patrzeć. „Przepraszam” – słyszę po raz kolejny… Mam ochotę zwymiotować. Wraca po pracy do domu, dzwoni, że odbierze dzieci i zrobi zakupy. Pyta, gdzie pojedziemy na wakacje. A ja jestem jak otępiała. Wszystko mi jedno. Chciałabym, żeby się wyprowadził, zniknął z mojego życia. Żeby dotarło do niego, jak bardzo mnie skrzywdził. Ale przez gardło nie przechodzi mi: „Wyp*dalaj”. Kiedy siada obok mnie na kanapie, odsuwam się. „Będę czekał” – mówi. I przez chwilę zastanawiam się, kto tu jest ofiarą, bo to on zachowuje się, jakby bardziej cierpiał…Wychodzę.

Mam ochotę wrzeszczeć, drapać i gryźć. Zranić go tak, by mój ból poczuł na sobie fizycznie. Tymczasem kolejnego dnia mijam go w kuchni. Nie mam siły walczyć. Dzisiaj biorę tę kawę, którą dla mnie zrobił. Siadam naprzeciwko niego i widzę jak płacze. I ja też płaczę. Bo nie wiem, czy umiem wybaczyć, czy stracone zaufanie da się odzyskać, czy nie znienawidzę go, a on mnie. Nic nie wiem oprócz tego, że chcę wrócić do tego spokoju, który mieliśmy. Że już nie chcę analizować, dokarmiać żalu, poczucia krzywdy. Nie mam siły. Poddaję się. I obiecuję sobie samej: „Ten jeden raz. Jeden jedyny. Każdy zasługuje na jeszcze jedną szansę. Ale tylko jedną”. Choć tak bardzo się boję…


Ileż można starać się o związek? Ci, którzy piszą te złote rady nie mają pojęcia zielonego o związku

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 maja 2016
Fot. iStock / Lorand Gelner
Fot. iStock / Lorand Gelner
 

Jak mnie zawsze wkurzało takie gadanie:

„Pamiętaj, że musisz dbać o swój związek”,

„Nie zakładaj dresów”,

„Dbaj o siebie”,

„Bądź atrakcyjna dla swojego partnera”.

Bo sobie myślę, że ci którzy piszą te złote rady nie mają pojęcia zielonego o związku. Bo jak, żyjąc z kimś 24 godziny na dobę, być stale gorąca laską, która między praniem, wycieraniem tyłka dzieciom, a myciem kibla ma pozostać seksowna? Kiedyś dostałam w prezencie takie gumowe rękawice do mycia toalety – czarne, wykończone koronką. Może gdybym tylko w nich szorowała ten kibel, to mój mąż by się zatrzymał przy drzwiach do toalety i docenił moje starania.

Ale sorry, zamiast biegać z gołym tyłkiem po domu szorując kafle, wolę wciągnąć na ów tyłek dresy po całym dniu pracy, co by mi wygodnie było. Wolę tak, niż paradować w obcisłych spodniach i wkurzać się, bo ugniatają mnie to z jednej to z drugiej strony, gdy z dziećmi na podłodze próbuje ułożyć puzzle. Nie wiadomo, co gorsze. Ta uśmiechnięta w dresach, czy zirytowana w spodniach obciskających znacząco tyłek.

Ok, ktoś może powiedzieć: „Wyolbrzymiasz”, „Przesadzasz”, bo nie o to w tych radach chodzi. Pewnie chodzi o to, żebym wieczorem wcisnęła się w seksowną bieliznę i poderwała na nowo swojego męża. Tylko jak? Po całym dniu pracy? Kiedy nawet w weekend marzę o tym, żeby po prostu poleżeć gapiąc się w telewizor i żeby w tym czasie nikt KOMPLETNIE nic ode mnie nie chciał.

Koleżanka spytała kiedyś znajomych mężczyzn o to, czego brakuje im w związku. Co usłyszała? Seksu, szacunku (WTF), kobiecości, świętego spokoju – to najczęstsze odpowiedzi.

Z tego wychodzi, że idealny związek powinien na pewno z jednej strony składać się z kobiety, która:

  1. ma zawsze ochotę na seks i sama go często inicjuje
  2. wie, gdzie jej miejsce, i nie przeszkadza jej patriarchalny układ w związku
  3. pozostaje zawsze atrakcyjna dla swojego partnera, co potrafi odpowiednio podkreślić strojem, makijażem i zachowaniem
  4. nie powinna gderać – czyli nie oczekiwać zbyt wiele i nie wymagać.

Drugą stroną związku jest ten mężczyzna, którego wszystkie zachcianki zostają spełnione. Przepraszam panowie za generalizację, ale wkurza mnie, że rady, jak utrzymać związek skierowane są w większości do kobiet, jakby z góry było wiadomo, że jeśli ktokolwiek ma się o związek starać, to z pewnością będzie to kobieta. Bo to one z natury boją się zostać same, mają niskie poczucie własnej wartości nie wiedzieć czemu, i to im się wmawia, że muszą „ułożyć sobie życie”- czytaj: związać się z facetem, a później go jeszcze przy sobie zatrzymać, bo jak się nie postarają, to on pójdzie w długą.

Usłyszałam ostatnio, że facet koleżanki przestał się kąpać. Jak to? Nie kąpie się? Okazało się, że ma w nosie prysznic przed pójściem do łózka. Bo po co? Wciąga na tyłek wytarte bokserki i zalega jak niedźwiedź w swoim legowisku. I uprzedzając wasze oburzenie – oczywiście, że mu mówiła, że tłumaczyła, podkładała w toalecie artykuły z męskich czasopism. On ma w poważaniu starania się, jest kobieta, jak zdobycz. Jest jego i już. Koniec. Swoje wychodził, kwiatów się nakupował, a im bliżej mu do 50-tki, to jakoś (koleżanka mówi) libido mu spada.

Inny woli wyjść z kumplami pograć w piłkę, niż żonę zaprosić na kolację. Bo ileż to zachodu – opiekunkę do dzieci zorganizować, wybrać lokal, ubrać się i wykąpać – co dla niektórych jak widać jest problemem. Eee tam, po co się starać.

Ona też woli wyskoczyć na basen czy fitness, a nawet na weekend z przyjaciółkami wyjechać z niż z nim. Bo już nie chce się jej starać, słuchać, że coś robi nie tak, że znowu zupa na obiad, a dzieciak uwagę ze szkoły przyniósł, a wszystko przez „jej wychowanie”. A do tego z tyłu głowy jej rozbrzmiewa: dbaj o swój związek, bo on cię zostawi.

No i niech zostawi? Myślisz tak naprawdę szczerze, że sam odejdzie. Sam z siebie, bo skarpetki dwa dni później wyprałaś albo tym razem wcale?

Jeśli wpiszesz w wyszukiwarkę: „jak zadbać o związek”, to zdecydowana większość pojawia się na kobiecych serwisach, które jak sama nazywa wskazuje raczej czytają kobiety. I wierzę, że część może mieć tego dosyć. Nie chce się rozstać, bo kocha tego typa, który zapomniał o rocznicy ślubu czy jej imieninach. Odpuszcza, z czasem uczy się oczekiwać mniej i mniej. Myśli: „Po co się rozczarowywać, lepiej sama kupię sobie kwiaty”. I może to jest sposób? Może zamiast wciskać się w obcisłe ciuszki, uwodzić męża co wieczór, pozostać sobą. Zmęczoną, czasami wkurzoną, ale kochającą.

Może odpuścić. Zastanowić się nad tym, dlaczego chcesz wciąż i wciąż być w lepszym związku. Czego ci dzisiaj brakuje? Tych kwiatów, prezentów, spontanicznego wyjazdu? Czy coś naprawdę się zmieniło, czy to wy się zmieniliście i ciężko ci to zaakceptować? Bo ty mając starsze dzieci nagle spojrzałaś do przodu. Chcesz się rozwijać, poznawać, doświadczać, a on gdzieś jest z boku do tego wszystkiego. Patrzy czasami na ciebie ze zdziwieniem i tęskni za tą kobietą – matką, która była w domu i dla której raczej niedużo więcej poza dziećmi i domem się liczyło?

Pytanie, czy potraficie zaakceptować w sobie te zmiany. Żyć razem, kiedy wasze priorytety i wartości się zmieniają, co jest kompletnie naturalne? Tobie już nie zależy na kwiatach od niego, ale on też w żaden inny sposób nie wyciąga ręki w twoją stronę?

I moim zdaniem tu nie chodzi o te dresy, o brak makijażu czy seks, który nie zawsze jest odlotowy. Tu chodzi o was, czy wam pomimo zmian jest nadal ze sobą dobrze? Bo przecież może być (ba i nawet jeszcze lepiej, bo dojrzalej), ale też nie musi. Pytanie, czy walcząc o wasz związek będziecie mogli pozostać sobą, a nie udawać kogoś, kim zupełnie nie jesteście – w tych fatałaszkach gotując obiad z trzech dań i wysyłając pełne pożądania SMS-y? Albo nagle dzieląc z nim kompletnie dla ciebie niezrozumiałą pasję?

Ja osobiście za stara jestem na takie gierki.


Nie chce nikogo zostawiać. Nie chce, żeby jej dzieci cierpiały, a znajomi wytykali palcem. Chce tylko odzyskać siebie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 kwietnia 2016
Fot. Unsplash /
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Zastanawiałaś się kiedyś, ile byś zrobiła, gdybyś była sama? A może nigdy się nie zastanawiałaś? Może jesteś jak Anka, która czasami dopada frustracja, bo wie, że nie jest w tym miejscu, w którym chciałaby być. Bo dzieci, bo Bartek, bo kredyt na mieszkanie, teściowa.

A ona najchętniej rzuciłaby to wszystko w cholerę i w końcu zrobiła coś dla siebie. Tylko Anka nie może. Bo jest odpowiedzialna za dzieci, za męża. Nie może spełniać swoich zachcianek. Bo nie wypada, bo co by ludzie powiedzieli.

Chociaż to może jeszcze nie było najgorsze. Ale jak ona powiedziałaby Bartkowi, że chce iść na studia. No jak? On pracuje, zarabia, zmęczony, a ona sobie w weekend studia wymyśla. A kto się dziećmi zajmie, kiedy ona wyjdzie z nimi na spacer, co z ich ulubionymi wycieczkami rowerowymi. I choć Anka marzy o tych studiach, bo dzięki nim mogłaby pomyśleć o zmianie pracy, ba nawet o własnej działalności, to jednak, gdy zaczyna kalkulować, koszty, jakie poniosłaby rodzina, są zbyt duże.

Poza tym od kilku lat czuje, że stoi w miejscu, że nic się nie zmienia, że ona między garami, dziećmi, pracą. A ona chciałaby wyjechać sama, połazić po górach, wybrać się z przyjaciółką na jakiś trudny trekking. Czasami nawet sobie rozmawiają, gdzie by pojechały. I co z tego? Przecież nie zostawi domu. Co jej mąż powie, że ona sama bez niego i bez dzieci. Poza tym kasa. W sumie mogłaby odłożyć, ale może Bartek będzie chciał zmienić samochód, a może kupić coś do domu. Jej na zmywarce czy nowej lodówce nie zależy. Rzuciłaby wszystko w pioruny i wyjechała, pojechała do miejsc, które czasami jej się śnią, o których czasami czyta z wypiekami na twarzy i po kryjomu sprawdza ceny lotów. Czy kiedyś się odważy? Nawet pomyślała: „Przecież mogę pojechać sama”. Ale na tej myśli się skończyło, zamknąć ją szybko, strach i panika i wyrzuty sumienia, że w ogóle mogła o sobie pomyśleć.

Złość, to jedyne co czuje. Frustrację i złość. Wkurzają ją dzieci, wkurza mąż. Pierdoły doprowadzają do szaleństwa. Później płacze w łazience wyrzucając sobie, jaką złą matką i żoną jest. Płacze, bo już nie ma siły tego dźwigać. Nie ma siły udawać kogoś, kim nie jest. Gdzie jej głowa pełna pomysłów, a ciało wypełnione energią. Patrzy w lustro zmywając ze łzami resztki makijażu. „Jesteś nikim” – mówi do siebie i szczerze nienawidzi. Nienawidzi tej maski, którą za chwilę, za drzwiami znowu założy na twarz. Uśmiechnie się, przeprosi za swój wybuch i spróbuje trzymać się w ryzach normy, którą przecież sama wyznaczyła.

Norma to każdy dzień po brzegi wypełniony praca i zajęciami. Norma, to oglądanie z Bartkiem kolejnego idiotycznego filmu, na który ona nie specjalnie ma ochotę. Norma, to ugotowanie obiadu na kolejny dzień. Przygotowanie ubrań. Obdzwonienie babć, która odbierze Julkę z tańców, bo ona przecież ma zebranie i później wróci.

Ance zbiera się na wymioty. I znowu ląduje w łazience. „Mamo, wszystko dobrze” – pyta syn. Ma ochotę powiedzieć, że nic nie jest dobrze od bardzo dawna. Ale pozostaje jej tylko płacz, bo przecież dzieci niczemu nie są winne. To kto jest winny?

Bartek? Poznali się na studiach. Klasyka. Jej mama mówiła: „Pamiętaj, jak na studiach nie znajdziesz chłopaka, to już nie znajdziesz”. No więc znalazła. I tak, zakochała się. Rozumieli się bez słów, byli jak para kumpli, którzy świetnie się czują w swoim towarzystwie. I to ich związek trzyma do dzisiaj. Lubią się. Ona powtarza to jak mantrę. I słucha tych wszystkich opowieści kobiet, które zdecydowały się odejść, które rzuciły wszystko w diabły i postawiły na siebie. I znowu płacze, nad każdą z tych historii. Bo czuje ten ciężar, które one musiały dźwignąć, bo wie, z czym musiały się mierzyć.

A Anka nie chce nikogo ranić. Nie chce nikogo zostawiać. Nie chce, żeby jej dzieci cierpiały, a znajomi wytykali palcem, że jej to się za przeproszeniem w d*pie poprzewracało. Boli ją brzuch na myśl, że ona tak by mogła. Powiedzieć: „Chcę żyć życiem, o którym marzę”. I nie chodzi tu o wyjechanie na misje do Afryki. Tylko o przytulenie siebie, o pomyślenie o sobie, o wyjście naprzeciw tego, o czym marzy.

Ale Anka wie, że jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B. Trzeba być odpowiedzialnym za innych. Za ich szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Kuli się w niej mała dziewczynka, która chciałaby więcej, ale przecież inni też mają potrzeby – karci samą siebie. O na przykład Bartek musi sobie kupić buty, a Majce przydałby się nowy tornister. I do kina z dziećmi trzeba pojechać i pobawić się wieczorem, książkę im przeczytać. A nie myśleć, gdzie by jej było lepiej.

Stoi między łazienką a kuchnią przez chwilę zastanawiając się, w którą stronę pójść.  Bywa, że nienawidzi tego mieszkania, chciałaby ich spakować i wyjechać, gdzieś daleko, gdzie musieliby zacząć od nowa. Od zera. Nie popełniając już tych samych błędów. Chciałaby dostać jeszcze jedną szansę, by tak pokierować swoim życiem, by nie musieć zamykać się łazience. Tylko każdego dnia uśmiechać się szeroko – pomimo, na przekór i wbrew.

„Źle mi” – mówi cicho wieczorem. „Źle mi” – powtarza głośniej, a kiedy spotyka wzrok Bartka znowu płacze. I przeprasza za to, że jest nieszczęśliwa, że nie umie trwać w tym poświęceniu, że dusi się i chce wolności, którą sama sobie odebrała. Nie on, nie dzieci. Utkała siebie z ograniczeń sobie samej narzuconych. Może wymyślonych, takich, których naprawdę nie ma, a które zamykają się w stereotypie małżeństwa i związku w ogóle? Dziś jeszcze tego nie wie. Ale chce się dowiedzieć, chce znaleźć drogę do tego, by znowu być sobą. Potrzebuje powietrza, wolności, przestrzeni – wyrzuca z siebie, bo nagle rozumie, jak się dusiła, jak w zamkniętej łazience we wszystkich szafkach upychała emocje, aż przestały się tam mieścić.

Gdzie jest dzisiaj? Nie wiem. Dokonała wyborów w zgodzie ze sobą. Dzisiaj na pewno jest szczęśliwa. Gdzie i z kim? Może ty wiesz?