„Czułość to jedna z najważniejszych rzeczy, która leży u podstaw miłości i pierwsza, o którą w związku przestajemy dbać. Ty nie chcesz tego zrozumieć”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
15 maja 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic

Kochany,

nie rozumiesz, co się dzieje. Kiedy próbuję ci wytłumaczyć, dlaczego się odsuwam, dlaczego tak jesteśmy daleko od siebie, ty nadal tym swoim: „o co ci właściwie chodzi”. Boże, to historia stara jak świat, powtarzana z ust do ust. Historia dwojga ludzi, którzy się kochali, postanowili być razem, a później nic nie było tak, jak sobie wymarzyli, zaplanowali, bo każde chyba miało inne oczekiwania.

Kochany,

a ja dzisiaj chciałabym, żebyś tylko zrozumiał, że to czego brakuje mi w naszej odchodzącej miłości jest czułość. Nic więcej, tylko czułość. Ty tego zupełnie nie widzisz. Traktujesz tę miłość i nas mechanicznie. Zadaniowo – trzeba zrobić zakupy, odebrać dzieci, zjeść wspólnie kolację… Tak, wszystko się zgadza, ale gdzie w tym wszystkim jesteśmy my sami?

Kochany,

pamiętasz, jak wyszliśmy razem na kolację. Jak twój wzrok błądził po wszystkich wokół, a nie mogłeś spojrzeć na mnie? Popatrzeć mi w oczy. Tylko tyle, a ciebie tak ta moja prośba dotknęła… Nie daje mi spokoju ta twoja drażliwość. Przecież nie chcę dużo, chcę móc popatrzeć ci w oczy i żebyś ty spojrzał w moje. Czasami to kilkanaście sekund wystarczy za cały starannie przygotowywany wspólny wieczór.

Kochany,

mówi się, że okazywanie czułości to domena dojrzałych mężczyzn. Jak to się stało, że nasza miłość nie dojrzała do twojej czułości, że ty do niej nie dojrzałeś? Pamiętam te moje starania o poranne buziaki, o trzymanie się za rękę podczas spaceru, o przytulenie się bez twojej potrzeby wkładania ręki w moje cycki. Kiedy przyszedł dzień, gdy zdałam sobie sprawę, że gdy ja przestanę o naszą czułość dbać, to w ogóle jej nie będzie? Jak to jest, że ty mówiąc: „kocham” nie chcesz być czuły? Nie potrafisz? Ja cię nauczę, tylko powiedz.

Kochany,

czułość to bliskość. Tak często próbowałam ci to wytłumaczyć, gdy wyśmiewałeś moje: „przytul mnie” tym, że ciągle mi zimno i kazałeś ubrać się cieplej. Nie rozumiałeś mojego oburzenia i złości. Siadałam obok ciebie, a w tobie nawet nie budziła się potrzeba, żeby mnie przytulić, dotknąć, złapać za rękę, by poczuć, że naprawdę jestem blisko i pokazać, że ty też jesteś tuż obok.

Kochany,

nie da się budować miłości bez czułości. Czułość to intymność, to język, który tylko my rozumiemy, a w którym nie trzeba używać słów. Kiedy łapiesz mnie za rękę, kiedy przyciągasz do siebie, kiedy wracasz i w moim zapracowaniu całujesz mnie w usta ciesząc się, że już mnie widzisz i że jestem tu, gdzie zawsze. I choć tego nie mówię, wiadomo, że na ciebie czekam, bo tę czułość odwzajemniam.

Kochany,

czułość to bezpieczeństwo. Tobie się wydaje, że ona nic nie znaczy, że najważniejsze są zapłacone rachunki, pełna lodówka i zaplanowane wakacje. A przecież mogłabym mieć to wszystko sama, bez ciebie, to materialne poczucie bezpieczeństwa mogę zbudować i być samo wystarczająca. Tym się różnimy – że dla mnie bezpieczeństwo w naszym związku to twoja obecność między wierszami, między słowami. To obecność odczuwana gdzieś głębiej, poza świadomością, to pewność, że co by się nie działo, to będziesz. Bo nie uciekasz, gdy płaczę – tylko przytulisz, bo nie znikniesz – gdy jestem zła, tylko spróbujesz porozmawiać, bo rozbrajasz śmiechem nawet najbardziej absurdalną sytuację i kłopot, który przez chwilę wydaje mi się nie do pokonania.

Kochany,

kiedy jesteś czuły, ja jestem cała dla ciebie. To wtedy ufam ci bezgranicznie. Tak, bo czułość budzi zaufanie. Kiedy jesteś delikatny, wtedy wiem, że myślisz o mnie, że twoje myśli nie uciekają gdzieś daleko. Kiedy jesteś czuły, wiem, że chcesz, by mi było jak najlepiej, wiem, że nie chcesz mnie skrzywdzić, że nie dbasz tylko o siebie, o zaspokojenie swoich pragnień. Twoja czułość otwiera mnie na ciebie, jak za dotknięciem magicznej różdżki – każdy twój gest, szept sprawiają, że ci wierzę, że wiem, że jesteś ze mną i dla mnie. Że nie zjawiasz się tylko po coś przez przypadek, bo tak wygodnie i łatwiej. Nie, twoja czułość umacnia mnie w przekonaniu, że mnie kochasz naprawdę.

Kochany,

czułość to jedna z najważniejszych rzeczy, która leży u podstaw miłości i pierwsza, o którą w związku przestajemy dbać. Czułość zastępuje nam świstek z urzędu, wspólny kredyt, dzieci. Myślimy, że ten zamiennik wystarczy za poczucie bliskości, że skoro już mamy siebie nawzajem, to nie trzeba tego przypieczętowywać zbędnymi gestami. Na pewno? Za czułość wystarczy wszystko inne? Jak mamy sobie ufać, jak sobie nawzajem okazywać szacunek, jak pokazywać, że jesteśmy dla siebie ważni, gdy między nami brak prawdziwej czułości? No jak? Może ty znasz inną odpowiedź?


40-tka to czas przebudzenia! Za nic na świecie nie chciałabym mieć znowu 20, a co dopiero 30 lat!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 kwietnia 2017
Fot. iStock/gilaxia
Fot. iStock/gilaxia

Przyjaciółka: „A pamiętasz, jak miałyśmy 20 lat”. Kurde, no pamiętam, przecież to wcale nie było tak dawno, ale jak robię szybko rachunek w głowie, to zdecydowanie coś mi się nie zgadza. Że 20 plus 20?? Niee, to niemożliwe.

Kurde, a jednak. Wiekowo się starzeję, w metryczce, bo duchem – wiem, że to wyświechtany frazes – no ale co na to poradzę, że czuję się młodsza.

Hmm może nawet młodsza, gdy miałam 20 lat?

Eh te 20 – to se ne vrati

Myślę z rozrzewnieniem. Takie piękne byłyśmy, bez zmarszczek na twarzy. Jeny człowiek mógł przytyć pięć kilogramów i błyskawicznie siedem schudnąć! I z jednej strony takie już byłyśmy dorosłe, bo odpowiedzialne za siebie, bo na studiach, bo decydujące o sobie. Pamiętam, jak na studiach zaskoczyło mnie, że tam nikogo nie obchodziło, czy ja przyjdę na zajęcia, czy nie. Moja sprawa, moja decyzja. I nagle staje oko w oko z wyborem: to iść, czy nie iść. Wrócić o czwartej rano z imprezy i wstać na ósmą na logikę? I jak wyżyć za 50 złotych przez cały tydzień i jeszcze za to wrócić do domu? Wszystko się dało. Przyznacie, że wtedy nie było rzeczy niemożliwych! Piło się wino takie musujące z dyskontu, jadło co popadnie i jeździło autostopem po całej Polsce, ba nawet po Europie.

Tak, jak się ma 20 lat, to świat leży u naszych stóp. Wszystko możemy, bo wszystko dopiero przed nami, możemy się uczyć, poznawać nowych ludzi, kochać i szaleć, byleby tylko mieć gdzieś z tyłu głowy konsekwencje tego wszystkiego.

Bo właśnie. Przecież dzisiaj patrząc z perspektywy czasu – mój duch nadal ma 20 lat, ale głowa jest mądrzejsza. Tyle, ile głupot się robi wychodząc z nastoletniego życia… O rety! Masakra. Jakim jest się naiwnym, jak pewność siebie dostaje po tyłku, żeby nauczyć pokory do życia.

To czas największych rozczarowań, że przecież wszystko miało wyglądać inaczej. Że przecież był plan: studia, miłość, praca i zabawa. A tymczasem tyle rzeczy się po drodze miesza, tak mało człowiek ma dystansu do tego, co dzieje się wokół. Najeża się, obraża. Jeszcze ten czas studiów to jak cię mogę – zabawa do upadłego, śmiech, nawet ten przez łzy i jedyny stres, czy zaliczę sesję w terminie. Później robi się poważniej…

Za co lubiłam tamtą 20-latkę?

– za energię

– za pozytywne myślenie

– za brak przejmowania się pierdołami

– za podejście do życia: co ma być to będzie

A co mnie w niej wkurzało?

– strach przed odpowiedzialnością

– naiwność w stosunku do ludzi

– brak dystansu do wielu rzeczy, a przede wszystkim do siebie samej

30 – letni koszmar

Szczerze, gdyby etap bycia 30-latką można było pominąć, to ja zrobiłabym to z największą przyjemnością. Oddam jakieś 6 lat mojego życia, które nawet wspominać ciężko.

Bo czy nie jest tak, że 30-latki to najnudniejsze kobiety na świecie? Zakładają rodzinę, zachodzą w ciążę, zostają matkami-matronami. Nie można na temat ich macierzyństwa żartować, nie daj Boże dawać żadnych rad, wtrącać się w nie swoje sprawy. 30-letnie matki i mężatki nagle stają się śmiertelnie poważne. Jedyne, co jest w stanie wywołać uśmiech na ich twarzy, to uśmiech ich dziecka. „Och, jaki on uroczy”, „A wiesz, wczoraj zrobiła taką piękną kupkę” – wszystko nas zachwyca w naszych dzieciach, i dobrze, takie mamy prawo. Macierzyństwo nadaje sens naszemu życiu, czyni je wartościowe. Ale też wpycha w pułapkę perfekcjonizmy, bo kiedy, jak nie mając jakieś 30 lat, chcemy być najlepszymi matkami pod słońcem, lepszymi niż inne. I nie przyjmujemy do wiadomości, że to zgubne, że tak się nie da. Nie, to czas, kiedy my wiemy wszystko najlepiej na świecie. A jeśli nie zostajemy matkami, to perfekcyjnymi pracownikami, kariera zawodowa determinuje nasze życie i wyznacza nam kurs, mało co ma większy sens, niż nasza praca.

To też etap kiepski dla naszych związków. Rozczarowujemy się sobą, nie spełniamy wzajemnych oczekiwań. A z drugiej strony to wtedy mamy poczucie, że zjadłyśmy wszystkie rozumy świata i już nikt i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Jesteśmy dorosłe, poważne i… gdzieś w środku cholernie zagubione, co najbardziej staje się widoczne, kiedy nasze dzieci przestają nas na co dzień potrzebować.

Za co lubiłam tamtą 30-tkę?

Dzisiaj, jak o tym myślę, to za niewiele rzeczy:

– za determinację, bo dążyła do swojego celu

– za poczucie odpowiedzialności – mimo wszystko

– za intuicję – którą w końcu zaczęła w sobie dostrzegać

– za multifunkcyjność – bo nagle się okazało, że można robić tysiąc rzeczy naraz

A za co nie lubiłam?

– za brak poczucia humoru zwłaszcza na swój temat

– za ogromną chęć bycia już dorosłą

– za przemądrzałość, bo przecież ja wiem wszystko najlepiej

– za niesłuchanie innych, bo – patrz punkt wyżej

A teraz jestem przed 40-tką. Moja mama powtarzała, że życie kobiety zaczyna się po 40-tce. Patrzyłam na nią, jak na wariatkę. Jak to po 40-tce? Kiedy to mówiła, ja miałam 30., dwójkę małych dzieci i myślałam, że właśnie dotknęłam pełni szczęścia, a później to już tylko równia pochyła. Ha, jak bardzo się myliłam, wie to pewnie dzisiaj każda 40-tka! Kocham ten wiek! Kocham siebie w tym wieku! Kiedy znowu czuję się, jakby miała 20 lat, jakby mogła góry przenosić, kiedy wiem, na ile mnie stać, a wokół siebie mam ludzi, na których naprawdę mogę polegać, a nie tylko od wielkiego dzwonu!

Dzieci już większe odcinają pępowinę. Same sobie zrobią jedzenie, a mi kawę. To czas, kiedy w końcu zaczynamy widzieć siebie, kiedy dochodzi do głosu nasze wewnętrzne ja i mówi, czego chcę, a czego nie. Warto się w to wsłuchać! Warto samemu zacząć reżyserować swoje życie. Na to nigdy nie jest za późno, a kto wie – może to jest właśnie odpowiedni czas. Bo wcześniej miałyśmy w sobie za dużo buty, za dużo pewności, że to my wszystko wiemy najlepiej. A kiedy otworzyły się nam uszy, kiedy zaczęłyśmy wyciągać wnioski – właśnie WNIOSKI – to nagle okazało się, że wszystko, co najlepsze dopiero przed nami, że czas wyjść z tego kokonu matki i żony i zacząć żyć swoim życiem, a nie innych!

40-tka to czas przebudzenia! Jakbyśmy były motylami, które po długim czasie dojrzewania mogą wreszcie rozłożyć skrzydła i pokazać całe swoje piękno! Czy tak nie jest! Oczywiście, że jest i nie ma co się korygować i udawać, że my tu tak po cichu mając 40 lat będziemy robić swoje. Fakt, nie potrzebujemy już aplauzu, nie potrzebujemy zrozumienia, a co więcej społecznego przyzwolenia na to, co nam można, a czego nie! Bo my już wiemy, że jesteśmy ważne, że mamy prawo mówić głośno, co nam się podoba, a co nie. I co więcej, na gadaniu nie poprzestawać, ale w końcu działać, mimo strachu, obaw i wątpliwości. Bo one zostają, ale zyskujemy coś jeszcze – świadomość tego, w czym jesteśmy dobre, a w czym nie i to przekuwamy na naszą siłę, na realną pewność siebie. Trudno cię urazić, podkopać twoje poczucie wartości. I jest jeszcze coś: dystans, dystans do siebie, do świata, do ludzi. Teraz już wiesz, że nic nie jest pewne, nawet miłość, w którą jeszcze kilka lat temu wierzyłaś, nawet przyjaźń, która wydawało się tą idealną.

Jeśli miałabym na coś narzekać… To brak takiej formy po imprezach, jak w wieku 20 lat. 😉