Czy jestem stworzona do życia w związku?

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
8 lipca 2016
stworzona do życia w związku
Fot. iStock / Pyrosky
 

Przyleciał, będzie ze mną przez miesiąc. Minął już tydzień. Jak zawsze nie mogłam doczekać się jego przylotu, a jak jest już przy mnie to co dzień na coś narzekam. On twierdzi, że marudna jestem, ja, że po prostu to my jesteśmy jak z innych planet.

A przecież jesteśmy ze sobą już dwa lata, dwa mimo wszystko piękne lata. Kocham go, On mnie podobno też. A na każdym kroku jest jakieś ale. Jak woda i ogień. On- woda , Ja-ogień. Gubię się we wszystkim, wiem że sama ze sobą zwariowałabym jakby ktoś mi tak jęczał nad uchem. Ale ja uwielbiam mieć wszystko zaplanowane, On na wszystko ma czas ( jeśli chodzi o nasz czas, bo poza tym jest bardzo zorganizowany). Jest przy mnie, a mi i tak jakby brakuje go. Nie mogę się Nim nacieszyć. Obecny, ale nie do końca. Próbuję mu wytłumaczyć o co mi chodzi, On nie rozumie. Myśli, że dla mnie jest tylko dobrze, jak wychodzimy gdzieś to kino, to restauracja, wycieczka czy też zakupy. A to przecież nie o to chodzi, tłumaczę, pogadajmy tak normalnie jak dawniej, pograjmy w coś, chodźmy na spacer. Przytul, pocałuj tak naglę, ale On nie rozumie, dla niego jest wszystko ok. On zawsze znajdzie sobie coś do zrobienia, sprawdzenia, oglądnięcia, a ja siedzę, patrzę i czekam na chwilę uwagi. Ja romantyczka, On przyziemny realista. Ja uwielbiam czułe gesty, pocałunki, słówka, On romantyk ale w żartach, okazuje miłość w inny sposób, lecz na pewno nie romantyczny, mogę na Nim zawsze polegać, to pewne, ale o filmowej miłości zapomnieć też muszę.

Jak można tak bardzo kogoś kochać, a czuć się tak często samotnym? Jak ja mam to zmienić? Moim żywiołem jest ogień, a jego ta cholerna woda. Woda gasi ogień, ogień próbuje pokonać wodę. Takie błędne koło miłości. Przygryzam wargi, bo tak bardzo chciałabym nie czuć się samotna, a wiecznie, odkąd pamiętam tak czuję. Myślę, czy ze mną jest wszystko ok? Czy jestem stworzona do życia w związku? W poprzednich związkach też zawsze było mi mało. Tak, mam swoich znajomych, pasję i zainteresowania, lecz jak On jest przy mnie na chwilę chcę się napawać, napawać miłością, uczuciem i Nim, a nigdy nie mogę, zawsze mi mało. Przygryzam wargi z myślą o Nim, o Nas i o naszej przyszłości. Chaos mam w głowie, nie wiem czy kiedykolwiek coś się we mnie zmieni. Czy ja jestem dostosowana do życia, do życia z kimś? Jestem romantyczką, tylko chyba nie przystosowaną do realiów dzisiejszych dni. Zresztą nie wiem czy odnalazłabym się w jakiejkolwiek epoce, wydaję mi się, że nie.


Dom dziecka, choroba psychiczna mamy – historia mojego życia

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
5 sierpnia 2016
Fot. iStock
 

Jest trzecia w nocy, nie mogę spać. Myśli moje krążą wokół mojego życia i bliskich mi osób. Odczuwam niepokój, boję się. Ktoś się zapyta, czego? Otóż choroby, bycia samemu. Bezradność, to mnie przerasta. Był dom dziecka, strach, przerażenie, a choroba mamy jest do dziś, jak z tym dalej żyć?

To wszystko zaczęło się dość niepozornie, kiedy miałam dziesięć lat. Mieszkałyśmy same, mama chodziła do pracy, ja miałam opiekunki lub też ktoś z rodziny zajmował się mną.

Chodziłam do szkoły, byłam radosna, mama spędzała ze mną każdą wolną chwilę, było cudownie, aż nagle zauważyłam, że się oddala, oddala nawet ode mnie. Jest smutna, coraz bardziej chuda, jako dziecko nie wiedziałam, że jest źle. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale wierzyłam, że będzie ok. Nie było i nie jest.

Czternaście lat, tyle to trwa i potrwa niestety do śmierci. Wiele przeżyła, śmierć rodziców, śmierć dziecka (mojego bliźniaka) zaledwie trzy dni, tyle był z Nami, a raczej obok, bo w inkubatorze. Byliśmy wcześniakami, ale tym razem nie o tym. Miała nerwy, i wiele na głowie. Ojciec alkoholik, nic nie wart człowiek. Na szczęście szybko przejrzała na oczy, zostawiła go. Zostałyśmy same. Musiała dać radę, dla mnie. Ja wiele chorowałam, miałam wypadek, i wtedy się zaczęło jej dziwne zachowanie. Tak nagle, wtedy to zauważyłam, choć pewnie coś nie tak było już wcześniej. Bo ileż może wytrzymać ludzka psychika? Mieszkałam z Nią obserwowałam, bałam się – nie o siebie, a o nią.

Potem zaczęli zauważać inni, choroba się rozwinęła, ujawniła. Mnie zabrali siłą do domu dziecka, Ona została – sama. To było straszne, znienacka zabrali mnie obcy ludzie ze szkoły, wywieźli, nie pozwolili pożegnać się z mamą. Trafiłam do domu dziecka. Moje dzieciństwo skończyło się, tak naprawdę już nikt się mną nie przejmował. Może inaczej, przejmował czy mam co jeść, czy też lekcje odrobione. Od strony psychicznej, emocjonalnej nie bardzo. Zostałam nagle rzucona ze swojego pokoju z zabawkami, do dorosłego i okrutnego życia.

Owszem ludzie w nowym miejscu byli dla mnie mili, przyjaźni ale czułam się jak mały szczeniak który jeszcze ledwo umie chodzić, a został wywieziony do ciemnego i przerażającego lasu. Moja mama nie zgodziła się szybko na leczenie, minęło kolejnych parę miesięcy, zdiagnozowano u niej chorobę umysłową, psychiczną. To było jak wyrok na moje życie. Moja mama miała, ma schizofrenie. O tej chorobie mało się mówi. Społeczeństwo nie jest uświadomione. Może być ona dziedziczna, ale i nabyta pod wpływem przeżyć. U Nas w rodzinie wcześniej tego nie było. Ona jest pierwsza.

Jest osiem odmian tego pogromcy życia. To straszne. Może i są osoby które normalnie żyją z tą chorobą, ale to jest jak tykająca  bomba. Przynajmniej dla mnie. Ona za to nie uważa się za chorą, nawet jeśli bierze leki. Wypiera to, nie przyjmuje do wiadomości. Ja byłam w domu dziecka, potem w rodzinie zastępczej, do osiemnastki, a mama była przez te osiem lat raz w szpitalu przez rok, podleczona z lekami została wypuszczona do domu.

Po osiemnastych urodzinach musiałam wrócić do domu. Rodzina zastępcza mnie nie chciała. Wzięli mnie z jednej strony z litości, z drugiej strony może z dobroci serca, ale raz usłyszałam, że musieli to zrobić, bo co powiedzieliby ludzie. Bo tak dla jasności moją rodziną zastępczą była moja prawdziwa rodzina. Byłam u nich bardzo samotna. Nigdy przez osiem lat nie usłyszałam, że mnie kochają, że się cieszą że z Nimi jestem.

Nikt sam od siebie mnie nie przytulił, nikt nie powiedział będzie dobrze. Słyszałam za to, że jestem u nich do pełnoletności, a potem droga wolna, wracam do mamy. Bo niby gdzie? Płakałam, często, przeważnie w poduszkę. Najgorsze były urodziny, płakałam nocą, że wybija północ, że mija kolejny rok, że moja osiemnastka się zbliża. Płakałam, że będę musiała wynieść się z ‚domu’ do mojego dawnego domu, że nie ma przy mnie mojego brata. Wierzę w wieź pomiędzy rodzeństwem, nawet jeśli tak naprawdę nigdy poza łonem matki się nie znaliśmy. Całe życie mi go brakuje, czuje pustkę, to coś jest nie do opisania.

Kochałam i kocham mamę, ale to już nie jest ten sam człowiek co przedtem. Po osiemnastce wróciłam do domu, obserwowałam ją, i wiecie co? To wróciło. Remisja się skończyła. Potem się okazało, że przez długi okres czasu wykupowała leki, ale ich nie brała. Znowu musiałam się wynieść z domu, tym razem jednak samowolnie. To co się działo przez następnych kilka tygodni zanim Ona trafiła do szpitala, nie mieści się dalej w mojej głowie, to horror. Policja, karetka, pasy bezpieczeństwa, a w tym wszystkim ja. Przerażona, przeżywałam, widziałam co się dzieje, czułam strach, mój świat się walił kolejny raz.

Była w szpitalu miesiąc, tego nie można było nazwać nawet podleczeniem, wróciła do domu, a ja widziałam, że z nią dalej dobrze nie jest, minęło kolejnych kilkanaście dni i znowu musiała trafić do szpitala. Trzy miesiące, tyle tam przebywała. Wtedy się o nią nie martwiłam, wiedziałam, że jest bezpieczna, że ma ciepło, ma jedzenie i podane leki. Wróciła do domu, po tych dwunastu tygodniach, a ja znowu za jakiś czas zamieszkałam z nią.

Minęły kolejne lata, dokładnie pięć, czy może nawet sześć, zależy od kiedy mam liczyć, znowu się wyprowadziłam z domu, nie dawno, musiałam. Mama tam została, a ja się ciągle obawiam, boję, bo od lutego podejrzewam nawrót, zaczęły się znowu jej dziwne zachowania. Pewnie za nie długo choroba się rozwinie całkowicie, i znowu będzie piekło. Jestem w tym sama. Ludzie którzy są mi bliscy wiedzą, ale nic sobie z tego nie robią, bo tak naprawdę nikt nie tkwi w tym tak jak ja. Ona i ja. Mama i córka. Ja się martwię, a do niej nie dociera, że jest chora. Czuję się zmęczona życiem, mimo, że mam niespełna dwadzieścia cztery lata. Boję się, że moja psychika też kiedyś wysiądzie. Nie chce przeżywać tego kolejny raz. Nie chce, a nie mam jak od tego uciec.

Uciekłam już nie raz od gadania ludzi w wiosce, od nieprzychylnych spojrzeń. Oni potrafią być naprawdę straszni, skrzywdzili mnie słowami, zawiedli już nie raz zachowaniem. Cierpiałam jako dziecko, cierpię w głębi serca i dziś. Nawet jeśli będę na końcu świata nie ucieknę od tego wszystkiego. Uwolnię się od tego dopiero, jak jej na tym świecie nie będzie, a przecież to straszne tak myśleć. Kocham ją, tak bardzo chciałabym żeby wszystko się ułożyło, chcę tego od czternastu lat, ale nie da się, to nie jest choroba z którą można normalnie żyć.

Życie jest brutalne, przynajmniej moje, dobrze, że mam chociaż osobę, którą kocham, mowa o moim chłopaku, ale mimo to co dzień przygryzam wargi z myślą: nie daj się, nie płacz, dasz radę, wyjdziesz na prostą, będziesz kiedyś szczęśliwa. Mam nadzieję, że kiedyś założymy rodzinę i będę w końcu szczęśliwa, będę żyła własnym życiem, myślała o sobie, o Nas i o dzieciach. Nie chce już myśleć o bombie, jaką jest choroba mojej mamy, bo życie w ciągłym stresie, strachu, obawie nie jest prawdziwym życiem. Czekam na kolejny wybuch. Jestem przerażona nikt nie wie, jak bardzo się boje.

Nie udało się, płaczę. Dochodzi czwarta rano, boli mnie głowa, od myśli, od wspomnień, od żalu. Nie usnę to pewne, proszę niech za to ‚uśnie’ choroba.


Miłość istnieje, to pewne. Ale czy małżeństwo jest tym, czego poszukujemy?

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
26 czerwca 2016
Fot. iStock / momcilog

Przyjęły się takie normy, oczekiwania. Owszem wiara, tradycja, rodzina jest ważna, i tym powinniśmy się w życiu kierować. Ale zadajmy sobie pytanie dlaczego chce wyjść za mąż? Dlaczego chce ją poślubić? Czasami mimo, że jesteśmy pewni, że kochamy, to ślub dla Nas nie jest tak emocjonalnym przeżyciem, spełnieniem jak powinien, według mnie to bardzo przykre, wiedzieć, że ślub to tylko formalność, przyjęcia – na pokaz, na jedną noc zabawy, zaspokojenie swojej próżności (bo przecież nasze wesele ma zostać zapamiętane, ma być jak z bajki!).

Żyjemy szybko i często powierzchownie, nie na 100 % . Cieszymy się z wielu rzeczy, osiągamy wyznaczone sobie cele, spełniamy marzenia, ale nie doszukujemy się głębszego sensu naszej egzystencji. Przebywamy w towarzystwie znajomych małżeństw, co dzień na portalach społecznościowych, czy też w gazetach widzimy czyjeś fotografie ze ślubu, z przyjęcia, z zakupów przez co dążymy do tego co mają wszyscy w koło Nas, wyimaginowany szczęśliwy świat.

Może nie wszyscy biorą ślub, ale większość. Nie jedni z Nas często dążą do tego, ponieważ po części zazdroszczą innym, czy też my zazdrościmy, ale też mamy swoje lata, tak wypada, rodzina naciska, wiara skłania, tradycja nakazuje, a my decydujemy się na wypowiedzenie naszego najważniejszego w  życiu ‚TAK’, ale bez wewnętrznej przemiany, nie czujemy tej magii, nie tak do końca, nie jest to dla Nas taką ponadczasową, solidną wartością jak za dawnych lat dla naszych mam, czy też ojców lub babć. Ok, ktoś powie Oni byli swatani, nie mieli nic do powiedzenia, ale jednak to chyba jeszcze nie te czasy, nasze babcie, dziadkowie czy mamy pamiętają więcej prawdziwych chwil szczęścia niż my! Ponieważ Oni żyli, bardziej chwilą, cieszyli się nią, byli w niej bardziej obecni, a my mamy chwile, cieszymy się, ale zamiast skupić się na tej chwili i trwać w niej jak najdłużej być obecnym myślami, myślimy jak tu zapozować do zdjęcia żeby najpiękniej wyglądać, czym zaskoczyć gości?  Czego, ktoś nie miał jeszcze na swoim ślubie? To My to będziemy mieć.. musimy, i tak ciągniemy to błędne koło na każdej płaszczyźnie naszego życia, a przy ślubie mamy nasze przysłowiowe ślubne szaleństwo, szaleństwo do zwariowania, bo to wszystko jest ok, to staranie i nawet chęć wystawienia najwspanialszej imprezy ever, ale jeśli w tym wszystkim sam ślub byłby dla Nas całkowicie emocjonalnym przeżyciem, ze względu na wartości duchowe, a nie stres związany z samym przyjęciem. Stres i pogoń za najcudowniejszym weselem, w otoczeniu, w towarzystwie, w dzielnicy, w klasie, czy też  już wyżej wspomnianych portalach społecznościowych.

Nasz cel? Pokazać się. Zabłysnąć, w oczach wszystkich. Bo co w takim wypadku się zmienia w naszym życiu? Bez przeżycia duchowego, zmienia się czasami nazwisko, czasami wspólne konto w banku, a czasami wspólny kredyt… chyba tyle.

Tak, cieszymy się z naszego ślubu, mamy zdjęcia, pamiątkę, wspomnienia. Tylko jak często wracamy do tych wspomnień? Jak często je pielęgnujemy? Czy na co dzień pamiętamy co Nas skłoniło do zostania jego żoną? Do zostania jej mężem? Chyba nie, nawet się nad tym nie zastanawiamy. Spotkałam już wiele osób które po ślubie mówią: ‚Nic się nie zmieniło’ ; ‚Jest tak jak było’ ; albo ‚Po ślubie się wszystko zmienia, już nic nie jest tak jak było’ ; ‚Jest gorzej, niż myślałem’ ; ‚Przestała o siebie dbać’ ; ‚On się zapuścił’ , małżonków którzy tak mówią jest masa, według ankiet więcej po ślubie widzimy tego złego niż dobrego. Owszem euforia trwa czasami przez miesiąc, czasami rok, a czasami pięć, ale kiedyś pojawia się kryzys i pytanie najgorsze z najgorszych, jakie? Co mnie przy Nim/Niej trzyma? Co Jego/Ją przy mnie trzyma? Czy aby na pewno już nie tylko formalność? Czy ja Ją naprawdę kocham? Czy Ona mnie kocha? Czym właściwie jest miłość? Tak, pojawią się zaraz głosy, że w związku niemałżeńskim też pojawiają się dylematy, problemy, kryzysy, ale jednak w związku partnerskim wiesz na tysiąc procent, że jesteś w nim, ponieważ chcesz. W każdym momencie możesz spakować swoje rzeczy i wyjść. Czasami może ktoś tkwi w czymś, chociaż jest nieszczęśliwy, albo ze względu na dzieci, ale wydaje mi się, że takich ludzi jest coraz mniej, co raz częściej są też bardziej szczęśliwi ludzie którzy żyją ze sobą bez ślubu, ponieważ wiedzą, że chcą, a nie muszą. Oni też na co dzień doszukują się w sobie więcej dobra i wartości niż Ci co tkwią w małżeństwach, przynajmniej mi się tak coraz częściej wydaje.

Odpowiadając na pytania, które możliwie, że ktoś chciałby mi zadać:

Tak, chce wyjść za mąż.
Tak, kocham.
Tak, boję się. Czego?
Że wszystko zmieni się, jak w wielu przypadkach, i niestety zawsze na gorsze,
chociażby po 50 – latach małżeństwa, ale zmieni.
Tak, wszystko zależy od Nas, ale w związku jednak chyba nie do końca jest to wszystko zależne właśnie od Nas.
Czas przemija, ludzie się przyzwyczajają, przywiązują, ale i czasami zmieniają.
Jedno jest pewne, że w pewnym momencie potrzebują pewności,
że  są pod każdym względem dla Nas idealni, idealnie stworzeni, niezastąpieni i docenieni. Ja chcę być wiecznie w swoim związku szczęśliwa, tylko, że wiecznie się nie da. Ale da się chyba przedłużyć staranie? Zainteresowanie? Rozpalanie płomienia? Czy nie lepiej i nie łatwiej rozpalić ten płomień i pielęgnować go żyjąc bez ścisłych zasad? Czy nie lepiej żyć po prostu kochając kogoś, trwać przy jego boku? Bez zbędnych formułek które w dzisiejszych czasach tak szybko tracą na wartości, jak szybko zostały wypowiedziane te słowa, tak szybko ostatnimi laty przestają dla licznych niestety mieć znaczenie. Ślub ma sens jedynie wtedy kiedy przeżywasz go emocjonalnie, ale nie mam tu na myśli organizacji wesela, lecz stan duszy.

Przygryzam wargi z niepewności, przed ślubem.